Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 269 917 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Zdjęcia w galeriach.


Wygrana bitwa i smutek.

sobota, 30 czerwca 2007 15:20

Na odbytej naradzie oficerów postanowiono wysadzić most kolejowy, znajdujący się niedaleko stacji Ziabki w kierunku Połocka, by tą drogą uniemożliwić ucieczkę pancernych pociągów oraz  wywóz zrabowanego bydła i innego mienia. Do wysadzenia mostu został wyznaczony porucznik dowodzący saperami w liczbie 10 osób, licząc ze mną. Według uzgodnienia po wysadzeniu mostu, kompania ma niezwłocznie zaatakować i  zająć stację  Ziabki. W nocy z Prozorowa do kolei w  odległości 5 km., dotarliśmy do  toru kolejowego. Kompanie zatrzymały  się w lasku – my  zaś poczołgaliśmy się do  mostu krzakami. Pamiętam, że ten most musi  znajdować się niedaleko  stacji i dlatego czołgaliśmy się w  kierunku  stacji. Jednak mostu nie było. Zdecydowaliśmy się zawrócić i czołgać w kierunku stacji Prehorowa z nadzieją, że może znajdziemy most w  tej  stronie i tak  się stało, że po pół  godzinie czołgania, spostrzegliśmy palący się ogień przy moście i  chodzących dwóch wartowników. Postanowiono  strzałami wartowników obezwładnić i po  założeniu ładunku dynamitu most  wysadzić i tak uczyniono.

            Wybuch dynamitu był ogromny. Most  wyleciał w  powietrze. Po wysadzeniu mostu poczęliśmy biec w  kierunku lasku  w którym pozostały kompanie. Ze  stacji  Ziabki pancerny pociąg zaczął strzelać w kierunku wysadzonego  mostu, ładunki zaczęły padać niedaleko  nas  biegnących. Kiedy dotarliśmy  do lasku, to już  tam kompani nie było. Wyruszyły one do  natarcia na stację Ziabki. Ja zaś poczułem gorącą lepką ciecz,  spływającą po dłoni prawej ręki – po  czym poczułem ból w ręce przed łokciem. Po zaświeceniu latarką okazało się, że to spływa krew, już  częściowo zakrzepła. Przy tym ujawniłem długą głęboką ranę w  ręce między dłonią a łokciem. Ponadto ukazała się  druga lekka rana w  kolanie lewej  nogi. Obie rany powstały od rozerwanych szrapneli z wystrzału pancernego pociągu. Położony opatrunek został przez kolegów wyprawy na most. Po czym mnie posadzono na ziemi, na  rozesłanym płaszczu, bowiem zesłabłem z powstałego bólu w ręce i w nodze. Niebawem posłyszeliśmy gęste salwy karabinów polskich oraz strzały karabinów bolszewickich – ponadto strzały z pancerki. Była to  walka o stację Ziabki.            Walka trwała krótko, pancerka  uciekła w kierunku stacji P…….,  a nasza kompania zajęła stację Ziabki. Piechota bolszewicka broniąca  stację  Ziabki rozpadła się i uciekła. Sukces bojowy odnieśliśmy nieoczekiwany. Przez wysadzenie mostu, uniemożliwiliśmy bolszewikom wywiezienie bydła i innego mienia. Jednocześnie wysadzenie mostu i zajęcie  stacji Ziabki, na tyłach walczących wojsk bolszewickich – a tym bardziej pod  naciskiem wojsk polskich postępujących po obu stronach kolei, bolszewicy  stawiali opór i  zmuszeni byli opuścić i uciekać z  terenów zajmowanych od stacji Parafinowo do stacji  Ziabki. Po zajęciu tych  stacji bolszewicy opuścili także Głębokie. Oba  pociągi pancerne, które znajdowały się na  zachód od   wysadzonego mostu stały  się naszym łupem,  aczkolwiek bolszewicy powyjmowali  zamki z działek w  tychże pociągach. Jednak  nie  było wielkiej  trudności te  działka  wyreperować i pociągi te skierować przeciwko  bolszewikom w  dalszych walkach. Oprócz pociągów pancernych,  zdobyto cały zapas materiału  bojowego bolszewików oraz prowianty i sprzęt obozowy  z  końmi.            Mnie z lasku  na  stację kolejową Ziabki, przyniesiono na noszach, gdzie  założono opatrunek. Od bólu ran czułem się bardzo źle. Kiedy kpt.Hozer mi  dziękował za udzielenie tak  cennej pomocy,  w przeprowadzeniu operacji, to ja tylko  z  radości uśmiechałem  się, lecz  mówić  nie  mogłem z  bólu.            Po uruchomieniu pociągu w kierunku Mołodeczna,mnie wysłano pod  dozorem  sanitariusza do szpitala do Wilna. Z powodu odniesionych ran, musiałem opuścić  front bojowy przeciwko bolszewikom i już ku takowemu nie powróciłem. Oprócz   smutku jaki mnie opanował po odniesieniu ran – jeszcze większy powstał, kiedy dowiedziałem  się iż Zygmunt  Bujnicki z  Hubowicz,  został zabrany, z moim koniem pozostawionym, przez bolszewików do obozu i  został  zabity postrzałem w  czasie walki między bolszewikami a  Wojskiem Polskim. Ponadto stryj Tadeusz  Rożnowski, został zastrzelony przez bolszewików, niedaleko Postaw, którego niedawno  widziałem  w Kobylniku i który obiecał współdziałać ze mną – lecz po tym nie mogłem już go spotkać. Oddział bolszewików spotkał  go w  jednym z folwarków i  aresztował. Stryj próbował uciekać, wówczas go  zastrzelili. Te dwie  ofiary zaciążyły na  mnie – tym bardziej, że osierociły, liczne  grono dziatek.             Pociąg, którym jechałem, przeważnie stał  na każdej  stacji, przeto na stacji Budsław, poprosiłem zawiadowcę stacji pana Tyszkiewicza, dobrze mi  znajomego, by pociąg przetrzymał na  stacji dłużej, bym mógł odwiedzić rodzinę  w miasteczku Budsław.            Żona moja i dzieciaki, okropnie przerazili  się  widząc mnie obandażowanego – dzieciaki  zaczęły płakać, że ja mogłem umrzeć od ran. Pocieszałem ich jak mogłem, a kiedy opowiedziałem jaki  wspaniały sukces odniosłem  w boju,  wówczas przestały płakać. Chociaż byli jeszcze mali, to  bardzo lubili słuchać o bojach i  zwycięstwach Wojska Polskiego. Smarkacze, a już byli patriotami polskimi. Widocznie przeczuwali, że  im przyjdzie  walczyć z  Niemcami w  obronie Ojczyzny.

             

              


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (1) | dodaj komentarz

Budsław i Dokszyce zdobyte przez Wojsko Polskie.

czwartek, 28 czerwca 2007 18:17

Patrol polski otrzymał rozkaz wycofania się za rzekę we wsi Kurczyn. Wobec tego, że z pancerki poczęto ostrzeliwać miasteczko, najwięcej kościół i ładunki padały dookoła domu w którym mieszkałem nie mogłem opuścić rodziny i zostawić bez opieki, pomimo, że narażałem  się bolszewikom na wypadek ponownego ich wkroczenia do Budsławia, tym bardziej, że Żydzi i Białorusini widzieli mnie z bronią przy pasie, chodzącego z patrolem polskim.            Kiedy rozpoczął się obustronny ogień  artyleryjski i ładunki zaczęły padać coraz bliżej naszego  domu, postanowiłem rodzinę swoją schronić pod kościołem, dokąd niemal wszyscy mieszkańcy tej ulicy uciekali. Przeczołgałem także rodzinie  do piwnicy pod kościołem, małym wózkiem, pościel i ciepłe ubrania. Kiedy powracałem do  domu z wózkiem, posłyszałem jeszcze  strzały karabinów rosyjskich od strony lasu. Po czym niebawem spostrzegłem, biegnących tyralierą żołnierzy bolszewickich w  stronę  miasta, krzyczących u – ra! u- ra!u- ra!u-ra! – Kiedy wpadli  na ulicę poczęli krzyczeć: „Da zdrastwuj krasnyj Budsław” – Kiedy zrównali  się ze mną, poczęli pytać: „Mnogo jest biełych w Budsławiu?”. Odpowiedziałem, że biełych niet. Jeden krzyknął :”Wrosz ty! – wić śledy pulomisty widniej na ulicy” i pokazał mi moje ślady kół po moim  wózku. Odpowiedziałem, że są to ślady kół po  moim wózku. Wówczas ponownie krzycząc:” Da zdrastwój krasnyj Budsław” pobiegli w stronę  rynku. Z innych ulic, także tyralierą wkroczyły oddziały  wojska bolszewickiego. Pancerka przestała  ostrzeliwać miasteczko. Budsław ponownie został  zajęty przez bolszewików. Jednak było dla mnie  wiadomo, że oni będą zmuszeni prędko Budsław opuścić, bowiem I –szy pułk piechoty Dywizji Legionów, po lewej  stronie kolei ma prowadzić natarcie, łącznie ze  szwoleżerami. Ponadto 5 –ty pułk kontynuować natarcie po lewej stronie kolei, którego to natarcia bolszewicy nie będą mogli powstrzymać.            Ja jednak, po zajęciu Budsławia przez Bolszewików, nie mogłem już  wycofać  się w  stronę naszego wojska, by jednak nie być pojmanym przez bolszewików postanowiłem ukryć  się w  miejscu pewnym. W tym celu wszedłem do sąsiedniej  stodoły, ze zbożem tj. ze snopkami naładowanego żyta. Sam zakopałem  się głęboko pod snopkami, gdzie spokojnie leżałem do późnej nocy, nadsłuchując odgłosy strzałów karabinowych i  artyleryjskich.            W nocy, rozpoczął się okropny krzyk na rynku miasteczka, turkot kół oraz nieregularna strzelanina karabinowa. Kiedy wszystko ucichło i poczęło świtać wyszedłem  z ukrycia  i na podwórzu spostrzegłem gospodarza  stodoły, od którego dowiedziałem  się, że bolszewicy   w nocy uciekli w  wielkim popłochu  z Budsławia, pozostawiając na  rynku kilku swoich rannych. Byłem pewny, że na pewno to  nastąpiło na skutek natarcia Wojska Polskiego, po oby  stronach Budsławia. I tak  stało się. Kiedy oddziały I - szego pułku Legionów, pod wieczór zajęły stację Budsław, odległą od  miasteczka o 2 km. i poczęły  szybko biec w stronę mostu na  rzece, pancerka  w obawie dostania  się  do niewoli uciekła  w  stronę Parafinowa. Wówczas bolszewickie oddziały w panicznym popłochu uciekły z Budsławia, tym bardziej kiedy artyleria dała  kilka strzałów po miasteczku.            Ja po zabraniu rodziny spod kościoła, udałem  się niezwłocznie po konia  z  wozem do Rakowszczyzny,  gdzie on przebywał. Jadąc z Rakowszczyzny przez wieś Załatuchy dowiedziałem się, że u nich z dnia 14 na 15  sierpnia, w  nocy, bolszewicy rekwirowali bydło, lecz kiedy usłyszeli  strzały karabinowe z błota, krzycząc, że to biełyje  nastupajut, porzucili krowy zabrane na postronki i uciekli. Były to strzały naszego patrolu. Oświadczyłem mieszkańcom, że rzeczywiście te strzały były  spowodowane przez patrol Wojska Polskiego. Bardzo serdecznie mnie dziękowali, że te  strzały uratowały 5 krów, mających być zabranych przez bolszewików.            Po powrocie z koniem i  wozem do Budsławia, tegoż dnia udałem się do Dołhinowa, przejeżdżając przez wieś Kawczyno, gdzie była kompania piechoty, z której patrol pod dowództwem podporucznika Piotrowskiego razem  ze mną wysadził tory kolejowe, dowiedziałem się, że por. Piotrowski został ranny w dniu 15  sierpnia,  walcząc  przy  zajmowaniu  stacji Budsław. Wiadomość ta bardzo mnie zasmuciła. Żal mnie było porucznika, który miał tyle zapału do  walki.             W Dołhinowie,  zastałem już batalion 3 –ci,  szykujący  się do  wymarszu. Od razu udałem się do dowódcy batalionu  kpt. Hozery, któremu przedstawiłem moje  dokumenty. Kapitan Hozer,  bardzo ucieszył  się z mego przybycia i ucieczki  bolszewików z Budsławia. Następnego  dnia,  batalion  wyruszył  w szyku bojowym w kierunku Dokszyc. Ja zaś konia swego odesłałem do Budsławia, a sam poszedłem z batalionem. Po drodze żadnych wojsk bolszewickich nie spotkaliśmy. Dokszyce zajęliśmy bez boju, bowiem bolszewicy opuścili Dokszyce, kiedy  dowiedzieli  się o naszym  marszu. Udali  się w  stronę Królewszczyzny. Po przenocowaniu w  Dokszycach kompania na moją propozycję, udała  się przez błota rzeczki Berezyny, na tyły bolszewickie w okolice skąd uderzyć miała na stację lub punkt  strategiczny, ważne w wojnie bolszewickiej. Trzecia kompania wyruszyła w pościg za bolszewikami w kierunku Królewszczyzny.                                   


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (2) | dodaj komentarz

Wojsko Polskie wkracza do Budsławia.

środa, 27 czerwca 2007 17:48

            Po kilku dniach pobytu w domu, wyjechałem ponownie w kierunku Hołubicz z wozem, z nowym nabytym koniem. Po drodze nocowałem w Królewszczyźnie u  ciotki Rożnowskiej, gdzie układaliśmy różne projekty z Jankiem Koszykiem w naszej działalności. Janek był bardzo rad i zadowolony, że on przyczynił się, przez umajenie brzózkami transportu do  zatrzymania owego na  stacji Budsław. Mówił, że on kilka transportów brzózkami oznaczył, jadących w kierunku  Mołodeczna z  żywnością,  z  bronią, jednak tych transportów nie  zatrzymywano.            Celem mojej podróży do Hołubicz było powzięcie  w tych  stronach Uchwał  o przyłączeniu  ziem  wschodnich do Polski oraz zebranie informacji wojskowych. Uchwały zostały wyniesione przez mieszkańców folwarków, majątków i wsi zamieszkałych przez Polaków. Będąc w Hołubiczach u pana Zygmunta Bubnickiego zostałem zaproszonym przez teścia Miesojeda do nich do majątku Miedżwiedziewo,  gdzie przyjęto mnie dość uprzejmie, pomimo naszych ostatnio oziębłych stosunków. Przed moim odjazdem teść zaproponował mnie bym wziął od niego kilka krów, bowiem u niego jest ich 12 szt., a  ta ilość stanowczo była za duża na te  czasy, bowiem każdego dnia mogą zabrać wszystkie krowy lub ich  większą  część. Zgodziłem się  wziąć tylko jedną krowę, bowiem sam posiadałem w Budsławiu krowę najlepszej rasy czerwonej polskiej. Krowę tą, pomógł mi do Budsławia przyprowadzić , uczepioną  do  wozu, stryjeczny brat żony Stefan Karczewski, który był milicjantem na stacji Budsław  -  by nie iść do  wojska bolszewickiego.            Ofensywa wojsk polskich, stopniowo posuwała się naprzód. Zostały zajęte Mińsk, Wilejka. Pozycje  bojowe od Budsławia znajdowały  się w Rucieniewiczach - po prawej stronie kolei. Nacierał 5 – ty pułk Legionów,  wspierany lekką artylerią polową. Po lewej stronie kolei nacierał 1 pułk Legionów, wspierany przez Szwadron szwoleżerów,  stacjonujący  w Kobylniku i  we  wsi Pozyroch. Bolszewicy nadsyłali nieustannie rezerwy, celem powstrzymania ofensywy. Jednak Wojsko Polskie, choć  powoli, to  jednak posuwało  się na przód w kierunku Połocka.            W  dniu 7 sierpnia będąc w Kobylniku w Dowództwie Szwadronu Szwoleżerów otrzymałem zadanie udania  się w kierunku Połocka wzdłuż toru kolejowego, celem ustalenia ruchu  wojsk bolszewickich, bowiem w  Połocku poważniejsze  siły bolszewickie miały posuwać się  kierunku frontu  bojowego.            W Królewszczyźnie Janek Koszyk mnie zakomunikował, że poważniejsze siły bolszewickie zgromadziły  się w Głębokim oraz z Królewszczyzny odmaszerowały formacje bolszewickie w kierunku Dokszyc – widocznie przeciwstawić  się posuwaniu się 5 – tego pułku piechoty Legionowej. Z Królewszczyzny dojechałem do  stacji Podswilje na której stwierdziłem dwa pociągi pancerne, które były  zamaskowane gałęziami liściastego drzewa. Postanowiłem wobec powyższego udać się jak najprędzej do Kobylnika celem złożenia meldunku o  pociągach pancernych i  ruchu  wojsk bolszewickich. Konia z wozem zostawiłem u pana Zygmunta Bujnickiego z Hołubicz, sam  zaś pociągiem z Podswilji dojechałem  do  stacji Parafinowo, skąd piechotą udałem  się  do Kobylnika.            Po złożeniu meldunku rotmistrzowi Skrzyneckiemu, który go niezwłocznie przekazał Dowódcy I Dywizji Legionów w  Wilnie,  polecono mi, żebym współdziałał z grupami Wojska  Polskiego, po obu stronach kolei w kierunku Połocka, a szczególnie po stronie prawej, poczynając od Dołhinowa, przez Dokszyce w kierunku Połocka.            Dnia 14 – tego sierpnia wojska bolszewickie opuściły Budsław, tegoż dnia pod  wieczór wkroczył patrol Wojska Polskiego z 3 – ego batalionu 5 – tego pułku piechoty w   składzie 8 –u żołnierzy pod  dowództwem podporucznika. Ogromnie ucieszyłem  się  z zajęcia Budsławia, przez ten patrol, a tym bardziej, że cała kompania  wojska tego  patrolu znajdowała się we wsi Kurczyno, w odległości półtora kilometra od Budsławia za  rzeką.             Zaposiłem do  siebie podporucznika ugościłem- po czym pokazałem mu swoje  dokumenty podpisane przez gen. Rydza – Śmigłego i zaproponowałem by wieczorem udać  się  błotem, po  prawej  stronie kolei w  kierunku  wsi Worebje, tam  wysadzić  mały most kolejowy i tą  drogą uniemożliwić ucieczkę pancernego pociągu stojącego przed rzeką, a którego było celem powstrzymanie Wojsk Polskich. Podporucznik chętnie  wyraził swoją  zgodę, tylko obawiał  się czy most  wysadzi wiązką granatów, którą  tylko patrol posiadał. W ostateczności zadecydowaliśmy, że jeśli nie most to tor wysadzimy. Podporucznik o tej  wyprawie wysłał meldunek  do dowódcy kompanii.            Po nadejściu wieczora udaliśmy się na miejsce przeznaczenia, przez leśniczówkę Turek oraz przez ułożone kłódki na błocie w kierunku folwarku Rakowszczyzna, skąd już  suchym lądem w  kierunku  mostu.            Po przybyciu na miejsce w ciemności założyliśmy wiązkę  granatów pod szyny na moście, po  czym oddaliliśmy  się na nasyp toru. Wybuch był  jednak słaby, szyny były zerwane i pokurczone  na przestrzeni półtora metra.  W  drodze powrotnej słyszeliśmy przy moście odgłosy  wykrzykujących  wartowników mostu  oraz ryk  bydła we wsi Zołotuchy. Wobec  czego daliśmy kilka  salw karabinowych w  kierunku mostu i  wsi dla postrachu bolszewików. Głos strzałów karabinków polskich był  gruby i mocno głośny. Bolszewicy musieli  zrozumieć, że  strzały pochodzą z formacji Wojsk Polskich. Po tych  strzałach uciekli z mostu i wsi Zołotuchy.            Po powrocie do Budslawia w  nocy zaprowadziłem patrol strzelców do piwiarni najbogatszego Żyda, by ich nakarmił. Podporucznika  zaprosiłem  do siebie. Po czym patrol obsadził ulice miasteczka, ja  zaś udałem  się na  spoczynek.            Dnia 15 sierpnia w  Święto Wniebowzięcia bolszewicy rozpoczęli natarcie na Budsław o godzinie 10 – tej  rano.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Ponowne aresztowanie i ...

wtorek, 26 czerwca 2007 18:57

            Po dokonaniu powyższego ataku na pociąg w Budsławiu, bolszewicy swoje oddziały wojskowe już nie wysyłali koleją na front w kierunku Mołodeczna, lecz  wysyłali pieszo z  bronią w ręku,  w przestrzeni  oddalonej od kolei w  obawie  dalszych ataków na pociągi.            Wkrótce zostałem wezwany telefonicznie do Dowódcy I – szej  Dywizji Legionów w  Wilnie przez kpt. Kowalskiego, gdzie udzielono mnie pochwały przez gen. Rydza - Śmigłego za akcję pod  Budsławiem, przy tym polecono  zbadać tereny od stacji Zalesie  do Mołodeczna i koleje z  Wilna do Mołodeczna oraz ustalenie ilości przebywającego tam  wojska bolszewickiego.            W tym celu do Smorgoń dojechałem koleją, a od Smorgoń do Zalesia musiałem przebyć nocą przez linię frontu. Z Zalesie przyjechałem pociągiem bolszewickim do Mołodeczna, napełnionym cywilną ludnością i wojskiem. W tym  samym czasie przybył pociąg z  Mińska, wobec czego, wytworzył się ogromny tłok  w  wejściu na  stację kolejową. Przybyli pociągami z  Mińska i  Zalesia usiłowali  wejść na  dworzec, a  przybyli  ze  stacji Wilejka usiłowali wyjść z  dworca do pociągu Mińskiego. Kiedy ja  znalazłem  się w  tym tłoku u  drzwi  wejściowych do stacji, pchany  usilnie na przód, nieoczekiwanie z tamtej  strony, ukazał  się pchany także Łotysz, żołnierz bolszewicki, który mnie konwojował z Połocka do Newla w 1018 roku. Spojrzał na  mnie i mnie poznał, uczynił  ruch  moim kierunku,  ale tłok nie dał mu możności mnie dosięgnąć, tym bardziej, że ja będąc pchany szybko oddaliłem  się od przejścia.             Po czym wybiegłem na peron kolejowy i począłem szybko biec między  wagonami w kierunku krzaków  rosnących na łąkach. Po wydostaniu  się  z krzaków na gościniec, szybko pobiegłem przez miasteczko i udałem  się gościńcem  w  stronę Wilejki powiatowej. Czyniłem tę pośpieszną ucieczkę  z  Mołodeczna, w  obawie  zatrzymania mnie na żądanie Łotysza. Ucieczka moja udała  się.Po dostaniu się  do Wilejki schroniłem  się i przenocowałem u  właścicielki  apteki pani Piotrowskiej patriotki – Polki.            Szczęśliwie uciekłem przed Łotyszem, lecz nie  zebrałem danych, poleconych mnie do ustalenia o ilości wojsk bolszewickich w Mołodecznie i jego okolicach.                 Z pobieżnych obserwacji, jadąc ze stacji Zalesie do Mołodeczna oraz na stacji Mołodeczno można było  zaobserwować pewien ruch wojsk bolszewickich. W  Wilejce Powiatowej udałem  się do  wsi P…….. celem  złożenia raportu spotkania rotmistrzowi Skrzyneckiemu. W raporcie tłumaczyłem  się z niewykonania zadania z powodu spotkania  z  Łotyszem, przed którym musiałem uciekać.            W pierwszych   dniach  sierpnia 1919 roku rozpoczęła  się ofensywa wojsk polskich w kierunku  wschodnim. Bez  wielkich trudności wojsko polskie zajęło  Mołodeczno z którego rozpoczęto natarcie po obu  stronach kolei w kierunku Połocka i Mińska. Bolszewicy także zaczęli wzmacniaćpozycje świeżo nadchodzącymi posiłkami. Od naczelnika stacji kolejowej pana Tyszkiewicza dowiedziałem się, że następnego  dnia ma przejechać  przez  stację Budsław specjalny pociągiem Trocki na front Mołodeczański, celem  podniesienia ducha bojowości wśród żołnierzy armii bolszewickiej.            Wojsko Polskie, powoli posuwało  się w  kierunku Budsławia. Strzały  armatnie już było  słychać  w  Budsławiu. Sztab bolszewicki z  frontu tzw. Wilejskiego przeniósł się Wilejki do  stacji Budsław. Postanowiłem uczynić  zasadzkę ze szwoleżerami na pociąg Trockiego i  złapać go. W tym celu musiałem udać  się do  wsi P……….             Jednak przekroczyć terenu kolejowego nie mogłem, bowiem takowy był już obstawiony gęsto żołnierzami bolszewickimi i nikogo  do toru nie  dopuszczano zbliżać  się na 50 m. Od dyżurującego żołnierza na  stacji kolejowej dowiedziałem  się, że można tor przejść tylko za specjalnym zezwoleniem  Naczelnika frontu. Postanowiłem spróbować prosić  Naczelnika frontu o taka przepustkę. W tym celu zmyśliłem, że wzywa moja teściowa  mnie do wsi Wierebje celem  wydania  mnie  testamentu, na moje imię, bo ona jest  chora i lada  dzień może umrzeć.             Na  stacji był ożywiony ruch przyjeżdżających i odjeżdżających, konno kurierów z frontu, którzy składali raporty Naczelnikowi frontu. Wobec czego  zmuszony byłem  czekać od godz. 6 – tej rano  do 10 – tej na  przyjęcie mnie przez Naczelnika  frontu. Nareszcie kiedy mnie  wezwano, to ja  spostrzegłem  siedzącego Naczelnika, ciemnego bruneta w  wieku lat 40 –tu, siedzącego nad rozłożoną dużą mapą, na której były rozłożone chorągiewki biało – czerwone przedstawiające linie frontu wojsk walczących.             Naczelnik miał  słuchawki na  uszach, bez przerwy rozmawiał z  dowódcami bolszewickimi z walczącymi  Oddziałami frontu. Słyszałem z telefonu jak mu  zameldowali, że biełyje  zajęli jakąś wieś. Kiedy podniósł  głowę i spostrzegł mnie,  zakrzyknął:” Czewo mnie ugodno?” odpowiedziałem  mu -  zmyśloną moją potrzebę,  aby udać się  do wsi Wierebje, przeto proszę o przepustkę. Krzyknął: „ Dokumenty  twwaje”? Pokazałem mu  dokumenty swojej tożsamości,  wybrane  z bolszewickiego komitetu w  miasteczku Budsław oraz zaświadczenie, że zajmuję  się rolnictwem. Po przejrzeniu  dokumentów kazał  mnie złożyć  podpis na osobnym papierze - po czym porównał mój podpis z podpisem na  dokumentach. Potem zapytał mnie kim jestem Polakiem czy Białorusinem ? Odpowiedziałem, że jestem  Białorusinem. Poruszył  złowrogo ustami i kazał mnie  aresztować. Niezwłocznie żołnierze mnie otoczyli i  zaprowadzili na peron  stacji i  w ustępie kolejowym  mnie   zamknięto.            Początkowo, projektowałem uciec przez okno, lecz  stwierdziłem, że dookoła ustępu, chodzi żołnierz z karabinem, którym postukiwał o ziemię. Ponadto okno było  zbyt wysoko i ja nie mogłem Dos ęgnąć  z podłogi. Zmuszony byłem  stać lub  siedzieć na ziemi i rozmyślać nad swoją głupotą chęci złapania Trockiego.  Tymczasem sam  zostałem  złapany. Nasunęły  się ponure myśli z pobytu w  więzieniu  w Newlu. Co prawda obecnie nie miałem żadnych obciążających mnie dowodów, posiadanych od bolszewików. Lecz bolszewicy tj. Komisarz mnie  zbadał we  wsi Wierebje, czy rzeczywiście jest tam  chora moja teściowa,  wówczas padłoby większe na mnie podejrzenie i posłużyłoby  do  mego uwięzienia.            W trakcie tych moich ciężkich rozważań, koło  godziny 12 – tej z  wielkim łoskotem przetoczył  się pociąg przez  stację w kierunku Wilejki. Pociąg ten był na pewno wiozący Trockiego. Ten pociąg  z powrotem przejechał wieczorem o koło  godziny 6 – tej. Trocki  swobodnie sobie przejechał  w obie  strony, nie  wiedząc iż  myśliwy, który usiłował go pojmać siedzi  w ustępie na tejże  stacji, unieszkodliwiony.            Dokuczał mnie głód i pragnienie, co  zmusiło mnie łomotać do drzwi ustępu             i żądać od wartownika, by zameldował o moim pragnieniu. Żołnierz wartownik odpowiedział, że on to uczyni jak będzie zmiana. Zmiana nadeszła  wieczorem około godziny 8 -  ej. Powtórzyłem ponownie  swoją prośbę, po  pewnym czasie, drzwi  ustępu otwarły  się i mnie żołnierz zabrał pod karabinem i odprowadził na stację  do Naczelnika frontu. Naczelnik siedział tak samo nad mapą, ze słuchawkami na  uszach. Kiedy mnie spostrzegł, od razu  zapytał kto mnie  zna z  mieszkańców na  stacji. Na stacji mieszkał Markiewicz Stanisław, kuzyn Markiewiczów z Rakowszczyzny – Markiewicz ten, kilkakrotnie nocował u mnie w  Wilnie, a ja także  u niego na  stacji,  gdzie miał własny  dom i był  na  emeryturze. Nie dawno u mnie kupował farbę do ubrania, znaliśmy się bardzo dobrze. Więc od razu  zapodałem Naczelnikowi. Wówczas posłano  po Markiewicza, mnie  zaś  wyprowadzono  do  drugiego pokoju, gdzie stałem w pobliżu   wejściowych  drzwi. Wkrótce wprowadzono Stanisława Markiewicza – który  usiłował ze mną przywitać się, lecz żołnierz mu tego nie pozwolił. Jednak ja po  cichu  wygłosiłem dwukrotnie  - „Mów Białorusin”- Od razu nas postawiono przed Komisarzem, który zapytał  Stanisława Markiewicza, kto ja  jestem, gdzie mieszkam,czy jestem Polakiem, czy Białorusinem ? Markiewicz odpowiedział, że mnie zna  dobrze, że mieszkam  w  Budsławiu i  zajmuję  się  częściowo rolnictwem, częściowo okrężnym  drobnym handlem. Wówczas Komisarz wziął  ze  stołu moje  dokumenty, rzucił  ze  złością mnie pod nogi, krzyczac: „Idi k, czortu”.            Podniosłem dokumenty i  szybko wyskoczyłem na podwórze, za mną wyszedł Stanisław  Markiewicz,  pytając o powód  mego  zatrzymania. Powiedziałem, że usiłowałem przejść tor kolejowy i  zamierzałem udać  się  do  wsi Wierebje, celem sprzedaży tam farby i innych  drobnych przedmiotów. Po czym pożegnaliśmy się i każdy poszedł  w swoim kierunku. Idąc  do  domu, usłyszałem strzały  armatnie na linii frontu. Rozmyślałem, że tak  szczęśliwie, tym razem, udało się mnie  wydostać z  rąk bolszewickich. Gdyby bolszewicy znali mój zamiar, zawisł bym na  szubienicy, lub  dostał kulą w łeb – jednak o tym moim zamiarze w tym  czasie nikt nie  wiedział.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Udany atak szwoleżerów na transport wojska bolszewickiego.

poniedziałek, 25 czerwca 2007 22:49

            Ze wsi udałem się lasami do stacji Budsław. Nie dojeżdżając kolei w odległości pół kilometra,  zatrzymaliśmy  się  w lesie,  gdzie miały oczekiwać plutony nadejścia transportu z wojskiem bolszewickim w kierunku stacji Budsław. Dla łatwiejszej obserwacji i  rozpoznania umajonych wagonów z brzóskami, udałem  się z trzema szwoleżerami pieszo zarośniętymi krzakami, pod  sam tor kolejowy – gdzie ukryci  w krzakach, oczekiwaliśmy nadejścia znajomych transportów. Zgodnie z ułożonym planem działalności, plutony po usłyszeniu naszych salw karabinowych winny niezwłocznie otoczyć  transport, my  zaś wysadzić tor kolejowy, by uniemożliwić dalszą jazdę transportu do stacji. Pierwszy transport nadszedł bez brzózek, który przepuściliśmy nie zaczepiając.            Po upływie dwóch  godzin, od  pierwszego transportu, posłyszeliśmy gwizdek parowozu nadchodzącego transportu. Po zbliżeniu się transportu do dwóch kilometrów zauważyliśmy, że jest on umajony brzózkami po obu stronach pierwszych  wagonów. Niezwłocznie czołgając się dotarliśmy do toru kolejowego i założyliśmy dynamit pod  szyny – po czym zbiegliśmy z toru w  krzaki i oczekiwaliśmy zbliżania  się transportu.             Kiedy transport nadjechał o 200 metrów od nas, wysadziliśmy tor kolejowy. Detonacja była dość silna, niezależnie od  detonacji, oddaliśmy kilka umówionych strzałów. Jakby  z ula wyłonili  się szwoleżerowie z lasu i z największym impetem, poczęli otaczać transport, który zatrzymał  się  z powodu  zerwanych torów.            Ku wielkiemu naszemu  zdziwieniu i  radości ze  strony Czerwonogwardzistów nie było żadnej obrony -  natomiast Czerwonogwardziści przez pootwierane   wagony, poczęli  wyskakiwać  bez  broni i uciekać  w kierunku rosnącego niedaleko lasu. Czynili to, do czasu okrążenia transportu przez plutony szwoleżerów. Po otoczeniu wezwano do podniesienia  rąk i poddania  się. Niezwłocznie to uczynili. Wówczas wydano rozkaz do Czerwonogwardzistów by niezwłocznie opuścili   wagony i uszykowali się  w szeregu. Jeden pluton  roztoczył dozór nad ustawionymi  w szeregu Czerwonogwardzistami. Drugi przeprowadzał przegląd wagonów. Wszystkie wagony były  wysłane  słomą do  spania Czerwonogwardzistów, za  wyjątkiem wagonu komisarzy w  trzech  pierwszych wagonach. W jednym z tych wagonów jechali komisarze Czerwonogwardzistów, którzy na wezwanie, złożyli broń. W  drugim  wagonie,  znajdowały  się karabiny Czerwonogwardzistów, jak później  wyjaśniło  się to Czerwonogwardzistom obawiano  się wydać broń w podróży i takową  wydawano tylko na miejscu frontowym. W  wagonie trzecim była żywność: mąka, kasza, cukier, sól. Było tego cały  wagon.            Po ustawieniu  się Czerwonogwardzistów w  szeregu, naliczyliśmy ich  do 320. Komisarzy było 9 – ciu. Według oświadczenia komisarzy jechało ich do 500 Czerwonogwardzistów tj. jeden pułk w nie pełnym składzie. Jechali oni do Miłodeczna, celem wzmocnienia frontu. Czerwonogwardzistów z komisarzami wysłano pod eskortą jednego plutonu do  wsi P………. Po  drodze we  wsi Wierejle,  zabrano także do niewoli 30 Czerwonogwardzistów, trzymających tam front.            Pozostały pluton, niezwłocznie zmobilizował z okolicznych wsi i  stacji Budsław furmanki do odwiezienia karabinów i amunicji do Puzyrow. Za odwiezienie tej broni wydano im zapłatę  z  wagonu produktami żywnościowymi. Kiedy rozeszła  się wieść, że za podwody płacono żywnością -  zjechało się do 30 furmanek z propozycją wynajęcia ich za opłatę  żywnościową.            Należy  nadmienić, że w tych miejscowościach i po  stronie  bolszewickiej,  wszędzie brakowało soli, cukru – więc ludzie na  gwałt, dobijali się do tych artykułów.Załadowano 10 podwód  bronią i  częściowo cukrem. Reszty produktów nie brano i takowe polecono miejscowej Milicji ze st. Budsław, oddać bezpłatnie najbiedniejszej ludności.            Po odjeździe załadowanych wozów, pod eskortą plutonu, jak opowiadano później, to  zgromadzona  ludność, rzuciła  się przemocą do  wagonu i  rabowała żywność jak kto mógł – silniejsi  zabrali niemal  wszystko, słabym i biedniejszym nie  zostało nic. Milicja w tym  wypadku była bezsilna, prawdopodobnie i  sami obłowili się poważnie.             Taki był epilog napadu szwoleżerów na  transport Czerwonogwardzistów na  stacji Budsław. Był on wielką sensacją i  rozgłosem. Po powrocie ze stacji Budsław z  jeńcami, bronią i  cukrem do  wsi P…….. rotmistrz Skrzynecki złożył  nam gratulacje za udany atak na pociąg i jego wyśmienity rezultat. Jeńców, rano wysłano pod konwojem do  Wilna, gdzie ponoć ich część ochotniczo wstąpiła do Wojska Polskiego i byli świetnymi bitnymi żołnierzami.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Działania oraganizacyjne,polityczne i wywiadowcze.

niedziela, 24 czerwca 2007 16:37

Po przybyciu z  Wilna, następnego  dnia, po odbytej rozmowie  z rotmistrzem Skrzyneckim, w ubraniu cywilnym, wozem udałem  się po za linie frontu, do Budsławia, gdzie zamierzałem ustalić  stałą swoją siedzibę działalności, bowiem Budsław, leżący przy  stacji kolejowej, był ośrodkiem dogodnym w przemieszczaniu  się koleją między Połockiem a Mołodecznem. Do Budsławia, krążąc różnymi drogami leśnymi, poprzez były front niemiecko-rosyjski z lat wojny 1915 – 1918, przybyłem szczęśliwie w nocy. Wielka była radość w  domu z  mego przybycia, dzieciaki okropnie cieszyły się. W domu  wszyscy byli zdrowi, mieszkali w  spokoju. Nikt mnie tu nie  szukał i o mnie w Budsławiu nie  pytano. Przebywałem w domu kilka  dni,  bawiąc się z  dzieciakami. Po czym udałem  się do Rakowszczyzny, gdzie po odbytym zebraniu, wszystkich mieszkańców, po moim przemówieniu i odbytej  dyskusji, uchwalono i podpisano – Rezolucję do Rządu Polskiego z prośbą o przyłączenie ziem kresowo – wschodnich  do Polski. Rezolucję podpisali, także i w dninastępne mieszkańcy folwarków i wsi sąsiednich jak: Zołotuchy, Werembi, Borkowszczyzna, Hryniewiczyzna. Do zebrania tych podpisów pomógł mi brat cioteczny  z Rakowszczyzny – Nikodem Markiewicz, który powrócił do  domu z Piotrogrodu w  randze porucznika armii carskie. Z Rakowszczyzny,  udałem  się  w dalszą podróż do  wynoszenia Uchwał w  gminie parafianowskiej. Mieszkańcy Polacy i Białorusini, chętnie powzięli te Uchwały i podpisali. Uchwał  takich wyniesiono pięć.Z gminy parafianowskiej, udałem się do gminy budsławskiej w okolice, gdzie  zamieszkiwali Polacy w  folwarkach i   zaściankach jak: Lewinerka, Zajelnicki, Zosino itd. Uchwały wszędzie powzięto i podpisano. Po czym udałem  się do gminy (nieczytelne). Do miasteczka Kościanowice, tam zatrzymałem się u państwa Horodniczych, gdzie znalazłem dobrego swego przyjaciela z Milicji Jana Horodniczego. Przyjęto mnie bardzo tam bardzo uprzejmie i  chętnie,  a nawet  z  zapałem przystąpili do pomocy w mojej  akcji. Wówczas w gminie   R……… powzięto 7 Uchwał. Następnie udaliśmy  się do miasteczka powiatowego Wilejka, gdzie zatrzymaliśmy  się u  właścicielki apteki.W Wilejce dokonaliśmy kilka większych zebrań Polaków na których wyniesiono Uchwały. Po powrocie do państwa Horodniczych w Kościeniszczach, uzgodniłem z kolega Józefem Horodniczym, że on będzie nadal wynosił Uchwały na terenie powiatu Wilejskiego, a takowe dostarczy mnie lub osobiście kpt. Kowalskiemu w I –szej Dywizji Legionów w  Wilnie, gdyż on często przedzierał  się przez front do Wilna i z powrotem. W tej akcji pan Horodniczy  wywiązywał  się znakomicie, gdyż Uchwał dostarczył sporo. Po powrocie  do Budsławia, zmuszony byłem zająć  się jakąś  czynnością, dla odwrócenia uwagi miejscowych  władz bolszewickich. Przeto, zająłem kawał  gruntu w  majątku pana Oskierki i posadziłem kartofle oraz posiałem owies dla koni jako  paszę.Dla zebrania wiadomości o  dyslokacji wojsk Czerwonogwardzistów udałem  się pociągiem przez stację Parafianów do  stacji Królewszczyzna, gdzie zatrzymałem  się u  stryjenki Marii Rożnowskiej, która tam miała domek  z placem i która mieszkała z sierotą siostrzeńcem Jankiem, po zmarłej  swojej siostrze i  jej  mężem Kowszykiem. Janek był moim stryjecznym bratem, miał 15 lat i był bardzo rozwiniętym chłopakiem, uczył  się bardzo dobrze. Kiedy dowiedział  się o mojej czynności z wielką ochotą zaproponował swoją pomoc w mojej akcji.Stacja Królewszczyzna, była stacją z której pociągi przejeżdżały trasę Mołodeczno – Połock oraz do Wilna przez Głębokie, Postawy, Łyntupy i Nową-Wilejkę. W miesiącu  czerwcu 1919 roku kolej  z Mołodeczna do Połocka znajdowała się w  rekach bolszewickich. Kolej z Królewszczyzny  do Wilna, znajdowała  się tylko do  stacji Postawy, dalszy odcinek tej kolei, zajmowało Wojsko Polskie. Po obydwu tych odcinkach kolei, wojska  bolszewickie były dosyłane na  odcinki  zajmowanego frontu. Muszę nadmienić, że bolszewicy zajmowali tylko większe miasta i miasteczka, ponadto główniejsze komunikacyjne trakty i gościńce wiodące na   zachód. Oddziały ich były nieliczne i na tych odcinkach  drogowych wynosiły one od 20 do 50 żolnierzy. Większe natomiast oddziały jako rezerwowe znajdowały  się w  Połocku, Mołodecznie i Głębokim.Oddziały rezerwowe, również nie były liczne, co prawda liczebnością były zwane pułkami, batalionami,  ale  skład tych jednostek był niepełny. Bolszewicy na  froncie polskim w tym  czasie, nie mogli  zgrupować  większych  sił, bowiem byli   zajęci w walkach z białymi generałami. Więc gdyby Wojsko Polskie rozpoczęło ofensywę, to z łatwością zajmowałoby tereny kresowe -  wschodnie.W Głębokim mieszkał mój  stryj Jerzy Rożnowski. Miał on dom przy  stacji kolejowej. W domu tym był nieduży hotel,  w którym przeważnie mieszkali dowódcy  wojsk bolszewickich. Ułatwiało to mnie osiągnięcie informacji o ruchach wojsk bolszewickich na odcinku Królewszczyzna  -  Postawy.Brat Janek Kowszyk w Królewszczyźnie podjął się zbierać ścisłe  dane o ilości   wojska bolszewickiego przejeżdżającego w  Kierunku Mołodeczna i Postaw, które dostarczał mnie osobiście w Budsławiu lub podczas mego pobytu w  Królewszczyźnie. Wywiązywał  się on z tych czynności  wyśmienicie.Pod koniec czerwca udałem  się  do Wilna celem  złożenia wyniesionych Uchwał oraz informacji o  dyslokacji  wojsk bolszewickich.Po złożeniu w Dowództwie Dywizji wyniesionych Uchwał i informacji o Czerwonogwardzistach zaproponowałem Dowództwu Dywizji,  aby zajęli wieś P…….leżącą od stacji Budsław o 12 wiorst – bym ja  miał  łatwiejszą komunikację w  kontaktowani  się ze  Szwadronem. Generał Śmigły – Rydz, po  skontaktowani się telefonicznym z Dowódcą  Armii generałem Szeptyckim  -  wydał  rozkaz rotmistrzowi Skrzyneckiemu do  zajęcia  wsi P……… Przy tym  zakomunikował mnie, że wkrótce ma  nastąpić ofensywa na  całym froncie wschodnim.     Dla uśpienia władz bolszewickich z  mojej  działalności, na terenach poruszania  się, postanowiłem prowadzić okrężną drobną  sprzedaż różnych towarów. W tym celu zakupiłem:  farby  do farbowania odzieży, guziki, nici  do  szycia itp.Po powrocie z  Wilna  do Budsławia część towaru przekazałem żonie, do  sprzedaży w  domu na miejscu. Należy nadmienić, że wówczas  farby chętnie kupowały kobiety do farbowania wełny i różnych tkanin. Ja swoją część  sprzedawałem hurtem  sklepom, jeżdżąc po terenie. Uprawiając tą  sprzedaż oraz ziemniaki i paszę dla koni -  maskowałem  swoją działalność.            Dla łatwiejszego poruszania się kupiłem drugiego konia z którym  wozem udałem się w  stronę Połocka, jadąc obok kolei żelaznej. Na  stacji Królewszczyzna zauważyłem większy ruch Czerwonogwardzistów, przeto poleciłem bratu Jankowi obserwować  w jakim kierunku Czerwonogwardziści odjadą – sam  zaś pojechałem  do Hołubicz,  do  szwagra Bujnickiego. Po wyjeźdźcie ze  stacji Królewszczyzna, nie  dojeżdżając do  wsi Iwanichnej,  spotkałem oddział Czerwonogwardzistów w licznie  do 200 osób. We  wsi Iwanowszczyźnie, także poważna ilość Czerwonogwardzistów szykowała  się do  wymarszu. We  wsi się zatrzymałem, by  dowiedzieć się dokąd Czerwonogwardziści mają się udać. Z rozmowy Czerwonogwardzistów dowiedziałem się, że mają udać  się do Królewszczyzny, a stamtąd na  front.Zrezygnowałem jechać  do Hołubisz i postanowiłem wrócić do Królewszczyzny dla  zebrania wiadomości w jakim kierunku Czerwonogwardziści jadą  na front, czy w  stronę Mołodeczna czy Postaw ?            W Królewszczyźnie już brat Janek dowiedział  się, że bolszewicy mają przenosić większe siły wojska  do Mołodeczna. Uradziłem  z bratem, że on transporty odchodzące ze  stacji w kierunku do Mołodeczna oznaczał będzie brzóskami pierwszy  wagon transportu. Czynność tą robił z  zamiarem życzliwości i uprzejmości życząc powodzenia na froncie w  bojach  z białymi Polakami.            Ja  zaś niezwłocznie udałem  się do  wsi P……., by poinformować Szwadron o  ruchach Czerwonogwardzistów. Po przybyciu  do  wsi P…… i złożeniu meldunku o ruchach bolszewików rotmistrz Skrzynecki niezwłocznie polecił złożyć meldunek Dowódcy I -  szej Dywizji Legionów w  Wilnie.            Projekt mój uczynienia  zasadzki, przed  stacją Budsław i napadu na transport jadący   wojskiem  bolszewickim, przyjął przychylnie do  zrealizowania. Do tego  celu   wyznaczył dwa plutony szwoleżerów,  zaopatrzonych   dynamit  do  wysadzenia torów  kolejowych.                                                                                                   


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Wyniki rajdu na wschód Szwadronu Szwoleżerów I Dywizji Legionów.

sobota, 23 czerwca 2007 21:15

Ja rodzinę w Dokszycach odwiedziłem w nocy. Zrobiłem im ogromną radość. W Dokszycach byli: mamusia, siostra Elżbieta, brat Stanisław,  siostry z mężami Jadwiga z Kazimierzem Zawadzkim i Janka z mężem Bujko, którzy przybyli z Petersburga do Dokszyc, dla łatwiejszego odżywiania, bo w Petersburgu panował głód. Wszyscy cieszyli się, że ja  szczęśliwie uratowałem się od wyroku śmierci w  Newlu i że jestem w  Wojsku Polskim.W Dokszycach było bardzo  dużo osób  chętnych wstąpić  do  Wojska Polskiego jako ochotnicy, lecz  z braku koni nie mogli być przyjęci.Po zlikwidowaniu władzy bolszewickiej w Dokszycach,  a raczej ona  sama się zlikwidowała, Szwadron wyjechał w kierunku Dołhinowa, w guberni wileńskiej, z  wyjątkiem jednego plutonu, który udał się do Kobylnika w miejscu postoju Szwadronu, przez Parafinowo stację kolejową i  Wołkowysk. Pluton ten w  Parafianowie zabrał do niewoli zaskoczonych tam 20 Czerwonogwardzistów. Szwadron przybył do Dołhinowa i był tam entuzjastycznie witany przez ludność polska i białoruską – Żydzi zaś  zachowywali  się biernie. W Dołhinowie, schwytano 5  członków bolszewickiego Komitetu, którzy zostali sądem polowym rozstrzelani  za  dokonanie mordów na ludności polskiej.W Dołhinowie już ludność wiedziała, że Szwadron przejeżdżał przez Wardominie i Okołowo i był  witany przez ludność  spontanicznie. Powitanie  Szwadronu  w Dołhionowie było także radosne. Na zapowiedziany wiec przed kościołem zebrało  się  do 800 osób. Na zebraniu tym, wygłosiłem przemówienie nawołujące ludność do  wyniesienia Uchwały i jej podpisanie do Rządu w Warszawie, z prośbą o zajęcie i  włączenie do Polskiego Państwa – wschodnich ziem kresowych. Uchwałę tą wyniesiono entuzjastycznie i ją podpisano.W czasie pobytu w  Dołhinowie do  Szwadronu zaciągnęło  się 18 ochotników z własnymi końmi, przeważnie z polskich folwarków i wsi. Z Dołhinowa Szwadron udał się do Kobylnika na miejsce postoju, przejeżdżając przez Kościniewice i Krzywicze.Na  stacji kolejowej Krzywicze wzięto  do niewoli 35 Czerwonogwardzistów, którzy zostali nieoczekiwanie zaskoczeni przez Szwadron. Przejeżdżając przez linię frontu, utrzymywaną przez Czerwonogwardzistów we wsi Pażyce o 30 km. od Kobylnika Szwadron także zabrał do niewoli 23 Czerwonogwardzistów.Przybyły Szwadron w Kobylniku przywitany  został z  wielkim  entuzjazmem przez ludność i  szwoleżerów pozostających w  Kobylniku.Rezultat rajdu Szwadronu szwoleżerów był nadzwyczajnie  dobry. W czasie rajdu  wstąpiło do Szwadronu  z końmi 122 ochotników. Do niewoli zabrano 68 Czerwonogwardzistów, których odesłano do Wilna. Wniesiono 3 Uchwały przez ludność do  Rządu Polskiego z prośbą o zajęcie jak najprędzej ziem wschodnich.Następnego dnia po przybyciu Szwadronu do Kobylnika, dowódca  Szwadronu rotmistrz Skrzynecki telefonicznie złożył meldunek gen.Rydzowi – Śmigłemu D-cy I - szej Dywizji Legionów  w  Wilnie o powrocie Szwadronu z  rajdu. W wyniku tego raportu rotmistrz Skrzynecki i ja zostaliśmy  zaproszeni przez gen. Rydza Śmigłego o przybycie do Wilna celem osobistego złożenia  wyczepującego raportu z rajdu.Po przybyciu autem do Wilna zostaliśmy niezwłocznie przyjęci przez Dowódcę I –szej Dywizji Legionów gen. Rydza – Śmigłego, który serdecznie nam dziękował, po wysłuchaniu szczegółowego raportu. Uchwały do Rządu Polskiego o przyspieszenie zajęcia i  włączenia ziem kresowych i  wschodnich  do Polski, polecił niezwłocznie przesłać do gen. Szeptyckiego Dowódcy Armii z wyczerpującym opisem wyniku rajdu.Po wysłuchaniu nas gen. Rydz – Śmigły, a szczególnie na moją prośbę  wyrażenia zgody,  zgodnie  z Uchwałami o rozpoczęciu ofensywy Dywizji na tereny odbytego rajdu, celem zajęcia tych terenów – generał odpowiedział, że nadal na   całym froncie bolszewickim ofensywy Wojsk Polskich są  wstrzymane na  skutek protestu Antany w Paryżu. Jak ta przerwa będzie długo trwać, nie można powiedzieć. Natomiast uważa on, że moja akcja na terenach nie zajętych, przyniesie dodatnie rezultaty i przyspieszy ofensywy. Po odbyciu konferencji przeze mnie z Dowódcą Oddziału Informacyjno – Politycznego Dywizji kapitanem Kowalskim , wyjechaliśmy z powrotem do Kobylnika, gdzie ku  wielkiemu  naszemu zdziwieniu i radości zastaliśmy przybyłych 12 ochotników konnych  do Szwadronu z Dołhinowa i jego okolic. Następnego  dnia ochotnicy także przybywali pojedynczo lub po  dwie, trzy osoby. Niektórzy byli ranni przez Czerwonogwardzistów, podczas przedzierania  się przez front.Po przybyciu z  Wilna, następnego  dnia, po odbytej rozmowie  z rotmistrzem Skrzyneckim, w ubraniu cywilnym, wozem udałem  się po za linie frontu, do Budsławia, gdzie zamierzałem ustalić  stałą swoją siedzibę, w  swojej  działalności, bowiem Budsław, leżący przy  stacji kolejowej, był ośrodkiem dogodnym w przemieszczaniu  się koleją między Połockiem a Mołodecznem.                     


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Uchwały o przyłączenie Ziemi Kresowej do Polski.

piątek, 22 czerwca 2007 23:11

 

 

 

                                                                     Kajetan Rożnowski

Przemówienie swoje wygłosiłem prosto i wzniośle – poruszając przy tym okres  ciężkiej stupięćdziesięcioletniej niewoli naszego Narodu. Mówiłem o walkach powstańczych - o  zsyłkach Syberyjskich – o  odradzającym  się Wojsku Polskim pod  dowództwem Naczelnika Józefa Piłsudskiego, o trudnościach stwarzanych Państwu naszemu do zajęcia naszych wschodnich prastarych  ziem przez Antantę w  Paryżu. Mówiłem, że zachodz konieczności wyniesienia Uchwały przez nas tu  zgromadzonych, proszącą Rząd Polski i Antantę by przywrócić  ziemi naszej granice państwa Polskiego.Uchwałę tę jednogłośnie uchwalono i podpisano przez zgromadzonych w ilości do 820 osób. Po czym  zaapelowałem do zgromadzonej młodzieży o wstąpienie do Wojska Polskiego ochotniczo z końmi oraz o sprzedanie koni Szwadronowi, jakością lepszą, nadające  się  do jazdy konnej.Na ten apel, niezwłocznie  zapisało  się młodzieży w  szeregi szwolerzerów do 45 osób, którzy następnego dnia przybyli już konno do Szwadronu. Koni doprowadzono  do  sprzedania 18,  z czego  zakupiono 11 sztuk, reszta koni nie nadawała  się do jazy konnej.Rotmistrz Skrzynecki pod  wieczór udzielił zezwolenia oficerom i podoficerom udać się do pobliskich folwarków, zaścianków oraz wsi – dokąd byli zaproszeni przez tamtejszych mieszkańców.Wszędzie zaproszonych goszczono radośnie, a tym bardziej gdzie była młodzież. Tańczono do połowy nocy. Oficerowie i podoficerowie powracali z Okołowa w większej ilości, bo rodzice niektórych zezwolili  swoim  synom do  wstąpienia do  wojska na ochotnika z  własnym koniem.Następnego  dnia tj w poniedziałek, rano po modlitwie porannej, Szwadron  z Okołowa wyruszył  kierunku Riemianowców. Pomimo pory rannej – na pożegnanie Szwadronu,  zgromadziło się do kilkuset osób. Kiedy Szwadron szybko  wyruszył -  zgromadzeni  entuzjastycznie go żegnali  wznosząc okrzyki: „Niech żyje Wojsko Polskie, niech żyje Polska” itp. Okrzykom  towarzyszyły płacz i żal, że  rozstają  się z  Wojskiem Polskim.Po  drodze Szwadron wszędzie był  witany spontanicznie,  chłopcy biegli  za Szwadronem po kilka kilometrów, nie chcąc się rozstać  z  nim. Do Remianowców przybyliśmy pod  wieczór. Witano nas radośnie i entuzjastycznie – podczas modlitwy  wieczornej, ludność z radości płakała, przeważnie kobiety. W Remianowcach kościół był nieczynny – zamknięto  go po  powstaniu w roku 1863. Rotmistrza z oficerami zaproszono do państwa Dłużnowskich w  folwarku Nowosiółki. Plutony rozmieściły  się jak w Remianowcach, tak i  w majątku Dermontów. Należy  nadmienić, że zaprowiantowanie Szwadronu było tylko w suche biszkopty i konserwy w puszkach, owsa dla koni było kilka kilogramów. Zaprowiantowanie to,  wystarczyłoby na kilka posiłków, gdyby ludność nie gościła i nie karmiła bezpłatnie szwoleżerów i koni. Na rozkaz rotmistrza Skrzyneckiego, usiłowano płacić za produkty i owies – lecz ludność nigdy tej zapłaty nie przyjęła.Następnego  dnia w  Remianowcach,  został   zwołany  wiec mieszkańców  i okolicznych osiedli na który radośnie przybyli, tym bardziej by oglądać Wojsko Polskie.Przemówienie do zgromadzonych wygłosiłem, nawołując do wyniesienia Uchwały – o przyłączenie Ziemi Kresowej do Polski. Uchwałę tą wyniesiono  entuzjastycznie i podpisano przez paręset osób. Ochotników  do Szwadronu, zgłosiło się 29 osób, którzy pod  wieczór przybyli  z końmi. Z Remianowców Szwadron udał  się  do miasteczka Dokszyce guberni mińskiej. Dokszyce były zamieszkałe przez ludność  Polską, Białoruską i Żydowską.Powitanie Szwadronu, który przybył nieoczekiwanie nie było liczne. Jednak kiedy wieczorem w szyku, na placu przed kościołem odmawiano modlitwę   wieczorną, kiedy po modlitwie na  spocznij szwoleżerowie zaczęli śpiewać piosenki legionowe, ludność Polska i Białoruska  zbiegła  się przed kościół i zaczęła wiwatować z  radości na cześć przybyłych szwoleżerów. Ksiądz proboszcz miejscowego kościoła Cybulski zaprosił do siebie na herbatę rotmistrza Skrzyneckiego, pozostałych rozchwytali inni obywatele. Plutony rozmieściły się swobodnie  u Polaków i Białorusinów. Przybycie Wojska Polskiego do Dokszyc,  wywołało ogromną radość wśród ludności polskiej,  a także białoruskiej. Natomiast ludność żydowska, okazała  się bierna, a  raczej  niezadowolona, szczególnie młodzież. W Dokszycach był Komitet Miejscowej Władzy Bolszewickiej,  składał się on przeważnie z młodych Żydków – którzy uważali  się za komunistów. Członkowie tego Komitetu, niezwłocznie po przybyciu Szwoleżerów pochowali  się, jak również milicjanci Żydowscy.               


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Spontaniczne i radosne powitanie Wojska Polskiego przez miejscową ludność.

czwartek, 21 czerwca 2007 22:26

Z Wandomicz Szwadron wyruszył w kierunku Okołowa. W marszu konie parskały,szwoleżerowie śpiewali piosenki legionowe. Za szwadronem szli i biegli chłopcy kilka kilometrów, nie chcąc odrywać  się od szwoleżerów,   wznosząc okrzyki i machając rękoma na pożegnanie swoim kolegom, którzy wstąpili  do  Szwadronu i już jechali jako szwoleżerowie. Takie radosne było spotkanie Wojska Polskiego w  Wandomiczach i jego pożegnanie. W  dalszym marszu szwoleżerów przez wsie i osiedla ludność gromadziła  się i serdecznie ich witała. Do Okołowa Szwadron przybył w południe. Na placu przed kościołem Szwadron w szyku zatrzymał się. Kiedy dano znać księdzu proboszczowi o przybyciu Wojska Polskiego – przybył zadyszany i powitał rotmistrza Skrzyneckiego z oficerami. Kiedy zobaczył mnie i Leonarda Łohutkę podszedł do nas i  z uśmiechem począł wypytywać, jak to  stać się mogło, że my jesteśmy   w Wojsku Polskim, kiedy  jeszcze on nas nie tak dawno widział w kościele na nabożeństwach jako  cywili. Zapodaliśmy mu w  krótkich  słowach przebieg naszego wstąpienia w szeregi szwoleżerów oraz innych kolegów z Oddziału Zielonych. Cały szwadron rozlokował  się na miejscu w Okołowie. Ks. Proboszcz zaprosił  do siebie na plebanię rotmistrza Skrzyneckiego z  oficerami. My zaś wszyscy ochotnicy z  Zielonego Oddziału, otrzymaliśmy urlop  do następnego  dnia, do  godziny 9 tej rano, by odwiedzić rodziców i krewnych. Ja zaś państwa Łohutków z  Leonardem w Debinie.W Dębinie u państwa Łohutków była nieopisana radość z  nieoczekiwanego naszego tak prędkiego przybycia w mundurach szwoleżerów Wojska Polskiego. Asystowano nam jak jakimś świętościom. Rozesłano do najbliższych szwagrów z prośbą o przybycie na wieczór, by nas przedstawić i pochwalić się, że ich brat Leonard jest już  żołnierzem Wojska Polskiego, co uważali  dla  swojej rodziny  za wielki zaszczyt. Przybyli sąsiedzi do państwa Łohutków już niektórzy wiedzieli o przybyciu do Okołowa Wojska Polskiego, opowiadając o tym, że wielka radość   wszędzie powstała z przybycia tego wojska i że jutro to jest  w niedzielę wszyscy mieszkańcy starzy i mali udadzą się  do Okołowa, oglądać Wojsko Polskie.Państwo Łohutkowie, nas łącznie z przybyłymi gośćmi serdecznie  gościli przez cały wieczór, po czym ułożono  do  snu, z tym, że następnego dnia, jak najszybciej  wstać i po śniadaniu udać  się  do Okołowa.Kiedy przybyliśmy do Okołowa – to już Szwadron w  szyku frontowym stał przed kościołem i odprawiał modlitwę poranną, kończąc pieśnią „ Kiedy ranne  wstają zorze” – Ludność już była do kilkuset osób otaczających Szwadron. Ludność ta z  radości śmiała się i płakała, szczególnie   z pobożności Wojska Polskiego.Wśród  tej ludności, dały  się  słyszeć  głosy:” Patrzcie kochani jak to jest  - bolszewicy głoszą bezbożność – twierdząc, że Boga nie ma – a tu Wojsko Polskie, modli  się i  chwali Boga, żyć nie umierać nam tylko pod ochroną Wojska Polskiego”.Udałem  się niezwłocznie na plebanię, by omówić z  rotmistrzem Skrzyneckim przebieg mojej czynności, jaką mam wykonać tego dnia pobytu w Okołowie. Zaproponowałem mu, że po nabożeństwie, przed kościołem wygłoszę przemówienie do ludności – nawołując takową do podjęcia i podpisania Uchwały do Rządu Polskiego, prosząc o zajęcie tych terenów przez Wojsko Polskie i włączenie  w granice Państwa Polskiego. Propozycję tą nie tylko rotmistrz poparł, ale i ks. proboszcz i  wszyscy oficerowie. Ks. proboszcz  ręczył mi, że on w swoim przemówieniu zapowie po kazaniu z ambony, prosząc parafian by jak najliczniej na to przemówienie przyszli. Ponadto omówiono z rotmistrzem Skrzyneckim, że ogłoszę akces do młodzieży o  zaciągu ochotniczym do Szwadronu i o tym, że Szwadron zakupi dobre konie do jazdy konnej. Po czym ks. Proboszcz uzgodnił  z rotmistrzem Skrzyneckim o przebiegu wzięcia udziału szwoleżerów w nabożeństwie -  według ustalonego ceremoniału. Do kościoła   weszła opóźniona część szwoleżerów – reszta w  szyku frontowym pozostała przed kościołem.Szwoleżerowie, jak  w kościele, tak i na  zewnątrz oddali  salut bronią białą – szablami oraz  wystrzałami karabinowymi podczas: Ewangelii, Podniesienia i Błogosławieństwa. Ceremoniał ten  wywołał wśród modlącej  się ludności zachwyt i podniosłość nabożeństwa. Ludność zwartą masą stanęła  przed kościołem, by  wysłuchać mego przemówienia.             


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Moje nowe zadania i rajd szwadronu Szwoleżerów na wschód.

wtorek, 19 czerwca 2007 23:21

Głoszony ustrój bolszewicko – komunistyczny, często odpowiadał  szerokim  rzeszom narodu polskiego – lecz sposób wdrażania go w czyn, przy pomocy mordów i grabieży mienia, nie tylko nie odpowiadał lecz był  znienawidzonym i ohydnym.Wymordowanie przez Czerezwyczajkę bolszewicką na terenie Rosji, tylu Polaków, patriotów Polski, tylko za to, że dążyli do powrotu, do powstającej Ojczyzny – oraz  rozbijanie Oddziałów   wojskowych polskich jak  - Korpusu Syberyjskiego, - Oddziałów Murmańskich, - Dywizji Żeligowskiego i innych -   wywołało w narodzie polskim ogromne oburzenie i niechęć  do bolszewików, którzy usiłowali  w narodzie polskim, zatrzebic dzieje bolszewicko – komunistyczne i na tych ideach tworzyć  państwo polskie. Idee te zaszczepione przy pomocy mordów, przemocy nie odpowiadały narodowi polskiemu. Naród  Polski, dążył do ustroju demokratycznego, opartego na Konstytucji i Sejmie, obieranego w  Wolnych Wyborach przez cały naród polski.Wyżej opisane  dzieje, czasu przegranego w  latach 1918 – 1919 przez naród polski, a także przeze mnie osobiście - pojmano mnie przemocą -  skazano na śmierć, tylko dlatego, że byłem polakiem i organizowałem Samoobronę Wileńską.Przeto całego narodu polskiego było  obowiązkiem prowadzenie walki z  bolszewizmem w obronie powstającej Ojczyzny.Na powyższym rozumowaniu postanowiłem nadal brać czynny udział z   armią polską w  walkach z bolszewikami, tak długo, jak zajdzie tego potrzeba. Z tą myślą zgłosiłem  się do  Szefa Oddziału Polityczno – Informacyjnego             I –szej Dywizji Legionów kapitana Kowalskiego  do jego  dyspozycji. Po dłuższych i wyczerpujących naradach ustalony został teren mojej  działalności. Odcinek kolejowy Mołodeczno z przyległymi terenami do tejże kolei. Szczególnie tereny (nieczytelne) guberni witebskiej, które to tereny są mi  dobrze znane. Wyposażono mnie w potrzebne  dokumenty, podpisane przez generała  Rydza – Śmigłego, jako Dowódcy Dywizji oraz  w środki finansowe dla   zakupu konia i  wozu  w  celu poruszania się, dla potrzeb mojej  działalności.Działalność moja polegała na urabianiu nastroju wśród ludności o przyłączenie tych terenów do Polski, ponadto o  wnoszenie  uchwał, podpisanych z prośbą  do Rządu Polski o przyspieszenie zajęcia tych terenów przez wojsko polskie. Ponadto  współdziałanie z oddziałami wojska polskiego w  akcjach bojowych w marszu na tereny  wschodnie.Działalność powyższa była poważna i ryzykowna, jednak   zgodziłem  się ją pełnić, by mścic  się za  skazanie  mnie na śmierć w  Newlu oraz być pożytecznym jako  żołnierz polski.  Po zakupieniu konia  z wozem  wyjechałem z  Wilna przez Michalinki  do Kobylnic -  gdzie miałem zameldować się u Dowódcy Szwadronu rotmistrza Skrzyneckiego. Powitanie  nasze było dość radosne i uprzejme. Rotmistrz Skrzynecki od razu mi zakomunikował, że otrzymał zezwolenie na  dokonanie przygotowanego rajdu Szwadronu na  tereny  wyżej omawiane i że  czekał mego przyjazdu.Następnego  dnia, został  wydany poufny rozkaz szwadronowi być  gotowym  do  wymarszu. Ja otrzymałem umundurowanie siodło i inne niezbędne przedmioty, do jazdy konnej. Przed  wymarszem szwadronu, kilka  dni odbywały  się przejażdżki  i  ćwiczenia szkoleniowe  w jeźdźcie konnej i rąbanie  szablą. W tych ćwiczeniach także brałem udział. Wszyscy moi koledzy z byłego Oddziału Zielonych, łącznie ze  szwagrem Wilhelmem Miesojedem – wyglądali  dziarsko i ochoczo. Wszyscy oni poczynili dobre postępy, szczególnie w jeździe konnej i rąbaniu szablą. Dowódcy poszczególnych plutonów, byli  z nich  zadowoleni, łącznie z Dowódcą  Szwadronu.Dnia 15 maja 1919 roku w nocy, szwadron w szyku bojowym pod  dowództwem rotmistrza Skrzyneckiego opuścił Kobylnice, udając   się  w  kierunku   wschodnim.Kierunek  marszu wieczorami był tylko dla mnie  znany i oficerom. Miasteczka  Miedziew oraz Budsław ominęliśmy drogami bocznymi,  szczególnie lasami. O świcie  dotarliśmy  do guberni mińskiej, do  miejscowości Wandomicze. Po drodze żadnych oddziałów bolszewickich nie  spotkaliśmy. W  Wandomiczach zatrzymał  się Sztab szwadronu z plutonem Szwoleżerów – inne plutony, zatrzymały  się  w pobliskich folwarkach i  wioskach.Nieoczekiwane przybycie Wojska Polskiego, jakby z nieba spadłego-  wywołało wśród  mieszkańców nieopisane  zdumienie, szał radości do nieopisanych granic. Radość ta była nie tylko wśród  ludności polskiej, lecz  także  wśród ludności prawosławnej, białorusinów, którzy to również byli nieprzychylni do reżymu bolszewickiego. W południe tego  dnia  setki osób przybyło z  innych oddalonych osiedli oglądać   Wojsko Polskie, podziwiać  i  cieszyć  się z  niego.Kiedy podano  do  wiadomości, że młodzi  chłopcy od lat 20 mogą  zaciągnąć   się jako ochotnicy do  Szwadronu  z  własnymi końmi to pod  wieczór już było takich ochotników do 30 osób, niektórzy  z  siodłami inni na oklep. Wygląd  niektórych koni nie był  dobry, lecz rotmistrz Skrzynecki powiedział iż darowanemu koniowi w zęby  się nie patrzy. Był bardzo   zadowolony  z początków tego  zaciągu.Kiedy  wieczorem, na modlitwie żołnierze w  szeregu stojąc, po odmówieniu pacierza, poczęli śpiewać „Dzień  się kończy”-  zebrani mieszkańcy, jak kobiety tak i mężczyźni, poczęli płakać ze  wzruszenia – radości i pobożności Szwoleżerów.Mieszkańcy  zapraszali do  siebie oficerów jak i  Szwoleżerów, częstując czym tylko mogli. Młodzież, zorganizowała w lokalu  szkolnym zabawę  taneczną. Na  zabawę przybyło dużo ładnych panien, szlachcianek i włościanek okolicznych. Chłopcy młodzi, by nie utrudniać  Szwoleżerom w  zabawie, do lokalu tanecznego nie   wchodzili. Rotmistrz Skrzynecki z oficerami także przybyli na zabawę, na której tańczyli również ze  Szwoleżerami i żartując  z  dziewczętami. Zabawa trwała  do późnej nocy.Następnego  dnia  w godzinach rannych, po modlitwie i po śniadaniu plutony przybyły  z innych osiedli i  szykowały  się  do  wymarszu. Ludność   zgromadziła  się  do kilku  setek na pożegnanie wojska, prosząc  rotmistrza i oficerów, by jak najprędzej przybyli na  stałe do naszego kraju. Ochotników  rozmieszczono proporcjonalnie po plutonach, byli oni bardzo radzi ,że    w  Wojsku Polskim. Rodziny ich  przybyły na pożegnanie, nawet niektórych i narzeczone. Po pożegnaniu było niemało płaczu kobiet i radości.                               


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Tydzień w Wilnie.

niedziela, 17 czerwca 2007 23:11

Podczas pobytu tygodniowego w Wilnie, odwiedziłem  swoje  mieszkanie, gdzie   wszystko  było w  porządku, po czym  wszystkich  znajomych. W  Wilnie życie mieszkańców było radosne i wesołe, miasto  miało wygląd odświętny. Na  ulicach ruch był  duży -  sporo  wojska  z różnych  formacji spacerowało z  pannami. Ponadto  całe  oddziały wojska w  szyku zwartym maszerowały ulicami nucąc wesołe  legionowe piosenki. Widok ten i  wesoły nastrój mieszkańców  Wilna wywarł na  mnie  duże i radosne  wrażenie. Cieszyłem  się, że Ojczyzna  nasza po 150 latach niewoli – odzyskała wolność. Że nareszcie nikt nas nie  gnębi, że  możemy mówić    swobodnie  ojczystym językiem. Czytać codzienne polskie, różne wydawnictwa i  wychodzące dzienniki. Mieć różne organizacje i stowarzyszenia jak kulturalno – oświatowe, tak i gospodarczo -  ekonomiczne, które to organizacje  powstały i tak w  dość krótkim czasie odzyskanej wolności. W mieście istniało sporo kantyn,   zorganizowanych przez Koło – Polek i inne towarzystwa. W kantynach tych   wydawano żołnierzom gorąc posiłki i napoje po  cenach minimalnych oraz urządzano  rozrywki kulturalno – oświatowe. Kantyny te  były zawsze przepełnione, najgorzej  wieczorami, gdzie młodzież gromadziła  się na  wspólne rozrywki z  wojskowymi.Ja nawiązałem kontakt z moimi kolegami z byłej Milicji Obywatelskiej,  obecnie będącymi żołnierzami armii polskiej w  różnych formacjach. Z kolegami tymi wesoło pogawędziłem kilka biesiad i od których  dowiedziałem  się o historii zajęcia Wilna przez Wojsko Polskie oraz działalności Samoobrony Wileńskiej. Z opowiadań  wynika, że  było tak: Samoobrona  Wileńska istniała  do Nowego 1919 roku. Działalność Samoobrony, jak  wiadomo polegała  na   zorganizowaniu armii polskiej i obronie Wilna  przed bolszewikami. Szeregi  Samoobrony   wynosiły pod koniec roku 1918 do kilku tysięcy ludzi, zwartych i  wyćwiczonych, wyborowych jednostek. Niemcy nie   zezwalały na taka   działalność i przeto Samoobrona Wileńska nie miała   silnej i  zwartej  działalności. Działalność  jej polegała na czynnościach partyzanckich - na dławieniu powstających bolszewickich organizacji w Wilnie i na terenach Wileńszczyzny. W czasie ostatniego  wycofania  się   wojsk niemieckich w 1919 roku z  Wilna i Wileńszczyzny i kiedy poważne  siły bolszewickiego  wojska zbliżały  się  do Wilna, Oddziały Samoobrony nie  dały  się okrążyć i  w  walce  dziesięciodniowej z bolszewikami,  wycofały  się z  Wilna  do Lendwarowa, skąd  piechotą i pociągiem odjechały  do Białegostoku,  a oddziały kawaleryjskie pod  dowództwem braci Dąbrowskich - pomaszerowały do Wojska Polskiego, walczącego na południowym froncie z bolszewikami. Działalność Samoobrony  przestała istnieć, ja już nie mogłem  skontaktować   się z Dowództwem Samoobrony i  złożyć  raport z   mojej  działalności i pobytu  w niewoli bolszewickiej.W czasie mojego tygodniowego pobytu w Wilnie  nawiązałem kontakt z niektórymi kupcami polakami, którzy pootwierali różnego rodzaju  handel, mnie także  namawiali,  abym ja ponownie uruchomił przedsiębiorstwo papiernicze. Namowom tym nie  dałem  się skusić, bo uważałem, że póki  wojna  z bolszewikami istnieć  będzie, to każdego Polaka zdolnego  do wojska obowiązkiem jest wałczyć o  wolność Ojczyzny.Był to okres historyczny dla narodu polskiego. Po  stu pięćdziesięciu latach niewoli i po tylu  walecznych  powstaniach orężnych nieudanych – nadszedł czas, kiedy  sprawcy rozbioru Polski - Rosja, Niemcy i Austria  przestały istnie jako potęgi. Polska ponownie powstała do samodzielnego niepodzielnego bytu.Patriotyzm narodu polskiego w  tym czasie taki  był  wielki, że nie  sposób  było  myśląc  o ustroju wewnętrznym Polski bolszewicko – komunistycznym. Cały naród skupił  się wokół powstałego Rządu Polski i osoby Naczelnika Państwa Józefa Piłsudskiego do obrony powstającej Ojczyzny przed bolszewikami ciągnącymi od   wschodu na Polskę.             


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Rozmowy z gen. Rydzem - Śmigłym i panem Janem Oskierko.

niedziela, 17 czerwca 2007 11:00

Do Wilna, następnego dnia przybyłem z  Dowódcą Szwadronu rotmistrzem Skrzyneckim - samochodem. Sztab  Dywizji mieścił się  w gmachu na ul. Wielkiej, gdzie za czasów carskich było Okręgowe Dowództwo  Wojskowe. Niezwłocznie nas  zameldowano Zastępcy Dowódcy Dywizji generałowi Edwardowi Rydzowi Śmigłemu, który po kilku minutach nas przyjął. Po wejściu do gabinetu major Skrzynecki zasalutował generałowi i złożył raport służbowy, poczym mnie przedstawił i opowiedział o moim  wyczynie. Generał pogratulował mnie  z  uśmiechem i żartem powiedział iż prawdziwy  z pana jest (nieczytelne). Kiedy dowódca Skrzynecki przedłożył program uczynienia rajdu swego  szwadronu w głąb guberni mińskiej i na  wschód innych w  tereny  wskazane przeze mnie generał po  pewnym milczeniu powiedział, że musi tą  sprawę uzgodnić z  Dowódcą Armii gen. Szeptyckim. Mnie zaś poprosił  bym ja  szczegółowo i  wyczerpująco opowiedział o nastrojach ludności i jednostkach  wojsk bolszewickich kapitanowi Kowalskiemu, jako szefowi Oddziału Polityczno – Informacyjnego przy  Dywizji. Wezwaniem telefonicznym kapitanowi mnie przedstawiono i z którym  ja udałem  się  do jego  gabinetu, gdzie przez  dłuższy czas opowiadałem mu o  swoim przeżyciu i o nastrojach ludności, znajdującej  się po stronie bolszewickiej oraz   rozmieszczeniu wojsk bolszewickich. Według posiadanych przeze mnie wiadomości, zapodałem że wojska bolszewickie skupiają  się przeważnie na stacjach kolejowych kolei wiodącej  z Mołodeczna  do Połocka oraz w pobliskich od kolei położonych miasteczkach i że odziały bolszewickie  są nie duże. Kaptan Kowalski z mego opowiadania poczynił pisemne notatki w brulionie po czym  zaproponował mnie bym ja na razie  wstrzymał się z   wstąpieniem  w  szeregi  szwadronu, lecz  bym udał się z powrotem  w ubraniu  cywilnym,na tereny w których przebywałem, bym tam krzewił ruch polskości, ponadto obserwował  ruchy  wojsk bolszewickich. Powiedziałem, że muszę nad tą sprawą, namyśleć  się i  zastanowić, poczym kapitan Kowalski wydał mi przydział do kasyna oficerskiego na  żywienie się. Miałem każdego  dnia  odwiedzać go do czasu  ustalenia  zezwolenia przez Dowódcę Armii na rajd  szwadronu.Dowódca szwadronu rotmistrz Skrzynecki żegnając  się ze mną, prosił bym miał  z Dowództwem jego  szwadronu, nadal ścisły kontakt, jeżeli w jego szeregi nie  wstąpię – po  czym odjechał  do swego szwadronu.Właściciela  ziemskiego Jana Oskierkę odwiedziłem w  jego domu przy ulicy  Zawalnej. Przyjęto mnie tam z  wielką uprzejmością i gościnnością. Opowiedziałem mu o  wszystkim o  czym gajowy z  „Turka” mnie prosił. Informacje moje bardzo pana Oskierkę zmartwiły, a tym bardziej jego małżonkę, która była obecna przy naszej rozmowie, jednocześnie pan Oskierko wyraził radość, że ja  jestem w kontakcie z  Dowództwem I  - szej Dywizji Legionów, a  tym bardziej ucieszył się kiedy mu powiedziałem o  zamierzonym rajdzie  I -  szego Szwadronu Szwoleżerów na  tereny  zajęteprzez bolszewików. Przy tym pan Oskierko oświadczył, że on ma  stryjecznego brata – adiutantem  generała Szeptyckiego – Dowódcy Armii i że przy jego pomocy, na pewno na rajd generał Szeptycki zezwoli. Przy tym poprosił  mnie, żeby  razem  z  nim udać  się do gen. Rydza Śmigłego, którego on dobrze  zna i on generałowi przedstawi położenie majątków ziemskich po stronie bolszewickiej, które są grabione i niszczone, a jedynym ratunkiem jest zajęcie tych terenów przez  wojsko polskie w  czasie najkrótszym, a także wyzwolenie ludności polskiej spod jarzma  bolszewickiego.Gen.Rydz Śmigły, przyjął nas i przez dłuższy czas słuchał moich informacji o  zniszczeniach dokonywanych przez włościaństwo na  majątkach  ziemskich w guberniach: wołońskiej, mińskiej, witebskiej, które to gubernie  graniczą z  terenami Hołubisz, Dokszyc i Okołowa. Największe nasilenie zniszczeń majątków miało miejsce  w guberniach mińskiej i  witebskiej. Pan Oskierko prosił gen. Rydza- Śmigłego o to by jak najprędzej rozpoczął ofensywę  swojej Dywizji w  kierunku  wschodnim, by tą akcją wyzwolić tereny zajęte przez bolszewików w których to terenach ludność oczekuje  wojska polskiego jak zbawienia. W odpowiedzi generał oświadczył, że jego Dywizja jest gotowa w każdej chwili  do marszu naprzód. Lecz on tego uczynić nie może na skutek protest  Entanty  w Paryżu. Naczelny Wódz wojsk polskich Józef Piłsudski, chwilowo ofensywę  wstrzymał po za linię  rzeki Bug. Natomiast poprze przed generałem zaprojektowany rajd I–szego Szwadronu Szwoleżerów, bowiem taki rajd daje  widoki na zdobycie koni kawaleryjskich. Następnie  zapytał  mnie  czy w myśl propozycji   szefa Wydziału Polityczno – Informacyjnego kapitana Kowalskiego ja zgodziłem się na współpracę, która polegała na kontynuowaniu, na terenach jeszcze zajętych przez bolszewików, jak pod  względem politycznym tak i wojskowym. Pan Oskierko ten projekt też usilnie popierał. Ulegając tym prośbom wyraziłem  zgodę. Jednakże poprosiłem generała Rydza – Śmigłego o zwolnienie mnie na tydzień do  załatwienia  w Wilnie moich  spraw osobistych między innymi   wybranie  dowodu tożsamości. Zwolnienie chętnie  mi udzielono. Po  czym pan Oskierko łącznie  z gen.Śmigłym udali  się wspólnie do Dowództwa Armii generała  Szeptyckiego, dla przedstawienia projektu omawianego rajdu i poczynienia możliwości ofensywy na   wschód.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Rotmistrz Skrzynecki i sprawa Polaków.

sobota, 16 czerwca 2007 23:11

Nie dojeżdżając do Kobylnik o  2 km.  spotkaliśmy patrol ułański, składający  się z 5 ułanów, na  czele z wachmistrzem. Wezwano nas w odległości  od  siebie o jakieś 50 metrów do podniesienia  rąk do góry. Ręce do góry podnieśliśmy,  wówczas ułani podjechali do nas, poczęli  wypytywać kim jesteśmy i dokąd jedziemy? Po danej im odpowiedzi, ręce kazali nam opuścić i  zapytano nas  gdzie  stoją  oddziały wojska bolszewickiego? W odpowiedzi im zapodaliśmy, że według opowiadania ludności,  większe oddziały bolszewickie znajdują  się w  Budsławiu. W Miadzioli  widzieliśmy tylko wartę na ulicy, składającą  się z 2 żołnierzy. Zapytano nas  czy posiadamy broń,  w odpowiedzi każdy z nas wybrał rewolwer z kieszeni i pokazaliśmy  patrolowi ponadto, że w wozi są karabiny zwykłe i karabin maszynowy. Wówczas  wachmistrz jako  dowódca patrolu z  uśmiechem  na  twarzy, oświadczył, że obejmuje nad nami  dowództwo i nas odprowadzi do  dowódcy szwadronu   w Kobylnikach.Po przybyciu  do Kobylnik,  spostrzegliśmy tam  duży  ruch ułanów, ubranych   w piękne mundury z czapkami z amarantowymi obwodami. Przejeżdżając ulicami widzieliśmy  jak ułani czyścili  swoje konie. Konie  były  duże wspaniałe. Cieszyło  to nas ogromnie. Po przybyciu pod  dom w  którym mieściło  się Dowództwo Szwadronu  zatrzymaliśmy  się. Wachmistrz odprawił  swój patrol do koszar, a sam został z  nami. Niebawem nas otoczyli ułani z kilkoma oficerami, wypytującymi nas skąd pochodzimy itp. W tym czasie, nadszedł dowódca  szwadronu rotmistrz Skrzynecki – przed którym ułani  stanęli na  baczność. Do rotmistrza podszedł wachmistrz i  złożył  raport o tym jak nas na  drodze  spotkał jako jadących ochotników by  wstąpić  do  wojska polskiego. A  wobec tego, że my  posiadamy broń palną – przeto nas  eskortował do  dowództwa, do dalszej  dyspozycji. Dowódca,  zbliżył się do nas i począł  z  nami rozmawiać  z  uśmiechem na twarzy. Kiedy mu oświadczyłem, że naszym pragnieniem jest pozostać z jego ułanami łącznie z  końmi własnymi, ogromnie  się ucieszył. Powiedział nam, że nas  przyjmie  z ogromną radością i że nam każe wydać  nowe umundurowanie i konie   zaopatrzyć zwiększonym  wiktem by nabrały  wyglądu godnego ułańskiego. Kiedy  dowiedział się że ja  jestem organizatorem przybyłego oddziału,  wówczas  zaprosił mnie  do kancelarii, gdzie mnie przedstawił  się jako rotmistrz Skrzynecki -  Dowódca 1 -  szego  Szwadronu Pułku Szkoleniowego. Ja mu  podałem  swoje nazwisko i imię. Przedstawił mnie innym oficerom, także   znajdującym się  w kancelarii. Po czym dał  rozkaz,  by natychmiast zainteresowano  się  nami, naszym oddziałem jako gośćmi i nowymi ułanami. Mnie zabrał do kasyna  oficerskiego z kolegami oficerami – gdzie podano  wspaniale  śniadanie, zakrapiane  zastrzykami wspaniałej  wódeczki. Kiedy pod wpływem wódeczki i po spożyciu śniadania obfitego, nabrałem chętki i  zacząłem opowiadać dzieje  swojego przeżycia w  niewoli  w  Newlu i o mojej ucieczce, przed wykonaniem  wyroku śmierci, opowiadanie to wywarło ogromne   wrażenie na  słuchających. Dowódca szwadronu uściskał i ucałował mnie, jako bohatera. Inni oficerowie podchodząc do mnie  to sami  czynili. Ja  z  radości mimo  woli zapłakałem. Powiedziałem, że moja żona i moi synkowie, będą mieć  mnie nadal żywego i będą dumni, że ich ojciec jest żołnierzem Wojska Polskiego. Kiedy  dowiedzieli  się, że jestem żonaty i mam trzech małych  synków – tym bardziej  poczęli mnie ściskać  i podnosić moje wielkie  zasługi  patriotyczne  względem Ojczyzny. Na  życzenie dowódcy i oficerów opowiedziałem jak chowałem  się po ucieczce z więzienia i jak doszło  do  zorganizowania  naszego oddziału jako Zielonego i podjęcia  decyzji przedostania  się  do Wojska Polskiego. Również poinformowałem Dowódcę, że  w gminie okołowskiej  i sąsiednich znajduje  się poważa ilość Oddziałów Zielonych, że wszyscy z tych oddziałów pragną wstąpić  do Wojska Polskiego.Opowiadanie  moje mocno  zainteresowało Dowódcę Szwadronu, przy tym mnie oświadczył, że ofensywa Wojska Polskiego na wschód została  na razie wstrzymana z powodu protestu (nieczytelne) w  Paryżu. Jak  długo potrwa przerwa w ofensywie nie jest  widomym. Wojsko Polskie zostało wstrzymane na linii okopów niemiecko – rosyjskich  z  wojny 1914 – 1918 roku. Podczas obiadu  w kasynie oficerskim w dalszym  ciągu prowadzono  rozmowy o moim wyczynie i nad przebiegiem  działalności Szwadronu  znajdującego  się w Kobylniku. W trakcie  rozmowy padły  wypowiedzi niektórych oficerów  - by  Szwadron uczynił głęboki najazd na terytorium  gminy po  stronie bolszewickiej, gdzie  są Odziały Zielone  by te  Oddziały wcielić  do Szwadronu, a tym bardziej zdobyć  większą ilość koni, tak bardzo potrzebnych. Projekt  ten mnie bardzo podobał  się,  więc wyjawiłem chęć uczestniczenia w tym rajdzie i  służyć przewodnikiem. Dowódca  Szwadronu oznajmił, że chętnie poprowadzi taki rajd o ile  Dowódca Dywizji na to   zezwoli.Wówczas postanowiono na  naradzie oficerów poprosić  Dowódcę  Dywizji o zezwolenie tego rajdu. Celem tego rajdu byłoby przedstawienie dokładnego rozmieszczenia ludności polskiej,  a szczególnie  młodzieży  zamieszkałej po  stronie bolszewickiej, która to ludność  i młodzież  z  utęsknieniem czeka  przyjścia  Wojska Polskiego i  chce należeć  do Polski. Postanowiono, ze Dowódca Szwadronu  ze  mną udadzą  się  do  Dowódcy Dywizji do Wilna, dla uzyskania  zgody na  taki rajd.                     Przybyłych moich kolegów umundurowano i rozdzielono po różnych plutonach, dla łatwiejszego  zharmonizowania wyglądu koni i postawy ułanów. Ja nadal pozostałem  w ubraniu  cywilnym, a to przy Dowódcy 3 Dywizji Legionów, do której Dowódca Szwadronu należał - jako przedstawiciel ludności polskiej, zamieszkałej po stronie bolszewików, aby przedłożyć pragnienie tej ludności należenia  do  Polski, której ta ludność z upragnieniem oczekuje.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Szczęśliwa droga.

sobota, 16 czerwca 2007 0:02

Oddział nasz liczył 18 osób. Konie były  wszystkie nadające się  do kawalerii. Postanowiliśmy jechać tylko nocami, aby uniknąć  spotkania z bolszewikami. W porze  dziennej odpoczywać w lasach, których po  drodze do Wilna było dość dużo. Pożegnanie nasze z  państwem Łohutkami było bardzo  serdeczne. Dziękowałem im za udzielenie mi  schronienia i opiekę  za trzy miesiące pobytu u nich. Wyruszyliśmy  wieczorem  w drogę dnia 12.04.1919 roku. Droga była już  dość ładna, więc rano  wyjechaliśmy. Oddział nasz obrał kierunek miasteczko Budsław, a w lasach za Budsławiem przebyć dzień na odpoczynku. Na przedzie jechała połowa naszego oddziału – po  środku  zaprzęg z wozem z  karabinem  maszynowym - pozostała połowa  oddziału  zamykała tyły. Karabiny i  rewolwery były naładowane do  strzału, tak by mogliśmy bronić się na  wypadek na nas napadu. Nie dojeżdżając  do Budsławia o trzy  wiorsty od  drogi w  lesie znajdowała  się gajówka. Postanowiliśmy  do gajówki zajechać  celem zebrania informacji. Kiedy nieoczekiwanie zajechaliśmy na podwórko gajówki, raptownie światło w oknach  zgasło. Kazałem im  stać i podszedłem do drzwi i zaczęłam pukać. Po pewnym czasie odezwał się  głos  dziecięcy. Poprosiłem  aby drzwi otworzono. Dzieciak  zamilkł,  a odezwał   się  głos kobiecy. Kobieta mówiła, że ona nie może nas wpuścić do mieszkania, bowiem u niej  są chore  dzieci. Kiedy  wymówiłem  swoje  nazwisko i że jestem ich znajomym, to wówczas  drzwi otworzyły  się i  w nich  stał gajowy w  narzuconym kożuchu na  plecy, pozdrowiłem go i powiedziałem żeby oni nas się nie bali, bowiem jesteśmy Polakami a nie bolszewikami i idziemy  do Wojska Polskiego  do Wilna, a nie mamy żadnych zamiarów, czegokolwiek złego im czynić. Słowa moje od razu go  wyprowadziły  z obaw. Radośnie  z nami  się przywitał -  drzwi na oścież otworzył i począł nas  wszystkich  zapraszać do mieszkania. Część nas  weszła, inni pozostali na podwórzu przy koniach. Chociaż była to już  wiosna, lecz w kwietniu, noce były  z przymrozkiem,  więc my jadąc nieco przemarzliśmy, chętnie ted w mieszkaniu, kolejno  zmieniając  się, grzeliśmy  się. Muszę  nadmienić, że gajówka ta nazywała  się „Turek”  i należała do obywatela  ziemskiego Jana Oskierki, który był  bardzo   zamożnym  człowiekiem, miał  dużo wielkich majątków ziemskich oraz folwarków  i zaścianków, ponadto posiadał przestrzeń borów, liściastych lasów oraz także kilka młynów  wodnych, a  w  Wilnie kilka  kamienic. Mieszkał przeważnie w majątku Budsław , który leżał tuż przy  samym miasteczku, po  drugiej stronie rzeki.  W czasie obecnym mieszkał  w Wilnie. Na  nasze pytanie gajowy nam radził byśmy miasteczko Budsław ominęli, gdyż w Bysławiu    oddziały  wojska bolszewickiego  zwiększone od czasu kiedy wojsko polskie posuwa  się w  tym kierunku. Więc dla uniknięcia  spotkania  z bolszewikami radził  jechać brodem do folwarku Borkowszczyzna, po czym na majątek Iłowo i na  wieś Wierelje. Jadając takim  szlakiem ominiemy m. Busław. Gajowy poprosił mnie abym ja jak będę w  Wilnie wstąpił do Obywatela Oskierki i   zakomunikował mu, że bolszewicy  aresztowali i  wywieźli jego  zięcia z  majątku Budsław oraz inwentarz żywy jak konie, krowy i trzodę  chlewną porozdawali okolicznym włościanom i częściowo  sami  zabrali. W innych jego majątkach przeważnie tak  samo  uczynili. Wobec tego, że poczęło szarzeć i  dzień  się zbliżał gajowy radził nam, by my u niego przez  dzień przebywali, do późnego wieczoru , a potem udali  się w  dalszą podróż. Chętnie z jego propozycji skorzystaliśmy. Wszystkie konie pochowano w zabudowaniu, którego było pod  dostatkiem, a my wszyscy udali się na wypoczynek do odryny na siano. Wartę oczywiście wystawiliśmy w ukryciu. Gajowy na tyle był uprzejmym i gościnnym, że w  dzień przyniósł nam  do odryny nagotowanej  strawy do spożycia  bo u nas był prowiant  tylko  suchy, przeto  chętnie  skorzystaliśmy  z jego  gościnności. Kiedy ściemniło  się, wtedy po serdecznym podziękowaniu gajowemu za jego gościnność  wyruszyliśmy  w dalszą drogę, która mnie była  dobrze  znana. Jadąc brodami niektórzy koledzy nabrali  się poważnego  strachu. Konie ich parskały i po  wodzie biły nogami. Woda w brodach była taka, że wóz z zaprzęgiem zanurzał  się dość głęboko, na  szczęście woda  do  wewnątrz nie dosięgała. Po wydostaniu  się  z brodów, które ciągnęły  się do  dwóch  wiorst, pojechaliśmy  raźno i  szybko. Konie parskały, był  to  dobry znak podróży. Folwark Borkowszczyznę, majątek Iłowo oraz przez most na rzece tuż za majątkiem przejechaliśmy  szczęśliwie – nikt nas nie  zaczepiał i nie kontrolował. Za wsią  Wierzbie wjechaliśmy na  dużą szeroką drogę wiodącą z  Bysławia  do Narocz i Kobylników. Jechaliśmy dość  szybko w pogotowiu  do samoobrony gdyby usiłowano nas  zatrzymać. Późną  nocą wjechaliśmy do miasteczka  Miedziców, w którym  stały bolszewickie małe warty, o  czym dowiedzieliśmy się od przechodzących ludzi. Postanowiliśmy się przebijać przez miasteczko  wprost ,  aby go ominąć trzeba  było  znać okrężną drogę, a tego nikt z nas nie wiedział. Karabiny ręczne i karabin maszynowy były w wozie pod  sianem  schowane, natomiast każdy z nas miał  w pogotowiu do  strzału rewolwer systemu 9 - cio ładunkowego. Po przejechaniu miasteczka na końcu ulicy stało  dwóch żołnierzy bolszewickich – którzy    zamiast nas zatrzymać – odwrotnie ustąpili   z drogi i poczęli krzyczeć  „kuda  wy tawaryszczy jedziecie -  widz tam niedaleko biełyje”. Widocznie nas wzięli za  oddział bolszewicki. My nie  zwracając uwagi na ich krzyki jeszcze  szybciej pojechaliśmy i tak szczęśliwie przejechaliśmy jedyną placówkę bolszewicką na szlaku naszej podróży. Po przyjeździe do miasteczka, które było nad jeziorem, było także zwanym małym Mołodecznem, zatrzymaliśmy  się nad brzegiem jeziora, przy którym kilku rybaków krzątało się wokół rozwieszonych  sieci. Zaczęliśmy z nimi rozmowę i od nich dowiedzieliśmy się, że polscy ułani  znajdują  się w miasteczku Kobylniki odległym od Narocz o 20 km. oraz, że patrole ułanów dojeżdżają nawet do miasteczka Narocz. Widomość ta ogromnie nas ucieszyła, a tym bardziej, że tak szczęśliwie  dostaniemy  się do  wojska polskiego. Koniom oddaliśmy ostatni   zapas owsa, sami także pociągnęliśmy z flaszki samogonu, dla większego humoru i  wyruszyliśmy  do Kobylnic. Poczęło świtać  i widnieć,  dzień się  zbliżał. Słońce  wynurzyło  się z za lasu lśniącą kulą, której promienie rozpryskiwały  się we  w wszystkie  strony. Nastrój wśród  nas powstał  radosny. Konie także poczęły parskać, jakby one  czuły koniec niebezpiecznej podróży i  zbliżania  się do nich zaszczytu być w  szeregach ułańskich.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Na spotkanie z Wojskiem Polskim.

piątek, 15 czerwca 2007 12:06

Bawiono  się z gośćmi przybyłymi do późna. Rakowscy zmuszeni byli gościom asystować i okazywać gościnność,  ale ja byłem zajęty tylko myślami o  cudownym zajęciu Wilna i jakby tam najprędzej  dostać się. Po odejściu gości począłem   wybuchowo objawiać   swoją radość, którą także podtrzymywał  szwagier Wilhelm Miesojed i inni mężczyźni. Trzeciego  dnia  świąt, który to zawsze świętowano w Rakowszczyźnie także bawiono  się i to bardzo  wesoło z  okazji zajęcia Wilna przez Wojsko Polskie. Jednak pod wieczór tego dnia począłem żegnać  się ze   wszystkimi, bo w nocy zamierzałem odejść z powrotem do państwa Łohutków, celem  dostarczenia  tam radosnej nowiny o zajęciu Wilna.Ze szwagrem Wilhelmem umówiliśmy  się, że on przybędzie  do państwa Łohutków z  koniem, skąd razem  wyruszymy do  Wilna, lecz przed tym on uda  się  do Miedżwiedziewa  do  rodziców, pożegnać   się i   wziąśc trochę pieniędzy na  wydatki.Pożegnanie  moje z   żoną i  chłopakami było dość  nie wesołe. Dzieciaki ponownie poczęły płakac i tuli   się  do mnie, a  szczególnie  Zbyszek  - obiecałem im , że wyjadę  na  bardzo krótki czas i prędko powrócę. To ich trochę  uspokoiło. Żona żegnała  się ze  mną więcej czulej niż  witała. Zapewniłem ją, że  Wojsko Polskie prędko zajmie i Budsław i wtedy większą roztoczę opieką ją i  dzieci. Od brata Waleriana pożyczyłem 200 rubli, na moje niezbędne potrzeby, które to mu odda  żona. Wuj Józef Markiewicz dał mi na drogę flaszkę gorzałki – kminkówki, a  wujenka Maria zaopatrzyła  mnie w   wiktuały  żywnościowe,  dwie  duże  paczki. I tak tedy  nocą   wyruszyłem z  Rakowszczyzny w powrotna podróż, do państwa Łohutkłów.Przyniesiona przeze mnie wiadomość państwu Łohutków o zajęciu Wilna przez Wojsko Polskie wywołała ogromna  radość, szczególnie  w młodym bracie  Leonardzie, który uściskał i ucałował mnie serdecznie za tą wiadomość. Kiedy  następnego dnia, donieśliśmy o tym naszemu Oddziałowi Zielonemu, członkowie Oddziału ogromnie ucieszyli  się i gremialnie poczęli  z  radości na  wiwat strzela z  karabinów. Wiadomość tę poczęliśmy rozpowszechniać po okolicznych gminach,  szczególnie, aby  donieść   pozostałym  Oddziałom Zielonych.Na trzeci  dzień  mego powrotu w  nocy dokonaliśmy u państwa Łohutków spotkania  delegatów ze  wszystkich pobliskich Oddziałów  Zielonych – na  zebraniu  ustalono, że Oddziały maja w  jak najkrótszym czasie,  w  szyku bojowym  z bronią, przedzierać   się w   stronę  Wilna lub  do  pierwszych placówek Wojska Polskiego.Najbliższa droga do Wilna wiodła przez Budsław, Wołkołaki, Kobylniki, Michaliki. Tą drogą postanowiono  maszerować i  w celu uniknięcia  spotkania z   wojskami bolszewickimi leżące miasteczka na tym  szlaku  drogi omijać. Nasze  Odziały Zielone mają maszerować  w  grupach do 20 osób, nie  więcej, by nie   zwracać  uwagi wojsk bolszewickich. Ja nie posiadałem  własnego konia, musiałem takowego kupić  na  własność lub wypożyczyć bym mógł z  Oddziałem  wyruszyć   w  drogę. Inaczej musiałbym   wyruszyć  pieszo. Po dłuższym jednak namyśle, postanowiliśmy że musimy mieć  jeden zaprzęg   wozem, by można było   zabrać   ze  sobą owsa do karmienia  koni i  załadować   karabiny  maszynowe. Zaprzęg taki  z  wozem postanowił uskutecznić Leonard  Łohutko. Państwo  Łohutkowie posiadali dostatecznie koni. Każdy  z braci miał  swego konia,  więc i pan Leonard zabierał  swego konia. Był to koń kary,  wzrostem  duży i nadawał  się na konia kawaleryjskiego. Kiedy przybył szwagier Wilhelm MIesojad i  przyniósł  wiadomość  posłyszaną od  zawiadowcy  stacji Parafinowo o tym, że Wojsko Polskie maszeruje z  Wilna  w naszym kierunku - postanowiliśmy natychmiast  wyruszyć   w drogę.                                                           


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Wojsko Polskie zajmuje Wilno.

wtorek, 12 czerwca 2007 21:41

W pierwszy  dzień  Świąt na Rezurekcje wszyscy pojechali do Budsławia  w  kilka par  zaprzęgów by było łatwiej po powrocie zabrać moją żonę  z pozostałymi   synami. Ja nie  chciałem  jeszcze pokazywać  się w  Budsławiu, gdyż   stacjonowały tam oddziały bolszewickie. Po powrocie wszystkich z Rezurekcji, łącznie z moją żoną, Zbyszkiem i małym Edwardem, nastąpiło moje powitanie z rodziną. Zbyszek ponownie obłapał mnie  za  szyję raczkami i mocno  do mnie  tulił  się, nie chcąc mnie puścić. Ledwie go namówiłem  do  oswobodzenia  z jego niewoli, zapewniając, że  będą  z nim teraz  zawsze i że nie pojadę z  domu. To tylko  spowodowało, że  raczki zdjął z  mojej  szyi,  ale  mnie nie odstępował.Śniadanie odbyło  się przy wspólnym  stole u wuja Józefa, już  sędziwego  starca. Do  stołu  zasiadło  do 15 osób,  w tym razem  ze mną, żoną i  dziećmi oraz  Wilhelmem Miesojedem szwagrem. Śniadanie było   zakrapiane dość  obficie dobrą wódeczką kminkówką  własnego  wyrobu  wuja Józefa -   więc powstał  wesoły humor i radość, że tak przypadło święto w  mojej obecności i że ja dotychczas szczęśliwie żyję,  wówczas kiedy bolszewicy już  sporo osób rozstrzelali lub  wywieźli w głąb Rosji. Ponadto wszyscy przypomnieli jak ja kiedyś  jeszcze będąc kawalerem przyjeżdżałem na  Święta Wielkanocne z  Wilna i jak my  się wesoło wówczas bawili i tańczyli  do upadłego. Byłem przy  stole takim szczęśliwym i  wesołym, jakbym był w  siódmym  niebie. Absolutnie nie   zdawałem  sobie  sprawy, że jednak nadal jeszcze muszę być ostrożnym, nim będę znajdował  się na terytorium bolszewickim. Kiedy  wszyscy spożyli śniadanie jak bracia  Markiewicze, Dawidowscy i Kozłowscy – poczęli gromadzi  się u  wuja Józefa na pogawędki i rozmowy rozrywkowe. Z rozmowy  zgromadzonych mężczyzn można było  dowiedzie  się, że dzień  temu zostały  wybrane i  wyznaczone   władze do Rad  Gminnych. Były to osoby łagodne i nie czyniły przymusowych posunięć do ludności w kierunku przeprowadzenia reform w myśl ideologii bolszewickiej. Skierowane oddziały  wojskowe w  Budsławiu żadnych czynności w  terenie okolicznym i na  miejscu nie   czyniły. Specjalnie one  strzegły torów i  mostów  kolejowych. Młodzież poborowa przeważnie kryła  się  w domu. W pobliżu Rakowszczyzny żadnych Zielonych Oddziałów  nie  było. Podatki i szacunek zbożem i mięsem, były łagodne, a że ludność w okolicy gminy parafianowskiej, do której należała Rakowszczyzna była dość  zamożna, były płacone z łatwością i  z tego tytułu nie było żadnych  zatargów z  władzami gminnymi. Należy  nadmienić, że  w tym okresie czasu ustrój bolszewicki przewidywał: „Właśc namiestnikom”, co  znaczy, że miejscowe  Rady Gminne były jedynymi  władzami na miejscu, że nikt inny nie miał prawa wydawać  zarządzeń poza Radą  Gminną. Jednak na innych gruntach, gdzie ludność  była białoruska i prawosławna, gdzie było sporo osób zbolszewiczałych i miłowali ideologię bolszewicką i  wprowadzali w  czyn,  to tam już nie było tak  spokojnie. Zatargi  wciąż powstawały między  władzami  gminnymi  z ludnością na tle płaconych podatków i  w   wykonywaniu niektórych zarządzeń gminnych.Brak było  w sprzedaży nafty, soli i innych artykułów i przedmiotów. Najgorzej ludność odbierała brak  soli – płacono wówczas za sól bardzo  wysokie ceny. By   zaopatrzyć   wszystkich  w sól – Rady Gminy przeprowadzały rewizje w poszukiwaniu ukrytej  soli. Gdzie ją  odnaleziono zabierano  nieco w  większej ilości. Na  tle  solnym i  w innych  sprawach była ludność  oburzona i  zniechęcona  do bolszewizmu.Nadchodziły  wiadomości z  Warszawy, że  tam postała już wolna i niepodległa  Polska i że  powstaje liczna  armia  polska, która  rusza na  wschód i   zajmuje  w schodnie tereny. Więc  i tu  cała ludność oczekuje tej  armii,  jak zbawienia za  wyjątkiem nielicznych  zbolszewiczałych Komisarzy i komunistów.Tu w Rakowszczyźnie   dopiero  się dowiedziałem, że  Samoobrona Wileńska, stawiła parę tygodni opór  bolszewikom przy  zajęciu  Wilna i że  po Nowym Roku 1919, Samoobrona  wyjechała z  Wilna i odjechała na  zachód przez Lendwarów. Dojechała  do Białegostoku i tam zmuszona była opuścić pociąg i udać się  marszem pieszym na tereny  zajęte przez Wojsko Polskie, by  z tym wojskiem połączyć się. Uczynić  to zmuszona była, bo Białystok jeszcze był obsadzony siłami niemieckimi,  wycofującymi  się  z południowej Rosji. Dochodziły także   wiadomości o  walkach prowadzonych przez Polaków z Ukraińcami o miasto Lwów – które przechodziło z rąk do rąk po  ciężkich  walkach i że  wojsko polskie   zostało tam  wysłane na pomoc Polakom. Sporo było bardzo  doniosłych wiadomości i to  bardzo radosnych z postępów wojska polskiego, że państwo polskie rozszerza  swoje  granice z 1795 roku.Bolszewicy po zajęciu Wilna w  styczniu 1919 roku usiłowali tworzyć, łącznie   z osobnikami litewskimi - komunistami Litewsko - bolszewicką Republikę. W tym kierunku powstała w  Wilnie Rada Delegatów rewolucyjnych, Jako Naczelna władza. Bolszewicy w  Wilnie  jeszcze  w  czasie pobytu Samoobrony Wileńskiej, usiłowali tworzyć   Radę Delegatów,   w tym celu  zajęli gmach Polskiego Okręgu Kolejowego na ulicy Dąbrowskiego. Podczas zebrania tych Delegatów  w  liczbie  do 8 osób,  zostali oni  rozstrzelani przez Niemców  lub Samoobronę  Wileńską. Kto faktycznie ich rozstrzelał nie  zostało to ustalone, tym bardziej że oni  zostali rozstrzelani w porze nocnej, na poufnym   swym  zebraniu. Po   wyjściu z  Wilna  wojsk niemieckich i Samoobrony Wileńskiej,  a po przyjściu wojsk bolszewickich, zwłoki tych rozstrzelanych przeniesiono z  miejsca  poprzedniego pogrzebania  i takowe  zwłoki  zostały pochowane  na  skwerze  obok katedry, na miejscu gdzie stoi pomnik Katrarzyny II carowej Rosji. Na  drugi  dzień świąt przybyli z  Budsławia nauczyciele w  gościnę  do Markiewiczów. Ku wielkiej mojej radości i nas wszystkich przynieśli oni bardzo   wesołą i radosną  widomość o tym, że  Wilno zostało  zajęte przez Wojsko Polskie w   Wielką Sobotę  wieczorem, nieoczekiwanie pod dowództwem  Beliny. Wkroczyli od  strony południowej do  Wilna, obsadzili  stację kolejową i opanowali ruch kolejowy. Po czym stopniowo zaczęli zajmować miasto. Bolszewicy zaskoczeni nieoczekiwanym napadem, byli początkowo zdezorientowani – jednak   w czasie późniejszym ochłonęli i  zorganizowali  się, tym bardziej, że wojska bolszewickiego było  znacznie  więcej niż kawalerii polskiej. Jednak  dzięki pomocy kolejarzy  wileńskich, pociągiem  została  przywieziona piechota polska. Wilno na trzeci  dzień całkowicie zostało zajęte, bolszewicy zostali   z miasta  wyparci. Wiadomość tą zakomunikowali goście z  Budsławia w  tajemnicy – prosząc by o tym nie rozpowiadać, gdyż i oni zostali poinformowani w  tajemnicy przez Komisarza wojska bolszewickiego w Bysławiu, które otrzymało tajny rozkaz natychmiast udać  się na odsiecz Wilna. Ja mało nie  wylazłem ze  skóry  swej  z tak cudownej i radosnej  wiadomości. Od   chwili tej uważałem, że tułaczka moja już  się   skończyła. Mogłem  sam lub  w  gronie naszego Oddziału Zielonego  przedzierać   się  do Wilna w  wstąpić  do Wojska Polskiego.          


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Oddziały Zielonych i Rakowszczyzna.

sobota, 09 czerwca 2007 19:20

W schowku tym przebywaliśmy dwa tygodnie. Byliśmy ubrani   w ciepłe kożuchy,  a  że sołoma żytnia sama przez  siebie ogrzewa,  więc nam było  ciepło. Jednak nie mogliśmy nadal przebywać w ordynie, bowiem w niektórych miejscowościach, podczas rewizji   w ordynach chowających  się połapali.Po dłuższej naradzie całej rodziny państwa Łohutków postanowiono nas ukryć w  stogu siana na błotnistych łąkach znajdujących  się w lesie oddalonym od osiedli  zamieszkałych. Do schronu urządzonego w  stogu  siana  zniesiono na dłuższy okres żywności i  wody  do  picia oraz parę flaszek  samogonu na  rozgrzewkę. Po czym w  porze nocnej pieszo udaliśmy  się do naszego  schronienia. Łąka na której  stały stogi  siana należała  do kilku  właścicieli  znajdujących  się   z Łohutkami  bliższymi i dalszymi  sąsiadami. Sąsiedzi ci także posiadali młodych ludzi  w  wieku poborowym, więc można było przypuszczać, że i oni będą usiłowali chronić poborowych, na tej samej łące jak uczyniliśmy to my. Przypuszczenia  nasze  sprawdziły  się, bo kiedy przywieziono  nam  następną żywność, poinformowano nas, że takich chowających  się na tej łące jest 8 osób, łącznie  z nami 10 osób. Postanowiliśmy nawiązać kontakt z naszymi towarzyszami niedoli. Funkcję tą przejął na  siebie pan Leonard, gdyż on  wiedział nazwiska tych chowających się młodzieńców jako swoich kolegów. Odnalezienie stogu tego którym  oni przebywali  można było łatwo uczynić po śladach, które szły  z lasu  do poszczególnych   stogów.  Czynność  tą przeprowadził  w nocy i odnalazł   wszystkich  8 chowających  się. Następnej nocy poszliśmy oboje. Wśród  chowających  się poznałem kilka osób, którzy byli na Boże Narodzenie u państwa Łohutków na zabawie tanecznej. W trakcie rozmowy wyraziłem moje   zdanie, że my musimy posiadać przy  sobie co najmniej rewolwery oraz karabiny - oręż taka może nam będzie potrzebna  do  samoobrony. Wszyscy przyznali  słuszność mego  zdania. Wobec czego postanowiono zaopatrzyć się  w omawianą broń, co przyszło z łatwością, bo tej broni było pod  dostatkiem, którą żołnierze ze  sobą przywieźli do domu. Niektórzy posiadali nawet karabiny maszynowe. W miesiącu lutym 1919 roku okoliczne lasy i wsie  gminne zaroiły  się oddziałami zwanymi  Zielonymi. Oddziały te  składały  się z ukrywających  się poborowych, którzy nie życzyli sobie iść do Czerwonej Armii bolszewickiej. Przeważnie to byli Polacy z folwarków, zaścianków i  wsi   zamożniejszych. Pragnieniem tych oddziałów było jak najprędzej dostać  się do powstającej amii polskiej. Jednak nie tak łatwo było spełnić  swoje marzenia, bowiem bolszewickie  wojska znajdowały się już na terenie guberni  wileńskiej i grodzieńskiej przez które trzeba było maszerować do powstającego państwa polskiego.Dochodziły  do  nas wiadomości, że  Polacy  czynią postępy w  zajmowaniu południowych guberni jak lubelskiej, brzeskiej, stanisławowskiej itd. Więc łudziliśmy  się nadzieją, że może Polacy zajmą gubernię wileńską i grodzieńską i wówczas łatwiej będzie dostać  się do wojska polskiego. Tymczasem Oddziały Zielone poczęły  rozrastać  się i niektóre liczyły  do 50 osób – mając  palną broń, łącznie z  karabinami maszynowymi. Nasz oddział z liczby chowających się  w  stogach  siana  składał  się z 16 osób. Władza bolszewicka widząc tak liczne powstałe Oddziały Zielonych była bezsilna. Początkowo próbowano rozbrajać Zielonych, lecz  wobec niepowodzenia  zaniechano  czynić tego. Doszło do tego, że niektóre oddziały przez pewien  czas znajdowały  się po  wsiach, lub folwarkach, a szczególnie  w dni mroźne i w zawieruchach  śnieżnych. Pikiety  stały na  warcie i nikogo z osób nieznajomych nie  w puszczano. Zielone Oddziały były  wówczas panami sytuacji. Bolszewicy nie przedsiębrali przeciwko nim żadnych  zdecydowanych akcji.Wiosna zbliżała  się,  co ułatwiało Zielony  Oddziałom łatwiejszego istnienia. Postanowiłem odwiedzić swoją rodzinę na Święta Wielkanocne.Jednak  zdecydowałem się udać nie  do Budsławia, gdzie  stacjonowały oddziały bolszewickiego  wojska, lecz  do Rakowszczyzny, odległej od Budsławia o 6 km,. do której moża będzie sprowadzić  moją rodzinę.Podróż tą zdecydowałem odbyć pieszo, aczkolwiek państwo Łohutkowie proponowali konia. Uważałem, że pieszo bezpieczniej będzie przedostać się  do Rakowszczyzny niż powozem. Dodatkowym celem mojej podróży było także  zebranie informacji dla dalszej  decyzji istnienia mego Oddziału Zielonego. Z  Oddziałem tym byłem już mocno   związany i czułem  się w obowiązku nadal z nimi  działać i  istnieć  do czasu rozstrzygnięcia naszego położenia tj  do  czasu wkupienia  się  do wojska polskiego. Drogę  do Rakowszczyzny przebyłem  w przeciągu dwóch dób. Szedłem nocami. Przybyłem  do Rakowszczyzny – począłem pukać w okno  wuja Józefa Markiewicza z którym  mieszkał jego  syn Walerian, mój brat cioteczny, ożeniony z  siostrą mojej żony Marią. Aczkolwiek w Rakowszczyźnie wszyscy byli moimi krewnymi, jednak  zdecydowałem się  dostać do brata Waleriana, pod jego opiekę, za pomocą której można będzie sprowadzić moją rodzinę z Budsławia. Po pewnym czasie mego kołatania  do  domu, drzwi  wejściowe otworzyły  się i  wyszedł ubrany na ganek  w duży kożuch mój brat Walerian. Początkowo mnie nie poznał, bo byłem nieogolony i zarośnięty włosami jak na  głowie tak i na twarzy. Dopiero poznał mnie po moim głosie. Szybkim ruchem wciągnął mnie do  sieni i  drzwi zaryglował. Ruchem tym mnie przestraszył, myślałem, że mnie tu także  szukają. Po  wejściu do mieszkania brat Walerian zapalił  światło i przyglądał  się mnie, widząc na mojej twarzy przestrach. Powiedział bym był spokojny, gdyż nic mnie nie grozi, na razie u nich w Rakowszczyźnie nikt mnie  nie  szukał i nie pytał. Po obejrzeniu mnie  dokładnie powiedział:  „ale ty bracie postarzałeś się i  włosy  siwe już posiadasz”. Odpowiedziałem, że nic dziwnego że tak wyglądam, kiedy mnie kostucha miała w  swoich mackach, dodając że „ostrzyżesz i ogolisz mnie jutro i uczynisz mnie młodszym o kilka lat”.Kiedy inni dowiedzieli  się z  mojej  rozmowy  z bratem Walerianem o moim przybyciu, niebawem  weszła moja bratowa Maria i  wuj Józef, którzy także  dziwili  się mojej przedwczesnej starości. Serdecznie mnie otoczyli i zaczęli mnie  wypytywać  gdzie przebywałem i jak  szczęśliwie schroniłem  się od pogoni i poszukiwania. Opowiedziałem im o  wszystkim i że ostatnio przebywam u państwa Łohutków.Niebawem podano gorącą kolację i flachę dobrej wódki kminkówki, którą umiejętnie sporządził wuj Józef. Po  wypiciu kilku kieliszków i  spożyciu gorących kiełbasek z  kpustą – poczułem  się  wysoły i   wielkim humorze. Pocałowałem  się ze   wszystkimi i podziękowałem, że tak serdecznie mnie przyjmują. Dowiedziałem się, że żona moja i  synowie są   zdrowi i oczekują mojego powrotu  do nich. Szczególnie   chłopcy tęsknią  za mną i wciąż o mnie mówią. Ponadto poinformowali mnie, że w  Rakowszczyźnie chowa się od poboru szwagier Miesojed Wilhelm z ogierem. Następnego dnia,  zaledwie wstałem z łóżka, to już brat  Walerian stał przy łóżku z nożyczkami i przyborami  do golenia. Po  dokonaniu  czynności fryzjerskich nad moją głową, uczynił mnie młodszym i ładniejszym od poprzedniego wyglądu, ku  zadowoleniu  wszystkich, a najwięcej mnie samego. Podczas  śniadania niemal  wszyscy  z Rawszczyzny  przychodzili mnie odwiedzić i radzili być  nadal ostrożnym przed bolszewikami. Był to dzień  Wielki Piątek przed Wielkanocą. Niektórzy  zbierali  się  do kościoła do Budsławia, wtedy poprosiłem żeby wstąpili do mojej żony i poinformowali, że ja jestem u nich w Rakowszczyźnie i na  święta ich zabierzemy do Rakowszczyzny. W południe tego  dnia zjawił  się  z ukrycia  szwagier Wilhelm  Miesojed. Powitanie nasze było  serdeczne, bowiem najlepiej lubiliśmy się ze  sobą od innych braci, a moich  szwagrów. Dowiedziałem się od  niego, że on zamierza z koniem ogierem przedostać  się  do Wojska Polskiego. Pod  wieczór tego dnia powrócili  z Budsławia i przywieźli mego synka starszego Kazika, któremu już było 6 lat. Był już dużym chłopakiem. Powitanie nasze trwało długimi uściskami i  całowaniem  się. Kazik bardo cieszył  się, że ja żyję i  do nich powrócę. Opowiadał ,że Zbyszek bardzo tęskni po mnie i  wciąż mnie  wspomina i czeka mego powrotu. Kazik pozostał  w   Rakowszczyźnie na  Święta. Był bardzo  wesół i rad, że jest ze mną. Zmuszony byłem kilkakrotnie opowiadać mu jak uciekłem z  więzienia i jak  kryłem się w  stogach  siana w Oddziałach Zielonych.           


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Władza bolszewików i jej konsekwencje.

sobota, 09 czerwca 2007 11:28

Do państwa Łohutków przybyłem mniej więcej w połowie listopada. Był to okres mego czasu ponownie rozpoczynającego  się  do  działania na rzecz uzyskania niepodległości Polski. Począłem  z panem Leonardem zbierać dane, gdzie i kogo będzie można zwerbować i  zabrać  do  powstającego Wojska Polskiego. W tym celu  zaczęliśmy odwiedzać  folwarki i zaścianki zamieszkałe przez polską  szlachtę. Gdzie ostrożnie z młodzieżą omawialiśmy  sprawy, powstającego polskiego państwa oraz organizowanego Polskiego  Wojska do obrony  granic wskrzeszonej, niepodległej Ojczyzny. Grunt okazał się podatnym, młodzież okazała wielką ochotę wstąpić do Wojska Polskiego – choćby natychmiast, czego jednak uczynić nie było możliwością, trzeba  było czekać na odpowiedni czas ku temu. Na Boże Narodzeni  starszy brat Łohutków imieniem Bolesław pojechał do Rakowszczyzny  w gościnę. Korzystając  z tej okazji poprosiłem go by był na tyle dobrym i poprosił mego brata Waleriana Markiewicza, który był ożeniony z rodziną siostry mojej żony, by on dokładnie  dowiedział  się o położeniu mojej rodziny w Budsławiu. Pozostali państwo  Łohutkowie, jako nie żonaci drugiego  dnia świąt urządzili  wieczór taneczny, sporo zjechało  się młodzieży z okolic,  bawiono  się bardzo  wesoło. Po powrocie pana Bolesława Łohutki, dowiedziałem  się od niego, że moja żona z  synkami żyje w  Budsławiu spokojnie. Wszyscy oni są zdrowi i oczekują  mego powrotu, jednak nie tak prędko, bowiem jeszcze od czasu do czasu przychodzą jacyś osobnicy i o mnie pytają. Ponadto pan Łohuko przywiózł  informację, że w  Wilnie Samoobrona Wileńska rozstrzelała członków Czerwonego Isprowitelnowa Rewolucyjnego Komitetu, który organizował podburzające wiece przeciwko Samoobronie  Wileńskiej i przeciwko miejscowej ludności. Po za tym, że będąc w gościnie nauczyciele z Budsławia w Rakowszczyźnie opowiadali, że w Warszawie na czele wojsk polskich  stanął Józef Piłsudski i organizuje  armię polską  do obrony powstającej Polski z niewoli przed bolszewikami i Ukraińcami. Wiadomości te mnie bardzo ucieszyły, zarazem pobudziły bardzo do  działania. Ale co ja tu mogłem  zdziałać? Będąc w odległości od  Wilna 250 km., a  od Warszawy ponad 400 km. Działalność moja mogła być na razie tylko konspiracyjna,  wśród  miejscowej  szlachty polskiej przygotować młodzież do  wojska polskiego. W miesiącu styczniu powołano w gminach gminne Komitety władzy bolszewickiej oraz Milicję. Ponadto w wsiach powołano Komitety  Biedoty. Zadaniem Komitetów Biedoty było zabranie od kułaków posiadanego przez nich mienia, tak żywego jak i martwego.W gminie w której mieszkali państwo Łohutkowie  władza gminnego Komitetu był do państwa Łohutków najgorzej ustosunkowana – często przyjeżdżali  w gościnę. Komitety Biedoty były także nie czynne, nie  śpieszyły  się do odbierania od kułaków ich mienia. Pod koniec stycznia poczęto mówić stale, że Komitety gminne będą objęte przez nadesłanych Komisarzy Powiatu i że rozpoczną  akcję  wpajania bolszewizmu miejscowej ludności i że będą ostro tępić tych, którzy będą przeciwnikami bolszewizmu. Przepowiednie te spełniły się, bo w pierwszych dniach lutego 1919 roku, niemal do każdej gminy, przyjechali bolszewiccy komisarze, którzy rozpoczęli akcję propagandową na rzecz  Rad Delegacji Bolszewickich. Rady takie powybierano  w gminie z samych biedaków i mętów  społecznych. Ponadto zwiększono liczbę Milicji Czerwonej. Do niektórych gmin przysłano przewodniczących Komitetów bardziej  energicznych i przy ich pomocy przystąpiono do zabierania od większych kułaków krowy, konie, zboże i takowym obdzielano biedniejszych. Często  wydawano i nie  samym  biedniejszym, ale ogólnie tam gdzie przewodniczący przeważnie wypił  wódkę lub dostał łapówkę od osób ubiegających  się o konie i krowy. Często zdarzało się, że osobnik, który otrzymał konia lub krowę – natychmiast je  sprzedawał. Zaś ci, którzy otrzymywali zboże – poczęli pędzić samogon. Samogon   w tym czasie pędzili masowo  w ogromnej ilości, nie  tylko na uroczystościach rodzinnych lecz każdego  dnia. Ludzie upijali  się, czynili okropne   awantury i bijatyki. Szczególnie to  działo się we  wsiach. W folwarkach, zaściankach, ludność polska także ten samogon pędziła, lecz w  ilościach umiarkowanych – podczas pobytu gości.Wobec tego, ze pieniądze Kiereńskiego traciły  wartość z każdym  dniem – przeto poczęto przeprowadzać zapłatę samogonem z nabycie niektórych przedmiotów jak: naftę, sól itp. Pod koniec lutego  został ogłoszony rozkaz, że wszyscy mężczyźni w  wieku od 21 do 50 lat mają zarejestrować  się w  Rejonowych Gminnych Komitetach w  celu poboru  do Armii Czerwonej.Każdy zarejestrowany otrzymywał dowód  pisemny tej rejestracji i obowiązany był  stawić  się na Komisję Poborową w  mieście  powiatowym. Rozporządzenie to wywołało ogromne niezadowolenie wśród ludności  folwarcznej i wsiowej. Na Komisję Poborową  stawiły  się tylko osoby  chore lub  w wieku starszym, którzy byli przeważnie zwolnieni. Natomiast osoby  młode i  w średnim  wieku nie  stawiali  się i poczęli  się ukrywać. Położenie moje znów  stało  się krytyczne. Dowód , który miałem na imię Jana Sokołowskiego musiałem zwrócić. Przy ty nie mogłem nadużywać grzeczności państwa Łohutków  do mego przebywania w tak długim czasie. Ponadto bym mógł przebywać legalnie u państwa Łohutków musiałbym mieć dowód rejestracji poborowego, czego nie mogłem uczynić. Musiałem więc  szukać innego  schronienia, ale  gdzie? Najwyżej  w lesie lub w  stogach  siana,  co  czynili poborowi. Leonard Łohutko był w położeniu nie lepszym od mego, ponieważ  podlegał poborowi, więc także musiał chować się. Postanowiono  wtedy, że my oboje będziemy przebywać przez pewien  czas  w odrynie w  uczynionym schronie ze słomy żytniej i oczekiwać następnych  wypadków.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

U przyjaciół Łohutków.

piątek, 08 czerwca 2007 23:35

Kiedy wchodziłem na podwórze psy poznały mnie i rzuciły  się do mnie skacząc i kręcąc  się dookoła mnie i  ciesząc. Podszedłem do  drzwi  domu, zaledwie postukałem  w takowe  drzwi natychmiast otwarły się i pokazał  się mój teść  w  nocnym ubraniu i z zarzutą na plecach. Kiedy poznał mnie od razu krzyknął: uciekaj, jak najprędzej bo cię tu  szukają każdego  dnia i  w nocy. Wobec takiego stanu musiałem uciekać – jednak przed ucieczką zapytałem, co jest z rodziną w  Budsławiu, powiedział mi, że  wszyscy są zdrowi, jednak i tam mnie  szukają. Poprosiłem  wówczas o  danie mi trochę żywności, teść zaproponował mi bym się  schował za  drugą  stronę  domu, póki on przygotuje mnie tę żywność.Po otrzymaniu  paczki żywnościowej począłem prawie biec drogą  w kierunku na  Dokszyce. Po drodze myślałem czy nie lepiej byłoby obrać  kierunek na  Wilno, lecz nie  wiedziałem gdzie są  wojska niemieckie. W każdym  razie mniemałem, że znajdować  się one  muszą przed Wilnem. Po drodze musiałem przechodzić przez miejscowość, gdzie mieszkał mierniczy u którego kupowałem broń  dla  Samoobrony Wileńskiej. Kiedy zbliżyłem  się do domostwa, jeszcze było  ciemno. Nie  chciałem  w nocy budzić, poczekałem na cmentarzu, przy  drodze aż rozwidniło  się. Po czym udałem  się do niego. Przyjął mnie  dość spokojnie, aczkolwiek powiedział, że jest mu  wiadome, że mnie   w tej okolicy poszukują.  Opowiedziałem mu cała  prawdę  mego przeżycia. Radził mi bym ukrywał się jak najdalej od tych stron i czekał  do  wiosny, bo  według jego mniemania na wiosnę  bezwzględnie nastąpi zmiana. Niemcy na  zachodzie także przegrali. W  Warszawie Niemców rozbrajają – Polacy organizują własne wojsko i że na  wiosnę  mogą nasze  tereny  zająć. Co zaś do odstępujących wojsk nie wiedział, że takowe w dalszym  ciągi z  głębi Rosji odstępują do Niemiec przez Grajewo oraz Wilno. Wojska niemieckie omijają Warszawę i inne miasta polskie, leżące  w pobliżu  Warszawy, bowiem Polacy na tym obszarze rozbrajają Niemców. Oddziały Czerwonogwardzistów stoją  w odległości 30  wiorst od  wojsk niemieckich i czekają ich  odwrotu. Pokaźne jednostki Czerwonogwardzistów  zajmują Głębokie, Postawy, Wilejkę i Mołodeczno. Wobec rozlokowania wojsk Czerwonogwardzistów na terenach leżących po prawej  stronie kolei  idącej  z Połocka  do Mołodeczna,  a to jest prosta  droga na Wilno, zamiar mój  udania  się do Wilna nie mógł być  realnym, bo mógłbym łatwo wpaść  w ręce bolszewików. W tej  sytuacji nie miałem innego  wyjścia jak szukać  schronienia po lewej  stronie kolei na pokaźnej odległośći tj. Wilejki, Milcza i Okołowa, które to miejscowości oddalone były od kolei o 50 – 60  wiorst. W  okołowskiej parafi miałem znajomych państwa Łohutków, kuzynów Markiewiczów z Rakowszczyzny. Postanowiłem  tam udać  się po przejściu 30 wiorst. Wszędzie było  spokojnie. Chłopi już wszystkie  majątki rozgrabili. Czerwonogwardzistów także nigdzie nie było, były tylko miejscowe Komitety z  przewodniczącymi, którzy  sprawowali władzę. Szedłem wówczas powoli, żywność miałem z  sobą, wędliny, ser, masło oraz chleb otrzymane  od teścia Miesojeda. Dokszyce ominąłem  w obawie by tam nie  natknąć  się na osobników nie pożądanych. Były to miasteczka w których mogła być  jeszcze władza bolszewicka i mnie   wylegitymować, a  wobec nie posiadania żadnych  dowodów z  łatwością mógł bym być  zatrzymanym. Przybyłem  do folwarku Dębino w którym mieszkali państwo Łohutkowie. Przyjęto mnie tam  serdecznie. Rodzina państwa Łohutków składała  się z trzech braci i jednej  siostry. Starszy był  żonaty, pozostali  kawalerowie oraz siostra panna. Byli oni dość zamożni, posiadali  ziemi do 8 włók – ponadto posiadali liczny inwentarz żywy i martwy. Łohutkowie będąc bliskimi kuzynami Markiewiczów z  Rakowszczyzny często tam przebywali, ponadto najmłodszy  z braci będąc w  wojsku  Wilnie, bardzo często bywał u mnie i  asystował za moimi pannami  znajomymi. Był on chorążym  w wojsku,  co  dawało mnie możność zabierać  go na różne bale taneczne  i znajdować  się w poważnym towarzystwie. Za wszystko to był dla mnie bardo  wdzięcznym. Przeto, kiedy  wtajemniczyłem go o celu mojego przybycia  do nich i kiedy poprosiłem o udzielenie możliwego pobytu i  schronienia,  chwycił mnie  w objęcia i ściskając powiedział iż nie opuszczą mnie i udzielą tak długo  schronienia, jak zajdzie ku temu potrzeba. Kiedy  dowiedzieli  się  wszyscy o celu mego przybycia, to zajęli bardzo  serdeczny  stosunek  dla mnie. Muszę  nadmienić, że państwo Łohutkowie to byli Polacy  z krwi i kości. Dziadek ich brał  czynny udział   w Powstaniu i był  także zesłany na Sybir,  więc ich  wielkim pragnieniem było  doczekać  się wolnej Polski. Kilka pierwszych dni  nocowałem w łaźni ogrzanej na półce wymoszczonej kożuchami. Po czym poczęliśmy radzić, by  dostać  dla mnie jakikolwiek  dowód  mojej tożsamości,  co  załatwiłoby mój pobyt u państwa Łohutków. Dokumentów  opiewających na  moje  nazwisko nie można  było  ani  dostać  ani  sporządzić. Przeto musiałem przebywać  pod cudzymi  dokumentami. Uradzono  wtedy, że  młodszy z braci, któremu było na imię Leonard  pojedzie do  swojego kolegi  do Olkiewicz i poprosi od niego jego  dokument  -paszport na kilka miesięcy, i że ja będę pod jego nazwiskiem Sokołowski Jan. Takie nazwisko nosił jego kolega. Tak tedy utrzymano – przyznany paszport był bez fotografii  – jakiś czas w ogóle  dowody były bez fotografii. Lata i  wzrost były prawie te same,  więc  ja po otrzymaniu tego  dowodu byłem Janem Sokołowskim. Wówczas mogłem spać  w  domu i byłem bezpieczniejszym na  wypadek kontroli.   


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (1) | dodaj komentarz

Chłopi dzielą zrabowany majątek. W dalszą drogę do Miedźwiedziewa.

piątek, 08 czerwca 2007 8:05

Zostałem zbudzony ogromnym krzykiem radości – rykiem krów i rżeniem koni.W mieszkaniu było  ciemno lecz przez okno przedzierał  się już świt  dnia. Przez okno zobaczyłem na ulicy dużą ilość krów i koni luzem i kilka  zaprzęgniętych w wozach. Kiedy ubrany wyszedłem na ulicę, to spostrzegłem grupę mężczyzn stojących i wydających jakieś rozkazy innym. Okazało  się, że to natychmiastowo  wybrany Komitet  do podziału zrabowanego majątku między mieszkańcami  wsi. Tymczasem niektórzy mieszkańcy nie  czekając  tego podziału, poczęli brać leprze krowy do  swoich  zagród, a  niektórzy zabierali z wozu pakunki zawierające odzież, bieliznę itp.Inni poczęli protestować bezprawiu i  stawiać opór osobnikom zabierającym mienie niepodzielone. Na tym tle powstała kłótnia, a w późniejszym czasie bójka, poszły  w  ruch  pięści, kołki, które  wyłamywali z  płotów. Powstał ogromny wrzask, ryk bydła, które poczęło rozbiegać się w różne  strony, a   za nimi  zbiegające  się baby, które usiłowały  wybrać  sobie lepszą  sztukę. Z wozów niektórzy mężczyźni zaczęli  zabierać przemocą worki  z różnymi przedmiotami –  z których  wysypywały  się widelce, noże, łyżki z brzękiem o ziemię. Dwie kobiety usiłowały jedna drugiej  wyrwać pierzynę i tak się długo targały, aż pierzyna pękła i pierze rozsypało  się unosząc  się  do góry, jako obłok.Stałem, patrzyłem jak mężczyźni usiłowali zrobić jakiś porządek i podział  zrabowanego mienia. W ostateczności nie wytrzymali i sami rzucili się w odmęt  tłumu do  zabierania przemocą tego mienia, które jeszcze nie było  zabrane lub  do odbierania innym różnych przedmiotów, przeważnie puszczając w ruch  swoje pięści.Nie  czekając ostatecznego podziału zrabowanych przedmiotów  szybko oddaliłem  się i pośpiesznie poszedłem gościńcem  w stronę Hołubicz. Przez  dłuższy  czas mojej  drogi  stał mi  w oczach obraz podziału przez  chłopów  zrabowanego mienia z  majątku  ziemskiego. Żałowałem, że nie mogłem  się  dowiedzieć do kogo ten majątek należał i  czy zostawili część żywego inwentarza dla fornali tego majątku. Bo według opowiadań z innych  zrabowanych majątków, do  czasu mego  aresztowania, to włościanie wszystko zabierali, fornalom nic z inwentarza majątkowego nie  dawali, tłumacząc  to tym, że fornale posiadają własną trzodę chlewną i konie. Według mojego obliczenia  do Hołubisz miałem  drogi  do 70  wiorst, do Miedźwiedziewa 65 wiorst. Tę przestrzeń miałem koniecznie tego dnia przebyć i na  noc dotrzeć  do Miedźwiedziewa  do teścia Miesojeda, gdzie  myślałem odpocząć parę  dni i przyjść  do siebie, gdyż  byłem okropnie  wyczerpany i osłabiony. Przy tym miałem ból głowy, silny katar oraz zmęczenie  całego  ciała.Szczęściem moim było, że jechał jakiś  wieśniak na jednym koniu w  kierunku mojej podróży - poprosiłem żeby mnie podwiózł, chętnie   zgodził się więc wlazłem na wóz i usiadłem przez niego  zrobionym  miejscu. Jadąc dowiedziałem  się, że on jedzie do miejscowości  oddalonej od mego teścia o 20 wiorst. Bardzo  się ucieszyłem, że taki kawał  drogi będę jechał. Z rozmowy wywnioskowałem, że mój  współtowarzysz jechał kupić  soli, bo  w tym  czasie było ją bardzo  trudno  dostać. Była ona  sprzedawana z prywatnych rąk, po kryjomu, po bardzo  wysokiej  cenie. Na miejsce przyjechaliśmy późnym wieczorem. Podziękowałem  serdecznie za podwiezienie, życząc mu kupna  soli na dobrych  warunkach. Po  czym zaszedłem  do kramiku żydowskiego, kupiłem kilka placków z mąki i puściłem  się,  jedząc te placki, w  drogę  do teścia. Droga mi była   znana, noc nie bardzo  ciemna, więc  szedłem raźnie i  z dobrą otuchą. Kiedy  zbliżałem  się do Miedźwiedziewa, to musiałem przejść przez wieś Paradoły. We  wsi tej  było dwóch właścicieli przy moim zatrzymaniu u państwa Piotrowskich. Obawiałem się trochę by któregokolwiek z nich nie  spotkać. Przeto postanowiłem ta wieś obejść bokiem. Była to przeprawa bardzo uciążliwa, bowiem teren którym  szedłem był błotnisty. Kiedy ponownie wkroczyłem na twarda drogę to szedłem prędko i lekko. Zbliżając się  do Miedźwiedziewa, począł mnie ogarniać jakiś lęk i podenerwowanie. W każdym  razie myślałem, w  duchu, że u teścia pobędę parę  dni i odpocznę. Stało się jednak inaczej.                 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Pomoc Buszewa i grabież majątku ziemskiego.

środa, 06 czerwca 2007 12:06

Spałem chyba cały  dzień, bo kiedy obudziłem  się to już następował zmierzch dnia, szarzało jakby było z pewnością po godzinie 4 po południu. Postanowiłem w tym lasku pozostać  do całkowitego ściemnienia  się  dnia,  a  następnie  ciemnego  wieczoru. Zasnąłem jeszcze jakąś godzinę, po  czym  zerwałem  się i poczułem  się  dość mocny na  nogach i na  całym organizmie. Do Połocka przybyłem późnym  wieczorem. Nie mając żadnych  dokumentów musiałem  być   bardzo  ostrożnym by nie   spotkać   się z Policją lub patrolem Czerwonogwardzistów. Uważałem, że trzeba  będzie jak  najprędzej wydostać  się z tego ponurego, ciemnego miasta. Jednak  by  się   wydostać  z  niego, trzeba  było przechodzić   mostem przez rzekę Dźwinę, na  stronę  drugą zachodnio – południową, skąd  biegł gościniec do Hołubiec. Od przechodnia dowiedziałem się, że na mości stoją wartownicy Czerwonogwardzistów i kontrolują osoby przechodzące most. Wobec takiego stanu rzeczy musiałem przez rzekę  przeprawić  się łódką. Ale  skąd  ją wziąć  i tym bardziej w  nocy. Położenie moje było rozpaczliwe. Ponownie  wpadłem w przestrach i  zdenerwowanie. Było mi  zimno gdyż nie posiadałem płaszcza, a  noce jesienne były już dość zimne. W rozmyślaniu takim rozpaczliwym, przypomniałem  sobie, że od Połocka o jakie 4  wiorsty znajduje  się  Zakład  Rzemieślniczy wyrobów  siekier i toporów należący  do właściciela Byszewa. W  zakładzie tym byłem w 1913 roku, kiedy to  czyniliśmy  różne zakupy wykonywanych tam  siekier. Drogi do tego  zakładu  dokładnie  nie pamiętałem, tym bardziej że  był ciemny  wieczór. Przeto  zaszedłem  do jednej chaty na krańcach miasta i po  dłuższych prośbach udało mi  się za 100 rubli namówić  gospodarza tej chaty, by mnie   zaprowadził  do zakładów Byszewa. Po przybyciu  do Byszewa, zostałem poznanym i  serdecznie przyjętym. Przy tym było jak gospodarza, tak i całej jego  rodziny niemałe  zdziwienie z mojej nieoczekiwanej i tak późnej  wizyty, tym bardziej ,że już  w tym  czasie, jego  zakład  był nieczynny i między nami nie było żadnych  stosunków  handlowych. Kiedy oddalił  się mój przewodnik, wówczas ja oświadczyłem po cichu gospodarzowi, że  chcę z  nim parę  słów pomówić. Kiedy udaliśmy  się  do  drugiej  strony izby to mu powiedziałem, że nie posiadam dokumentów  żadnych, przez to nie mogę  dostać  się na druga  stronę   Dźwiny, przeto przybyłem do niego z  wielka prośbą, by on mi pomógł i przewiózł łódka  na  druga  stronę. Moja prośba nieco zaniepokoiła Byszewa - powiedział, że oni łódki na wodzie nie mają, tylko ona jest schowana  w odrynie pod  słomą. Łódka jest dość ciężka,  więc   by ja  dociągnąć  do brzegu rzeki trzeba dość  silnych czterech mężczyzn lub koniem ciągnąc. Miałem jeszcze u  siebie 160 rubli,  wydostałem i zmierzałem  wręczyć Buszowowi jako wynagrodzenie. Buszew obraził się na mnie za tę propozycję mówiąc:” czto wy dziełajecie, ja uże u was zarabował swego czasu mnogo”. Zapytał mnie czy ja bym lepiej  nie przenocował u niego, a następnego  dnia  on mnie przewiezie  powozem na  druga  stronę rzeki przez most. Powiedziałem mu, że ja nie posiadam żadnego  dokumentu i że  dokumenty zabrano mi w  Newelu na  stacji kolejowej, jako podejrzanemu spekulantowi i że  nie udało  się uciec. Więc dlatego przybywam po pomoc w  przedostaniu  się przez rzekę  na  drugą  stroną. Po  wysłuchaniu mojej  zmyślonej wersji Buszow powiedział;”no  wot mój bracie – ja tobie pomagu przed tymi bolszewikami, ani mienia mnogo zdziełali  zła, masterskaju maju skonfiskowali w miestiu z żelazem, ja astałsja niczym”. Zaprowadził mnie  powrotem  do pierwszej izby, tam na  stole  stał, szumiący  samowar i pełna misa mięsa oraz pieczywa. Zaproszono mnie  do posiłku. Buszew nalał po pełnej  szklance  dla  siebie i mnie  wódki. Będąc osłabionym ciągnąłem wódeczkę małymi łykami, natomiast zakasywałem  całą gębą. Tak mi  wszystko  smakowało, gdyż ja takiego jedzenia nie miałem prawie  miesiąc  w  ustach.Kiedy  wdałem  się   rozmowę z jego   wnukami małymi w  wieku najwięcej moich  synów  Buszew oddalił  się i niedostrzeżony  powrócił, mówiąc: ”że przewóz na bieregu reki  stoit gatow”, co  znaczyło, że łódka  stoi na brzegu rzeki. Usiłował nalać  jeszcze do  szklanki  wódki  dla mnie i  sobie – ja podziękowałem, bowiem po  pierwszej szklance już czułem  się pijany, natomiast  wypiłem z przyjemnością gorącą i  dobra herbatę.Była  druga  godzina  w nocy. Buszew przewiózł łódka  mnie na  druga  stronę, która potem przyciągnął  do brzegu. Wytłumaczył mnie, że ja  muszę iść brzegiem rzeki Dźwiny, aż  do gościńca okopanego rowami z obu  stron, po czym na lewo tym gościńcem aż do Hołubicz. Gospodarzowi Byszewowi bardzo serdecznie podziękowałem za udzielona mi tak cenna pomoc bezinteresownie i puściłem  się ponownie  w drogę  tak  długą, bowiem do MIedżwiedziewa majątku  mego teścia  było  do 99 kilometrów, zaś  do Budsławia miejsca pobytu mojej rodziny 155 km. Droga  szła początkowo lasem, była ona mocno błotnista,  więc ja usiłowałem iść brzegiem  drogi, przeto bardzo  często zahaczałem o drzewa, jako też i uderzałem  się o takowe  głową i tym bardziej drapałem  sobie twarz. Przeto ponownie  szedłem  szerokim gościńcem po błocie i kałużach. Było bardzo ciemno, szedłem wprost na pamięć po omacku. Tym razem byłem  silniejszym. Spożyłem  dobra kolację i nie miałem już takiego lęku pogoni. Byłem od Newela dość  daleko, po  drugiej  stronie Dźwiny. Postanowiłem  sobie  wszędzie mówić, że idę z  wojska na urlop  do  domu. I tak idąc do 4 godzin czasu,  spostrzegłem przed  sobą palący  się ogień  na  drodze. Stanąłem przestraszony i począłem uważnie przyglądać się ogniowi, spostrzegłem ludzi w  dość sporej ilości. Zboczyłem z gościńca i lasem po  cichu podszedłem bliżej ognia i gromady ludzi. Prowadzili między sobą ożywiona  dyskusję, wymachując rękami. Między zgromadzonymi, byli przeważnie  ludzie  w  wieku średnim. Z rozmowy posłyszałem, że niektórzy domagali  się posłać  po  starszych, by z nimi  wspólnie  radzić. Rozmowa ta mnie uspokoiła, ponownie  wkroczyłem na gościniec i poszedłem ku ogniowi. Okazało  się, że ogień i  zgromadzeni przy nim ludzie, byli po  drugiej  stronie  mostu, leżącego nad rzeczka przecinającą gościniec. Zbliżyłem  się  do  zgromadzonych i  pozdrowiłem  ich. Wywołałem  wśród  nich pewne   zaniepokojenie moim nieoczekiwanych dla nich zjawieniem  się. Zatrzymałem  się przy ognisku i  zacząłem grzać ręce. Poczęto mnie pytać skąd  i  dokąd idę? Odpowiedziałem, że z  wojska na urlop idę do domu do Hołubicz. W trakcie prowadzonej rozmowy między zgromadzonymi, dowiedziałem  się, że  są oni z pobliskiej  wioski  i zebrali  się tu przy moście dla omówienia  sprawy podziału mienia żywego i martwego w pobliskim majątku  ziemskim. Ponadto nie  dopuścić  z  wiosek  sąsiednich do udziału w tym podziale, dlatego tu nad rzeką postawią  straż, by przez most nikogo nie przepuścić. Sprowadzone  starsze osoby, zaczęły odradzać napaści na majątek ziemski, tym bardziej, że nie mają jeszcze  wybranego  Bol – Komitetu i Komitetu Budrzaty. Młodzi  wiekiem, odwrotnie domagali  się natychmiast udać  się do podziału majątku. Po  dyskusji  trwającej  do godziny przy moście i ognisku większa połowa  zebranych wyruszyła z  drągami w rękach w ilości  do 30 osób do napaści na majątek. Przy moście pozostało  do 10 osób do pilnowania by z innych  wsi nie przekroczyli mostu i nie  udali  się także  do podziału majątku. Mnie poradzono bym udał się do wsi i tam przenocował i odpoczął. Początkowo  dziękując odmawiałem, że  przecież nie mogę w  nocy budzić  i niepokoić ludzi śpiących by mnie przyjęli na noc. Wówczas jeden młodzieniec  zaproponował mnie, że on zaprowadzi  do  swojego mieszkania i udzieli odpoczynku. Zgodziłem  się i oboje poszliśmy  do  wsi. Po  drodze ów młodzieniec oświadczył, że on ma 20 maja  wstąpić  do Czerwonej Armii na ochotnika, lecz konia nie ma, bo on chciałby do formacji konnej  wstąpić. By  dostać  konia, proponował mi, aby z nim udać   się  do tego samego  majątku  ziemskiego, gdzie my wybierzemy  sobie dwa konie na których on pojedzie  do  wojska,  a ja  do  domu i  z powrotem  do  wojska. Jazda na  koniu uśmiechała mi  się,  ale   rabunek był  dla mnie   wstrętnym, przeto podziękowałem za dobrą  radę, wyjaśniając że z  powodu  zmęczenia ja nie mogę iść do tego majątku  odległego  do 5  wiorst. Po przyprowadzeniu mnie do  swojej chaty, rzucił  siennik na ławę za  stołem, kożuch położył pod  głowę. Po  czym powiedział, że on też pobiegnie  do majątku i tam będzie usiłował  sobie zabrać najlepszego konia. Ja położyłem  się na  swoim miejscu i usnąłem natychmiast snem kamiennym. 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Ucieczka z więzienia i od śmierci.

sobota, 02 czerwca 2007 20:09

Po przyprowadzeniu mnie przez Stankiewicza  do kuchni  zakomunikował, że wypuści mnie przez okienko służące do wrzucania  drzewa opałowego do kuchni i pokazał mnie to okienko u góry pod  sufitem mówiąc, że jeśli przez to okienko  wylazę, to muszę wówczas bardzo ostrożnie  czołgać   się na  wprost  od budynku  więziennego do ogrodzenia  więziennego pobudowanego z ogromnych pali. Po przybyciu  do ogrodzenia,  czołgając  się po ziemi, mam udać  się   w lewą  stronę i tam w rogu znajdę  dwa pale oderwane u  dołu od poprzecznych, potem pale  rozsunąć i przez otwór przeleźć. W ogrodzie  schować się  w jamie, jakie tam są po  ziemniakach chowanych na  zimę. W jamie tej czekać na jego gwizdek, na głos którego muszę jak najprędzej przybiec  do niego. Rozpoczęła się czynność mojej ucieczki. Stankiewicz postawił stół pod okienkiem, na  stole ustawił  jeszcze  skrzynię w której  były  ziemniaki, po czym wyjął rygiel, którym okno było  zaryglowane, dalej  wyjął okiennicę okienną i tą  drogą uczynił  dla mej  ucieczki wolną przeprawę. Natychmiast stanęłam na skrzyni i usiłowałem przeleźć przez otwór, jednak ramię moje nie przechodziło  przez otwór, wówczas zdjąłem fręcz i począłem przełazić przez okno -  szło mi bardzo  ciężko, mimo tego że z  dołu  dozorca  Stankiewicz mnie popychał  swoimi rękami  do otworu okiennego. Jednak powoli centymetr po  centymetrze wbijałem  się  w otwór i tak po ciężkiej walce wybiłem się z ramionami i wyszedłem na zewnątrz. Po czym pośpiesznie mnie podał przez okno Stankiewicz mój fręcz i  czapkę, w co ubrałem  się i począłem czołgać  się  do ogrodzenia. Wieczór był  ciemny i mglisty tak, że na parę kroków, nic przede mną nie było widać, a jednak musiałem zachować jak najdalej idącą ostrożność – bowiem  dozorcy  więzienni,  na zewnątrz  więzienia, co pewien czas obchodzili dookoła  więzienie -  więc mogli natknąć  się na mnie. Pośpieszyłem  wówczas na miejsce urwanych  pali, jednak   w rogu ogrodzenia przez dłuższy czas, nie mogłem odnaleźć  tych urwanych pali, szamocząc  się  bezradnie  we  w wszystkie  strony,  szukając  tych pali. Pale te popychałem przed siebie i  w strony na  lewo i na prawo, pale nie poruszały się, przejścia na  zewnątrz odnaleźć  nie  mogłem. Jednak   szarpiąc  te pale, jeden poruszyłem,  wówczas zacząłem próbować te pale w pobliżu i  stwierdziłem, że  one poruszają  się, tylko od łaty poprzecznej w moim kierunku, a nie na prawo i  w lewo. Wówczas pociągnąłem  do  siebie  dwa pale i uczyniłem otwór pozwalający na moje przejście. Wyłażąc przez ten otwór zaczepiłem o gwóźdź będący  w łacie poprzecznej kieszenią moich  spodni i przez długi czas nie mogłem  wykaraskać się z tego  więzienia. W ostateczności  musiałem mocno targnąć sobą, że  spodnie trzasnęły wokół  kieszeni i tą  drogą uwolniłem  się od uwięzienia. Począłem biec po ogrodzie, co krok potykając  się i upadając aż  wpadłem w  większy dół w którym usiadłem,  nadsłuchując umówionego gwizdka. Po pewnym czasie posłyszałem zamiast  gwizdka, terkot auta  zbliżającego  się  do  wiezienia – poderwałem  się i począłem przed siebie biec. Biegnąc posłyszałem gwizdek od strony odwrotnej niż go oczekiwałem, skierowałem  się  w kierunku tego  sygnału. Niebawem natknąłem  się na  stojącego w jamie  dozorcę Stankiewicza, który był ubrany  w płaszcz i miał na plecach plecak wypchany. Chwycił mnie w objęcia i ucałowaliśmy  się. Po czym Stankiewicz wyprowadził mnie na gościniec wiodący  z Newela  do Połocka i powiedział  żebym ja jak najszybciej uciekał. Bym  się  chował po przydrożnych krzakach i  drzewach, jak posłyszę  za sobą terkot auta.Po czym powiedział, że on też natychmiast inną  drogą  będzie uciekał , gdyż jego pragnieniem było opuścić  więzienie i powrócić do  swojej rodziny – jeszcze raz uścisnęliśmy  się i rozłączyli, życząc  nawzajem pomyślnej  drogi. Pobiegłem przed  siebie  w ciemności  wieczornej  mgły. Początkowo biegłem dość  szybko, jednak  kiedy zmęczyłem się, począłem biec wolniej, przysłuchując się i oglądając poza siebie, czy nie  słychać za mną  pogoni. Ubiegłem może  z pięć  wiorst  i kiedy nikt mnie nie gonił przestałem biec  i począłem  szybko iść. Pogoda była cicha i  sucha. Od  zmęczenia  zgrzałem  się. Po przejściu  do 30  wiorst nogi moje poczęły  się plątać, uderzając jedna o  drugą. Nie   zważając na  zmęczenie starałem się iść naprzód, jak najprędzej. Byłem bardzo ucieszony, że wydostałem  się  z więzienia i uratowałem  się od śmierci, oby tylko mnie  nie pojmano  ponownie. Droga moja  z Newela  do Połocka była w odległości 90  wiorst. Kiedy począł następować  brzask na niebie poranny i kiedy  spostrzegłem  chatę przy  drodze, ze  światłem  w oknie, mimo  woli zatrzymałem  się i patrzyłem na tę  chatę. Walczyłem  ze  sobą czy  wejść do tej  chaty odpocząć  i poprosić   jeść,  zarazem bałem się by pogoń  mnie w tej chacie nie  zastała, więc postanowiłem  dalej iść. Jednak nogi moje odmówiły, nie mogłem nawet kroku uczynić, zesztywniały i nie poruszały  się. Wobec czego na  czworaka zaczęłam kroczyć ku  chacie. Kiedy  dotarłem do drzwi  chaty były one  zamknięte, począłem  stukać   mocno. Po  pewnym  czasie odezwał  się głos  kobiety  zapytując  kto  dobija   się i czego  sobie życzy? Odpowiedziałem, że  jestem czerwonogwardzistą i idę na urlop  do   domu,  a  wobec tego, że  się bardzo  zmęczyłem, po prostu  chcę odpocząć   w ciepłej  chacie. Otworzyła   drzwi i  wpuściła mnie  do  wewnątrz. Do  chaty ledwo  wszedłem opierając się o ścianę i usiadłem na ławce  przy stole. Kobieta z  ciekawością przyglądała mi  się, po czym z  ciekawością zaczęła  wypytywać, jak jeszcze daleko mam  do  domu i skąd  idę. Oczywiście, że zmuszony byłem kłamać i opowiadać   zmyślone  miejscowości.Chata była  dość obszerna. Stało łóżko z pościelą słomianą nie zakrytą,  widocznie kobieta  dopiero z tego łóżka  wstała, światło paliło  się w małej szklanej lampce, bez  szkła,  więc kopciła  dookoła dymem. Po niejakim  czasie kobieta poczęła obierać ziemniaki, zapytałem  co ona z ziemniaków będzie robiła- odpowiedziała,że  kluski. Ja  wobec tego, że byłem  strasznie  głodny i osłabiony, poczułem okropny apetyt do jedzenia, przeto począłem prosić kobietę, żeby ona ugotowała tych klusek  więcej, by  starczyło na  moja  dolę – przy tym  nadmieniłem, że za te kluski ja jej  dobrze zapłacę. Po ugotowaniu klusek, nalała mi całą dość  dużą miskę i postawiła  na  stole przy mnie - jednocześnie przepraszając, że ona chleba nie może mi dać, gdyż takowego nie ma na razie upieczonego. Momentalnie całą miskę podanych klusek zjadłem i poprosiłem więcej. Kobieta popatrzyła na mnie jak na jakiego  głodomora. Widząc  jej  wahanie w nalaniu  więcej klusek, powiedziałem, że za każdą miskę zapłacę po 20  rubli.  W ostateczności nalała mnie pół miski klusek, które ja  natychmiast spożyłem. Kiedy kobiecie dałem za te  kluski 40 rubli kobieta poweselała i poczęła prowadzić ze  mną rozmowę. Zapytała mnie czy ja po urlopie powrócę do  wojska czy nie, bo jej  syn także  jest  w domu na urlopie i że  ona  go nie chce dopuścić   do powrotu  do  wojska. W tym czasie odezwał  się  męski głos za piecem  warzywnym, dokąd  padł mój wzrok. Ujrzałem złażącego z pieca ogromnego draba z włosami  rozczochranymi nad oczyma. Kiedy  zlazł z pieca podszedł  do mnie i przywitał  się, powiedział, że on jest na urlopie miesiąc  czasu i że termin jego urlopu już upłynął i że on nie ma zamiaru powrócić do  wojska. Na  swoje  usprawiedliwienie powiedział, że jego znajomi i koledzy z urlopu  do  wojska nie powrócili. Więc zapytuje  mnie o radę, jak on ma postąpić? Powiedziałem, że lepiej by powrócił  do  swojej jednostki i że ja to  samo natychmiast uczynię. Podziękowałem kobiecie i  wojskowemu  za ich gościnność i pomału zacząłem  wychodzić  z chaty. Szło mi bardzo  trudno  poruszać nogami, ogromnie bolały i  zesztywniały. Dowiedziałem  się od  wojskowego, że od nich  do Nowela jest  70  wiorst,  a do Połocka 20 wiorst. Jakoś pomału  wydostałem  się  z chaty i  zacząłem iść w kierunku Połocka z myślą o pierwszym napotkanym lesie, gdzie muszę  dłuższy czas odpocząć. Po przejściu od chaty  do  dwóch  wiorst, spostrzegłem niedaleko od drogi nieduży lasek sosnowy, dość gęsty z podszyciem. Od razu w tę  stronę  skierowałem  się. Po  wejściu w głąb tego lasku usiadłem na mchu, oparłem  się o sosnę i natychmiast usnąłem.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Przygotowania do ucieczki.

piątek, 01 czerwca 2007 23:31

Następnego  dnia wprowadzono  do naszej  celi dwóch  aresztowanych, oskarżonych o  działanie kontrrewolucyjne. Byli to rzemieślnicy z Newela. Według ich opowiadania skonfiskowano im  warsztaty i nałożono ogromne  sumy  do  zapłacenia jako podatki, czego oni nie byli  w  stanie  zapłacić. Jeden  z nich miał brata w  armii Korniłowa generała, to wszystko posłużyło do oskarżenia ich jako kontrewolucjonistów. Po   zabraniu  dwóch towarzyszy  z celi na  rozstrzelanie, począłem prosić dozorcę Stankiewicza podczas kiedy on  dyżurował i  wydawał nam kipitok lub obiady czy prowadził  do klozetu, by mnie ratował. Stankiewicz mówił mi, że należy czekać  odpowiedzi  ze  Smoleńska, gdyż może by ona pomyślna. Jeżeli zaś nie, to on mnie powiadomi,  wówczas pomyśli i  zaproponuje mnie ratować. Któregoś  dnia ponownie usłyszeliśmy  stukot i terkot auta. Poczęliśmy  się jeden za  drugiego chować, jakby tą drogą można  się było uratować. Tym razem wywołano  nazwisko świeszczennika księdza prawosławnego. Poszedł  spokojnie, tylko  serdecznie z nami się żegnał i mówił:”Hosadzi zamiłuj minia, maju mac i maje dzieci.”Od  czasu  wysłania mego  wyroku  do Smoleńska  upłynęło 8  dni, przez ten czas z trwogą  oczekiwałem każdego  wieczora. Kiedy nikogo nie  zabrano  na rozstrzelanie lub zabrano kogo innego, cieszyłem się, że  jeszcze będę żył przez  dobę. Miałem przez ten czas czarne  myśli. Miałem na myśli  swoją rodzinę, bardzo mocno żal mi było moich  synków, których tak mocno kochałem. Żal mi było tracić  mój młody  wiek. Smuto mi było, że nie ujrzę odradzającej  się i powstającej ukochanej Ojczyzny Polski, którą kochałem ponad wszystko. Nie mogłem  zrozumieć dlaczego bolszewicy rozbrajali polskie formacje  wojskowe, dlaczego oni rachowali  się z  wstępującymi Niemcami na  tereny byłej Polski,  wówczas kiedy sami głosili, że Polska ma by wolna i niepodległa. Dlaczego oni tak głosząc piękne i  zaszczytne hasła dla  dobra ludzkości, ludność  tę terroryzują i mordują. Nie mogłem  moją myślą tego  z zagadnienia zrozumieć i  czułem  się złamanym pod ciężarem mego przeżycia, jednak całą moją myślą był RATUNEK i jeszcze raz RATUNEK od  śmierci, na którą nie  zasłużyłem, którą usiłują na mnie  wykona  niesprawiedliwie.W nocy z  dnia 13 na 14 dzień mego pobytu więzieniu  widziałem sen-  siedziałem na  drzewie owocowym i tym drzewem trzęsłem z którego  sypały  się ogromne gruszki na  ziemię i  rozbijały  się na miazgę. Po obudzeniu  się ogarnął mnie ogromny lęk i  strach, sen ten był niedobrym. Kiedy  sprzątnęliśmy  sienniki, poszliśmy po chleb i kipiatok oraz  do klozetów to  dozorca  więzienny dał mnie  do  zrozumienia iż chce  ze mną mówić. Wówczas poprosiłem go by mnie   zaprowadził  do klozetu. W klozecie  dozorca  Stankiewicz mnie   zakomunikował, że  wczoraj kat Jakowlew będąc w więzieniu, powiedział mu, że mnie zastrzeli  w Iwanowskim Borze, bo już czas nadszedł ku temu. Ze  słów tych Jakowlewa on  zrozumiał, że odpowiedź  ze  Smoleńska nadeszła z pewnością niepomyślna i że  trzeba coś  zrobić przed  wyrokiem śmierci i to  dziś  koniecznie. Rozpaczliwie błagałem  go o ten ratunek. Wydostałem kopertę z pieniędzmi i dałem mu  wszystkie pieniądze pozostawiając   sobie tylko 200 rubli. Powiedział mi, że jeżeli udami  się uwolnić  z  wiezienia to i on także  zmuszony będzie uciekać   do rodzinnego miasta Mińska, jeszcze tego  samego wieczora. Umówiliśmy  się, że  wieczorem przed godzina 8 – mą  on zaglądnie judaszówką  do naszej  celi, wówczas już  po niejakim czasie muszę poprosić  się za  swoją potrzebą  do klozetu. Ja też i tak uczyniłem. Dzień był rokiem, byłem  strasznie podenerwowanym -  czekałem  wieczora jak  zbawienia. Towarzysze  więzienni  zapytywali mnie  co jest ze mną, dlaczego jestem taki przygnębiony i podenerwowany. Mówiłem im, że  czuję  się  chorym i że  źle jest ze mną. Radzili mnie  zakomunikować  o tym naczelnikowi  więzienia, by  sprowadził lekarza. Powiedziałem im, że zaczekam  do następnego  dnia. Po  wieczór udając, że jest mi zimno nałożyłem na  siebie fręcz i czapkę z   zamiarem by mieć te ubrania   na  sobie na  wypadek mojej ucieczki.Kiedy nadszedł upragniony  wieczór, kiedy zaglądał przez judaszówkę dozorca  Stankiewicz, to po niejakim  czasie poprosiłem  się  do klozetu.                                      


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (1) | dodaj komentarz

O kapusiu w celi i zabieraniu na rozstrzelanie.

piątek, 01 czerwca 2007 11:16

Co drugi  dzień pełnił  dyżur dozorca  więzienny Stankiewicz - zawsze w klozecie  dawał mnie chleb w  niedużej ilości, który ja natychmiast zjadałem, bowiem  byłem zawsze  głodny, przy tym nie mogłem ujawnić przed towarzyszami, że  Stankiewicz mi ten  chleb przynosi. Stankiewicz mnie uprzedził abym był ostrożny w  rozmowie z towarzyszami bo często miedzy nimi bywają  szpiedzy, specjalnie trzymani by donosić  i informować   o czym aresztowani  rozmawiają. Dzięki temu ostrzeżeniu byłem skryty i małomówny z mymi towarzyszami.Tryb  życia  w naszej  celi był jednakowy każdego  dnia. O godzinie 6 rano na  gwizdek musieliśmy  wszyscy wstać, sienniki z pod głowy  złożyć w kupę -  po czym je wynieść na korytarz po  wyjściu  dozorcy  więziennego. Po czym szliśmy  do kuchni i klozetów,  gdzie myliśmy  się i brali kipiatiok  do blaszanek, które były nam przydzielone. Po otrzymaniu małego kawałeczka placka  suszonego, który  zwany był  chlebem, powracali  do celi i spożywali śniadanie.Obiad był dawany o godzinie 12. Jeden z nas  szedł do  kuchni,  gdzie kucharz nalewał  drewnianą łyżką zupę z ogólnego kotła. Przyniesioną zupę  stawiano na  ziemi – dookoła niej  siadaliśmy i  drewnianymi łyżkami jedliśmy. Zupa  była  czarna,  składała  się ona  z wody z bardzo małą ilością zgniłej kartofli, buraków lub kaszy, zaprawiona głowami od śledzi. Była on gorzka i  wstrętna w  spożyciu. Jednak każdy z nas  starał  się łyżką łapać gęstwinę po wyłapaniu której niemal   wszyscy  wody czarnej już nie jedli. Wieczorem o godzinie 6 ponownie nam wydawano kipitok jak herbatę. Szliśmy po ten kipitok po to by  go spożywać i  aby przejść  się trochę i nogami poruszać, po siedzeniu i  staniu  całodziennym. Ponadto  w  celi opowiadaliśmy  sobie  wzajemnie różne przeżycia swoje, by czas  spędzić, który był  bardzo monotonny i  ciężkim  do przeżycia. Każdego  dnia każdy z nas czekał nocy by zasnąć i   zapomnieć   o  swoim ciężkim i  smutnym losie.Pewnego  dnia  do celi wprowadzono młodego człowieka, który miał z   sobą paczkę żywności i dość wesoło i beztrosko  zachowywał  się, opowiadał, że go  aresztowano bezpodstawnie i bez żadnej  winy. Osobnik ten od razu  zaczął nas wypytywać o nazwiska, za co jesteśmy osadzeni. Przez cały czas pobytu  w  wiezieniu przynoszono mu obiady  dość  obfite. Śniadania i kolacje miał także pożywne. Twierdził że otrzymuje od rodziców, którzy mieszkają w Newlu. Proponował nam, że jeżeli ktoś chce  z nas korespondować  z rodziną lub znajomymi to poprosi by mu przysłano papier i koperty do pisania, kiedy mu będzie obiad przynoszony. Niektórzy  skusili  się na to, między innymi i ja  także. Po otrzymaniu koperty i  papieru napisałem pismo do brata ciotecznego Konstantego Markiewicza mieszkającego w  Leningradzie, prosząc  go o ratunek. Pismem tym uczyniłem  mu  wielkie nieprzyjemności i przykrości bo nieoczekiwanie  w tym czasie przeprowadzono ścisłą rewizję w mieszkaniu i  aresztowano na pewien  czas. W czasie  dochodzenia  wypytywano  go o mnie – jakie ma  ze mną  stosunki i czy ja byłem u niego w Leningradzie lub piszę  do niego. O tym  wypadku  dowiedziałem  się  w późniejszym  czasie oraz że on ode mnie nie otrzymał listu pisanego z  więzienia. Jednego  dnia nieoczekiwanie zabrano nas wszystkich z celi na korytarz, przeprowadzono ścisłą rewizję, za wyjątkiem nowego osobnika, który  został  w celi. Ja przestraszyłem  się, że  u mnie   znajdą w kopercie w kalesonach ruble, przeto starałem  się być ostatnim w  szeregu  stojących. Kopertę z rublami osunąłem w  sam dół kaleson, co mnie uratowało, bo dokonawszy u mnie rewizji, rękoma przejechał po kalesonach tylko nieco  wyżej kolan – do koperty nie dosięgnął. Kiedy powróciliśmy do celi, to niektórzy stwierdzili, że zginęły im pisma napisane, niektórym pisma tylko rozpoczęte. Podejrzenie padło na osobnika nowo przyjętego, że to on  zabrał, do czego jednak nie przyznawał  się. Zajęliśmy  wobec niego postawę nieprzychylną i  ostrożną, co  dawało mu  do  zrozumienia, że my będziemy ostrożni przed jego  szpiegowaniem, co  czynił i  w tym celu  został  do  wiezienia  przysłany. Tego  samego  dnia  wieczorem naszego  szpiega od  nas zabrali, byliśmy bardzo zadowoleni.Następnego dnia wieczorem o godzinie 8–ej, posłyszeliśmy terkot samochodów  zbliżających  się do  więzienia. Wśród  moich towarzyszy powstał popłoch,  zaniepokojenie – wszyscy  powstali i  stojąc wytężali  słuch, patrząc na judaszówkę we drzwiach. Zapytałem jednego dlaczego tak się  zachowują – odpowiedział mnie, że na pewno przyjechali zabrać  któregoś z nas na  rozstrzelanie. Od razu na mojej głowie  włosy powstały - pot  zimny  wystąpił na  czole - począłem chować  się  za drugimi, inni też to  czynili – kroki w korytarzu dały się słyszeć -  drzwi do celi otwarły  się.Na korytarzu  stał naczelnik więzienia i kilku z karabinami Czerwono – Gwardzistów. Naczelnik otworzył kopertę,  wyjął z niej arkusz papieru i odczytał nazwisko jednego towarzysza z naszej celi, poczym ten papier dał katowi Jakowlewowi do podpisania. Po podpisaniu papieru Jakowlew wziął za rękę skazanego i  wyprowadził z celi na korytarz. Drzwi celi  dozorca niezwłocznie  zamknął. Usłyszeliśmy tylko oddalające  się kroki, poczym  stopniowo  zaczęliśmy  się uspakajać i osiągać  normalizację.  Niektórzy zaczęli w języku  rosyjskim dziękować   Bogu, że jeszcze będą żyć  do jutra, a może i dłużej. Zostało w celi nas tylko sześciu, między którymi było dwóch braci właścicieli dużego majątku ziemskiego, których oskarżono jako kontrrewolucjonistów. Dalej  siedział dziaczek (prawosławny ksiądz), fotograf - żyd i jeden komisarz Czerwonogwardzista oraz ja  szósty. Niektórzy byli już  skazani przez Czerozwyczajkę na karę  śmierci, między innymi ja także. Według opowiadania towarzyszy w  naszej  celi, to byli oni ukarani lub osadzeni za przestępstwa przeważnie kontrrewolucyjne jak bracia właściciele  ziemscy. Komisarz był żonatym, miał rocznego  synka,  aresztowano  go i wsadzono na  skutek denucjacji jego kolegi  z  wojska jak on opowiadał. Był on z tym kolegą  w jednej  wsi na kwaterze. Gospodarz  domu, w którym byli oni  zakwaterowani miał młodą  ładna  córkę, której on i kolega zaczęli  asystować. Powodzenie  większe on miał od swego kolegi i przez to kolega napisał list w jego imieniu do organizacji………………………….., żeby organizacja go przyjęła  w  swoje  szeregi. Organizacja ta odpisała, że  chętnie go przyjmie w swoje  szeregi. Po czy ten list włożył  do jego  szynela kieszeni. Po  dokonaniu tego  zameldował  władzom jednostki  wojskowej, w której oni byli, że on prowadzi korespondencję z tą organizacją. Na  skutek tego meldunku dokonano u niego  rewizji, w kieszeni  znaleziono  pismo. Towarzysz jego w  sposób kłamliwy  go  oskarżał o kontakt z tą organizacją. Czynił to aby pozbyć go  się jako konkurenta przed  dziewczyną w której obaj kochali  się. Czy to była prawda, nie mogliśmy  wiedzieć w  każdym  razie następnego wieczora, zabrano go tak samo przez Jakowlewa na  rozstrzelanie. Po ogłoszeniu  nazwiska komisarza przez Naczelnika wiezienia – Komisarz ten począł krzyczeć: „Żyć  chcę- mameńka  moja daragaja - Koleńka -  synok miłyj – praszczajcie mai daragie i miłyje" - począł palce łamać,  włosy z głowy  wyrywać - był to okropny  widok dla nas przerażający. Po zamknięciu  drzwi celi, przez pewien czas  słyszałem oddalający  się głos rozpaczy. Przez dłuższy czas  siedzieliśmy przygnębieni i na wpół  żywi.           


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Zdjęcia w galeriach.


piątek, 20 października 2017

Licznik odwiedzin:  72 257  

Kalendarz

« czerwiec »
pn wt śr cz pt sb nd
    010203
04050607080910
11121314151617
18192021222324
252627282930 

O mnie

O moim bloogu

Życie i walka na kresach Rzeczpospolitej.

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:


http://blogroku.pl/_d/zestaw4/zestaw4_19.jpg Zagłosuj na mnie w konkursie Wiadomości24.pl!@import url("http://www.moikrewni

Więcej w serwisach WP

Pytamy.pl

Pytamy.pl