Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 240 075 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Zdjęcia w galeriach.


Ponownie w Wilnie.

niedziela, 29 lipca 2007 23:03

Przed  wyjazdem do Wilna pojechałem  do  rodziny w Kaliszu, pożegnać  się i  załatwić potrzeby materialne takowej. Nocami były już dość mocne przymrozki -  chłopaki ślizgali  się po lodzie sadzawki przed  domem. Dnie  były  słoneczne, piękne  i  ciepłe. Odjeżdżając  z  majątku, udałem się pożegnać z właścicielką i poprosić  ją o opiekę nad rodziną  do  wiosny. Chętnie przyrzekła roztoczyć opiekę nad  rodziną jak i dobytkiem. Szwagra Wilhelma zabrałem ze sobą, bo on nudził się nie mając  zajęcia, tym bardziej, że jego pomoc dla rodziny nie była potrzebna. Po przybyciu  do  Warszawy – wyrobiłem także  dokumenty podróży do Wilna dla szwagra Wilhelma – jako dla pracownika Straży Kresowej. Dokumenty podróży do Wilna, nie tak łatwo było dostać, bowiem uważan wówczas  Wilno jako leżące poza granicą Polski. Zajęte Wilno i obszar powołane Radą  Stanu przez gen. Żeligowskiego nazwano Litwą  - Środkową. Rada Stanu  składała  się z jej obywateli na  czele z  Naczelnym Wodzem Wojsk Litwy Środkowej gen. Janem Żeligowskim. Między Rządem Polski a Litwą Środkową zostały  nawiązane stosunki konsularne.Po otrzymaniu z Zarządu Głównego Straży Kresowej dokumentów, po  rozmowie do kontynuowania dalszej pracy na terenach wschodnich oraz wizy do Wilna dla szwagra i  siebie – wyjechaliśmy przez Białystok, Wołkowysk i Lidę do  Wilna. W Białymstoku na dworcu  spotkaliśmy  dwie  siostry szwagra Wilhelma, które zbiegły od  rodziców w Łapach podczas popłochu – ucieszyły się one ogromnie, bowiem  dotychczas tułały  się same bez opieki wśród  żołnierstwa i uciekinierów powracających do domu. Po przyjeździe do Wilna i po otrzymaniu przez szwagra Wilhelma delegacji, jako rejestru Okręgowego Zarządu Straży Kresowej we trójkę  odjechali do  domu w którym mieszkali w powiecie Dzieśnieńskim. Ja zaś udałem się z Prezesem Okręgu Wileńskiego Straży Kresowej  panem inżynierem Narkiewiczem  do Dowódcy Wojsk Litwy Środkowej, gdzie po obejrzeniu moich  dokumentów oraz  Dyplomu  Uznania za pracę w  Wydziale Propagandy Inspektoratu Armii Ochotniczej  chętnie wyrażono zgodę na przedłożenie wniosku gen. Żeligowskiemu do upoważnienia  mnie na  wygłaszanie przemówień do żołnierzy. Wobec nieobecności generała w tym czasie w Wilnie proszono mnie do zgłoszenia się do generał  osobiście, po jego powrocie  do Wilna.W  Wilnie  wciąż demonstrowano radość z powodu wzięcia go przez wojsko polskie. W pierwszą niedzielę po  moim powrocie z  inicjatywy Straży Kresowej odbył  się  wiec w  teatrze polskim na Pohulance na którym także przemawiałem. Po wiecu  udał się pochód przed pałac Tyszkiewicza na ul. Śniadeckich gdzie mieszkał gen. Żeligowski i była jego siedziba jako Naczelnego Wodza Wojsk Litwy Środkowej. Po przybyciu kilkutysięczna rzesza ludności, spontanicznie wznosiła okrzyki na cześć gen. Żeligowskiego, który wkrótce  wyszedł na balkon  w otoczeniu ppłk. Paprz…..i innych osób. W  serdecznych  słowach podziękował manifestującym oraz przemówił    zapewniając  że on jako  syn ziemi  wileńskiej nigdy nie pozwoli by tą  ziemią  władali i rządzili obcy ciemiężyciele oraz, że ziemia  wileńska, tak długo będzie pod jego opieką, póki nie  zadecydują jej mieszkańcy o  swoim  losie.Wówczas pierwszy raz zobaczyłem gen. Żeligowskiego oraz posłyszałem jego głos. Akcent miał kresowiaka o  specyficznej  gwarze  wileńskiej. Oblicze miał miłe, uśmiechnięte i pociągające. Z poza siedziby generała pochód  wyruszył ulicą Adama Mickiewicza na plac Łukiski – gdzie także były wygłoszone przemówienia. Ja także przemawiałem. Podczas przemówienia wezwałem zgromadzonych do złożenia  datków na rzecz rannych i chorych żołnierzy przebywających  w szpitalu, a którzy  zostali ranni przy zdobywaniu Wilna i jego  dalszej obrony. Apel mój przez  słuchaczy  został przyjęty z dużym  aplauzem i  zapałem gdyż datki zaczęły się sypać  na  stoliki jak z rogu obfitości.Złożono wówczas kilkadziesiąt tysięcy złotych polskich. Zamykając  wiec  podałem do wiadomości zgromadzonym, że ofiary  pieniężne na rzecz rannych i  chorych żołnierzy będą nadal przyjmowane w siedzibie Zarządu Straży Kresowej. Ofiary te były przez  dłuższy czas  składane w pokaźnej ilości.Generał Żeligowski podziękował pisemnie Oddziałowi Straży Kresowej za tą akcję, która poważnie przyczyniła się do utrzymania i leczenia żołnierzy w szpitalach. Kiedy ponownie udałem się  do gen. Żeligowskiego po otrzymanie upoważnienia do wygłoszenia przemówienia do żołnierzy i mnie przedstawił osobiście adiutant generała por. Jan Tyszkiewicz, to  generał na  wstępie oświadczył, iż mnie zna już z opowiadań mojej zaangażowanej, tak pożytecznej akcji  zbiórkowej na rzecz leczenia żołnierzy. W  czasie naszej rozmowy adiutant por. Tyszkiewicz poinformował gen. Żeligowskiego o tym, iż on mnie zna jako ochotnika Samoobrony – Wileńskiej w 1918 roku, pamięta dobrze – że akcja moja  w werbunkowa  do Samoobrony Wileńskiej przebiegała dobrze, lecz pod koniec tej akcji czynność moja  gwałtownie ustała. Wypowiedź ta por. Tyszkiewicza spowodowała  to, że musiałem  wyjaśnić – że byłem  schwytany przez bolszewików i  za czynność moją w Samoobronie skazany na śmierć  w  Newlu -  skąd uciekłem i  chowałem  się do ponownego  wstąpienia do  wojska polskiego I Szwadronu wiosną 1919 roku i że  mnie ta okoliczność uniemożliwiła być  w  akcji końcowej  Samoobrony Wileńskiej.  Po wysłuchaniu mego opowiadania i  zgłoszenia prośby o przyjęcie  mnie  do  dalszej propagandowej  akcji  i  Wojska Litwy Środkowej – gen. Żeligowski serdecznie uścisnął moje dłonie, mówiąc, że  chętnie  chce mnie mieć w  szeregach  swojego  wojska. Po skończonej  audiencji gen. Żeligowski  wydał  rozkaz adiutantowi por. Tyszkiewiczowi, by udał  się  ze mną do Sztabu, by tam mnie  wydano uprawnienia do wygłaszania przemówień  do wojska – oraz by była mnie udzielona  wszelka pomoc i opaska potrzebna na rękę. Tak tedy pod koniec października 1920 roku ponownie znalazłem  się na terenie miasta Wilna i jego okolic tych, które były  zajęte przez wojska Środkowej Litwy.Zamieszkałem u mojej siostry Janiny Bujko przy ul. Zarzecznej nr 12, gdzie  szwagier założył zakład krawiecki. Ogromna była nasza radość ze  spotkania  się, tym  bardziej kiedy ja ujrzałem ich synka Grzesia, którego ja uciekając przed bolszewikami z  Wilna zostawiłem u gospodarza na Lipówce przy  wjeździe do Wilna, gdzie go siostra odnalazła i zabrała. Szwagrowi powodziło się dobrze. Roboty  wojskowej miał dużo  przy tym i prowiantów pod  dostatkiem.W czasie  wolnym, a  szczególnie wieczorami urządzaliśmy libacje. Zbierało  się nas sporo osób. Przy opowiadaniach, wspomnieniach beztrosko czas spędzaliśmy. Z pułku białoruskiego wchodzącego w skład Wojsk Litwy Środkowej, kilku oficerów pochodzących z Dokszyc, często brało udział  w tych libacjach – byli to młodzi i  sympatyczni  chłopcy – którzy  asystowali za moimi siostrami Marią i Elżbietą, które także przebywały u  siostry Janki  w  Wilnie.Pierwszy mój występ z przemówieniem do żołnierzy odbył  się w Lendwarowie pod koniec  października,  gdzie przemawiałem  do 12 Pułku Ułanów, który  składał  się z ochotników pochodzących z centralnych województw polskich. W pułku tym powstały  zamieszki i nieporządki. Między innymi ten Pułk z 6 Pułkiem  Harcerskim -  Dzieci Warszawy,  stacjonującym w  Trokach, odmówili  wymarszu na pozycję bojową, przeciwko wojskom Litwy Kowieńskiej. Za motyw  swojej odmowy stwierdzili, że oni pochodzą z Polski  i    wojskiem polskim, przeto nie są zobowiązani walczyć za Litwą Środkową. Zachodziła  wówczas potrzeba  wytłumaczenia żołnierzom tych pułków z  jakiego powodu powstała Litwa Środkowa i jaki jest cel istnienia tej Litwy. Po dłuższych i  wyczerpujących wywodach do 12 Pułku Ułanów – zdołałem uświadomić, że Litwa Środkowa, także jest częścią Polski, że ona zawsze pozostanie w  granicach Polski. Zaś nazwę dla ziemi odebranej Litwinom, czasowo mianowano Litwą Środkową ze względów politycznych.Dnia 1 listopada w  dniu Wszystkich Świętych w Trokach do ustawionego  w czworobok 6 – tego Pułku Harcerzy „ Dzieci Warszawy”,  przemawiałem i zdołałem w umyśle tych dzieci uświadomić, że  ziemie nazwane  czasowo Litwą  Środkową to    ziemie  czysto polskie i  dlatego Polska wojskom Litwy Środkowej - udzieliła  do obrony tych  ziem kilka pułków z  województw centralnej Polski  – między innymi 12 – ty Pułk Ułanów i 6 – ty Pułk Harcerzy.    Kiedy przemawiałem do tych dzieci, trwał bój w odległości 6 km od Trok. Huk dział zagłuszał przemówienie. Wojska litewskie usiłowały odebrać Troki, przeto ponawiały ciągłe natarcia na Troki. Po  skończonym przemówieniu, żołnierze pułku harcerzy, poczęli podrzucać  czapki w  górę, krzycząc że oni natychmiast chcą iść na pozycje i walczyć z Litwinami. Dowództwo wykorzystało to życzenie i zapał  i pułk niezwłocznie  został wysłany na  wzmocnienie naszej linii bojowej. Skutek był zadziwiający bo pułk harcerski, po odparciu natarcia litewskiego - przeszedł sam do natarcia. Wówczas wyparto wojsko litewskie na przestrzeni 12 km. w szerz i w głąb do 10 km. zajęto kilka miejscowości dość   ważnych pod  względem bojowym i  strategicznym. Następnego dnia dowództwo wojsk Litwy Środkowej, korzystając z  zapału bojowego 12 Pułku Ułanów i  6 Pułku Harcerzy i w ogóle wszystkich pułków - błyskawicznym natarciem na pozycje litewskie, odniosło nadzwyczajny  sukces bojowy. Po okrążeniu  wojsk litewskich -  zdobyto Sztab, do niewoli także   zabrano stację  radiową i moc  sprzętu bojowego. Litwini pobici  wycofali  się na oddalone pozycje od Wilna. Nastąpił  spokój na kilkadziesiąt kilometrów od Wilna. Wojsko litewskie nie rozpoczynało akcji bojowej na szeroka skalę, ograniczało  się tylko  do utrzymywania zajętych pozycji. Dowództwo Wojsk Litwy Środkowej, także nie  czyniło ofensywy przeciwko  wojskom litewskim, pomimo tego, że mogli z łatwością rozproszyć wojska litewskie i  zająć całą Litwę. Nie czyniono tego z powodu interwencji Ligi Narodów, która na  skutek  skargi Rządu Kowieńskiego,  domagała  się  zaprzestania  walk i  rozpatrzenia  zatargu w  drodze pokojowej.  


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Gen. Lucjan Żeligowski.

sobota, 28 lipca 2007 20:32

Po  skończonym wiecu w Łodzi i po wyjściu  z kina przy ul. Piotrkowskiej, w którym odbywał  się  wiec, podeszło  do mnie na  ulicy dwóch mężczyzn i podniosłym głosem oświadczyli te słowa: „Przestań  szczekać na bolszewików bo połamiemy  ci kości” i  szybko oddali się. Widocznie to byli komuniści lub sympatycy bolszewizmu. Po odbytym wiecu zorganizowanym przez Komitet Powiatowy w Kaliszu, na którym  to zgromadzeniu byli ziemianie i  inteligencja miasta Kalisza zostałem  zaproszony na obiad przez właścicielkę majątku Kalisz. Na obiedzi tym był rotmistrz kawaleryjskiego pułku. Rotmistrz ten wyzywająco przemawiał po adresem Naczelnego Wodza Józefa Piłsudskiego i w ostateczności  podniosłym głosem powiedział: ”bym go zastrzelił jak psa”. Wówczas  wstałem podszedłem do tego rotmistrza i poprosiłem by wyszedł ze  mną do holu. Usłuchał, wstał i poszedł ze mną. W holu pokazałem mu swoje dokumenty i  zażądałem by on także by on także wylegitymował się. Krzyknął on dość głośno: „Co to napaść na oficera polskiego i  jakie mam prawo go legitymować ?” Na ten krzyk  wybiegło kilka pań i panów z pokoju  stołowego, między którymi  była  także pani domu. Otoczyli rotmistrza i uprowadzili do innego pokoju. Mnie zaproszono ponownie na niedokończony obiad. Obiad ten już odbywał się w nastroju ponurym i milczącym. Zaledwie kilka  osób  ganiło rotmistrza, reszta osób uporczywie milczała.Po skończonym  obiedzie kiedy rozmawiałem z właścicielka tego majątku,  wymieniłem, że  jestem uciekinierem z Wileńszczyzny i że  rodzina z  dobytkiem koni i krowami znajduje się pod gołym niebem na łąkach w  Warszawie. Wówczas ona  zaproponowała mnie, bym ja rodzinę  swoją na czas dłuższy przysłał do jej majątku, gdzie ona udzieli bezpłatnego  schronienia dla żony i dzieci oraz karmy bezpłatnej  dla koni i krów. W zamian prosiła bym ja nie meldował władzy swej o zaszłym  wypadku  w jej  domu z  rotmistrzem. Prosiła o to usilnie. Dałem słowo, że nie będą meldował i je dotrzymałem. Po powrocie do Warszawy, rodzinę pod  opieką szwagra Wilhelma wysłałem do Kalisza, reszta naszego taboru pozostał nadal na tym samym miejscu. Byli tam do czasu  zajęcia województwa wileńskiego przez  wojsko  polskie. Po czym  szczęśliwie wrócili do domu,  do Rakowszczyzny już późną  jesienią.Rodzina moja w majątku Kalisz była dobrze umieszczona. Miała ona dwa pokoje i kuchnię  nad  stawem dookoła którego  dzieciaki biegały - konie były brane  do pracy polnej, za  co  żona otrzymywała  zapłatę mlekiem       warzywem i owocami.W  dniu 9 października jechałem pociągiem z  Warszawy do Kalisza w  celu wygłoszenia przemówienia na urządzonej imprezie dochodowej w  parku miejskim na rzecz rannych wojskowych. W Łodzi niektórzy pasażerowie zaopatrzyli się w nadzwyczajne wydanie, w którym donoszono, że gen. Lucjan Żeligowski na czele litewsko – białoruskiej  dywizji zajął Wilno, wbrew  zgodzie Naczelnego Dowódcy wojska polskiego. Ja po przeczytaniu tego nadzwyczajnego  wydania z  radości o mało  co nie   wyskoczyłem przez okno z pociągu. Ogromnie ucieszyłem się z zajęcia  Wilna. Wszyscy pasażerowie w pociągu także cieszyli się. Komentowali o  zbuntowanym generale Żeligowskim. Ja osobiście jeszcze dotychczas gen. Żeligowskiego nie znałem. Jednak wiedziałem, że pochodzi z powiatu oszmiańskiego  województwa wileńskiego, że jest bardzo przywiązany do swojej ojczystej  ziemi i  swojej miejscowości i jest szczerym demokratą.Po przyjeździe do Kalisza, udałem się do parku miejskiego na imprezę Komitetu Organizacyjnego. Komitet ucieszył  się z mego przyjazdu, bowiem byłem już organizatorom znanym z poprzednich moich przemówień w Kaliszu, jak do żołnierzy tak i do cywilnej ludności.W parku grała wojskowa orkiestra. Ludności było dużo. Pogoda była piękna, słoneczna. Niemal wszyscy cieszyli się z zajęcia  Wilna, chociaż niektórzy nie  chcieli w to uwierzyć. Na rozpoczętym wiecu udzielono mnie pierwszemu głos.Na  wstępie  swego  wystąpienia przeczytałem nadzwyczajne  wydanie łódzkie o  zajęciu Wilna przez zbuntowanego  gen. Żeligowskiego. Przy  tym nadmieniłem, że jeżeli gen. Żeligowski zbuntował  się  Wodzu Naczelnemu i  zajął  Wilno, to tylko  dlatego, że pochodzi z Wileńszczyzna i że dowodzi litewsko – białoruską dywizją,  składająca  się z  synów  ziemi  wileńskiej. Będąc w  wielkiej radości z  zajęcia Wilna – przemawiałem z  wielkim  zapałem, podnosząc  wielka bojowość naszej  armii i jej bohaterskie wyczyny. Mówiłem o oczyszczaniu naszej Ojczyzny z wojsk bolszewickich itp. Ponadto gorąco apelowałem do słuchaczy by nie skąpili datków na potrzeby leczenia rannych żołnierzy w szpitalach. Przemówienie swoje  zakończyłem okrzykiem: ”Niech żyje gen. Żeligowski, wybawca  ziemi  wileńskiej”. Okrzyk ten został kilkakrotnie  entuzjastycznie powtórzony przez  zgromadzonych. Po mnie przemawiało jeszcze kilku mówców. Po czym zgromadzeni, poczęli  cisnąć  się do stolików i składać datki na potrzeby leczenia rannych żołnierzy. Późnym  wieczorem  złożone datki zostały podliczone. Ogólna suma  była  zadziwiająco duża. Mieszkańcy Kalisza byli patriotycznymi obywatelami i nie poskąpili na potrzeby Państwa i na prowadzenie  wojny.Odwiedziłem  swoją  rodzinę  w Kaliszu, byli oni także  ucieszeni z zajęcia Wilna. Szwagier Wilhelm chciał już od razu jechać do Wilna. Jednak ja go powstrzymałem by zaczekał do mojego wyjazdu, bowiem postanowiłem też tam jechać, jak najprędzej. Po powrocie do Warszawy udałem się do Głównego Zarządu Straży Kresowej  i tam  dowiedziałem  się, że do Wilna już wyjechali przedstawiciele  Straży Kresowej, by tam rozpocząć Akcję Straży. W Głównym Zarządzie były słuchy, że ma  nastąpić  rozszerzenie Generalnego Inspektoratu  Armii Ochotniczej i podległe części tego Inspektoratu zostaną wcielone do ogólnej Armii i podporządkowane Naczelnemu Dowódcy Armii Józefowi Piłsudskiemu.Niebawem tak się  stało. Bo w najbliższych dniach został wydany rozkaz Naczelnego Dowództwa o  rozwiązaniu Głównego Inspektoratu Armii Ochotniczej i o objęciu  wymienionego, tego Inspektoratu przez  Naczelne Dowództwo  Armii.Wydział Propagandy Inspektoratu Armii Ochotniczej na pożegnanie ze  swoimi współtowarzyszami pracy urządził  wieczornicę na której był sam osobiście gen. Józef Haller. Były pożegnalne przemówienia. Gen. Haller w  serdecznych  słowach  dziękował wszystkim za oddaną pracę, przychodząc do każdego i uściskał rękę. Potem Szef  Wydziału Propagandy powtórnie nas przedstawił,  wymawiając  nasze nazwiska i nasze  zasługi. Kiedy przedstawił mnie  gen. Hallerowi, to powiedział że jest  sławnym pogromcą  bolszewizmu i największym propagatorem w osiąganiu ofiarności na rzecz Ojczyzny. Gen. Haller  serdecznie mnie uściskał  dłoń i  zapytał  co ja mam zamiar dalej  czynić w   wojsku. Odpowiedziałem, że moim pragnieniem  jest jak najprędzej jechać do gen. Żeligowskiego do  Wilna i tam  oddać  moje  usługi. Pochwalił mój projekt i polecił por. Dąbrowie by  zajął  się  moim  wyjazdem do Wilna. Po tym rozdano niektórym  dyplomy, pochwały, zasługi w obronie Ojczyzny. Ja także otrzymałem dyplomy, te były podpisane przez  gen. Hallera. Uroczystość została   zakończona występami artystycznymi z przyjęciem i lampką  wina. Podczas przyjęcia niektórzy  wyrażali  się nieprzychylnie o  Naczelnym Wodzu Józefie Piłsudskim. Gen. Haller przeciw  temu nie oponował. Jednak  sam nie wypowiadał żadnych zdań o Józefie  Piłsudskim. Następnego dnia, nas wszystkich z Wydziału Propagandy  skierowano do Dowódcy 21 Pułku Piechoty w Warszawie,  gdzie nas ujęto w  ewidencji. Ponadto  starsze roczniki zdemobilizowano, mnie także w Głównym Urzędzie Straży Kresowej przez por. Dąbrowę zostałem wydelegowany do Dowództwa Straży Kresowej, gen. Żeligowskiego w  Wilnie jako mówca  do żołnierzy.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (2) | dodaj komentarz

Cud nad Wisłą.

piątek, 27 lipca 2007 21:34

W nocy z dnia 15 na 16 sierpnia Naczelny Wódz Józef Piłsudski z pod Wieprza koło Dęblina uderzył w sile 6 dywizji zgromadzonych tam na tyły  bolszewickie i po przedarciu frontu bolszewickiego, szybkim ruchem bojowym doszedł głęboko na tyły wojsk bolszewickich, zmuszając takowe do panicznej ucieczki – lecz  wobec tego, że tyły już były  zajęte przez  wojska polskie, bolszewicy masowo poddawali  się do niewoli. Na skutek silnego i szybkiego posuwania się dywizji polskiej pod dowództwem Józefa Piłsudskiego, kilka armii bolszewickich zajmując lewe skrzydło frontu przestało istnieć. Warszawa nie tylko została obroniona, odniosła triumf zwycięstwa. Radość była  wielka wśród ludności, która nawet wojska bolszewickie obdarzała pokarmem, które było głodne, gnane przez ulice Warszawy jako że zabrane do niewoli. Gdy już lewe skrzydło bolszewickie przestało istnieć – to prawe  skrzydło wojsk bolszewickich parło naprzód  jeszcze w  dalszym  ciągu - usiłując sforsować  Wisłę pod  Płockiem, gdzie jednak także zostali odparci i  w ostateczności poddali  się  do niewoli. Kawaleria ich od  dowództwem Budionnego w  silę 60 tysięcy ludzi zmuszona  była przerwać granicę  Pruską i tam  schronić   się. Kawaleria ta uszła dzięki temu, że  dowodzący czwartą   armią polską gen. Władysław  Sikorski  nie  wykonał rozkazu dowódcy Armii Józefa Piłsudskiego, zalecającego obsadzenie granicy pruskiej, by nie umożliwić  wojskom bolszewickim ucieczki  za tą granicę. Gen. Sikorski wobec usilnych osaczeń bolszewickich, na jego  odcinku frontu, a szczególnie usiłujących sforsowanie  Wisły i zajęcie Płocka, obawiał  się osłabienia  swego frontu, przez  wycofanie  kilku pułków do obsadzenia  granicy pruskiej – nie wykonał rozkazu Naczelnego  Wodza Józefa Piłsudskiego. Marszałek Piłsudski czynił zarzut  gen. Sikorskiemu, że nie wykonał  jego rozkazu i z tego powodu kawaleria bolszewicka uciekła  do Prus i tam Niemcy jej nie internowali, wobec  czego ponownie wkroczyła na terytorium Polski pod Grodnem i tam znowuż z tą kawalerią trzeba było  walczyć.Prawdopodobnie z tego powodu między obu tak  dzielnymi  dowódcami, pozostała niechęć  do  siebie.Stronnictwo Endeckie i  Duchowieństwo Katolickie głosiły  wieść  do narodu Polskiego, iż  zwycięstwo  zostało odniesione tylko dzięki Cudowi nad Wisłą                       i dowódcy francuskiego gen. De Gaulla, ponadto gen. Hallera. Cała prasa endecka i katolicka zamieszczała artykuły zanoszące pod niebiosa gen. De Gaulla i gen. Hallera, jako bohaterów w  odniesieniu  zwycięstwa pod  Warszawą nad  wojskami bolszewickimi. Czynili to na złość Naczelnemu  Wodzowi  Józefowi Piłsudskiemu, a  szczególnie by nie  dopuścić do sławy i popularności jego w  narodzie polskim.Bolszewicy usiłując utrzymać się na terytorium zajętym w Polsce – pośpiesznie przerzucali  posiłki  wojskowe  do  wzmocnienia cofającej  się  armii. Dzięki tym posiłkom armia ich przechodziła kilkakrotnie do ofensywy. Po przejściu ich kawalerii z Prus i po otrzymaniu posiłków zwiększył  się bój i front przez dłuższy czas. Jednak wojsko polskie odniosło zwycięstwo -  wyparło bolszewików na  wschód. Woja trwała. Naród polski niósł ogromny wysiłek. Dla  rodzin powołanych rezerwistów, pod broń potrzeba  było  wypłacać zasiłek. Ponadto prowadzenie nadal  wojny wymagało ogromnych  sum  do  wydawania. Skarb państwa był pusty. Przeto powołano wojewódzkie i powiatowe Komitety Obywatelskie, do gromadzenia   zasobów na rzecz  skarbu Państwa i opieki nad rezerwistami. Wobec tego Wydział Propagandy Armii Ochotniczej, do  wykonywanej  swojej  akcji bojowej  włączył  akcję propagandową  zachęcającą ludność do  składania ofiar na rzecz skarbu państwa i inne potrzeby związane z  wojną.Dzięki temu nasza armia gnała bolszewików na wschód oczyszczając  terytorium Polski. Nie było już takiej potrzeby, by  wśród  wojska prowadzić bojową propagandę, przeto praca została w  większości przesunięta do  akcji powołanych Komitetów Obywatelskich.Mówcami na zgromadzeniach i  wiecach, urządzanych przez Komitety Obywatelskie  byli przeważnie delegowani tak wojskowi jak i  cywile. Ja w dalszym  ciągu brałem udział w tej  akcji z  dziennikarzem Marczyńskim.Jeździliśmy do różnych wojewódzkich i powiatowych miast na wygłaszanie przemówień. Przemówienia  nasze przynosiły  dobre  rezultaty. Słuchacze pobudzeni naszymi przemówieniami chętnie składali ofiary pieniężne i w przedmiotach  szlachetnych, złotych i  srebrnych na potrzeby państwa. Ofiarność była zadziwiająco  duża. Nie  sposób jest  by opisać fragmenty tych  wszystkich  wieców i  zgromadzeń. Jednak  dla przykładu  wymienię jeden wiec odbyty w  Sochaczewie w  czasie odpustu Najczystszej Panny Marii. Pod koniec przemówienia mówiłem:” Złóżcie  swoje ofiary na ołtarzu  Ojczyzny – będzie ona  zbawiona od   wroga”. Kilkutysięczna zgromadzona ludność padła na kolana,  a po skończonym przemówieniu  cisnęła  się do stolików i tam  składała ofiary. Ofiary te były  zadziwiająco  duże. Niektóre kobiety zdejmowały kolczyki, pierścionki z rąk, bransolety i składały na stół. Niektórzy mieszkańcy domów  mieszkalnych  Sochaczewa przynosili  skarbonki z uzbieranymi oszczędnościami  stawiali na stoliku. Między innymi staruszek żebrak przyniósł garczek uzbieranych monet miedzianych i  srebrnych i płacząc postawił na  stole mówiąc:” Oddajcie to co uzbierałem przez całe moje  życie, by móc być  swobodnym w  wolnej Ojczyźnie”. Po zakończeniu przyjmowania ofiar spisano protokół według którego było kilkaset tysięcy marek polskich, które były w obiegu, ponadto kilkadziesiąt sztuk pierścionków, kolczyków, bransolet i innych przedmiotów   szlachetnych.Na wiecu  w  Łowiczu osiągnięto największą ofiarność od innych miejscowości – może dlatego, że w Łowiczu i jego okolicy było  dużo uciekinierów ze  wschodnich  województw i że ludność była  wzruszona ich niedolą i niechciała  dopuścić  do ich losu. Po złożeniu  sprawozdania z  Sochaczewa Głównemu Stołecznemu Komitetowi Obywatelskiemu okazało się, że te ofiary przeważały swoją liczebnością od wszystkich innych  złożonych. Przebieg   wiecu w  Sochaczewie i jego osiągnięte  rezultaty, do  czego przyczyniły  się nasze gorące przemówienia, były opisane we  wszystkich  dziennikach  warszawskich.Na urządzanych  wiecach i  zgromadzeniach   w różnych miejscowościach jak : Łodzi, Kaliszu, Łowiczu, Sochaczewie, Żyrardowie, Grodzisku, Ciechanowie i   w szeregu innych miejscowościach osiągano  poważne sumy pieniężne i przedmioty na rzecz skarbu państwa. Na  wszystkich tych  wiecach panował podniosły patriotyczny  nastrój. Zamykane one były okrzykiem:” Niech żyje Ojczyzna” lub hymnem Narodowym.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Zwycięstwo pod Radzyminem.

czwartek, 26 lipca 2007 13:43

Następne moje przemówienia i  wystąpienia  na wiecach odbywały  się tylko w towarzystwie dziennikarza Marczyńskiego. Byłem z tego zadowolony, że nadal nie będą występował z siostrą Hallera i literatem jako przeciwnikami Piłsudskiego.         Jednego dnia przechodząc ulicą Nowy Świat spostrzegłem tabor wojskowy. Od  tego taboru nieoczekiwanie podbiegł  do mnie  młody człowiek z akcentem  wileńskim i przywitał się ze mną. Na razie nie mogłem go sobie przypomnieć. Wówczas on przypomniał mnie, że jest ze wsi  Wierebje i że w początkach maja zarezerwowałem dziesięć furmanek z ich  wsi, aby w krótkim czasie  wywieźć amunicję ze  stacji Budsław. Od tego  czasu oni  są trzymani w taborze  wojskowym – przy tym nadmienił, że  jest im płacone  wynagrodzenie  dość wysokie, z  czego  są zadowoleni, tym bardziej że dla koni i im żywności dostarczają pod  dostatkiem. Dalej nadmienił, że mają wiadomość, że bolszewicy w ich wsi pozabierali bezpłatnie niemal wszystkie konie do taboru i że te konie zaginęły, a oni zaś mają konie w  całości i na  nich zarabiają. Ucieszyłem  się  z tego, że moja akcja wywiezienia  amunicji ze  stacji Budsław przyczyniła  się dla  mieszkańców  wsi Wierebje do uratowania koni.Dwunastego i trzynastego sierpnia razem z dziennikarzem Marczyńskim byłem  delegowany, celem  wygłoszenia przemówień, do  stacjonujących jednostek wojska polskiego w  Warszawie, które miały wyruszyć na front  bojowy. Akcja nasza odniosła  dobre  rezultaty – przemówienia  były rzęsiście oklaskiwane i przyjmowane z entuzjazmem. Po każdym takim przemówieniu przełożeni tych jednostek nam  serdecznie  dziękowali.Dnia 14  sierpnia wojska bolszewickie zaczęły zbliżać  się pod  Warszawę. Wieczorem tego  dnia otworzyli huraganowy ogień z dział po portach znajdujących  się po prawej  stronie Wisły. Na jednym odcinku bolszewikom udało  się  wedrzeć do jednego portu. Jednak  silnym ogniem artyleryjskim  naszej  baterii z  Cytadeli zostali  wyrzuceni z tego portu. Po wdarciu się  do tego portu bolszewicy rozgłosili  wiadomość na  całym  świecie, że  wzięli  Warszawę. Radość ich trwała  dwa  dni, bowiem  dnia 16 sierpnia los  działań bojowych  zmienił  się korzyść  wojsk polskich.Tymczasem, wieczorem dnia 14 sierpnia mieszkańcy Pragi poczęli  ewakuować  się na lewy brzeg Wisły. Przez  całą noc  z  dnia 14 na 15 sierpnia trwała  walka artyleryjska z  obu  stron. Bolszewicy ponownie usiłowali  zdobyć  porty, jednak byli odpierani z dużą dla nich stratą. Dnia 15 sierpnia w święto Wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny rozgorzał  się bój o Warszawę. Bolszewicy parli ogromnymi masami  swojej piechoty na pozycje polskie pod  Warszawą, usiłując je   zdobyć  za  wszelką cenę. Jednak krwawo byli odpierani. Wypadło tego  dnia, że razem  z  redaktorem  Marczyńskim pojechałem wieczorem do Radzymina. Miejscowość tą bolszewicy usilnie  szturmowali i niejednokrotnie przechodziła ona z rąk do rąk. Jadąc samochodem  wojskowym ugrzęźliśmy przed mostem Kierbedzia, bowiem most był zapchany uciekinierami z  Pragi, zaś z miasta szło wojsko polskie na pozycje. Piechota i  artyleria nie mogły przez most przeprawić  się na Pragę, bowiem  coraz więcej ludności z Pragi przybywało na most, co tamowało przejazd dla  wojska. Usiłowania  wszelkie usunięcia ludności z mostu nie przynosiły  rezultatu. Wówczas ludność cywilną z niesionym dobytkiem wojsko, piechota polska, odepchnęła  do lewego boku mostu, a po prawym poczęło posuwać się  wojsko. Przejazd  był bardzo  ciasny, to też dużo  dobytku ludność zostawiała, niszczonego później pod kołami artylerii. Z poduch i pierzyn, pióra jak obfity śnieg podniosły  się w  górę i opadały do Wisły. Lament, krzyk powstał wśród  dzieci i kobiet. Konie,  armaty i żołnierze zostali oblepieni białym pierzem i  wyglądali bajońsko.Po parogodzinnym trudzie przedarliśmy  się na brzeg i  szybko udaliśmy  się  do Radzymina do którego przybyliśmy już po wyrzuceniu z niego bolszewików. Odziały wojska polskiego nadchodzące z  Warszawy – zatrzymywano i my  do tych oddziałów – przemawialiśmy. Huk dział i klekot karabinów  maszynowych i ręcznych   zagłuszał nasze przemówienia. Jednak po wysłuchaniu żołnierze w podniosłym  duchu bojowym wyruszali natychmiast na pozycje tuż znajdujące się za  miasteczkiem.W czasie przerwy przemówień weszliśmy  do kościoła, który był przepełniony ludnością z  dziećmi i tobołami – chroniącymi  się od  działań bojowych, od  ognia  artyleryjskiego i od  karabinowego. Jednak co pewien czas w kościele kule karabinowe wybijały  szyby  w oknach. Szkło sypało  się na głowy ludności raniąc  ręce i twarze. Przy Wielkim Ołtarzu była odprawiana  msza  święta, a obok ołtarza na  drabinie obserwator, patrząc w okno kierował ogniem dział artyleryjskich. Słowa księdza i obserwatora mieszały  się z  sobą. Nastrój w kościele był przygnębiający, tym bardziej przy jęku kobiet i płaczących dzieci oraz huku  armat i karabinów.Po wyjściu z  kościoła musieliśmy  przez pewien czas kryć  się przed kulami bolszewickimi – gdyż  bolszewicy przez  dłuższy czas ostrzeliwali Radzymin, by tą   drogą powstrzymać  nadchodzące  wojska polskie. Niemal przez cały  dzień  trwał bój  w Radzyminie, gdyż bolszewicy  szturm za  szturmem dążyli do ponownego jego  zdobycia. Nasza piechota te  szturmy  odpierała. Bolszewicy mając wozy bojowe opancerzone, w dalszym  ciągu szosą na tych  wozach nacierali na  miasteczko,  siejąc ogniem z  karabinów maszynowych po naszej piechocie,  zajmującej pozycje tuż przy szosie, powodując poważne  straty i niejednokrotnie   zmuszając  do  cofania  się.Kiedy przybył  do miasteczka generał Rządkowski, kierujący bojem tego  odcinka – zaproponowałem  mu sprowadzić  i ustawić  na  szosie lekką baterię  do ostrzeliwania wozów pancernych bolszewickich i uniemożliwienia parcia na przód piechocie bolszewickiej za tymi wozami. Niezwłocznie przybyła lekka artyleria w  składzie dwóch działek i otworzyła ogień  na  nadciągające  wozy pancerne. Skutek okazał  się   wyśmienity, bowiem ogniem tych  działek wozy pancerne były rozbijane i niszczone. Przy pomocy tych  działek, które poczęły posuwać  się  szosą naprzód, niszcząc wozy pancerne bolszewików, umożliwiono naszej piechocie, po obu  stronach  szosy marsz i odpór na parcie bolszewików. Sukces bojowy, przy pomocy tych dwóch działek na  szosie posłużył naszemu  wojsku posuwanie  się na przód, wypieranie bolszewików, a także na szerszym odcinku  bojowym odniesienie   zwycięstwa pod Radzyminem. Do zwycięstwa tego przyczyniły się także nasze przemówienia  do żołnierzy, ponadto  sprowadzenie   działek na moja propozycję.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

ks.prałat Godlewski.

wtorek, 24 lipca 2007 18:10

Dnia 5  sierpnia udałem się do Zarządu Straży Kresowej, na ulicę  Nowy Świat nr 21, by tam złożyć  meldunek, że  wstępuję w szeregi Armii Walczącej i by mnie   wykreślono z członków Straży Kresowej. Postanowienie moje przyjęto z  zadowoleniem, tym bardziej, że niemal wszyscy pracownicy Straży Kresowej, tak postąpili i wkupili  się  do  Armii Walczącej  w obronie Ojczyzny. Wobec tego, że pracowników Straży Kresowej zapotrzebował  Generalny Inspektorat Armii Ochotniczej do  sekcji propagandowej jako  dobrych mówców i obznajmionych dostatecznie z ujemną działalnością bolszewików w stosunku do państwa polskiego, przeto mnie   zaproponowano bym  wstąpił  do Generalnego Inspektoratu Armii Ochotniczej do Wydziału Propagandy. Chętnie  się  zgodziłem. Wówczas dostałem od Głównego Zarządu Straży Kresowej pisemne  skierowanie.W dniu 6 sierpnia  zgłosiłem się do  Wydziału Propagandy Generalnego Inspektoratu Armii Ochotniczej, który mieścił  się  a pałacu Staszica. Przyjęto mnie  z entuzjazmem  - jako mieszkańca Wilna i  dobrze obznajomionego z bojową  akcją z wojskiem bolszewickim. Wystawiono mnie dokument w randze porucznika, ale  wobec tego, że  dotychczas byłem w  randze szeregowca, przeto nie przyjąłem rangi porucznika, pomimo tego, że mnie skłaniano  do przyjęcia tej rangi. Wszyscy przyjęci starzy i nowi ochotnicy oraz cywile byli przeważnie z wyższym  wykształceniem jak literaci, dziennikarze i z innych  zawodów.Od dnia 7-8 sierpnia odbył się kurs słownej i plakatowej działalności propagandowej, po czym nam wystawiono  dokumenty i podzielono  nas na czwórki. Mnie przyłączono do czwórki, która składała się z: siostry generała Hallera, literata…………..,dziennikarza Małczyńskiego oraz mnie jako naocznego  świadka  działalności bolszewickiej.Czwórka nasza w  dniu 9 sierpnia  wyjechała  do Żyrardowa by tam  wygłosić przemówienie do żołnierzy  3bpp, który to po odniesieniu dużych strat, w  pierwszych dniach ofensywy bolszewickiej, jeszcze  w maju na froncie polskim, był  wycofany z  akcji bojowej i obecnie ponownie  wysyłany na  front.Żołnierze tego pułku w godzinach rannych  zostali ustawieni batalionami w  czworobok – po środku którego była urządzona mównica, przy której  znajdowało  się Dowództwo  pułku.Pierwszym mówcą była siostra generała pani Helena – postawiła ona  sztalugi, na których umieściła mapę byłej przed rozbiorem Polski i pałeczką wodząc  po mapie – opowiadała w  jakich  granicach Polska była po pierwszym i  drugim rozbiorze. Po czym zachęcała żołnierzy by  walczyli o odzyskanie Polski w  granicach historycznych z pierwszego  rozbioru. Głos jej był słaby i nie  dochodził  do  słuchu żołnierzy  stojących w  szeregach oraz mało  zrozumiała treść jej przemówienia, nie   wywołały w żołnierzach jakiejkolwiek reakcji. Następnym mówcą był literat ……….., omówił on historię przedrozbiorową Polski o przyczynach jej upadku i w końcu  wzywał żołnierzy do walki z bolszewikami. Przemówienie jego było mało oklaskiwane. Trzecim mówcą był  dziennikarz Marczyński. W przemówieniu  swym opisał błędy w  narodzie polskim, które posłużyły do rozbioru Polski – mówił o Konstytucji 3 – Maja – oraz  że naród Polski ma uchwalić Konstytucję, obejmującą prawa dla całego narodu polskiego i  zapewniającą ustrój demokratyczny – i że o taką Polskę należy walczyć z bolszewikami. Przemówienie  jego było już oklaskiwane sążniście.Czwartym i  ostatnim  mówcą  byłem ja – na   wstępie  swego przemówienia przeprosiłem słuchaczy –że  moja  mowa nie będzie taką piękną czystą polską – jako kresowiaka  - po  czem  w krótkich  słowach opisałem  swoją akcję od 1918 roku do  czasu obecnego, mówiłem o pobyciu  w więzieniu bolszewickim, o  ucieczce i o   walce  z bolszewikami. Dalej mówiłem o przyczynie przerwania frontu w maju przez bolszewików, na odcinku pozycji zajmowanej przez 3 bpp. Na odcinku tym byli przeważnie  młodzi  rekruci tego pułku i  niedoświadczeni z  bojem oraz że  mało dbali o  swoją  akcję  bojową, przeważnie urządzali na tyłach pohulanki i zabawy. Kiedy bolszewicy utworzyli ogień  huraganowy z  działek na odcinku zajmowanym przez  3 bpp, to żołnierze  ze  strachu płakali, a  oficerów nie było na miejscu  bojowym, bo byli na  tyłach i tam bawili  się. Taka sytuacja na odcinku  frontu zajmowanym przez 3 bpp. dała  bolszewikom z łatwością  możność przerwania frontu i wedrzeć się na  tyły polskich pozycji i  zmusić wojsko polskie na  szerokim froncie do odwrotu. Wasz pułk obecnie jest przeformowany i  uzupełniony  do  pełnego  składu liczebności - jest  wypoczęty i pełen zapału bojowości. Więc kochani żołnierze idźcie i brońcie z  męstwem polskim -   zwyciężajcie   wroga  ku  chwale Ojczyzny.Dalsze słowa mego przemówienia, wywołały wśród żołnierzy i oficerów   entuzjazm i okrzyki – po  czym poleciały  czapki w górę, a kiedy zakończyłem  swoją mowę – podeszli do mnie oficerowie wraz z   Dowódcą i gratulowali mi za  moje takie gorące i odpowiednie przemówienie. Kilku oficerów, którzy byli w pułku podczas przedarcia się bolszewików na  zajmowanej pozycji  w maju r.b. pod K……… zapytali mnie  skąd jest mi  wiadomo tak dokładnie o ujemnych  byłych przyczynach  z frontu. Odpowiedziałem, że będąc w Straży Kresowej, często byłem na froncie wojsk polskich, a  także na odcinku zajmowanym przez 3 b.pp. w K……………, dlatego wiadomym  mnie jest, co  działo  się podówczas na froncie.  Kiedy powróciliśmy  do Inspektoratu Armii, Wydziału Propagandy, będącego pod  dowództwem pułkownika Dąbrowy, szefa   wydziału majora Grabowskiego , kpt. Hallera i innych, moi koledzy przedstawili mnie przełożonym jako  Kmicica, rębacza  słownego i porywającego  swoim przemówieniem  słuchaczy  do  entuzjazmu i   wyrzucenia  czapek w górę. Po wysłuchaniu  sprawozdania szefowie gratulowali  mnie za tak prężne odpowiednie przemówienie. Po czym nadmienili, że będę wysyłany nie tylko na  wiece pułkowe – lecz także  cywilne – jako naoczny świadek przeżyć  bolszewickich.Jedenastego  sierpnia, czwórka nasza została wydelegowana na wiec Stronnictwa Chrześcijańskiej Demokracji (Chadecji) odbywający się  w  sali  przy ul. Śniadeckich nr 5 pod przewodnictwem  księdza prałata Godlewskiego – prezesa Stronnictwa Chadecji. Sala była bitkiem przepełniona ludnością. Pierwszym mówcą był prezes Stronnictwa ks. prałat Godlewski. Na wstępie swego przemówienia mówca nadmienił, że Polskę ponownie nawiedza nieszczęście z powodu tego, że w  Rządzie Polskim stoją ludzie socjaliści, komuniści niewierzący w  Boga. W  dalszym  swoim przemówieniu zaatakował gwałtownie Naczelnego Wodza Józefa Piłsudskiego, jako  socjalistę i niewierzącego w Boga oraz przyjaciela bolszewików. Dalej twierdził, że Józef Piłsudski jako Naczelny Wódz specjalnie  cofa   swoją  armię w  głąb kraju  z  zamiarem oddania Polski w  ręce bolszewickie, że ma połączenie poufne z Trockim – wodzem armii bolszewickiej – przez które połączenie otrzymuje od Trockiego poufne dyrektywy na korzyść wojsk bolszewickich. W  dowód  tych  słów, przytoczył fakty, że na rozkaz Piłsudskiego w  Warszawie gromadzona jest żywność dla  bolszewików – oraz umundurowanie żołnierskie i broń wojskowa.Słuchając tych bredni, oczerniających i kłamliwych nie   wytrzymałem i będąc w …………………..wstałem i  wykrzyknąłem, że to co ksiądz prałat mówi, jest kłamstwem i nieprawdą! Na  sali kilka osób krzyknęło  złowrogo pod  adresem prałata Godlewskiego. Powstało zaburzenie – Jedni protestowali przeciwko treści przemówienia, inni pochwalali i prosili księdza prałata do kontynuowania swego przemówienia. Gorliwych przeciwników przemocą usunięto z sali. Mnie zaś  wyproszono z Prezydium. Zastrzegli, bym nie  zabierał  głosu bez  zgody  księdza prałata jako przewodniczącego  wiecu.Kiedy na sali nastąpił względny  spokój, ksiądz prałat począł dalej przemawiać – lecz już  w  swoim przemówieniu  dalszym pochwalił generała broni Józefa Hallera – jako gorliwego katolika i  najodpowiedniejszego kandydata na Naczelnego  Wodza Wojsk Polskich, który będąc prawdziwym katolikiem i patriotą polskim tylko on potrafi odnieść  zwycięstwo nad  bolszewikami.Stronnictwo Chrześcijańsko Demokratyczne pod przewodnictwem ks. prałata Godlewskiego, łącznie z innymi Stronnictwami Endeckimi zrzuciłyby Józefa Piłsudskiego – zaś na jego miejsce forsowały Józefa Hallera. W  akcjach  swoich stosowali środki oczerniające, brutalne przeciwko Józefowi Piłsudskiemu – jakie   czyniono na wiecu wyżej omawianym. Zarzut o gromadzeniu broni, żywności i umundurowania dla bolszewików w Warszawie był zarzutem oczerniającym, kłamliwym, podrywającym autorytet jako Naczelnego  Wodza, tym bardziej kiedy bolszewicy zbliżali  się  do bram Stolicy i kiedy potrzeba  było największego poparcia Naczelnego  Wodza, a nie rzucania mu kłód pod  nogi.Sprawa z tym umundurowaniem, bronią i żywnością przedstawiała  się   następująco. Naczelny Wódz wydał poufny rozkaz rzeczywiście  zgromadzenia tych przedmiotów, lecz nie  dla bolszewików, a przeciwko nim. Na wypadek zajęcia Warszawy przez bolszewików, w odpowiednim  czasie, pozostawione w  cywilu bataliony wojska polskiego – miału uderzyć na bolszewików, wywołać  na tyłach bolszewików powstanie, które pomogłoby wojsku polskiemu pobicie wojsk bolszewickich. Do tego właśnie  celu, były  gromadzone wyżej omawiane przedmioty.Tajemnica gromadzenia jednak dostała się do wiadomości przeciwników Józefa Piłsudskiego i  wykorzystana  została w sposób  wysoce ujemny. Endecy i Duchowieństwo katolickie takimi metodami zwalczały Józefa Piłsudskiego Naczelnika Państwa, Wodza Wojsk Polskich.W Inspektoracie powołanym w Armii Ochotniczej także było niemało przeciwników Józefa Piłsudskiego, a   zwolenników Józefa Hallera. To też nic   dziwnego, że kiedy my powróciliśmy z wiecu pod przewodnictwem ks. prał. Godlewskiego i  złożyli  meldunek o oszczerczym i kłamliwym napadzie, głównie przez ks. prałata na Naczelnika Józef Piłsudskiego – to  meldunek nie tylko nie   wywołał oburzenia osób przełożonych – lecz odwrotnie, można było dostrzec u niektórych osób uśmiech na ustach. Nie chcąc dalej być w takim otoczeniu, postanowiłem  wyjść z  Armii Ochotniczej do mojej formacji wojska polskiego  - jednak  szef Grabowski i  dziennikarz Marczyński skłonili mnie  do pozostania, tym bardziej, że dziennikarz Marczyński był zwolennikiem Piłsudskiego i  twierdził, że my będąc nadal w Armii będziemy mogli niweczyć akcje przeciwko Piłsudskiemu, to mnie  skłoniło  do pozostania  nadal w Oddziale Propagandy Armii Ochotniczej.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (1) | dodaj komentarz

W Warszawie.

sobota, 21 lipca 2007 14:31

Zaczerpnięte informacje z gazet podniosły mnie na  duchu i zachęciły by jak najprędzej wstąpić  w szeregi  armii i bronić  zagrożoną Ojczyznę przed nawałą bolszewicką. Postanowiłem natychmiast założyć  konia i jechać  do Mińska Mazowieckiego po dokładniejsze informacje. Udałem  się po konia na koniczynę na której pasły  się  krowy, na której konia  nie mogłem  odnaleźć. Zobaczyłem pręgi  wśród innych koni, a mego jednak nigdzie nie  było. Brodząc  po koniczynie, która była   wyrośnięta po pachy  człowiekowi, przemoczyłem  się  do nitki. Poprosiłem  do pomocy w  szukaniu konia  szwagra Wilhelma – razem wtedy  dukaliśmy bez  skutku. Pod  wieczór uciekinierzy prawie  wszystkie konie zebrali z koniczyny i odjechali. Koni na koniczynie  zostało zaledwie kilka, wśród  których  mego  nie  było. Koń mój  był  spętany żelaznymi pętami, na zamek,  więc  trudno było  go skraść i uprowadzić. Wobec czego postanowiłem go  szukać w  pobliskich zabudowaniach  włościańskich, jakie tylko łączyły się z pastwiskiem, na którym pasły się konie. Poszukiwania  te także nie odniosły  skutku. Należało przypuszczać, że konia  z pastwiska ukradziono, tym bardziej kiedy drogą do Mińsk Maz. wiodącą były prowadzone konie przez ludność do Komendy Powiatowej – na pobór koni do wojska. Postanowiłem więc  niezwłocznie udać się do Mińska Maz. w poszukiwaniu tam konia. Wóz prosiłem  pilnować  Wilhelmowi i pani Karczewskiej.Do Mińska początkowo szedłem piechotą – później mnie jadący poborowi  podwieźli. W Mińsku Maz. wielki mój  wysiłek w poszukiwaniu konia nie dał rezultatu – przypuszczając, że go już ktoś mógł postawić na komisję poborową i go komisja przyjęła. Przeto udałem się do lokalu komisji i poprosiłem przewodniczącego pułkownika o pozwolenie  w obejrzeniu przyjętych koni, informując go o  zaginięciu mego konia. Chętnie wyraził na to zgodę. Jednak mego konia, wśród koni przyjętych, nie było.Wobec nie odnalezienia  swego konia oraz wobec tego, że była już noc, postanowiłem  wracać  do pozostawionego wozu. Po drodze powrotnej, powracało  sporo  furmanek  z Mińska  i mnie podwiozły. Jakież  było  moje  zdziwienie, kiedy przybyłem i ujrzałem  swego konia przyczepionego  do  wozu obok  konia  innego. Obudzeni szwagier Wilhelm i pani Karczewska oświadczyli mnie, że wkrótce po moim udaniu  się  do Mińsk Maz. – koń mój  sam powrócił rowem między  drogą  a koniczyną, prowadząc  ze  sobą innego konia, którego także zatrzymano. Ogromnie ucieszyłem  się  z powrotu  mego konia, była  jednak zagadka, gdzie on się   znajdował, że go nigdzie nie mogłem  znaleźć. Kiedy nadszedł  dzień to stwierdziłem, że ten drugi koń był klaczką. Dało mi to do myślenia, że mój koń był wałachem, po……… klaczy. Udał  się  do niej i  z nią przebywał, a potem przyprowadził do  wozu. Był to koń bardzo mądry, przywódca  ogierów i uwodziciel klaczy. Był wówczas problem co uczynić z tą klaczą. Zabierając ją ze sobą, obawiałem się, że ona pochodzi z osiedli bliskich mieszkańców, albo z klasztoru i majątku  do którego należała koniczyna. Przeto postanowiłem objechać konno, wszystkie zamieszkałe osiedla sąsiednie z pytaniem czy nie należy do kogo przybyła klacz. Jednak mieszkańcy włościańskich osiedli, i też z majątku do własności tej klaczy nie przyznali się. Wobec tego postanowiłem ją zabrać. Po czym pożegnałem się z państwem Karczewskimi, którzy udali się w dalszą drogę ku Warszawie, ja zaś zabrawszy ze sobą szwagra Wilhelma powracałem do swego taboru, pozostawionego z majątku przydrożnym.Rodzina moja i wszyscy, byli bardzo zaniepokojeni z mojej dłuższej nieobecności – skoro jednak dowiedzieli się z jakiej przyczyny i dobytku przyprowadzonej klaczy – ogromnie się ucieszyli. Dzieciaki natychmiast otoczyły nową klacz całując ją i obejmując. Klacz była wzrostu niedużego, maści gniadej, miała ładną figurę. Szwagier Wilhelm i żona, byli radzi że zebrali się. Po nakarmieniu mego konia i klaczy niezwłocznie udaliśmy się w dalszą podróż. Przejeżdżając koło miejsca poprzedniego popasu, gdzie mi koń schował się – już uciekinierów nie było – pozostała tam tylko koniczyna stratowana o wyglądzie jakby cmentarzyska po bitwie. Jadąc na przód, zapytywałem napotkanych czy nie wiedzą komu zginęła klacz. Jednak nikt nie słyszał o koniu żeby komuś zginął. Przeto uspokoiłem się, dlatego że może komuś zabieram klacz cudza jak złodziej, tym bardziej, że nie było sensu porzucania jej po drodze, bo i tak ktoś by ją zabrał.Zbliżając się do Warszawy – postanowiłem klacz sprzedać, gdyż była zbędna. Odkupił ja u mnie właściciel gospodarstwa rolnego przy drodze. Otrzymałem za nią 2000 marek polskich, jakie były monety obiegowe wówczas. Drogi wiodące do Warszawy przepełnione były taborami wojskowymi oraz uciekinierami. Nastrój wśród  ludności miejscowej był podniosły patriotycznie. Wszyscy spieszyli z pomocą wojsku i uciekinierom. Dostarczano żywność i inne niezbędne przedmioty. A młodzież masowo zaciągała się do ochotniczej armii. Ku wielkiemu zdziwieniu ludność nie ewakuowała się przed nadejściem wojsk bolszewickich, pozostawała na miejscu swojego zamieszkania. Tylko nadal ciągnęły tabory uciekinierów na zachód poza Warszawę – pochodzące z województw wschodnich. Widocznie miejscowa ludność tj. województwa warszawskiego, przez które przejeżdżaliśmy, nie posiadała wiadomości o postępowaniu bolszewików nie odpowiadającym życzeniu Polaków. Przyjechaliśmy do Warszawy w nocy z dnia 3 na 4 sierpnia. Wszystkie nasze wozy z krowami przejechały most Kierbedzia. Krowy były uwiązane do wozów i szły sobie najspokojniej nie zważając na ogromny ruch na ulicach – taksówek cywilnych i lekkich aut wojskowych i ciężarówek. Na informacje policji, że uciekinierzy są rozmieszczani na łąkach Siekierki za elektrownią miejską , po lewej stronie Wisły, przeto i my udaliśmy się ulicę Czerniakowską na te łąki. Miejsce postoju na tych łąkach było wyśmienite – trawy jako paszy dla bydła, było pod dostatkiem. Wobec dobrej i suchej pogody oraz ciepłych nocy – nocowano na wozach. Gotowanie śniadań i obiadów uskuteczniało się w najbliższych budynkach elektrowni. Mleko zbędne rozkupowali okoliczni mieszkańcy lub wymieniali na przedmioty nam potrzebne. Gdyby nie nadciągała nawałą bolszewików, życie trybu cygańskiego, było by idealne. Niestety strzały armatnie, coraz bliżej dawały się słyszeć, co wywoływało niepokój jak u nas uciekinierów, tak i u miejscowej ludności.Następnego dania, po wypoczynku, udałem się do centrum miasta. Ruch był ogromny – ulicami maszerowały tabory wojskowe – oraz wojska – ponadto powołanie rezerwiści. Na ulicach stały stoły na których leżały stosy chleba i bułek oraz stały parujące imbryczki z herbatą i mlekiem. Panie będące przy stołach – rozdawały żołnierzom pokarm darmo, składający się z bułek lub chleba, herbaty lub mleka. Ludność obdarzała także żołnierzy i rezerwistów papierosami, czekoladą i innymi przedmiotami. Ponadto na ulicy stały stoły, na których dokonywano składania ofiar na armię polską oraz dokonywano subskrypcji na fundusz obrony narodowej. Niezwłocznie złożyłem dobrowolna ofiarę na potrzeby armii 2000 marek otrzymanych za klacz oraz dokonałem subskrypcji pożyczki Obrony Narodowej po 500 marek w złocie na imię swoje i synów Kazika, Zbyszka i Edka, razem 2000 marek. Następnego dnia, złożyłem w Banku Polskim złota obrączkę i inne pierścionki złote. W zamian złotej obrączki dostali obrączkę niklową oraz dyplom podziękowania. Ofiarność ludności była ogromna, składano ofiary na potrzeby Armii polskiej jak i subskrypcji pożyczki Obrony Państwa. Pełno było kolejek składających ofiary. Biura zaciągu Armii Ochotniczych, były oblegane – kolejki stały ogromne. Młodzież by prędzej dostać się do biura – urządzała drabiny – akrobatyczne – piramidalne – wciągnięcia się do piętra  i przez otwarte okna dostawała się do biura. Ludność gromadziła się i oglądając taki zapał młodzieży i ich pomysłowość dostania się do biura – rzęsiście oklaskiwała. Wśród mieszkańców Warszawy był spokój i nastrój podniosły. Wszyscy byli pewni zwycięstwa, pomimo zbliżania się bolszewików.    


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Taborowe doświadczenia.

czwartek, 19 lipca 2007 22:04

My jednak zatrzymaliśmy się i poczęliśmy czynić wywiad, czy faktycznie kozacy zbliżają się. Okazało się, że alarm był  fałszywy i poczynił poważne  straty dla uciekinierów, bowiem w popłochu uciekając – pogubili dzieci i krowy, wozy powywracały się i połamały, a rodziny po rozłączały. Wobec czego całą noc było lamentu nie mało, matek poszukujących dzieci i krów oraz nawoływania pogubionych osób.Wczesnym rankiem opuściliśmy Łypy, nie mając dostatecznie zapasów, ani też wyreperowanych wozów, których koła tak rozeschły się, że jazda dalsza była wprost niemożliwością. Na skutek czego koła te, musieliśmy po drodze w  napotkanej  wodzie namoczyć kilka godzin, by takowe  spęczniały i umożliwiły dalszą jazdę. Czynność ta była mało wartościowa i tylko do ponownego wyschnięcia koła – ponowna jazda była niemożliwa. Jednak mimo tych kłopotów jechaliśmy powoli naprzód, niejednokrotnie  napotykając różne przeszkody. Szczególnie dawały się  mocno we znaki fałszywe i prawdziwe alarmy o zbliżaniu się kozaków, a którzy w rzeczywistości kroczyli  za nami coraz  bliżej.By uniknąć tłoku uciekinierów i fałszywych alarmów – my, ze swoim taborem,  skręciliśmy od kolei żelaznej więcej w lewo, co nam ułatwiało spokojniejszą i  szybszą jazdę przez kilka  dni. Bo kiedy zbliżaliśmy się do rzeki  Bug , napotykaliśmy moc  taborów   wojskowych,  co na  zmuszało  ustępować  z  drogi lub czekać  na przejazd  takowych taborów.U przeprawy rzeki Bug stacjonowała Dywizja Litewsko – Białoruska Wojsk Polskich. W dywizji tej miałem sporo  znajomych oficerów,  więc  nawiązałem z nimi kontakt i uzyskiwałem od nich nie mało pomocy. Kowale  wojskowi wyreperowali nam koła u wozów i podkuli konie. Wobec tego, że nasze wojsko zmuszone było nadal  cofać się na zachód, poza linię  rzeki Bug i Narwi – postanowiliśmy jechać w kierunku Warszawy przez Mińsk Mazowiecki – nie dojeżdżając którego, zatrzymali się w jednym duży majątku. Ja zaś, aby zebrać informację, wyjechałem do Mińska Mazowieckiego, dla ustalenia  sytuacji bojowej naszych  wojsk i  w jakim kierunku najlepiej jechać – gdyż  były pogłoski iż  uciekinierów nie puszczają na wjazd do Warszawy. A mnie zależało na byciu w  Warszawie, a  szczególnie chodziło mi o ulokowanie  za Warszawą,  miejscu odpowiednim rodzinę, a  samemu pójść szeregi  bojowe naszej armii, by  walczyć w  obronie Ojczyzny.Nie dojeżdżając do Mińska Mazowieckiego w odległości 8 km. począł padać rzęsisty deszcz – który  zmusił mnie  wstrzymać dalszą jazdę i schować się przed ulewą  w przydrożnych budynkach od których w niedalekiej odległości stały  wozy uciekinierów przy  drodze, stada krów i koni, pasły  się  na ogromnej przestrzeni koniczyny. Po ustaniu  deszczu, podszedłem do stojących wozów uciekinierów i ku wielkiej radości spostrzegłem tam brata żony mojej Wilhelma Karczewskiego, szlachetkę ze wsi Lepniany oraz rodzinę Karczewskich, składającą się z brata, matki mojej żony i jego żony. Była obopólna radość ze spotkania. Dowiedziałem  się, że brat żony Wilhelm, przypadkowo odłączył się od swego taboru, jeszcze przed  Wilnem i nie może go dotychczas odnaleźć. Karczewscy także rozłączyli się  z  dwiema córkami, uciekając z pod Łap – podczas popłochu alarmowego o nadchodzących Kozakach. Wówczas przyłączyłem  się  z moim  wozem  do tego taboru, konie  wyprzęgłem i po spętaniu żelaznymi pętami – pognałem do  stada pasących  się koni  w koniczynie.Do taboru coraz więcej dołączało się uciekinierów. Stado koni i krów przebywało na koniczynie. Powracające  podwody z Mińska Mazowieckiego, które tam odwoziły powołanych rezerwistów, udzieliły nam najnowszych gazet.  Z gazet tych  dowiedziałem się, że pertraktacje pokojowe w Mińsku Litewskim nie dają realnych rezultatów, bowiem bolszewicy upojeni  swoim pochodem, za cofającą  się  armia polską – pertraktacje te lekceważą i odkładają na czas późniejszy, by tą   drogą w ogóle nie  dopuścić do jakichkolwiek rezultatów. Ponadto  dowiedziałem się z gazet o powołaniu Komitetu Obrony Państwa, pod przewodnictwem Wincentego  Witosa, mianowano go także Premierem w Rządzie Polskim. Także Sejm wyniósł Uchwałę o powołanie Inspektoratu Ochotniczej Armii Polskie, który to Inspektorat, podlegał Naczelnemu Dowództwu Armii Polskiej. Na stanowisko Dowódcy Ochotniczej Armii Polskiej mianowano generała broni Józefa Hallera byłego Dowódcę II Brygady Legionów. Do Armii Ochotniczej masowo poczęła  się skupiać młodzież ucząca  się i inni osobnicy nie podlegający mobilizacji. Broń dla  Armii Ochotniczej i dla Armii Polskiej pochodziła z Francji i Węgier. Dalej  w gazetach nawoływano ludność Polską  do utrzymania  spokoju i składania  dobrowolnych ofiar na obronę  Państwa oraz czynienie   zapasów  pieniężnych na Fundusz Narodowy Obrony Państwa. Gazety także  donosiły o ofiarności ludności Polskiej i stwierdzały, że na razie w  Narodzie Polskim jest  duch obrony Państwa ogromny.           


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Na linię Bugu i Narwi.

środa, 18 lipca 2007 18:42

Pogoda w dalszym ciągu była piękna słoneczna i ciepła. Po drogach wiodących na  zachód, sporo jechało uciekinierów z dobytkiem.Tabory wojskowe także jechały większymi drogami. Strzały  armatnie  za nami odzywały się, co  zniewalało nas do szybkiej  jazdy. Kiedy dotarliśmy do szosy wiodącej z  Grodna do Wołkowyska -  zatrzymaliśmy  się przy niej. Jechały po niej także tabory  wojskowe w stronę Wołkowyska. Wiadomości o sytuacji bojowej naszych wojsk były nie pomyślne. Wojska nasze na całym froncie cofały się. Bolszewicy parli z ogromna masą konną i piechotą za naszymi wojskami. Kiedy  rozmawiałem z jednym facetem z taboru – nadjechał ze strony Grodna w   samochodzie gen. Rządkowski  D-ca 8 – ej Dywizji Linii Polskiej – poznał mnie i  zatrzymał  się – znał mnie z  działalności mojej w Straży Kresowej na terenie jego Dywizji znajdującej  się w Parafianowie i Dokszycach w  zimie 1919/1920 roku.Widząc nasz tabor i nadjeżdżających uciekinierów, powiedział że tabory te bardzo utrudniają przejazd  wojsko polskim. Zapytałem generała czy jest nadzieja na  zatrzymanie bolszewików na linii rzeki Niemen? Odpowiedział, że już konnica bolszewicka przekroczyła Niemen i miasto Grodno i usiłuje szybkim marszem obejść nasze lewe skrzydło, cofającego  się wojska. Sytuacja ta zniewala w dalszym  ciągu na cofanie  się naszych  wojsk, tym bardziej że na prawym  skrzydle tj. na Wołyniu i Podolu, konnica bolszewicka operuje na tyłach naszych  wojsk. Generał Rządkowski odjechał w pośpiechu  w kierunku Wołkowyska. Tabory  wojskowe także jechały  w tą  stronę.By uniknąć taborów  wojskowych, postanowiliśmy w  dalszym  ciągu jechać  drogami mniej strategicznymi, jednakże wiodącymi  na zachód. Kierunek naszej  jazdy niejednokrotnie zmienialiśmy w zależności od informacji o najbliższych ruchach  wojsk naszych i bolszewickich. Jechaliśmy kierunku miasteczka Kryner. Miasteczko to nas pociągało, by tam u kowali wyreperować nasze koła uschnięte i poczynić zakupy niezbędnych przedmiotów. Kiedy przybyliśmy do Kryner, to tam już  była moc uciekinierów. Niezwłocznie udaliśmy się do kowali – jednak tu były kolejki z reperacją kół i kucia koni – przy tym kowale, przeważnie Żydzi, brali bajońskie sumy za  swoją pracę. Po otrzymaniu informacji o istnieniu kowala Polaka na przedmieściu miasteczka, udaliśmy się do tego kowala. Była tam też kolejka, lecz nie duża. Po obejrzeniu naszych kół, kowal zakomunikował nam, że on przez noc nasze koła wyreperuje o ile mu  będziemy pomagać. Chętnie na jego propozycję zgodziliśmy się i u niego pozostaliśmy z całym naszym taborem na  noc. Przez noc koła nasze zostały  wyreperowane, konie podkute i  wozy  naprawione. Po spożyciu  śniadania udaliśmy się do miasteczka, dla załatwienia naszych  sprawunków. Ja szedłem do krawca Żyda, by zreperować spodnie, które były już podziurawione w kilku miejscach. Po odpasaniu rewolweru i położeniu go na stole, spodnie musiałem  zdjąć do reperacji, sam zaś w kalesonach, skryłem  się w przyległym pokoiku. W tym czasie, wpadł do mieszkania krawca żandarm wojska polskiego, spostrzegłszy rewolwer na stole, schwycił  go i wybiegł  z mieszkania. Nie miałem  czasu na włożenie  spodni i możliwości  ku temu, bowiem krawiec miał je w maszynie. Przeto zmuszony byłem, za żandarmem wybiec w kalesonach, by odebrać rewolwer. Dopadłem żandarma i z całej siły, nieoczekiwanie  dla niego -  wyrwałem z jego reki swój rewolwer i począłem mu wymyślać, po co usiłował zabrać mi rewolwer. Żandarm widząc mnie jako cywila i bez spodni – także począł grozić mnie  aresztowaniem. Ludność poczęła się gromadzić  wokół  nas  z ciekawością oglądali niebywałe  widowisko. By uniknąć dalszego  widowiska pośpiesznie udałem  się  do mieszkania krawca, a  za mną żandarm. W mieszkaniu, okazałem żandarmowi swoje  dokumenty, po przejrzeniu których żandarm przeprosił mnie, przy tym  się  tłumaczył, że on widząc na stole leżący rewolwer zmuszony był  go zabrać, gdyż  leżał na  stole  bez opieki, do tego w prywatnym mieszkaniu. Po wyreperowaniu  spodni ubrałem  się i rewolwer przypiąłem do pasa. Po czym wyszedłem  na  ulicę i  spostrzegłem  tłum ludzi, stojących przed domem krawca – opowiadających ze  śmiechem o zaszłym niebywałym  widowisku moim z  żandarmem.W Krynkach dostałem kilka egzemplarzy gazet, które po  wyjeźdźcie z  Krynek  jadąc  na  wozie -  czytałem. Dowiedziałem  się  z nich, że między rządem polskim i bolszewickim zostały  rozpoczęte pertraktacje pokojowe  w Mińsku Litewskim. Pertraktacje te przeciągały się bez jakichkolwiek rezultatów, bowiem bolszewicy upici swoim powodzeniem na froncie bojowym, specjalnie pertraktacje przedłużali, przy tym lekceważąco odnosili  się do naszej  delegacji. Ponadto dowiedziałem się  z tych gazet, że Sejm Polski wniósł Uchwałę o zmobilizowaniu rezerwistów pod  broń oraz konie i  wozy do taborów. Wiadomości te ogromnie mnie ucieszyły,  sądziłem że  z powołanych rezerwistów zostaną utworzone rezerwowe oddziały wojskowe i będą  rzucone do pomocy cofającej  się naszej  armii. Niestety, mobilizacja ta jak się później dowiedziałem – została za późno ogłoszona i już nie mogła być  przeprowadzona na terenach opuszczonych.Jechaliśmy w  kierunku Białegostoku trzymając   się kierunku  drogi po  prawej  stronie. Po drodze napotykaliśmy grupami maszerujących rezerwistów, udających  się  do komend powiatowych oraz prowadzących konie z wozami, podlegających mobilizacji. Nastrój  wśród powołanych rezerwistów był dobry – maszerowali ze śpiewem na  ustach. Życzeniem ich było aby jak najprędzej być umundurowanym i   walczyć w obronie  zagrożonej wolności Ojczyzny.Zbliżając się do Białegostoku,na  drogach i polach było pełno uciekinierów. Konie i krowy pasły  się na nieskoszonych łąkach i konieczynach. Tabory  wojskowe, przeważnie jechały nocami, we dnie latały  wywiadowcze samoloty polskie. Rozniosła  się wiadomość  wśród uciekinierów, że wojska polskie mają odstępować  tylko do rzeki Bug i Narwi i że na tych rzekach będą usiłowali zatrzymać bolszewików. Wiadomości te przyspieszały uciekinierów do   szybszej jazdy, by jak najprędzej przekroczyć te  rzeki i być na tyłach  walk. Przed nami była niedaleko rzeka Narew,  więc usiłowaliśmy jak najprędzej dojechać  do miasta Łapy, leżącego nad tą rzeką, by tam poczynić   zakupy oraz  wyreperować  wozy w których  wysychały koła z powodu nieustannej  suszy i jazdy. Zaledwie dojechaliśmy do Łap, jak postał nieoczekiwany popłoch i uciekinierzy poczęli uciekać z okrzykiem: „Kozacy! Kozacy!”.        


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Dalej na zachód.

wtorek, 10 lipca 2007 20:43

W tym czasie nadjechała bateria polowa i niezwłocznie rozpoczęła ładować na prom armaty. Burza ponownie rozszalała się. Błyskawice powstające nieustannie,  zaślepiały oczy. Pioruny biły nieustannie. Piorun uderzył w prom, zabił jednego żołnierza, kilku poraził. Komendant baterii niezwłocznie wydał rozkaz żołnierzom przykryć karabiny płaszczami, armaty zaś kocami, by tą drogą zapobiec przyciąganiu atmosferycznemu.Wobec tego, że strzały armatnie od strony Grodna stawały się  coraz silniejsze, postanowiłem natychmiast jechać  dalej, nie zważając na trwającą ulewę, byliśmy i tak przemoczeni  do ostatniej nitki, jak to się mówi. Po przebyciu kilku kilometrów drogi nocą, wjechaliśmy do ogromnej opustoszałej wsi. Była ona niezamieszkała przez ludność. W jednej tylko zagrodzie na drugim końcu tej  wsi, mieszkała rodzina, od której dowiedziałem się, że ludność tej  wsi w 1915 roku kozacy  wygnali przed następującymi Niemcami do Rosji i która  do tego  czasu nie powróciła. Z pośród wygnanych, większa część ludności zginęła  w Rosji z głodu i tyfusu. By nieco osuszyć  się i ogrzać, zajechaliśmy na podwórze jednej  zagrody i  weszliśmy  do mieszkania, próżnego bez okien. Ku wielkiej naszej radości, była tam płyta, którą niezwłocznie rozpalono i przy której dzieciaki poczęły się grzać i odzienie swoje suszyć. Po czym ugotowano herbatę i posililiśmy się. Deszcz ustał i poczęło się niebo rozjaśniać, następował poranek, słońce wzeszło, niebo było czyściutkie bez chmur. Nastąpił dzień słoneczny, cichy, bez wiatru. Wszyscy odżyli z wczorajszego przemęczenia. Pozdejmowaliśmy z siebie przemoczoną odzież i ją rozwieszono  do  wyschnięcia na  słońcu. Wobec tego, że strzałów nie było  słychać postanowiliśmy  dłużej pobyć  w tej  wsi, a  szczególnie  by odzież  wysuszyć, ponadto by ugotować gorącej  strawy do spożycia.O godzinie 10 – tej wyjechaliśmy  w dalsza drogę. Od gospodarza z tej  wsi dowiedzieliśmy się, że po  drodze najbliższe będzie miasteczko Jaziołda do którego jest do 20 – 30 km. Pod wieczór nie dojeżdżając do tego miasteczka, o kilka kilometrów przepływa spora rzeka, także pod nazwą Jeziołda – postanowiliśmy przenocować przy brzegu tej rzeki,  w lasku gdzie było pod  dostatkiem trawy dla koni i krów. Rozpaliliśmy ognisko – przy którym szybko wszyscy zasnęliśmy. Następnego dnia, kiedy zbieraliśmy  się do wyruszenia w dalsza drogę, okazało się, że brak jest jednej krowy – należącej do brata Wincentego Markiewicza. Poszukiwania uczynione tej krowy, nie dały rezultatu. Po drugiej  stronie  drogi była  wieś w odległości pół kilometra od drogi. Udaliśmy się tam w poszukiwaniu krowy z  myślą, że może ktoś z tej wsi skradł krowę. Krowy tam nie odnaleziono. Natomiast od jednej kobiety dowiedzieliśmy się, że jest w tej wsi, jeden  złodziej, który z pewnością  skradł tę krowę i schował ją w lesie, gdzie wszystkie krowy z tej wsi pasą  się. Przy tym wskazała chatę w której mieszkał ten złodziej  z jedną kobietą  wdową. Złodzieja w  domu nie  było, kobieta nie wiedziała gdzie on jest. O krowie  skradzionej nic nie  wiedziała, do domu jej nie przyprowadzono.Udaliśmy się do  wskazanego lasu, gdzie krowy pasły się. Po przebyciu dróżkami leśnymi kilka  kilometrów -  wyszliśmy na obszerną polanę, gdzie pasła  się  duża ilość krów. Krowy skradzionej nie było. Po nawiązaniu rozmowy z  chłopakami,  dowiedzieliśmy  się, że w  dniu wczorajszym znalazła się jedna krowa w ich  stadzie, której przedtem nie było. Oni nie wiedzieli czyja jest ta krowa – krowa  była duża, maści biało – czarnej rasy holenderskiej. Krowa skradziona była maści czerwonej, rasy polskiej, także była dojna.Wobec tego, że nie mogliśmy odnaleźć  swojej skradzionej krowy, zabraliśmy krowę pochodzenia nieznanego – rasy holenderskiej i tę krowę przyprowadziliśmy do taboru. Radzi byliśmy, że tą drogą powetowaliśmy stratę po skradzionej krowie. Kiedy zbieraliśmy się do wyruszenia w drogę – nadjechało kilku  strażaków straży ogniowej. Zatrzymali  się przy naszym  taborze i poczęli pokazywać  rękoma krowę przez nas  zabraną, po czym podbiegli do nas i zaczęli pytać skąd ta krowę mamy, bowiem ona im została  skradziona w miasteczku i że oni przybyli  poszukiwaniu takowej – gdyż  ślady kopyt krowy wiodły w  ta  stronę.  Oświadczyliśmy jak było. Z wielką  radością krowę tę zabrali, a my pozostaliśmy bez krowy. Nastąpiła wśród nas zaciekłość po  skradzionej krowie, przeto postanowiliśmy szukać nadal krowy. Ponownie udaliśmy się do wsi,  do kobiety, która nam wskazała chatę, w której mieszkał złodziej i od niej dowiedzieliśmy się, że krowę naszą ukradł z pewnością ten sam złodziej i że jest chata w lesie, przyległa do polany od  strony  rzeki, że my ją tam z pewnością znajdziemy i że złodziej ją tam chowa. Przy tym nas poprosiła byśmy nie mówili o tym dla jego kochanki lub dla niego samego, że ona  nas poinformowała o tym, że on  skradł nam krowę, bowiem on będzie mścił się nad nią, bo już on skradł od niej sporo rzeczy różnych.Po otrzymaniu tych  wskazówek udaliśmy się ponownie do  wskazanego lasu. Ciągnął się on długością do jednego kilometra i  szerokością był do pół kilometra. Było nas trzech, w tym właściciel skradzionej krowy brat Wincenty Markiewicz. Poczęliśmy kroczyć lasem wzdłuż odległości jeden od drugiego o  dwieście kroków, przeszukując gęste zarośla, przy tym nawołując by mieć z sobą kontakt. Kiedy dotarliśmy do końca lasu i ja  wyszedłem na polanę, leżącą między lasem, a  rzeką – polanka była  pusta. Zebraliśmy się  do kupy i  ustaliliśmy żeby las przeszukiwać w poprzek, powracając z powrotem. Kto znajdzie krowę, da  strzał  z rewolweru. Kiedy ja przeszedłem w poprzek lasem do trzech razy, wyszedłem na brzeg lasu, dotykającego plankę, to ku wielkiej radości spostrzegłem  człowieka pędzącego naszą krowę  w  stronę lasu w którym byliśmy. Począłem krzyczeć  i biegnąć za tym  człowiekiem z krową. Kiedy dałem strzał  z rewolweru, człowiek porzucił krowę i co sił zaczął uciekać. Dalsze moje  strzały nie powstrzymały  go od  ucieczki. Dopadł  rzekę i wpław ja przebył i skrył  się w  zaroślach po tamtej stronie. Na odgłos moich strzałów, przybiegli towarzysze. Cieszyli  się bardzo, że jednak krowę odnaleźliśmy i odebraliśmy złodziejowi. Powracając z krową brzegiem rzeki, niedaleko od wsi, spostrzegliśmy   w rzece zanurzony wóz z czterema kołami. Wóz ten wyciągnęliśmy  z rzeki  z zamiarem nabycia kół, bowiem w  naszych wozach, koła rozeschły się. Wóz ten okazał się własnością kochanki złodzieja. Kobiecie tej zaproponowaliśmy sprzedanie nam kół,  wówczas ona poczęła wrzeszczeć i krzyczeć na  cały głos, na który zaczęli przybywać mężczyźni, jeden po drugim, których  wpierw nigdzie nie było  widać. Widocznie byli pochowani za zabudowaniami. Kobieta usiłowała wyrwać  nam wóz z rąk – pomimo, że jej proponowaliśmy dość wysoką zapłatę. Wówczas brat Wincenty Markiewicz usiłował odepchnąć kobietę od wozu i wóz zabrać, gdyż mu właśnie były koła potrzebne. Kobieta uczepiła  się wozu i poczęła krzyczeć na  całe gardło. Krzyk ten spowodował przybycie  w pośpiechu kilku mężczyzn ze  strony  zarośli na łąkach, gdzie widocznie kryli się, po obu  stronach rzeki. Niemal każdy  z nich miał  w ręku  drąg. Widocznie mieli zamiar tymi drągami zaatakować lub bronić  się. Kiedy jednak spostrzegli broń w naszych rękach, zatrzymali  się, nie podchodząc  do nas na odległość  do 30 kroków. My także ich uprzedziliśmy, żeby nie podchodzili, bo będziemy strzelać. Zanosiło się na awanturę. Co prawda posiadając broń, mogliśmy wyjść zwycięsko – jednak postanowiłem uniknąć awantury i prędzej powracać  do  swego taboru. Wówczas nakłoniłem brata Markiewicza, do porzucenia  wozu i powrotu ze swoja krową do taboru. Po przybyciu z krową  do taboru,  wszyscy byliśmy ucieszeni, że odnaleźliśmy krowę. Byliśmy dumni przed kobietami ze  swego zwycięstwa. Dzień skłaniał się ku wieczorowi – jednak zdecydowaliśmy jak najprędzej  wyjechać z tej miejscowości, by uniknąć nowych kłopotów ze  strony mieszkańców tej  wsi, którzy byli niesympatyczni i nieprzychylnie do nas usposobieni. W okolicach miasteczka Jaziełdo mieszkali Białorusini, prawosławni, większość z nich była nieprzychylnie  ustosunkowana do Polski i  jej ludności. Ponadto sporo wśród  nich trudniło  się  złodziejstwem i pędzeniem  samogonu do  czego sprzyjały tereny leśne po obu stronach rzeki. Dowiedzieliśmy  się o tym od polskich mieszkańców we wsiach przejeżdżanych.          


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Przeprawa przez Niemen.

poniedziałek, 09 lipca 2007 20:10

Natychmiast zabrałem część naszych pakunków i  rzeczy na  nowy  wóz, który był większy, a że już ciemniało, udaliśmy  się natychmiast do  Radunia. Po przybyciu, zatrzymaliśmy się wszyscy w zagrodzie mego poprzedniego gospodarza. Pomieściliśmy wszystkie wozy na gumnie przed stodołą. Po czym wszczęła się rozmowa o moich przygodach. Okazało się, że kiedy ja byłem rano niedaleko Bieniakoń, to w Bieniakoniach były jeszcze tabory wojska polskiego, a ulicami  zbliżały się wojska  kozackie ze strony Wilna. Jednak posterunki  wojska polskiego  strzałami ich nie dopuszczały do Bieniakoń. Właśnie te strzały my słyszeliśmy i  gdyby dróżnik nas nie  zapewniał, że w  Biłokoniach  są bolszewicy, to bym tam zastał nasz  tabor. Po drodze w niektórych osiach rozeschły się koła u  wozów,  więc te koła zmuszeni byli reperować u kowali w Bieniakoniach,  więc z tej przyczyny opóźnili się przyjazdem do Raduni. Tabory wojskowe z Bieniakoń, przeważnie wyjeżdżały w kierunku  Lidy. Według opowiadania  wojskowych  wojsko  nasze ma cofać się do rzeki  Niemen, gdzie mają  stawiać opór  wojskom bolszewickim. Na razie wojska polskie,  cofały się  na  całej linii  bojowej od Łotwy    do Rumunii. Dotychczas nie udało  się odnieść poważniejszego sukcesu. Nastroju panicznego w ludności  cywilnej także nie  było. Zamożniejsi  gospodarze rolni, przeważnie wyjeżdżali z dobytkiem w  kierunku  zachodnim. Skutkiem czego drogi były  zapełnione taborami. Tabory  te, na  drogach głównych, na których cofały się tabory wojskowe, tamowały ruch. Wobec  czego żandarmeria  wojska polskiego, tabory uciekinierów kierowała na drogi boczne. Kierunek jazdy  nawet był lepszy, bo łatwiej  było poruszać  się z  dobytkiem tj. z krowami, które często gubiły się między taborami wojskowymi. Ponadto tabory  cywilne, zmuszone były niejednokrotnie zjeżdżać z drogi by przepuścić tabory  wojskowe. Opóźniało to  w jeździe naprzód. W Raduniu przenocowaliśmy. Śpiąc w  stodole na sianie omacaliśmy tam cztery schowane koła od wozu. Wobec tego, że u mego wozu, były koła już  rozeschłe i  daleko na tych kołach trudno będzie jechać, postanowiłem te koła nabyć  u gospodarza, jeżeli on sprzeda. Jednak gospodarz sprzedać kół nie zgodził się, tłumacząc, że żadnych kół nie posiada. Natomiast  zgodził  się nam  sprzedać  siana, które potrzebowaliśmy  do karmienia koni. Siano to ułożyliśmy obok naszych  wozów,  aby potem go zabrać. Gospodarz nie  wiedząc o tym, że my posiadamy  tajemnicę w istnieniu kół, odszedł od stodoły, wówczas my prędko wyciągnęliśmy dwa koła i ulokowaliśmy po jednym kole na dwóch  wozach. Kupionym sianem zakryliśmy koła, ponadto na wierzch załadowaliśmy nasze toboły, więc żadnego śladu nie było. Jednak nie  chcąc gospodarzowi robić  straty materialnej, postanowiłem mu  zapłacić  za te koła potajemnie. Jedząc śniadanie  w domu, włożyłem do  szuflady u stołu 500 rubli, za które z łatwością będzie mógł nabyć koła nowe. Tą  drogą nabyłem tak mi potrzebne koła  - może niezbyt  szlachetnie, ale innej możliwości nie było. Po spożyciu śniadania i uporządkowaniu wozów, niezwłocznie odjechaliśmy, po uprzednim sowitym zapłaceniu gospodarzowi za nocleg. Był zadowolony i życzył nam szczęśliwej drogi.Z Radunia skierowaliśmy się  w stronę Grodna. Jechaliśmy dość pośpiesznie, by oddalić się od frontu wojsk  cofających się jak najdalej. Pogoda była  piękna,  słoneczna, noce -  ciepłe. Nocowaliśmy przeważnie na łąkach przydrożnych, na których pasły się nasze konie i krowy. Jednak kiedy zbliżaliśmy się do Grodna, słychać  było strzały po prawej naszej stronie. Te strzały mogły pochodzić  z  drogi wiodącej z Wilna do Grodna od której my byliśmy o 20 km. Niebawem zaczęli nadjeżdżać uciekinierzy z  tamtych stron i poinformowali, że szosą z Wilna do Grodna cofa  się wojsko polskie oraz że konna armia Budionnego usiłuje objąć Grodno od  strony Prus. Informacje te zniewoliły nas zmienić kierunek drogi tak, by Grodno ominąć prawą stroną.Do rzeki Niemen dojechaliśmy w miasteczku Łuno. Miasteczko to leżało po  lewej stronie rzeki – przez rzekę do miasteczka przejechać można było tylko promem. Prom znajdował  się po drugiej  stronie rzeki tj. w miasteczku,  skąd Straż Ogniowa, jak nas poinformowali, nie pozwalała przewozić uciekinierów i trzyma prom  zamknięty na kłódkę. Nad rzeką poczęli się gromadzić uciekinierzy z bydłem wśród  których powstał niepokój z powodu niemożliwości przebycia rzeki. Niepokój tym bardziej  zwiększył się, kiedy nastąpiły ogromne  detonacje i kiedy poczęliśmy słyszeć strzały  armatnie, od strony  Grodna. Dla  wyjaśnienia przyczyny unieruchomienia przez Straż Ogniową promu przejechałem łódką z bratem Wincentym Markiewiczem i  jeszcze  dwoma uciekinierami na tamtą stronę rzeki do miasteczka, gdzie znajdował  się prom. Ustaliłem, że miejscowa władza administracyjna, łącznie z policją miasteczka, powierzyła Straży Ogniowej, trzymania porządku w  mieście.Po miasteczku kręcili się Żydzi w wieku lat 17 i  starsi  z czerwonymi opaskami na rękawach. Byli to Strażnicy Ogniowi. Zażądaliśmy od nich natychmiastowego uruchomienia  promu. Żądania naszego  bez  zgody Komendanta Straży Ogniowej nie  chcieli  wykonać. Komendanta nie mogli odnaleźć. Wówczas  stojącemu przy promie  człowiekowi, który promem kierował, poradziliśmy by kłódkę  złamał i jechał  z nami na tamtą  stronę w  celu dokonania tej  czynności. Wówczas Żydzi z czerwonymi opaskami obstawili prom i usiłowali nie  dopuścić rozłamania kłódki. W tym  czasie zjawił  się Komendant  Straży Ogniowej – Żyd w  wieku 25 – 30 lat,  także z opaska  czerwoną na ręku. Zażądałem od niego natychmiast uruchomić prom do przewiezienia ludności  tamtej strony rzeki. Początkowo nie  chciał  słuchać  mego żądania, tym bardziej że Żydzi  z  czerwonymi opaskami, krzyczeli  coś  w języku żydowskim  - prawdopodobnie  skłaniali go by promu nie uruchamiał. Wobec czego,  wyjąłem rewolwer i inni moi towarzysze to  samo uczynili i  zagroziliśmy, że będziemy strzelać – jeżeli nie opuszczą promu i nie odemkną. Dla postrachu,  wystrzeliłem w górę. Strzał ten był bardzo pożytecznym, gdyż Żydzi jak  wróble uciekli -pozostał tylko Komendant –skierowałem rewolwer w jego  stronę i  zażądałem natychmiastowego odemknięcia promu,  wówczas on  wyjął klucz z  kieszeni i oddał przewoźnemu promu. Kiedy prom był już odemknięty i zbieraliśmy  się odpływać na  drugą  stronę, to mnie pocichł przewoźny powiedział, by postawić po tej stronie  rzeki  wartę, przy umocowanym łańcuchu po którym prom jest puszczany – by go Żydzi nie urwali od  słupa i  w ten sposób prom unieruchomić. Wówczas mój brat Markiewicz z innym uciekinierem wrócili z rewolwerami do pilnowania łańcucha. Po przyprowadzeniu promu  do naszego brzegu, ogromna radość nastąpiła wśród uciekinierów zgromadzonych, ale jednocześnie wszyscy poczęli  pchać się, bez porządku ku promowi. Każdy chciałby być pierwszy na promie. Wobec czego oświadczyłem, by wszyscy ustawili się  w kolejkę,  według kolejności przybycia  do brzegu  rzeki. Nie mało jeszcze było kłótni między uciekinierami nim tę kolejkę ustawiłem. Każdy twierdził, że on przybył pierwszy. Po ustaleni kolejki zarządziłem, by  wszyscy przed  przyjazdem zapłacili przewoźnikowi promu  za przewóz – o co mnie prosił przewoźnik. Wszyscy chętnie tę zapłatę uskutecznili.Pierwsze wozy na prom ustawiono z naszego taboru, które pierwsze przybyły na brzeg rzeki. W czasie ładunku naszych  wozów na prom nadjechał kapitan  armii polskiej w  asyście kilku żołnierzy konno,  nawiązał ze mną  rozmowę, oświadczając, że on jest dowódcą polowej i szuka przeprawy przez rzekę bowiem  w Grodnie most na rzece przedwcześnie wysadzono i potrzebna  jest mu możliwość przeprawy z 3 – ma armatami. Wobec czego postanowił on przybyć  do Łuny i  stwierdzić czy można będzie promem przeprawić  się przez rzekę. Opowiedziałem mu o tym, że Żydzi z opaskami  czerwonymi, rzekomo członkowie ochotniczej straży ogniowej stawili nam opór do otrzymania promu do przewozu i że trzeba prom mieć pod dozorem oraz łańcuch po którym prom pływa. Kapitan chętnie przydzielił 4 – ech żołnierzy do ochrony promu, sam zaś odjechał do miejsca postoju  swojej baterii, by ją  sprowadzić do Łuno do przewozu przez rzekę. Cztery wozy z krowami naszego taboru pierwsze przybyły na  drugą  stronę  rzeki. Kręcili się tam Żydzi z  czerwonymi opaskami. Komendant straży ogniowej stał przy łańcuchu i  rozmawiał z moim bratem Markiewiczem, który z rewolwerem w  ręku dozorował łańcucha – jak spostrzegli Żydzi i Komendant  straży ogniowej żołnierzy polskich, natychmiast jak kamfora ulotnili się i pochowali. Od mieszkańców  miasteczka,  dowiedziałem się, że  straż ogniowa ochotnicza, składa  się z samych Żydów  - którzy są  sympatykami bolszewizmu i że czekają bolszewików z wielką radością i  dlatego nałożyli  czerwone opaski na powitanie bolszewików i by utrudnić Polakom przeprawę przez rzekę. Następnym promem, przepłynęła  reszta wozów naszego taboru, tak że my  wszyscy byliśmy już po przeprawie przez rzekę. Praca w przewozie nie szła tak szybko, gdyż z krowami była bieda, niektóre nie chciały wchodzić na prom i trzeba było takowe wciągnąć siłą.Niebo zaciągnęły ciemne chmury i poczęło grzmieć -  wiatr począł zrywać  się, kręcąc piaskiem. Nadciągała pierwsza burza w naszej ucieczce. Dzień był gorący i parny, co wróżyło na nieuniknioną burzę i tak się stało. Burza rozszalała się z ogromną gwałtownością i wyładowaniami atmosferycznymi. Błyskawice oślepiały oczy, pioruny biły bez przerwy. Wśród uciekinierów było sporo dzieci, poczęły one płakać z przestrachu, matki także lamentowały. Ulewa nastąpiła z wiatrem z taką gwałtownością, że trudno było się utrzymać na nogach i niebawem  wszyscy byli przemoczeni do ostateczności. Przeprawę promem przerwano, gdyż fale na rzece  powstały takie ogromne i uniemożliwiały poruszanie się promowi. Po pewnym  czasie, nieco burza zmalała,  wiatr był  słabszy, jednak deszcz lał bez przerwy.         


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Spotkanie z rodziną.

niedziela, 08 lipca 2007 17:35

Ludzie dozorujący konie i krowy poinformowali nas, że zaraz po wyjeździe z lasu, będzie nieduża wieś odległa od Bieniakoń o 8 km., więc w tej wsi  może wiedzą o położeniu w Bieniakoniach. Po przyjeździe do tej  wsi zjechałem do jednej zagrody, gospodarz zapytany tłumaczył mnie, że w Bieniakoniach pełno jest wojska, ale polskiego czy  bolszewickiego to nie jest mu wiadome – inni też to samo mówili. Usiłowałem wynająć kogoś by osobiście udał się do Bieniakoń po informacje  dokładne, jednak nikt nie zgodził  się na tę czynność.  Wszyscy bali się bolszewików. Po spożyciu śniadania u gospodarza i po nakarmieniu konia,  wyjechaliśmy tą samą drogą, wiodącą do Bieniakoń. Nie dojeżdżając do Bieniakoń o 2 km. spostrzegliśmy siedzącego dróżnika przy budce, która stała przy drodze. Były tam prowadzone  większe roboty drogowe. Zapytany dróżnik, kto znajduje  się w Bieniakonie, jakie wojsko, polskie czy bolszewickie? Odpowiedział, że na pewno bolszewickie i że ostatni tabor polski wyjechał o świcie z Bieniakoń. Wobec takiej informacji,  zmuszony byłem ominąć Bieniakoń i jechać  w stronę Radunia. Dróżnik wskazał nam polną dróżkę, którą my dojedziemy do traktu, wiodącego z Bieniakoń do Radunia.Jadąc tą dróżką żytem, posłyszeliśmy strzały karabinowe z karabinu maszynowego od strony Bieniakoń. Niebawem rozpoczęły się  strzały karabinowe w  niedalekiej odległości po prawej stronie dróżki. Począłem konia  poganiać, chociaż go nie trzeba  było do tego zmuszać,  sam czynił pośpiech, tym bardziej gdy zbliżało  się jakieś niebezpieczeństwo. Po krótkim  czasie wjechaliśmy na  szeroką  drogę z Bieniakoń  do Radunia. Na  drodze tej nikogo nie było, tylko majaczył się przed nami jakiś punkt ciemny, poruszający się na  wylocie lasu, przez który droga wiodła. Kiedy poczęliśmy zbliżać  się do tego punktu, można było już  widzieć, że zaprzęgnięty stał  wóz, a wokół niego chodzili ludzie. Jednak rozróżnić nie można było, czy to są wojskowi czy cywile. Strzały w  dalszym ciągu słychać było za nami. Wobec otrzymanej informacji od dróżnika, że w Bienikoniu są bolszewicy, a że znajdowaliśmy się od Bieniakoń nie więcej o 5 km, więc mogli bolszewicy porozstawiać na  drogach pikiety kontrolujące, i taka pikieta mogła  być  przed nami.Pani Helena z przestrachem udowadniała mi, że to na pewno stoją  bolszewicy przed nami i że musimy wyrzucić na drogę nasze niepotrzebne rekwizyty. Wobec tego jej upartego twierdzenia, wyjąłem z  kieszeni rewolwer i wyrzuciłem  go. Ona także wyrzuciła posiadane fotografie. Po czem pojechaliśmy naprzód. Kiedy  zbliżyliśmy  się do  stojącego  wozu, to  rozpoznaliśmy osoby,  byli to  cywile, między którymi była jedna kobieta. Zatrzymałem konia i pobiegłem spowrotem, aby  zabrać wyrzucone przedmioty. Po  powrocie do  swego wozu, zastałem już  przy nim jednego mężczyznę, który  zbliżał  się do stojącego na przedzie swego wozu. Mężczyzna ten  wypytywał jak jechać do Ejszyszek – dokąd oni jadą – a że przed nami drogi się rozchodzą, nie wiedzą w  którą  z nich maja jechać, przeto  zatrzymali się na drodze w oczekiwaniu, że ktoś nadjedzie i ich poinformuje. Byli to także uciekinierzy, którzy nocowali niedaleko Bieniakoń – lecz nic nie wiedzieli kto jest w Bieniakoniach. Słyszeli tylko  strzelaninę. Połączyliśmy się w jedną grupę,  rozmawiając  o trwożnej sytuacji i o potrzebie obrania trasy drogi dla każdego z nas. Ja przypuszczałem, że droga idąca na prawo, to droga na Ejszyszki, gdyż Ejszyszki  leżały więcej na południu od Radunia, a drogi  rozgałęziały  się  w  stronę  wschodnio – południową i w stronę południowo -  zachodnią. Takie położenie określało kierunek dróg znajdujących  się przed nami. Kierunkiem tym każdy pojechał   w swoją  stronę. My pojechaliśmy drogą na lewo, - oni na prawo. Kierunek obrany był słusznie i prawidłowo. Po lewej  stronie naszej drogi w lesie rozległy  się  strzały karabinowe. Strzały te zaliczyliśmy za bolszewickie, bo skoro Polacy wyjechali  z Bieniakoń, jeszcze wczoraj wieczorem, jak mówił  dróżnik, po drodze nigdzie nie spotkaliśmy Polaków,  więc ich  w tych  okolicach już nie ma, takie było moje  rozważanie.Pośpiesznie jechaliśmy  naprzód, pogoda była  słoneczna       i gorąca. Po przejechaniu 2 km. spostrzegliśmy przed  sobą, stojącego konia luzem i  chodzącego w poprzek  drogi człowieka. Trzymał on najwyraźniej karabin w rękach. Rozróżnić nie można było z powodu odległości, czy to cywil, czy wojskowy – jednak powzięliśmy  za patrol bolszewicki, bo po co cywil miał  mieć karabin w  rękach. Wyrzuciliśmy ponownie nasze rekwizyty na drogę i poczęliśmy zbliżać  się do patrolu, ale jakie było nasze zdziwienie, kiedy  zbliżyliśmy  się o kilka  kroków, to  rozpoznaliśmy cywila, który reperował zagrodzenie z drutu kolczastego, przenosząc rękoma kołki drewniane, które nam się  wydawały karabinami. Zaczęliśmy rozmowę z tym  człowiekiem, wypytując kto strzela w lesie i czy tu już przejeżdżali bolszewicy. Żadnych miarodajnych informacji nam udzielić nie mógł – kto  strzela, nie  wie, jest on ze wsi, leżącej niedaleko drogi. Powiedział nam tylko, że  wczoraj, drogą tą  przejeżdżało dużo taboru wojskowego i uciekinierów  w stronę Radunia, dziś nas  widzi pierwszych. Otrzymana informacja od tego człowieka nieco nas uspokoiła,   a tym bardziej, że bolszewików tu nie widziano,  więc ich nie może być jeszcze w Raduniu. Jadąc  dalej przypomniałem  sobie o swoim rewolwerze  wyrzuconym. Zatrzymałem konia i pobiegłem go podjąć. Pani Helena, domyślając  się po co pobiegłem, poczęła krzyczeć by jej fotografie także zabrać. Po podjęciu rewolweru i fotografii, chciałem fotografie podrzeć -  jednak tego  nie uczyniłem, by nie  robić przykrości pani Helenie – wręczając takowe, powiedziałem, że jeżeli jeszcze raz trzeba będzie tą czynność uczynić, to fotografie te zniszczę.W dalszej drodze, żadnych przeszkód nie mieliśmy. Do Radunia przyjechaliśmy po południu. Zajechaliśmy na początku ulicy do jednej zagrody, gdzie  za zgodą właściciela postanowiliśmy zatrzymać konia  z zaprzęgiem i dałem mu  siano, którego udzielił właściciel  zagrody. Sam zaś pobiegłem na  rynek, na którym było sporo zaprzęgów z krowami, myśląc że może i nasz tabor już jest  w Raduniu. Niestety taboru swego nie  znalazłem, ale ku wielkiej radości pani Helena odnalazła  swego brata, który przyjechał tego  dnia z  Taborynek z jednym panem. Ja  również ucieszyłem się, że pozbyłem  się lękliwej pasażerki. Brat pani Heleny powiedział mi, że nasz tabor jeszcze pozostał w  Taborynkach kiedy on  wyjeżdżał i że z  pewnością jest już  w  drodze. Ponadto poinformował, że kiedy on przejeżdżał przez Bieniakonie w nocy  dnia ubiegłego, to  w Bieniakoniach były jeszcze tabory wojskowe polskie i uciekinierzy  z dobytkiem. Jechał on z  Bieniakoń inną drogą, wiodącą bezpośrednio do Radunia,  wówczas kiedy ja  jechałem  drogą z Bieniakoń wiodącą na Ejszyszki z której skręciłem w rozgałęzieniu na Raduń. Informacje te mnie mocno ucieszyły, że mój tabor jest jeszcze  w  drodze przed Raduniem i że trzeba oczekiwać.Z Bieniakoń do Radunia, co pewien  czas nadjeżdżali uciekinierzy, jednakże mego taboru nie było. Zniewoliło to mnie na wieczór, wyjechać naprzeciw na spotkanie oczekiwanego taboru. Jechałem i niepokoiłem  się, gdyż  dzień kończył się. Raptownie ujrzałem, wyjeżdżające  wozy z poza górki. Kiedy zbliżyłem  się do tych wozów, ku  wielkiej mojej radości rozpoznałem  swój tabor. Dzieciaki pierwsze mnie zobaczyły i poczęli wołać: Tatuś, Tatuś!”. Kiedy zrównałem  się  z wozem nastąpiła ogromna radość obopólna.         


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Dalej ucieczka.

sobota, 07 lipca 2007 9:55

My także zawróciliśmy na tą drogę, goniąc konia, który z wysiłkiem biegł naprzód. Moje usiłowania by jakoś kierować koniem, nie odniosły skutku. Koń okryty był pianą ze zmęczenia, a legioniści jeszcze poganiali go karabinami. Na drodze i obok drogi na łąkach sporo stało zaprzęgniętych koni z wozami uciekinierów z dobytkiem trzody chlewnej. Kobiety i dzieci małe płakały. Na ich twarzach malował się przestrach i przerażenie. Na drodze z uciekinierami stał tabor wojskowy oraz kompania lub więcej żołnierzy piechoty. Dowodzący tymi żołnierzami podpułkownik, rozkazał zatrzymać nasz wóz i legionistom także opuścić wóz i przyłączyć się do żołnierzy – legioniści nie chcieli opuszczać wozu - wówczas podszedłem do podpułkownika, pokazałem mu swoje dokumenty i poprosiłem go, żeby zwolnił mój wóz od legionistów, bowiem ja muszę jechać w inną stronę tj. do Bieniakoń by tam połączyć się z rodziną. Podpułkownik wydał rozkaz legionistom z mego wozu, co niezwłocznie uczynili, ale ze złości usiłowali ciągnąć z sobą Helenę Jacynę – mówiąc, że ona także jest legionistą. Ledwo ją odratowałem od przymusowego wcielenia do oddziału legionistek zdemobilizowanych. Po uwolnieniu się od legionistów jechałem jeszcze naprzód tą samą drogą, która wiodła do Białek Waki. Z Białej Waki, już mogłem jechać drogą wiodącą do Bieniakoń – jadąc tedy i omijając wozy uciekinierów – natknąłem się na większą ilość zaprzęgów wśród których były dwa wozy na których była moja teściowa Miesojadowa z córką Anną i z synem Witoldem. Pędzili oni ze sobą 5 krów, mieli wozy załadowane tobołami. Nie miałem czasu z nimi na większa rozmowę, poinformowałem ich, że my także uciekamy i że jadę połączyć się ze swoimi taborami. Z Białej Waki wyjechałem w stronę Bieniakoń. Droga szła do Bieniakoń najkrótsza przez Jaszuny, ale Jaszuny leżały na trakcie biegnącym z Wilna do Lidy. Nie chciałem ponownie na ten odcinek powracać – przeto jechałem drogami bocznymi. Kiedy wjechałem do lasu, to skręciłem do gęstego zarośla, tam zatrzymałem się konia popaść, który osłabł po tak całodziennym wysiłku – forsownej ucieczki. Na wozie znalazłem worek, który wrzucił nam uciekający żandarm przed Wilnem. W worku tym ku wielkiej radości znalazłem owies, tak potrzebny oraz kilka pudełek konserw mięsnych i suche biszkopty amerykańskie. Natychmiast koniowi dałem owsa, my zaś przystąpiliśmy do spożycia konserw z biszkoptami. Po nakarmieniu konia i samych siebie – ponownie wyjechaliśmy na drogę i jechaliśmy naprzód lasem. Las czasami był gęstszy czasami rzadszy. Deszczyk kropił nieduży, powietrze stało się łagodniejsze. Umówiliśmy się, że gdybyśmy wpadli w ręce bolszewików, to będziemy tłumaczyć się, że powracamy z Wilna do domu, do miasteczka Raduń i że do Wilna jechaliśmy po zakupy - jednak nie dojechaliśmy z powodu działań wojennych. Był jednak kłopot z moim rewolwerem, który posiadałem i z fotografiami pani Heleny – fotografie polskich żołnierzy. Postanowiliśmy te przedmioty wyrzucić z wozu, na wypadek zbliżania się bolszewików. Dzień zapadał – noc się zbliżała, jechaliśmy w dalszy ciągu lasem. Około godziny 11 –tej w nocy wyjechaliśmy na polankę na której stały niedaleko drogi zabudowania wiejskie. Od drogi do zabudowań wiodła wąska uliczka. Zatrzymaliśmy się przed tą uliczką by zapytać mieszkańców o dalsza drogę, wiodącą do Bieniakoń. Udałem się uliczką na podwórze i zastukałem do okna. Niebawem wyszedł człowiek okryty kożuchem. Nawiązałem z nim rozmowę wypytując o potrzebna nam drogę. Okazało się, że od Białej Waki przejechaliśmy 12 km., a do Bieniakoń pozostało od 20 do 25 km. Jechać trzeba było nadal tą samą dróżką, którą jechaliśmy. W czasie mojej rozmowy z gospodarzem pani Helena Jacynówna wjechała z wozem do uliczki, wiodącej na podwórze. Ogarnęła mnie złość z jej uczynku - bowiem w tak ciasnej uliczce, nie było możliwości zawrócić konia. Zapytałem poco ona tu wjechała. Odpowiedziała z płaczem, że na drodze stoją dwaj bolszewicy i trzeba nam wyrzucić nasze przedmioty. Nie mogłem uwierzyć, że ona widziała dwóch bolszewików. Skąd oni mogli się wziąć w lesie, pieszo na odległości od zajętego Wilna do 30 km. Wobec czego skradając się, wyszedłem uliczką na polankę i począłem na wszystkie strony przyglądać się. Po pewnym czasie spostrzegłem dwa wysmukłe krzaki jałowcu rosnące przy drodze, które to krzaki z pewnością pani Helena wzięła za bolszewików. Wyprowadziłem ją i pokazałem te krzaki, zapytując czy o są ci mniemani bolszewicy? Odpowiedziała, że tak. Kiedy udowodniłem jej, że to są tylko rosnące krzaki, a nie bolszewicy wówczas uspokoiła się i poczęła spowrotem chować fotografie. Po powrocie do wozu, musieliśmy wyprząc konia, wóz wyciągnąć na polankę i ponownie konia złożyć. Gospodarz zagrody mnie w tym dopomógł. Kiedy opowiedziałem gospodarzowi, że wojsko polskie cofa się, że bolszewicy zajęli Wilno, okropnie się zdziwił, gdyż on żyjący w lesie na osobności nic nie słyszał o ofensywie bolszewickiej. Po czym doprowadził mnie do traktu wiodącego z Wilna do Radunia. Dałem mu za tą czynność 50 marek polskich. Począł padać deszcz. My zaś jechaliśmy traktem w stronę wskazanej wsi. Po przejechaniu paru kilometrów, natknęliśmy się na zaprzęg stojący w parę koni na drodze. Na wozie siedziały dwie kobiety, jeden starszy pan i dwoje dzieci. Kobiety płakały. Zaprzęg stał w kałuży błota. Okazało się, że w tym błocie w zaprzęgu złamało się koło i wozu nie można było wyciągnąć z błota. Kiedy kobiety zobaczyły nas ucieszyły się mówiąc, że my im pomożemy w ich nieszczęściu. Byli to uciekinierzy z Wilna, rodzina porucznika wojska polskiego, która zaledwie zdążyła wyjechać z Wilna przed wkroczeniem bolszewików. Dojechali do miejsca katastrofy i ugrzęźli w błocie. W czasie rozmowy dowiedziałem się, że jadący z nimi porucznik poszedł szukać innego koła lub ludzi do pomocy wyciagnięcia wozu z błota, gdyż konie nie maja siły same wyciągnąć wozu ze złamanym kołem. Po pewnym czasie powrócił porucznik bez koła i ludzi, jednak ucieszył się z naszej obecności i naszego wozu. Gremialnie wszyscy poczęli nas prosić by część ich pakunków przełożyć na nasz wóz i po wydobyciu wozu z błota, jechać razem na założonym drągu u złamanego koła. Bardzo współczułem w ich nieszczęściu i chętnie chciałbym im służyć pomocą, jednak musiałem sam śpieszyć się do połączenia z rodziną, a że drogi nasze rozmijały się, gdyż ja musiałem jechać do Bieniakoń, a oni do Radunia i dalej – przeto poradziłem im, by całkowicie wóz rozładowali, który później będzie lżej wyciągnąć z błota – po czym lżejsze przedmioty zabrać, pozostałe schować w lesie i odjechać do Radunia skąd o ile jeszcze można będzie powrócić po zostawione rzeczy. Radę moją przyjęto, wówczas pomogłem im znieść z wozu kilka pakunków. Na dnie wozu był kuferek bardzo ciężki, którego kobiety nie pozwalały wyjmować z wozu, nie wiem dlaczego. Wóz był ciężki i mimo popędzania konia i podnoszenia ramionami wozu, takowego jednak z błota, nie można było poruszyć, tym bardziej, że połamane koło głęboko było ugrzęźnięte w błocie i utrudniało poruszanie wozu. Przeprosiłem i pożegnałem się z zrozpaczonymi i odjechałem. Po przebyciu do 3 km. drogi wyjechaliśmy z lasu od którego już niedaleko była wieś. Począł padać ulewny deszcz. Po wjechaniu do wsi postanowiłem schronić się od deszczu. Zajechaliśmy na podwórze jednej zagrody. Było cicho, widocznie gospodarze tej wsi jeszcze nie wiedzieli o ruchawce wojennej. Otworzyłem drzwi do budynku, który był napełniony po bokach sianem. Wjechałem do tego budynku, koniowi dałem siana, sam zaś także ułożyłem się na sianie by nieco zasnąć. Sen jednak nie kleił oczu. Niepokój ogarniał mnie coraz mocniejszy. Bałem się żeby rodzinę nie opanowali bolszewicy. Po pobycie w tym budynku do godziny czasu, kiedy deszcz przestał padać, wyjechaliśmy z budynku i podwórza na ulicę. Nikt nas nie widział w tej zagrodzie. Pojechaliśmy dalej i kiedy wieś kończyła się to rzeczywiście, droga była w lewo biegnąca w stronę lasu. Skręciliśmy na tę drogę, robił się brzask dnia. Ptaszki poczęły w lesie ćwierkać, radośniej uczyniło się na duszy. Jadąc tym lasem, spostrzegliśmy w kilku miejscach pasące się krowy i konie, a przy nich stojących mężczyzn. Zatrzymałem konia i podszedłem do jednej takiej trzody i spytałem czy my dobrze jedziemy do Bieniakoń – odpowiedzieli, że tak. Z dalszej rozmowy dowiedziałem się, że oni krowy i konie wygnali do lasu by uchronić przed ustępującymi wojskami polskimi i przed nadchodzącymi bolszewikami. Przy tym poinformowali nas, że przez Bieniakon masa taborów polskich przejeżdżała i że tam mają wkroczyć w każdej chwili bolszewicy. Do Bieniakoń było jeszcze 12 km. Wiadomość ta bardzo mnie zaniepokoiła. Obawiałem się jechać bez dokładnych wiadomości wprost do Bieniakoń.


Podziel się
oceń
0
1

komentarze (0) | dodaj komentarz

Ucieczka przed kozakami.

piątek, 06 lipca 2007 12:59

Kiedy zbliżałem się do Wilna, napotykałem w  pośpiechu uciekających, którzy z przerażeniem mówili, że kozacy już  wkroczyli do  Wilna i  zajęli Antokol. W tymże  czasie rozległy się strzały ze  strony  Wilna. Kiedy wjeżdżałem  w ulicę Ostrobramską od  strony Lipówki napotkałem  oddział żołnierzy polskich w  pośpiechu uciekających z Wilna. Po  czym uciekających  galopem żandarmów wojskowych. By nie wpaść w  ręce bolszewickie, zdecydowałem na przedmieściu Lipówki zatrzymać się. Zajechałem do jednego gospodarza na podwórze. Siostra zostawiła   synka przy mnie, zaś  sama z Heleną Jcynianką pobiegły do miasta z  zamiarem sprowadzenia męża do zabrania pakunków i  synka Grzesia. Konia na podwórzu pozostawiłem nie  wyprzęgniętego. Jednak  dałem mu owsa by go nakarmić, sam zaś także zaczełem  spożywać posiłek. W tym czasie usłyszałem  salwy  karabinowe od strony Niemenczyna, od którego przyjechałem. Wybiegłem na podwórze i  spostrzegłem uciekających cwałem, co koń wyskoczy z miasta żandarmów polskiego wojska, którzy  zacinając konie  strzelali z karabinów  w  stronę Niemenczyna. Gospodarz domu przybiegł przerażony i oświadczył, że widział przedzierających się przez żyto kozaków bolszewickich od  strony Niemenczyna. Wówczas ja  go poprosiłem, żeby on zaopiekował  się synkiem siostry  do jej powrotu, ja zaś  wybiegłem na podwórze i konia z wozem skierowałem do wyjazdu. Zaledwie wyjechałem na gościniec Lidzki – nadbiegła przerażona koleżanka siostry Helena Jacyna i  wskoczyła  na wóz, mówiąc że ona  ze mną pojedzie. Nie byłem bardzo rad jej towarzystwa, jednak zabrałem ją i począłem uciekać. Powracać  przez Niemenczyn do Toborynka, by tam połączyć  się ze  swoimi – mowy nie ma -  skoro na drodze do Niemenczyna kozacy. Uciekałem  wówczas gościńcem Lidzkim w  stronę Bieniakoń,  gdzie  mogłem połączyć się ze  swoimi. Gościńcem tym w dalszym  ciągu uciekali żandarmi polscy. Jeden w  biegu  z siodła rzucił  do naszego  wozu worek z owsem i konserwy mięsne, które później nam się bardzo przydały. Strzelanina rozległa  się z boku od  strony Niemenczyna, a później  posłyszałem z tyłu. Kiedy odwróciłem  się to spostrzegłem goniących za nami kozaków,  strzelających w naszą stronę. Uciekałem aleją, między rosnącymi  drzewami, w  dwa rzędy po obu  stronach gościńca. Dawało to nam pewną osłonę przed strzałami karabinowymi. Konie nie trzeba  był przyspieszać  do  szybszej ucieczki. One same pędziły ile sił. Wóz podskakiwał jak piłka po korzeniach, wystających z  ziemi od  rosnący drzew po bokach gościńca. Kozacy jednak zbliżali  się do nas. Było ich do 10 osób. Kule karabinowe gwizdały koło mego wozu, kilka z nich popadło w  ścianki wozu. Siedzieliśmy  w wozie pochyleni,  chroniąc  się od tych kul. Raptownie koń zmniejszył bieg, podniosłem  głowę i  spostrzegłem  zabudowanie  przy gościńcu oraz polskich  żołnierzy, piechurów którzy  dobijali  się do zamkniętego budynku, prawdopodobnie karczmy. Zatrzymałem konie i krzyknąłem  do żołnierzy, że kozacy nadjeżdżają, jednocześnie  wskazałem w tym kierunku ręką. Natychmiast żołnierze oparli karabiny na  sztachetach i poczęli  dawać  salwy w stronę pędzących kozaków. Kilku kozaków spadło z koni, pozostali zaniechali pogoni – zawrócili i odjechali w  stronę  Wilna.Żołnierze po otwarciu drzwi do budynku, poczęli plądrować i poszukiwać  wódki. Zawdzięczając tylko tym żołnierzom i ich  zainteresowaniu się  budynkiem,  zdołałem ujść kozakom i niechybnej niewoli lub śmierci.Jechałem tedy powoli naprzód. Strzały od  strony Niemenczyna, coraz  silniejsze rozlegały  się. Raptownie poczęli wybiegać z żyta żołnierze Legioniści,  ciągnąc na pasach karabiny i  z przerażeniem patrzyli na mój  wóz krzycząc: „ bolszewicy idą, bolszewicy idą”. Wpakowało się ich na wóz do 10 osób i poczęli karabinami konia popędzać do pośpiechu. Zaledwie ujechaliśmy pół kilometra – po prawej  stronie spostrzegliśmy na wzgórzu obok gościńca, okopanych żołnierzy polskich, trzymającyh karabiny gotowe  do strzału w  stronę Niemenczyna oraz wystawione  dwa karabiny maszynowe z obsługa. Ponadto jeszcze wyżej, inna kompania żołnierzy, także okopywała  się. Kilku oficerów wydawało rozkazy. W tym  czasie wybiegło  z  żyta z  drugiej strony  gościńca, kilku żołnierzy  z karabinami, bez  czapek krzycząc przeraźliwie:” bolszewicy, bolszewicy jadą, uciekajmy jak najprędzej!” Na ten krzyk   wszyscy żołnierze  z pierwszej linii  wyskoczyli i poczęli uciekać, za nimi żołnierze, którzy się okopywali. Oficerowie usiłowali powstrzymać uciekających, dając kilka  strzałów do góry – na nic ich wysiłek powstrzymania zdał  się. Panika, przestrach opanowały żołnierzy,  wszyscy nie słuchając rozkazów oficerów uciekali żytem i  drogą, która od okopów wiodła na prawo.                            


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Odwrót.

czwartek, 05 lipca 2007 22:12

 Kiedy wyjechałem z łąki na  drogę, to na  drodze było pełno ciągnących się taborów w  dwa  rzędy, więc nie było możliwości ta  drogą jechać. Zjechałem przeto z  drogi na łąkę i jechałem obok drogi do miasteczka. Była to podróż bardzo uciążliwa, bo łąka była wilgotna i koła wozu grzęzły, przeto hołoble  wyrywały  się ze strzemiona siodła, jednak choć powoli to jednak kroczyłem na przód. Był to  widok niesamowity.  Z mojego zaprzęgu sporo osób z taborów ciągnących się z mego widoku się śmiało. Ponadto niektórzy podziwiali mój upór, że jednak ja wóz odnalazłem, byli to ci, którzy byli świadkami jak takowy szukałem na placu rynkowym. Kiedy przybyłem z wozem do domu, to przed domem  stały 4 wozy zaprzęgnięte i załadowane, przy tym u  wozów stały krowy i trzoda chlewna. Byli to uciekinierzy z Rakowszczyzny: Markiewiczowie, Dawidowscy i Kozłowscy. Oczekiwali mego powrotu z wozem lub  bez  wozu. Gdybym  wozu nie odnalazł to oni by nas  wzieli  do swoich wozów. Po spożyciu śniadania i naładowaniu wozu tobołami wyjechaliśmy z Budsławia w kierunku Kobylnika i Wilna. Dalszy kierunek jazdy skierowałem w  stronę  Mańkowicz i Smorgoń,  drogami bocznymi by uniknąć taborów, które kroczyły drogami głównymi   w kierunku Mołodeczna i dalej.Mijając Krzywicze po prawej stronie, natknęliśmy się na większy tabor cywilnych uciekinierów z okolic Dokszyc. W taborze tym była moja  siostra Janka z synem Grzesiem, która mieszkała u mamusi w Dokszycach, a mąż jej Bolesław Bujko mieszkał już w  Wilnie. Zamiarem siostry było  dostać  się  do Wilna. W taborze tym był jeden żołnierz polski, jechał on w próżnym wozie na małej klaczce. Tłumaczył  się on, że zaprzęg ten porzucił chłop, który był zabrany do taboru odstępującego z pod  Berezyny. Żołnierz ten zaproponował mi żebym ja kupił od niego ten zaprzęg. Chętnie zgodziłem się i zapłaciłem mu 2000 rubli kiereńskich. Po nabyciu tego  zaprzęgu zabrałem siostrę  Jankę z  synkiem oraz część tobołów przeniosłem z wozu poprzedniego. Nowym  zaprzęgiem powoził syn Kazik, który już miał 7 lat i bardzo był rad ze swojej  czynności.Wobec tego, że trzoda chlewna jak świnie i  owce nie mogły kroczyć naprzód, postanowiono tej trzody się pozbyć. Zamieniono ją z wieśniakami przez przejeżdżające  wsie na słoninę lub  zboże, albo mąkę. Oczywiście z wielką korzyścią dla  wieśniaków. Z krowami nie było biedy. Pierwotnie, szły one uwięzione  do wozów, później same  biegły za  wozami. Na trzeci  dzień podróży, przejechaliśmy Wilję i  skierowaliśmy  się do  stacji Smorgoń. Po przybyciu na  stację postanowiłem  zebrać informacje o  sytuacji  wojsk naszych i  czy odwrót będzie dalej kontynuowany i  do jakich miejscowości. Od naczelnika stacji, dowiedziałem się, że niebawem ma nadejść pociąg pośpieszny osobowy z Wilna do Mińska, więc można będzie cośkolwiek dowiedzieć  się konkretniejszego. Wkrótce nadszedł pociąg przepełniony przeważnie wojskowymi. Informacje zdobyte nie były wesołe. Cały front wojska polskiego cofał się z  Wilna. Władze wojskowe i administracyjne ewakuują się. Ataki kawalerii bolszewickiej zostały powstrzymane w okolicy Święcian, na jak długo, to zależało od innych odcinków frontu cofającego się. Ze Smorgoń, przybyliśmy na  noc  do Oszmiany,  gdzie zatrzymaliśmy się w podwórzu gimnazjum.Następnego  ranka, udałem się  do kolegi kierownika Towarzystwa Straży Kresowej na powiat oszmiański, do pana Mariana Marcinkiewicza. Zastałem go w  biurze pakującego  się do wyjazdu. Udzielił  mi informacji, że jest  zarządzenie z okręgu  z Wilna, by  wszyscy pracownicy Straży  wyjeżdżali  z wojskiem odstępującym i  by po drodze współdziałali z takowym. Ludność cała z Oszmiany była ogromnie  zrozpaczona z odwrotu wojska polskiego. Wobec tego, że wyjeżdżać nie mogli w kierunku  zachodnim, przeto wynajmowali bogatsi za  wysokie  zapłaty podwody  kierunku miasta Lidy, w którym to kierunku ewakuowało się starostwo i inne urzędy.Z Oszmiany wyjechaliśmy do Grużynek i tam zanocowaliśmy. Następnego  dnia była niedziela. Udałem się do ks.proboszcza Grabowskiego, który współpracował ze  Strażą Kresową i poprosiłem by z ambony zapowiedział przed kościołem wiec po sumie. Na wiecu odbytym nawoływałem młodzież do ochotniczego  wstępowania do  armii polskiej, cofającej  się i nie pozostawanie   w domu. Zapisało się  18 osób, które następnego  dnia w  godzinach  rannych przybyło z tobołami. Młodzież   skierowałem z taborem  wojskowym przejeżdżającym przez Grużynki  do Lidy,  gdzie mieli już skupić  się w szeregach armii polskiej.Na prośbę siostry Janiny, by ją  odwieźć do Wilna, jeżeli to będzie możliwym lub podwieść bliżej Wilna, postanowiłem z  całym naszym  taborem dojechać  do Tabiorynek, gdzie tabor zatrzyma się, a ja siostrę odwiozę do Wilna. W Tabiorynkach  zastaliśmy także uciekinierów z  pod Dokszyc, między którymi była koleżanka siostry Helena Jacyna  z Dokszyc. W  drodze przypadkowo rozłączyli  się z bratem z  którym jechała. Prosiła ona mnie żebym i ją  zabrał  do Wilna, gdzie  zamierzała ochotniczo  wstąpić do wojska jako legionistka.W Tabiorynkach umówiłem się z  członkami naszego taboru, że będą mnie oczekiwać z powrotu  z Wilna w Tabiorynkach. W ostateczności, jeżeli nie można będzie mnie czekać, by pojechać dalej do Bieniakoń, a  stamtąd  do Radunia,  dokąd ja też  z  Wilna pojadę, gdyby do Taborynek nie można było powracać. Nad taborem objął dowództwo Wincenty Markiewicz. Do Wilna nas udało się 4 – ro,  siostra z synkiem, ja i pani Helena Jacyna. Kiedy  dojechaliśmy  do Rokojnic, to na  drodze napotykać zaczęliśmy uciekinierów  z Wilna, pieszych między którymi byli księża i kobiety z  dziećmi. Dowiedzieliśmy się od nich, że w Wilnie pozostaje nadal  wojsko  polskie, lecz z miasta władze administracyjne ewakuują  się i ludność cywilna wyjeżdża. Kiedy dojechaliśmy do Niemenczyna,  napotykaliśmy  większe grupy uciekinierów z  Wilna. Radzili nam by do Wilna nie jechać, bowiem bolszewicy  zbliżają się i lada godzinę  mogą wkroczyć do  Wilna. Jednak,  wobec tego, że  do Wilna z Niemenczyna było zaledwie 6 km. postanowiłem dowieść tam siostrę z  synkiem i panią Jacynę.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Powrót i ponowna ewakuacja.

środa, 04 lipca 2007 21:23

Bolszewicy,po zajęciu części powiatu dziśnieńskiego, przeprowadzili  zebrania miejscowej ludności - na której usiłowali  wnosić Uchwały o włączenie powiatu dziśnieńskiego w skład rosyjskiej republiki.Takie zebranie odbyło się w Duniłowiczach. Osoby, które nie podpisywały takich Uchwał usiłowali wywieść ze  sobą podczas odwrotu.By utrwalić nadal życzenie miejscowej ludności o przynależności do Polski, Towarzystwo Straży Kresowej dokonało Zjazdu gminnych  delegatów do Duniłowicz w miesiącu lipcu, na którym to  Zjeździe jednomyślnie  została wniesiona Uchwała o przyłączeniu ziem  wschodnich do Polski. Po zakończeniu posiedzenia Zjazdu odbył  się publiczny wiec na rynku, na którym także została wyniesiona i podpisana rezolucja o przyłączeniu powiatu dziśnieńskiego do Polski. W dniu tym, odbył  się ślub pana  Antoniego…….. burmistrza miasta Duniłowicz. Na uroczystości ślubne, ja i kolega Brykner zostaliśmy  zaproszeni. Wesele odbyto  się w  folwarku pana ……… odległym o 5 km. od Duniłowicz. W czasie uczty w nocy, posłyszeliśmy wystrzały  armatnie od  strony frontu, jednak uczestnikom godów  weselnych, nie przeszkadzało bawić  się do  wschodu słońca.Kiedy przybyłem z kol. Bryknerem do  majątku Jaśmienice, to na podwórzu zastaliśmy duży tabor i zaprzęgi wozów naładowanych pakami i  skrzyniami. Okazało  się, iż to ewakuuje  się Starostwo dziśnieńskie z Głębokiego z powodu natarcia  bolszewików, które to natarcie zbliża się do Głębokiego. Strzały armatnie nieustannie stawały  się głośniejsze i  zbliżały  się. Przeto  natychmiast postanowiłem udać  się do Daniłowicz, gdzie znajdował  się mój koń z  wozem w  zajeździe hotelowym. Kiedy przyjechałem do Daniłowicz i zajazdu, to tam znajdowało  się do kilkuset osób ludności, która niezwłocznie otoczyła mnie kołem i poczęła prosić bym ja zwrócił im podpisy na wymienionej Uchwale, wczoraj na obytym wiecu, nadmieniając, że bardzo mocno bolszewicy strzelają z armat i że na pewno bolszewicy  przyjdą i będą na nich mścić się za podpisanie wyniesionej Uchwały. Oświadczyłem, że tę Uchwałę zabrał kolega Brykner,  więc  on może ją  zwrócić o ile nie  zabrano takowej do  Wilna przez przedstawiciela Towarzystwa Straży Kresowej, będącego na Zjeździe. Wierzyć mi nie  chcieli,  domagali się zwrotu ich podpisów, twierdząc, że ja te podpisy posiadam, gdyż im jest wiadomo, że takie podpisy dołączone do Uchwały zwykle ja  zabierałem. Byłem w krytycznym położeniu, bowiem zebrani oświadczyli, że mnie nie   wypuszczą, póki im nie  wydam ich podpisów. Na moje szczęście  właściciel Zajazdu  Żydek zaproponował mnie, że on zaprzęgniętego mego konia  wyprowadzi boczną uliczką przez ogrody, na inna ulicę, gdzie będę mógł usiąść i wyjechać nie postrzeżony. Tak tedy i uczyniłem i odjechałem.  Bardzo mi było żal  zebranej  ludności. Początkowo zamierzałem  wrócić do Jaśkiewicz  do kolegi Bryknera, po Uchwałę by ją  zwrócić ludności, jednak nie  będąc  pewnym, że ta Uchwała nie  została zabrana przez kolegę do Wilna, projekt ten zaniechałem. Jak później okazało  się, to faktycznie tą Uchwałę z  wiecu  zabrał przedstawiciel  z Wilna.Powracając z  Duniłowicz do Budslawia – cały  czas strzały  armatnie rozlegały  się ze  strony Głębokiego. Strzały te mocno niepokoiły i  zmuszały konie popędzać. Kiedy przybyłem  do traktu wiodącego z Parafinowa do Budsławia, to spostrzegłem na takowym tabory  wojskowe w  pośpiechu posuwające  się do Budsławia i dalej. Od oficera taboru dowiedziałem  się, że bolszewicy ponownie przerwali front i naciągają  z  większymi  siłami w kierunku  zachodnim tj.  w kierunku poprzednie ofensywy.Na placu rynkowym w Budsławiu, pełno było ustawionych wozów, naładowanych sprzętem wojskowym. Było także sporo  zaprzęgów ludności  cywilnej z trzodą chlewną, która to ludność postanowiła uciekać  przed bolszewikami razem z  wojskiem polskim. W domu  zastałem rodzinę bardzo zaniepokojoną z powodu  mojej nieobecności, a  zarazem ucieszyła  się z  mego powrotu. Natychmiast poczęliśmy pakować swój  dobytek w toboły z zamiarem  wyjazdu z Budsławia o świcie następnego dnia, łącznie z taborami wojskowymi. Następnego  dnia  wstałem o świcie i poszedłem szykować wóz do drogi, karmić konia. Jakież było moje zdziwienie, kiedy spostrzegłem brak wozu na podwórzu w bramie od ulicy ledwie przymkniętej. Wóz dnia wczorajszego, po wyprzęgnięciu konia pozostawiłem na podwórzu, zamykając bramę  ryglem od  strony podwórza, jak to  czyniłem przedtem niejednokrotnie. Wybiegłem na plac rynkowy w  poszukiwaniu  wozu. Plac był  zapakowany tak szczelnie taborami wojskowymi i ludności  cywilnej. Ulicami nieustannie ciągnęły tabory wojskowe i uciekinierów  cywilnych. Na placu spostrzegłem  sporo osób cywilnych uciekających przed bolszewikami, ale wozu mojego odnaleźć nie mogłem. Byłem pewny, że wóz został  zabrany przez wojskowych, przeto postanowiłem przejrzeć  wszystkie tabory na placu i  na łąkach dookoła miasteczka, na których  tabory były ustawione. Poszukiwania te nie  dały rezultatu. Jakież było ponure  zmartwienie w domu z powodu  zaginięcia  wozu, z powodu tego, nie było na  czym  wywieźć  dobytku i dzieci. Nowego  wozu w takim  czasie nie można było kupić za żadne pieniądze. Trzeba  było na  gwałt szukać swego  wozu. Wobec  czego, osiodłałem konia i  wyjechałem na poszukiwanie  wozu. Kiedy przejeżdżałem rynek  wypytywałem o swój wóz. Niemal  wszyscy twierdzili, że nie ma  czasu na poszukiwanie  wozu, lepiej  starać  się o inny.Z miasteczka były trzy drogi trzy drogi na  zachód, po których  ciągnęły tabory bez przerwy. Nie  wiedziałem w którą  stronę  się udać w poszukiwaniu swojego  wozu. Jednak obrałem gościniec, ciągnący  się na Dołhinów. Jadąc koniem mogłem omijać tabory brzegiem drogi i kroczyć na przedzie. Tak przejechałem za wieś Kurczyno, za którą na łące spostrzegłem  ogromny tabor wojskowy.  Zjechałem z  drogi i kiedy zbliżyłem  się do taboru,  spostrzegłem swój  wóz w szeregu wozów. Wóz  był  naładowany drutem telefonicznym i innymi przedmiotami, służącymi do łączności. Podjechałem do  stojącego żołnierza, niedaleko  wozu i zażądałem głosem podniesionym, opróżnienia wozu i wydania mnie, potem zwymyślałem za  skradzenie  wozu. Na mój głos przybyło  sporo żołnierzy, poczęli dziwić się, że jakiś cywil, żąda oddania  wozu, który jest tak potrzebny dla  taboru i dla pozyskania tego  wozu tyle  utracili  czasu jako  zamiennego na miejsce  wozu  złamanego.Wobec tego, że żołnierze nie tylko nie  chcieli zwrócenia mi  wozu, a jeszcze nabierali postawę zaczepną wobec  mnie, przeto zażądałem zameldować mnie  do dowódcy obozu, który zwabiony krzykiem sam nadchodził do nas. Był  to porucznik  w moim  wieku. Podszedłem do niego i  zaraz na  wstępie zażądałem oddania mi  skradzionego wozu. Przy tym okazałem porucznikowi moje dokumenty, które wzywały władze  wojskowe i  administracyjne do  czynienia  mnie wszelkiej pomocy na moje żądanie. Wytłumaczyłem porucznikowi, że wóz mi zabrano, w nocy z podwórza bez mojej  wiedzy i że takowy ma być natychmiast zwrócony. Porucznik po przeczytaniu  dokumentu natychmiast kazał wóz opróżnić i takowy mnie  wydać. Przy tym przeprosił  mnie za uczynioną mi tak  wielką przykrość, nadmieniając, że sam  wydał rozkaz żołnierzom kupna lub  zdobycia  wozu,  za wszelka cenę. Bowiem wóz im w drodze pod Bysławiem złamał się, na którym wieziono  sprzęt radiotelefoniczny. Żołnierze, po oswobodzeniu mego  wozu, takowy uczepili do  strzemienia i ja konno jadąc, ciągnąłem wóz za sobą.]


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Ponownie na linii frontu.

środa, 04 lipca 2007 12:09

Wiosną 1920 roku po zajęciu przez wojska polskie Kijowa, Naczelnik Państwa Józef Piłsudski dwukrotnie przedstawiał Sejmowi sprawę powołania 2-ch roczników pod broń (rezerwistów z armii rosyjskiej, niemieckiej i austryjackiej). Jednak każdorazowo ugrupowania endeckie nie  dopuściły do tych Uchwał. W czasie tym Armia Polska składała się   z ochotników i 2 – ch roczników powołanych pod  broń. W maju 1920 roku w 100% działalności bojowej  - rezerw nie  było. W dniu 8 maja 1920 roku w  Budsławiu 8 – y pułk piechoty obchodził dzień „Święto Pułku”. Mszę polową odprawiał ks. biskup Bandurski. Po mszy ks. biskupa witały wszystkie organizacje, między którymi ja także powitałem, na czele z członkami Koła Młodzieży i Domu Ludowego. Wówczas po raz pierwszy poznałem księdza biskupa Bandurskiego. Dowództwo pułku zaprosiło przedstawicieli  wszystkich organizacji na obiad pułkowy i  na bankiet wieczorny – które odbyły się w pałacu Obywatela Jana Oskierki. Na obiedzie przemawiałem, które to przemówienie  zakończyłem w imieniu  wszystkich organizacji,  wznosząc kielich na cześć ks. Biskupa Bandurskiego, toast wypito przy hucznych oklaskach.Bankiet wieczorny odbył  się przyspieszony bowiem pułk otrzymał  rozkaz natychmiastowego  wymarszu na linie bojowe w kierunku Zlep… , gdzie bolszewicy od kilku  dni prowadzili  ataki na linie frontu polskiego. Bolszewicy uporawszy  się z oddziałami Dnikina, Rolczakai, Judeniego oraz innymi ,  zgrupowali  swoje  siły na froncie polskim i poczęli front otaczać, rzucając nam swoja kawalerię do  ataku. Za Berezyną, na odcinku 36 pułku piechoty polskiej, składającego się ze świeżo powołanych rekrutów, bolszewikom, po kilu dziennych  atakach udało się front przerwać i  rzucić  swoją kawalerię na  tyły polskich formacji. Wobec  tego front polski pod Lepelem począł cofać  się w kierunku Głębokiego, Postaw i Wilejki Powiatowej. W czasie tym znajdowałem  się w  Budsławiu, biorąc udział w  zorganizowaniu kursu dla nauczycieli. Kurs ten na  skutek odwrotu wojsk polskich nie  doszedł  do skutku. Na stacji Budsław znajdował się skład amunicji. Wobec braku  dostatecznej ilości taboru  wojskowego i możliwości zabrania tej broni koleją -  zaszła potrzeba wywiezienia tej amunicji za pomocą podwodów ludności cywilnej. Do zorganizowania tych  podwodów i  do pilnego  wywiezienia tej amunicji na  stację Mołodeczno, ja przyjąłem tę czynność na  siebie. Do pomocy mi dano 10 żołnierzy z pomocą których zorganizowałem tabory z ludności wiosek okolicznych i po naładowaniu amunicją wysłałem je do Mołodeczna. Kiedy front zbliżał się do Budsławia ludność przed bolszewikami poczęła chować konie i  bydło po lasach. Tą  drogą zorganizowałem ostatni tabor w ilości 12 podwód i przy pomocy  którego zdołano  wywieść ze  składu wszystką  amunicję. Po zakończeni tej akcji zmuszony byłem natychmiast przystąpić  do ewakuacji swojej rodziny z Budsławia, którą przeprowadziłem przy pomocy ułomnego konia i wozu. Po załadowaniu wozu ubraniem i innymi niezbędnymi przedmiotami z całą swoją rodziną i łącznie z ostatnimi polskimi taborami wyjechałem z Budsławia w kierunku Wilejki.Po drodze, utworzył  się dość duży obóz uciekinierów cywilnych z krowami i z  całym dobytkiem  domowym. By nie  tamować ruchu  taborowi  wojskowemu – obóz  cywilny skierowałem drogami bocznymi w kierunku Mankowicz i Ciszewa, gdzie obóz szczęśliwie przetrwał boje z bolszewikami napierającymi i uporał takowych – bolszewicy w  kierunku Wilejki dotarli do Kościanowicz i skąd już zmuszeni byli uciekać wobec kontrofensywy  wojsk polskich. Kontrofensywa wojska polskiego na tym froncie została przeprowadzona za pomocą przerzucenia 3 –ch Dywizji Legionów z frontu ukraińskiego. Na całym froncie przedarcia  się bolszewików, wojska polskie odniosły  sukces bojowy, wypierając bolszewików spowrotem za Berezynę.            Bolszewicy, odstępując zabrali pokaźną ilość koni włościanom do  swoich taborów – które to konie już  zginęły i nie powróciły. Ponadto,  sporo  zabrali trzody chlewnej -  usiłując takową uprowadzić. Sporo takiej trzody  wojsko odbiło  bolszewikom. Ja z  rodziną i  dobytkiem powróciłem szczęśliwie  do Budsławia.            W Budsławiu bolszewicy uciekając spalili na rzece most i  szereg budynków.Zajmowany przeze mnie dom mieszkalny, został przez bolszewików zdemolowany – pozostawione  meble zniszczone, a  według opowiadań  sąsiadów  to bolszewicy,  szukali przeze mnie ukrytych planów i korespondencji  wojskowej. Przy tym odgrażali się, że moja  skóra nie minie ich rąk. Jednak ani skóry,  ani głowy mojej nie  dostali – pomimo usilnych  zabiegów aż do  roku 1945 – go.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Praca u podstaw.

wtorek, 03 lipca 2007 18:25

W okresie całej zimy 1919 roku kontynuowaliśmy pracę polityczno- gospodarczą i kulturalno – oświatową.  Wynosząc z  różnych miejscowości Uchwały o przyłączeniu ziem kresowych do Polski – zakładając kooperatywy. Otwierając Domy Ludowe, ponadto organizując Kółka Rolnicze i Koła Młodzieży Wiejskiej. Prace te wymagały dużego wysiłku tym bardziej, kiedy ludność ziem kresowych była  biedna i żyła w ciemnocie. Jednak młodzież chętnie garnęła się do tej pracy. Szczególnie do powoływania Kółek Wiejskich. Ja w powiecie  wilejskim, nawiązałem kontakt z działaczami białoruskimi, szczególnie zgrupowanymi w gminie budsławskiej, dołhinowskiej i innych gminach. Działacze ci chętnie garneli się do organizowania kooperatyw i pracy oświatowej. Należy się nadmienić, że niektórzy działacze białoruscy, byli chętnie ustosunkowani do powstającego państwa polskiego – w  ramach, którego życzyli  sobie mieć Kraj Białoruski, życzeniem ich było mieć jeszcze język białoruski, przyjęty i  zachowany  w rozmowie i kształceniu ich  dzieci. By zespolić pracę całej ludności polskiej i białoruskiej w powstających Domach Ludowych – Świetlicach i Kołach Młodzieży Wiejskiej – tam gdzie życzyli sobie Białorusini – kontynuowania działalności w języku białoruskim – chętnie na to zgadzałem  się, tym bardziej, że Okręg Towarzystwa Straży Kresowej z  Wilna na to zgodził  się.Wówczas,  sztuki teatralne, były grane w Domach Ludowych i  w Świetlicach – kolejno w języku polskim i białoruskim. Oprócz czasopism polskich, były  sprowadzane i białoruskie jak Kupały i inne. Na przedstawienia grane w języku polskim, jak i języku białoruskim, chętnie uczęszczali mieszkańcy polscy i białoruscy i tak  samo czytano pisma polskie i białoruskie.Stosunek ludności białoruskiej, będącej przedtem na rozdrożu, samookreślenia bytu samodzielnego państwa białoruskiego od czasu powstałej wspólnej pracy w  języku polskim i białoruskim  - uległ na korzyść Polski – bo chętnie, działacze białoruscy, zadowalały się z dania im możliwości, używania języka ojczystego w  granicach państwa polskiego. W Budsławiu pozostał duży gmach kina  zbudowany,  w latach 1915-1916. W gmachu tym, była  duża sala ze sceną teatralną oraz inne pomieszczenia dla prac kulturalno – oświatowych. Gmach ten wziąłem pod swoją opiekę. W Budsławiu stacjonował 7 – my pułk Ułanów. W pułku tym było  dużo męskich jednostek artystycznych – wybitnych, którzy chętnie brali udział  w pracach w Domu Ludowym. Należy się nadmienić, że w Bysławiu było sporo młodzieży zdolnej w pracach artystycznych, przeto nie było trudności w kontynuowaniu dawania przedstawień w języku polskim tak i białoruskim. Po przedstawieniach, bawiono się do białego rana. Sztab 7 – go pułku, był zadowolony  z przebiegu udziału ułanów w tych pracach, bowiem ułani mniej oddawali się pijaństwu i byli zawsze pod obserwacją przełożonych.Prace prowadzone w Domach Ludowych w Budsławiu nie wszystkim podobały się, przeważnie ziemiaństwu i Staroście z Wilejki Powiatowej. Ziemiaństwu z powodu tego, że w pracach brały udział wszystkie warstwy ludności, jak zamożnej tak i biednej oraz dopuszczenia Białorusinów z językiem. Staroście także niepomyślne było krzewienie prac w języku białoruskim  bez jego zgody, gdyż  starostwo żądało wybierania na każdy występ w języku białoruskim zezwolenia. Było to wielkim kłopotem, gdyż Budsław od starostwa znajdował się o cztery stacje kolejowe. Pociągi chodziły jeszcze  bardzo rzadko od 2 do 3 razy w tygodniu. Szkoły polskie otwierane były chętnie przez mieszkańców w obydwu powiatach oraz na  wszystkich terenach ziem wschodnich, zajętych przez Wojsko Polskie. Jednak brak było wykwalifikowanych nauczycieli. Wiosną  w maju 1920 roku poczęto organizować kursy dla nauczycieli. Kurs taki dla powiatu  wilejskiego był  zorganizowany w Budsławiu w Domu Ludowym. Kurs ten nie odbył się  jednak z powodu ofensywy wojsk bolszewickich i  wycofania  się naszych wojsk z  Budsławia.              


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Białorusini z Polską.

wtorek, 03 lipca 2007 14:29

W styczniu 1920 roku, odbył się w Wilnie Zjazd Delegatów Chłopskich z  całego województwa wileńskiego, na  którym byli lewicowi  działacze z różnych stron Polski. Na Zjeździe tym uchwalono rezolucję, wzywając lud polski do przeprowadzenia reformy rolnej i poczynienia wszelkich ulg dla  włościan, szczególnie zamieszkałych na terenach  byłego frontu, gdzie gospodarka  włościan była całkowicie zrujnowana, a zabudowania spalone. Zjazd trwał dwa  dni, omawiano na nim sposoby podniesienia  stanu materialnego włościan – ustalenie bezpłatnego nauczania dzieci włościańskich itp. Zjazd ten wywarł na delegatach dodatnie  wrażenie, którzy po powrocie do gmin swoich, informowali ludność, co było omawiane na  Zjeździe. Mniej  już było narzekań chłopów na wydane zarządzenia administracyjne.            Należy nadmienić, że Zjazd ten był niemile  widziany przez obywateli  ziemskich – którzy twierdzili, że Zjazd takowy dąży do utrwalenia w Polsce bolszewizmu. Wobec  tego, że Piłsudski był  wtedy Naczelnikiem państwa, przeto pod jego  adresem niemało  było narzekań i niezadowolenia. Zjazd wileński, także wywołał, ruch  działalności komunistycznej. W powiecie  dzieśnieńskim doszło do tego, że w  Głębokim w  siedzibie  starostwa – komuniści  w  dzień  targowy, urządzili  na  rynku  wiec. Najwięcej było działaczy komunistycznych z gminy Łuzkiej. By przeciwstawić  się tej  działalności, poczęliśmy urządzać  wiece i  zebrania, w tymże powiecie. W Głębokim  na  rynku w  dzień  targowy był urządzony  wiec, na którym przemawiał pan Stanisław Brykner i paru mówców, którzy specjalnie  byli  zaproszeni z Okręgu z Wilna z Towarzystwa Straży Kresowej, którzy  swoimi przemówieniami przekonali zebranych, że najlepszy będzie ustrój Polski uznający  własność oraz przeprowadzenie  reformę  rolnej, nadającej chłopom ziemię. Na zakończenie tego wiecu, została wyniesiona rezolucja o przyłączeniu województwa wileńskiego do Polski. Ja zaś udałem  się do  gminy Łuzkiej do obsłużenia tamże takiego  wiecu. W Łuzkach  stacjonował szwadron pułku ułanów. Udałem się  do dowódcy szwadronu, okazałem mu dokumenty i poprosiłem o przysłanie na wiec dwóch ułanów, w charakterze słuchaczy, w razie czego obrony. Przy tym uprzedziłem dowódcę, że częściowo w  swoim przemówieniu, będę poruszał zagadnienia, które ustnie  są niezbyt pochlebne w powstającej Polsce jako demokratycznym państwie.          Uprzedziłem dowódcę, że będę miał  do czynienia  z komunistami, niektórymi nieprzychylnie ustosunkowanymi mieszkańcami Łuzek do Polski, bowiem w  Łuzkach,  sporo mieszka Białorusinów zbolszewiczałych.Wiec  zwołał sołtys do karczmy  - obszernej. Niezwłocznie cała izba wypełniła  się nie  tylko mieszkańcami Łuzek, lecz  z okolicznych osiedli. Wszyscy nie pomieścili  się w  izbie więc  stali przed izbą. Kiedy wchodziłem do izby, pozdrowiłem w  języku białoruskim tam zgromadzonych, to podeszło  do mnie kilku osobników i przedstawiło  się komunistami i  zapytali  mnie,  widocznie biorąc mnie  także  za komunistę, czy ja nie  boję  publicznie przemawiać, tam  gdzie stoi Wojsko Polskie i gdzie  dwóch ułanów  jest   w izbie. Odpowiedziałem, że nie boję  się, tym bardziej, że w  Głębokim nic komunistom  nie  uczyniono to i mnie w Łuzkach nic  nie uczynią. Odpowiedzieli mnie: „ Tak charaszo – żełajem  wam uspicha w  waszym  dziale”.            Stanąłem za  stołem i  zacząłem przemawiać w języku białoruskim. W pierwszych słowach mego przemówienia scharakteryzowałem obecny stan polityczny. Dalej poruszyłem, że w  myśl obecnych ustaleń narody maja  stanowić o  swoim  bycie politycznym i  samodzielności państwowej. Dalej mówiłem, że kraj białoruski ongiś należał do państwa Polskiego, po  czym  go Rosjanie zagarnęli pod  swoje berło, pod którym  to  berłem naród białoruski był uciskany i trzymany w  ciemności do 1915 roku. Przebieg wojny obalił  carskie rządy w  Rosji i Rosja  wojnę przegrała. W obecnym  stanie w Rosji są tarcia  bolszewików z białymi. Białym pośpieszyły z pomocą desanty  wojsk angielskich i francuskich, w Odessie i  Sewastopolu. Położenie Rosji jest bardzo  ciężkie. My jako naród  białoruski, mamy także prawo decydować  o  swoim losie, czy powołać  do życia samodzielne państwo lub przyłączyć się  do Rosji lub Polski jako sąsiadujących państw z  nami. Omówiłem, że samodzielne państwo białoruskie, nie ma podstaw do  samodzielnego istnienia. Jest nasz kraj bardzo biedny, nie posiada żadnych  surowców jak żelaza i  węgla i innych przemysłowych surowców. Wszystko to  zmuszeni będziemy sprowadzać z zagranicy i płacić pieniędzmi, których nie będziemy  posiadać, bo nie mamy nic do sprzedaży za granicę - oprócz liści i wieników brzozowych, przeto  gospodarczo w żadnym wypadku istnieć  nie możemy.             Z pośród zebranych, odezwały się  głosy, że prawdą  jest, że Białoruś nie może samodzielnie istnieć, wobec czego musimy  się  złączyć z państwem Rosyjskim lub Polskim. W obszernych słowach opisałem  stan  wsi, jak polityczny tak gospodarczy, kładąc nacisk na to, że Rosja prowadząc wojnę zaciągnęła za granicą, ogromne, miliardowe pożyczki. Pożyczki te zmuszona będzie  spłacać przez długie lata. Do zebrania potrzebnych  sum na  spłatę tych pożyczek, będą ściągane od mieszkańców duże podatki. Rosja będąc zrujnowana wojną, długie lata zmuszona będzie usuwać te zniszczenia, przeto nie będzie mogła przyjść z pomocą swoim obywatelom, jak gospodarczą tak kulturalną. Wobec  czego ponownie przyjdzie się nam Białorusinom, żyć biednie i  w ciemności w granicach państwa Rosyjskiego. Biorąc powyższe pod uwagę, pozostaje nam Białorusinom tylko  złączyć  się z państwem Polskim. Zaledwie te  słowa  wypowiedziałem , jak odezwały  się  głosy- przeważnie tych, którzy przedstawili się mnie jako komuniści  -  czto ty brat bałtajesz- kpolski my nie żałujem pojednawc - kiedy  uciszyło  się, to  w  dalszym przemówieniu, omówiłem, że państwo Polskie, powstaje jako demokratyczne – będzie ono rządzone Rządem powoływanym przez naród. Rząd będzie odpowiedzialny przed Sejmem i także przed całym narodem. Przeto taki ustrój jest najlepszy, bowiem najwyższą władzą państwa jest naród.Pod względem gospodarczym, Polska posiada  surowce jak żelazo, węgiel i inne surowce do przemysłu. Posiada własne kopalnie soli itp. posiada fabryki, zwłaszcza tekstylne i inne. Polska nie posiada żadnych długów, przeprowadzi reformę rolną tj. nadzieli małorolnych i bezrolnych ziemią. Polska będzie kulturalniejsza od Rosji -  będzie mogła  dać swojemu  narodowi kulturę i oświatę. Widomo, że teraz w  powstającej Polsce są  niektóre poczynania niezbyt pożyteczne dla obywateli, jak obsadzanie  stanowisk starościańskich byłymi obszarnikami oraz sędziów i innych, którzy nie  są przychylni dla  naszego  narodu. Stanowiska te będą w  przyszłości obsadzone kandydatami  o poglądach demokratycznych i  dbających o  dobro narodów. Obszarnicy od  włościan usiłują drogo brać za budulec, drzewo opałowe. W przyszłości obszarnikom ziemię będą uwłaszczać i oddawać pod  reformę  rolną. Lasy  w większości będą upaństwowione, w których będzie budulec sprzedawany po  cenach ulgowych dla mieszkańców państwa.Handel obecnie istniejący, przeważnie w  rekach prywatnych – będzie ujęty w kooperatywach i  w spółdzielniach, gdzie mieszkańcy będą zaopatrywani po  cenach niższych w różne przedmioty.Wszelkie poczynania nie  zgodne z  dobrem narodu, będą usunięte. Będą wprowadzone samorządy powiatowe i gminne w  których mieszkańcy  za pośrednictwem  swoich radnych wybieranych, będą rządzić jak pod  względem gospodarczym tak i kulturalno – oświatowym. Przedkładam  wam obywatele, pod  rozwagę podjecie decyzji, iż na Białorusinom przypada tylko przyłączyć się do narodu Polskiego i żyć  w jednym państwie. Tak jak już powzięli Uchwałę delegaci włościanie na Zjeździe w  Wilnie, tak my tutaj, musimy taka Uchwałę ogłosić.Po zakończeniu mego przemówienia, niektórzy wystąpili z sprzeciwem o przyłączeniu  do Polski – przeważnie  ci, którzy oświadczyli  się komunistami. Jednak  większość  zebranych, twierdziło, że należy  się tylko przyłączyć  do Polski. Przeto zaproponowałem przegłosować – kto jest  za przyłączeniem się do Polski, powinien rękę podnieść. Podniosła  znaczna większość połowy. Wobec tego spisałem Uchwałę - podpisało 60 osób obecnych. Wychodząc komuniści mnie osaczyli,mowiąc że  gdyby oni wiedzieli, że ja nie  jestem komunistą rosyjskim, to oni by nie  dopuścili do odbycia  się  zebrania. Muszę  nadmienić, że  zebranie odbyło się w  ciężkich  warunkach. Musiałem przemawiać  do dwóch  godzin w okropnym  zaduchu i  dymie od  palonych papierosów  z  machorki i liści  winnych z  braku machorki. Byłem jednak  zadowolony, że zebranie  się  skończyło pomyślnie w tak skomunizowanych i zbolszewiczałych  Łuzkach.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Towarzystwo Straży Kresowej.

poniedziałek, 02 lipca 2007 16:52

Nie mogłem długo przebywać w  domu, zmuszony byłem wracać do pociągu na  stację – prze to pożegnałem  się z  rodziną i pojechałem na  stację, gdzie mnie już naczelnik stacji oczekiwał. Po przyjeździe do  Wilna ulokowano mnie w  polowym  wojskowym szpitalu na  Antokolu. Rana na ręce  została zszyta i poczęła goić  się, tak że ja już po miesięcznym pobycie w szpitalu mogłem go opuścić, lecz lekarze zatrzymali  mnie do ogólnego nabrania  sił w organizmie, bowiem byłem mocno  osłabiony. W szpitalu  odwiedził mnie kpt. Kowalski Kierownik Wydziału Informacyjno – Politycznego przy I – ej Dywizji Legionów. Gratulując mnie moim wyczynom na  froncie i życząc prędkiego osiągnięcia  zdrowia. Potem powiedział, że  czeka  mnie praca w  cywilu, ale jaka nie powiedział. W dniu 10 października wyszedłem ze  szpitala. Następnego dnia udałem  się do Sztabu I –ej Dywizji Legionów do kpt. Kowalskiego, który zaproponował mi sześciomiesięczny urlop  wypoczynkowy. Oczywiście na ten urlop zgodziłem  się, tym  bardziej, że wszystkie powiaty i tereny mnie znajome na  wschodzie,  zostały zajęte przez Wojsko Polskie, więc  moja  działalność  na innych terenach  nie byłaby tak owocną. Jednocześnie kapitan obiecał mnie, że jeżeli ja  wyrażę  zgodę, to Sztab Dywizji natychmiast  skieruje  mnie do pracy  w powstałym Towarzystwie Straży Kresowej, celem którego jest utrwalanie polskości na kresowych  ziemiach  wschodnich,  a zajętych przez Wojsko Polskie, przez zakładanie  szkolnictwa polskiego, Domy Ludowe, organizowanie  różnych towarzystw i organizacji polskich. Jednocześnie wynoszenie Uchwał na  zwoływanych Zjazdach oraz  wiecach delegatów  gminnych, powiatowych z  prośbą z prośbą o  włączenie ziem kresowych  do Polski. Chętnie zgodziłem  się na tę pracę:” Towarzystwa Straży Kresowej”. Wówczas  urzędowo mnie  skierowano, bo to  Towarzystwo już istniało i mieściło się przy ulicy Wielkiej. Przyjęto mnie tam bardzo uprzejmie. Prezesem Towarzystwa był inżynier Narkowicz, kresowicz z guberni wileńskiej. Inni pracownicy tego towarzystwa byli ludźmi inteligentnymi. Sporo osób było przydzielonych  z  wojska. Jak później dowiedziałem się, to Towarzystwo Straży Kresowej współpracowało z  wojskiem na  terenach przyfrontowych i  wojsko udzielało  wszelkiej pomocy i poparcia w pracach Towarzystwa. Główny Zarząd Towarzystwa był  w  Warszawie – przy tym były  zarządy wojewódzkie i powiatowe. Na  czele Zarządu Głównego w  Warszawie i w województwach, byli prezesi. Na czele powiatowych – kierownicy. Kierownicy powiatowi posiadali instruktorów i pomocników. Pracownicy Towarzystwa byli płatni. Mnie na moje życzenie,  przydzielono instruktorem na powiaty dziśnieński i wilejski -  gdzie był kierownikiem Stanisław Brykner -  artysta, malarz,  zięć pani Makoneckiej, właścicielki majątku Jaśniewice w  gminie  duniłowskiej pow.dziśnieńskiego. Kierownik Brykner był  człowiekiem inteligentnym i bardzo miłym. Zapoznaliśmy się  w biurze w  Wilnie. Był rad  z  mego przydziału do jego powiatu, tym bardziej, że dotychczas nie miał żadnej pomocy. Towarzystwo Straży Kresowej  wydawało różne  czasopisma, dzienniki orza miesięczniki. Dziennik  wydawany był pod nazwą:”Gazeta Wileńska” – miesięcznik pod  tytułem „Ziemia Wileńska”, ponadto były wydawane broszury, przeważnie o charakterze historycznym.Po zaopatrzeniu się w czasopisma, wyjeżdżaliśmy pociągiem z Wilna przez Mołodeczno do stacji Budsław, skąd końmi do majątku Jaśmienice, gdzie musiało  czasowo pozostawać Towarzystwo. W Budsławiu przenocowano u mnie. W  domu byli  wszyscy radzi,  szczególnie dzieciaki, że ja już jestem  zdrów i że będę ich teraz częściej odwiedzał. Po wynajęciu furmanki, udawaliśmy się w dalsza podróż. Przejeżdżając przez Wołkowysk zatrzymywaliśmy się u księdza Proboszcza – z  tym by w niedzielę, dnia następnego zwołać wiec z miejscowych mieszkańców, przybyłych na nabożeństwo do kościoła. Ksiądz Proboszcz, po kazaniu zapowiedział o tym  wiecu,  wzywając by wszyscy  zatrzymali się przed kościołem.            Na tym  wiecu, pierwszy głos zabrał ks. Proboszcz – nawołując swoich  parafian być prawdziwymi katolikami i obywatelami, kochając państwo polskie. Drugim mówcą był kierownik  Stanisław Brykner, który scharakteryzował historycznie dzieje narodu polskiego oraz mówił o potrzebie przeprowadzenia reformy rolnej – którą Sejm polski ma uchwalić. Ostatnim mówcą byłem ja, przemawiałem nawołując zebranych do wyniesienia Uchwały o przyłączenie  ziem  do Polski. Uchwałę taką, jednomyślnie uchwalono i podpisano. Po czym  rozdaliśmy dla  zebranych broszury i  czasopisma. Sporo osób zaprenumerowało Ziemię Wileńską, którego to pisma prenumerata była  bardzo niska. Wieczorem tego dnia przybyliśmy do majątku Jaśmienice, gdzie mieściło  się nasze biuro. Pani Makowiecka teściowa pana Bryknera, była  osobą w wieku podeszłym – bardzo uprzejma i miła. Od niej dowiedziałem się, że jej córka, a żona Bryknera umarła  na gruźlicę w 1917 roku, pozostawiając synka w  wieku 2 lat. Wówczas mąż jej pan Brykner był w wojsku na  froncie.            Następnego dnia, łącznie z Bryknerem obszedłem całe zabudowania majątku. Był to majątek dość duży, przed wojną prosperował bardzo dobrze, za życia pana Makowieckiego, który zmarł w 1914 roku. W czasie wojny majątek podupadł, inwentarza żywego już w 1919 roku było nie dużo. Od 1918 roku, po powrocie  z wojska pan Brykner pomagał pani Makowieckiej w prowadzeniu gospodarstwa.W pracy Towarzystwa Straży Kresowej podzieliliśmy się na powiaty. Ja objęłam powiat wilejski, w którym mieszkałem, pan Stanisław Brykner, powiat dzieśnieński, w którym on mieszkał.W pierwszym okresie, praca nasza polegała na pomocy władzom administracyjnym do  zorganizowania urzędów starościńskich i urzędów gminnych,  doboru ludzi  do obsadzenia urzędniczych stanowisk w  tych urzędach. Jednocześnie tamże zwoływaliśmy wiece w różnych miejscowościach i wynosili Uchwały o włączenie ziem kresowych  do Polski. Uchwały te niezwłocznie przesyłaliśmy  do Zarządu Wojewódzkiego Towarzystwa, skąd one były przekazywane Rządowi Polskiemu i dalej  do Paryża, na Konferencję pokojową. Nie wątpliwie, że te Uchwały nie mało przyczyniły się, że Antanta już  dalej nie czyniła Rządowi Polskiemu sprzeciwu  zajmowania terenów za Bugiem. Należy nadmienić, że takie Uchwały były  wnoszone przy współudziale Towarzystwa Straży Kresowej we wszystkich województwach za linią Bugu. Uchwały te przyczyniły  się, że te  województwa zostały  włączone w granice Państwa Polskiego. Po powstaniu urzędów powiatowych i  gminnych my rozpoczęliśmy współdziałać także z inspektorami  szkolnymi do otwierania szkół polskich. Największe trudności były w obsadzeniu szkół nauczycielami, gdyż brak było odpowiednich kandydatów z językiem polskim,  wobec czego czasowo obsadzaliśmy kandydatów słabo posiadającymi opanowany język polski. Dla tych nauczycieli, były organizowane kursy dokształcające na  wiosnę 1920 roku, jednak te kursy nie  doszły  do skutku na  skutek przesuwania  się linii frontu bojowego  na  zachód do powiatów wilejskiego i dzieśnińskiego. Od miesiąca października 1919 r. do 1920 r. pracowaliśmy na terenach tych powiatów usilnie. Zapału do pracy było dużo, tym bardziej, że praca nasza była owocną i  wdzięczną oraz emocjonującą. Była ona czasami kłopotliwa, tym bardziej kiedy powstały urzędy powiatowe i  gminne, kiedy zostały  wydane różne  zarządzenia porządkowo – administracyjne. Kiedy powstały nadleśnictwa, zabroniły  włościanom darmo wyrąbywania lasów. Włościanie na tych terenach, za  czasów władz bolszewickich przyzwyczaili  się do tak zwanej przez nich  „Swobody”, to jest  wyrąbywania lasu  bez   zezwolenia. Przeto niechętnie zastosowali  się do  wszelkich  zarządzeń polskich. Na zwoływanych zebraniach oraz  wiecach, włościanie skarżyli  się, że nie mają opału, bowiem nadleśnictwo zabroniło  wstępu  do  lasów. Trzeba  było tłumaczyć, że we wszystkich państwach demokratycznych, jest honorowana własność i że trzeba honorować zarządzenia państwowe  dla  dobra wszystkich obywateli państwa.          


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (14) | dodaj komentarz

Zdjęcia w galeriach.


poniedziałek, 1 maja 2017

Licznik odwiedzin:  68 970  

Kalendarz

« lipiec »
pn wt śr cz pt sb nd
      01
02030405060708
09101112131415
16171819202122
23242526272829
3031     

O mnie

O moim bloogu

Życie i walka na kresach Rzeczpospolitej.

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:


http://blogroku.pl/_d/zestaw4/zestaw4_19.jpg Zagłosuj na mnie w konkursie Wiadomości24.pl!@import url("http://www.moikrewni

Więcej w serwisach WP

Pytamy.pl

Pytamy.pl