Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 240 075 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Zdjęcia w galeriach.


Nadzieja ratunku i spotkanie z katem.

środa, 30 maja 2007 14:27

O godzinie 6 rano nas obudzono. Dozorcą nocnym nadal był Stankiewicz, zabrał on z naszej celi  dwa  sienniki z przetartą  słomą, które  służyły nam za poduszki pod  głowę. Poczym wydał nam chleb, kipiatok  do śniadania. Kiedy po śniadaniu  siedzieliśmy w kupie na  ziemi i rozmawialiśmy raptem otwarły  się  drzwi i  do celi weszło 3 osobników w  towarzystwie dozorcy Stankiewicza. Kazano nam powstać. Jeden osobnik oświadczył nam, że  to Komisja Sledcza i że  ona przybyła do naszej celi  celem  zbadania naszego przestępstwa i przedłożenia nas do ułaskawienia z  okazji obchodów rocznicy  pabiedy bolszewickiej. Osobnik ten z twarzy przypominał mnie osobę  dobrze znaną lecz nazwiska jego przypomnieć sobie nie mogłem. Kolejno  zaczęto nas  wypytywać zapytując o  nazwiska i za co jesteśmy obwinieni. Kiedy kolejka przyszła na  mnie, wtedy podałem  swoje nazwisko, badający począł uważnie  mnie przypatrywać  się, a potem   zapytał mnie czy ja  jestem z  Wilna. Odpowiedziałem, że rzeczywiście jestem z  Wilna. Wówczas on zapytał czy jego poznaję? Dodając, że on mnie poznał i że jest on Nowikow, któremu ja w roku 1911 pomogłem  wydostać sądownie z Orłowsko Wileńskiego Związku Giełdowego 500 rubli. Wówczas ja  go  sobie przypomniałem. Na jego pytanie, odpowiedziałem za co jestem  aresztowany i jakie miałem badania. Kiedy mu to powiedziałem oświadczył, że zbada dokładnie moją  sprawę i mnie powiadomi przez obecnego  więziennego  dozorcę. Przy tym płaczącego mnie pocieszył żebym był  dobrej myśli. Wychodząc podał mi rękę na pożegnanie i mocno ją uścisnął. Po wyjściu Komisji Śledczej z celi, aresztowani otoczyli mnie i poczęli gratulować  mego szczęścia i twierdzili, że przewodniczącym tej Komisji Śledczej  na pewno jest Nowikow, mój znajomy i że on z pewnością będzie mnie ratował. Następnego  dnia wezwał mnie z celi dozorca Stankiewicz i oświadczył, że Przewodniczący Komisji Śledczej Nowikow był dnia  wczorajszego po  wyjściu z  wiezienia w  Urzędzie Czerezwyczajki i  zbadał moja  sprawę. Według  wyroku tej Czerezwyczajki jestem  skazany na rozstrzelanie. Jednak  wykonanie tego wyroku, na  jego żądanie odroczono do czasu ponownego rozpatrzenia mojej  sprawy przez Sąd Rewolucyjny Wojskowy w  Smoleńsku, bowiem Czerezwyczajka nie miała prawa mnie sadzić jako oskarżonego w organizowaniu oddziałów   wojskowych, które to przestępstwa podlegają kompetencji Sądowi Rewolucyjnemu Wojskowemu do którego to  sądu moja  sprawa zostanie przekazana. Z tej  wiadomości ogromnie  się ucieszyłem, wstąpiła  we mnie otucha i przebłysk nadziei uratowania  się od  śmierci.Poprosiłem dozorcę Stankiewicza żeby on był nadal moim opiekunem i obmyślił  sposób mego ratunku na  wypadek  gdy Sąd  Rewolucyjny Wojskowy w  Smoleńsku nie odmieni  wyroku Czerezwyczajki. Obiecał, że uczyni  wszystko  co będzie mógł i że  będzie mnie informował o mojej  sprawie co będzie mu  wiadomo. Po powrocie  do celi, opowiedziałem  towarzyszom  swoim o tym, że na żądanie  Przewodniczącego Komisji Śledczej wyrok Czerezwyczajki   wstrzymano i że  sprawa moja ma być przekazana Rewolucyjnemu Sądowi Wojskowemu w Smoleńsku. Wszyscy  ucieszyli  się z tej  wiadomości. Jednak nie  wszyscy byli jednolitego  zdania co  do  zmiany  wyroku Czerezwyczajki. Niektórzy twierdzili, że  wyrok będzie   zatwierdzony, inni że wprost mogę  być  zwolniony. W południe tego  dnia przyszedł  do naszej celi wysoki, barczysty mężczyzna o zaroście ryżym, za pasem miał zatknięte dwa nagany. Zapytał, który z  was jest Rożnowski? Oświadczyłem, że ja jestem. Podszedł do mnie,  wyjął jeden nagan z  zapasa, przyłożył mi  do głowy o oświadczył, że ja ,mu nie „ujdu” od jego ręki i że on mnie „ukakoszyt”   w borze Iwanowskim. Innym towarzyszom to  samo oświadczył. Po wyjściu tego osobnika, oświadczono mi, że jest to kat Jakowlew przy Czerezwyczajce w Newelu i że on wykonuje wyroki śmierci w  tejże Czerezwyczajce – strzelając  w tył  głowy w lesie zwanym Iwanowskim Borem nad  wykopanym dołem  dla  skazańców. Przy tym mówiono, że ten Jakowlew był katorżnikiem do rewolucji, skąd  został przez bolszewików  zwolniony i że obecnie pełni funkcję kata. Jak  sam ten Jakowlew twierdził to  wymordował  całą  swoja rodzinę, rodziców, żonę   dzieci, braci,  siostry za co go  skazano na  dożywotnią  katorgę. W czasie mojego pobytu  w celi, to jeszcze kilka razy  przychodził tenże  Jakowlew i  zawsze groził nam, że wymorduje  nas w Borze Iwanowskim, wyjmując nagany z zapasa i przykładając nam  do głowy lub pod nos. Była to cela  z której aresztowani przeważnie byli   zabierani na  rozstrzelanie w  Borze Iwanowskim, gdzie  wyroki śmieci  wykonywał Jakowlew o ile nie był obłożnie pijanym, wówczas skazani rozstrzeliwani byli przez Czerwonogwardzistów.         


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Ostatnie przesłuchanie.

wtorek, 29 maja 2007 23:19

Po zjedzeniu śniadania zabrano  mnie i odprowadzono  do Urzędu Badań, gdzie przez dłuższy  czas siedziałem w oczekiwaniu na rozpoczęcie mego badania. W tym czasie  do pokoju badań przyszedł mój były konwojent Łotysz, popatrzył na mnie  złowrogo  coś   sobie pod nosem  szepcąc. Kiedy  wezwano mnie  do badania  to przy  stole siedziało 5 osób,  w tym 2  wojskowych, którzy mnie   przedtem  badali i 3 osoby  cywilne o wyglądzie semickim. Badanie rozpoczęli poprzedni dwaj  wojskowi, cywile  się przysłuchiwali i od  czasu  do  czasu  coś  do  siebie po cichu mówili.  W czasie badania wypytywano  mnie o organizacjach  wojskowych polskich jakie powstały w Wilnie i o siłach tj. liczebności. Odpowiadałem, że mi nie jest  wiadomo o jakiejkolwiek organizacji. Wypytywano mnie ponownie o  osobach ujętych w moich notatkach zabranych ode mnie do tysiąca osób zwerbowanych przeze mnie  do  Samoobrony Wileńskiej. Wobec tego, że w  dalszym twierdziłem, że to moi dłużnicy,  cywile poczęli  się śmiać ironicznie. Grozili mi, że jeżeli nie powiem prawdy to źle będzie  ze  mną, że  rewolucja  niszczy takich kontrrewolucjonistów, że ja jako organizator Białej Gwardii będę surowo ukarany. Proponowano mnie uwolnienie żebym wydał nazwiska przełożonych mojej organizacji oraz miejsce pobytu tej organizacji. Pod koniec wezwano mego konwojenta Łotysza i badano go   w sprawie proponowanej mu przeze mnie łapówki 1000 rubli. Oczywiście twierdził  jak było, ja  zaś kategorycznie temu   zaprzeczałem. Jednak mnie  już nie  wierzono i   zmuszano bym przysięgnął, że  to prawda, czego nie uczyniłem. Po czym  wypytywano  mnie kogo znam z mieszkających w Rosji i czy u nich bywam i jak często. Odpowiedziałem, że w Rosji nikogo nie znam i u nikogo nie bywam. Po  skończeniu badania   wyprowadzono mnie w towarzystwie Łotysza  do gmachu oszklonego i tam pobrano odciski palców u obu rąk. Po czym  wyprowadzono na podwórze przed ganek i tam kazano patrzeć   w cztery  strony świata, obracając   się spostrzegłem że mnie fotografowano. Wprowadzono  mnie ponownie do kancelarii badań i tam pozostawiono  w towarzystwie jednego byłego  cywila. Cywil ten począł ze mną prowadzić rozmowę  wypytując  o moją rodzinę i różne  sprawy. Wyjawił, że  żal mu mnie  i że on mógłby mnie uwolnić, gdybym mu udzielił informacji o jakichkolwiek osobach lub organizacjach wojskowych. Zbyłem go milczeniem, czułem  się bardzo  przygnębiony i  osłabiony. Na powyżej opisany  sposób, badanie całkowicie  zostało  zakończone. W  więzieniu osadzono mnie w  nowej celi  w której było 7 osób. Byli to osobnicy pod  zarzutem  większego przestępstwa i już po  skończonych badaniach i dochodzeniach. Wieczorem, na moje  szczęście był dozorca Stankiewicz, który   w klozecie dał mi kawałek  chleba, który tam  spożyłem. Potem  Stankiewicz zakomunikował mnie, że w tej celi,  w której obecnie jestem umieszczony przeważnie    aresztowani wywożeni na  rozstrzelanie w godzinach  wieczornych. Informacja ta była  dla mnie niemal  wyrokiem  śmierci. Zacząłem rozpaczać, Stankiewicz zaś mnie pocieszał. W tej celi, siedzący tam ludzie byli więcej inteligentnymi o  wyglądzie przyzwoitym. Poczęli mnie wypytywać  w  co  się  wplątałem, za  co jestem oskarżony, kto mnie badał. Kiedy opowiedziałem im powód  mojego aresztowania i odbytego badania  wówczas mnie oświadczyli, że  w ostatnim  dniu badania to był  skład Czerezwyczajki, która  wniesie  wyrok na  mnie i mego  oskarżenia. Przedtem nadmienili, że Czerezwyczajka  przeważnie wnosi  wyroki śmieci. Informacje te były dla mnie już  wyrokiem  śmierci. Począłem ponownie ręce załamywać, rozpaczać. Aresztowani  w tej celi  zaczęli mnie uspokajać mówiąc, że  jest  w tym czasie obchodzona  rocznica „Oktiabrskoj Pabiedy”  przez bolszewików i  z tej racji ma  być ogłoszona  amnestia  dla przestępców politycznych, więc może  i mnie ta amnestia  obejmie. Informacja ta mnie mocno  wspomogła i dała możność usnąć. Spałem całą  noc na gołej podłodze.             


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Przesłuchania i dalej w areszcie.

wtorek, 29 maja 2007 10:02

Kiedy drugi raz zostałem doprowadzony do urzędu czerezwyczajki, to począłem być badanym przez tych  samych urzędników. Zapytano mnie po co ja   werbowałem młodzież i  wysyłałem do Wilna oraz po co  skupywałem broń. Tłumaczenie moje urzędnicy badający wyjaśniali, że jest niezgodne z prawdą, gdyż  świadkowie naoczni, którzy mnie zatrzymali twierdzą, że ja faktycznie werbowałem do białej gwardii i dla tej gwardii także kupowałem broń. Ponadto oświadczono mi, że usiłowałem uciec przy pomocy łapówki 1000 rubli proponowanej konwojentowi. Kategorycznie temu zaprzeczyłem, jako nieprawdzie, twierdząc, że żadnych pieniędzy nie posiadałem podczas podróży  z Połocka do Newla. Zawezwano  wówczas konwojenta Łotysza, który  wszedł z innego pokoju i na zapytanie faktycznie potwierdził, iż ja mu proponowałem łapówkę 1000 rubli Kiereńskich. W odpowiedzi mu ostro powiedziałem, że jest to kłamstwo, gdyż  nie mogłem mu tej łapówki proponować kiedy takich pieniędzy nie posiadałem. Miałem tylko  carskie ruble, które u mnie  zatrzymano  w ilości 423 rubli i że część ich jest obecnie u naczelnika więzienia. Takie oświadczenie badający przyjęli do  wiadomości, iż ja faktycznie nie posiadałem 1000 rubli, przeto nie mogłem nimi operować. Konwojent Łotysz ze  złością twierdził, że ja mu proponowałem tą łapówkę. Nie wiem czy mu uwierzono, w każdym razie on już był obecny przy badaniu  moim do końca  sprawy.Po odprowadzeniu mnie  do  więzienia w kancelarii  naczelnika poprosiłem o  wydanie mnie części  chleba i pieniędzy do 100 rubli. Naczelnik pozwolił  chleba  zabrać  połowę. Wówczas ja  chleb przełamałem, połowę  z pieniędzmi zabrałem. Jedząc chleb pieniądze schowałem do kieszeni, a później do kalesony, tak jak poprzednio. Wydania 100 rubli naczelnik odmówił.Po  wejściu  do  celi chleb oddałem  więźniom, którzy natychmiast po kawałeczku podzielili między  sobą. Byli niezadowoleni iż pieniędzy naczelnik nie  wydał, aczkolwiek wiedzieli, że ja o takowe prosiłem. Tego samego dnia był dozorca, który mnie przyjął do celi więziennej. Pod  wieczór ja poprosiłem się do klozetu  więziennego pod pozorem, by nie   smrodzić w celi. Kiedy byłem już   w klozecie, to  pewny będąc o  dozorcę, kopertę z kieszeni  dostałem z której wybrałem 200 rubli i dałem  dla dozorcy. Niechciał on na początku brać, mówiąc, że mnie będzie potrzebne, ale na usilną moją prośbę przyjął. Obiecał z tych pieniędzy kupować chleb i mi go dawać, nieoficjalnie podczas  swego dyżuru, co tak i czynił. Z późniejszych rozmów prowadzonych  z tym dozorcą, dowiedziałem się, że on ma  nazwisko Stankiewicz, jest polakiem i pochodzi z Mińska, że do  więzienia  dostał  się na  dozorcę czasowo, ale obecnie go nie zwalniają on przymusowo obecnie jest  dozorcą. Z rozmowy tej  bardzo ucieszyłem  się, gdyż poczułem, że ten  dozorca pan Stankiewicz jest przyjazny  do mnie i że mogę na niego liczyć  w mojej potrzebie.Po zjedzeniu chleba usiadłem w kącie celi i począłem rozważać nad uczynioną mi w czasie przesłuchania propozycją przyznania  się do prawdy. Walczyłem z sobą, czy dalej bronić  się zeznaniem kłamliwym. Przez dłuższy czas nie mogłem  wybrać  systemu swojej obrony. Przyznać  się do prawdy to równało  się  wybraniem  sobie  wyroku śmierci. Bronić się systemem kłamliwym też nie  dawało nadziei na uratowanie  się. Faktem było, iż werbowałem młodzież, kupowałem broń i odsyłałem  do Wilna  do  szeregów tworzącej  się Samoobrony Wileńskiej Polskiej Formacji  Wojskowej. Zastanawiałem  się tylko nad tym czy Samoobrona Wileńska również będzie traktowana przez władze bolszewickie za organizację  wojskową i podlegająca  do unieczystwienia  tj. rozbrojenia, tak jak bolszewicy postępują  do formacji polskich, powstających na terytorium Rosji, gdzie małe oddziały polskie  są napadane i rozbrajane, a które to formacje powstały jeszcze za czasów Tymczasowego  Rządu Kowieńskiego. Wszak Zjazd Delegatów Robotniczo- Chłopskich ogłosił istnienie  wolnej niepodległej Polski bez  zastrzeżeń ustroju  społecznego tej Polski. W takim razie  dlaczego  bolszewicy rozbrajają polskie formacje   wojskowe, które dążą do powrotu tej  wolnej Polski?Dumanie i  rozważnie moje zostały przerwane przez wprowadzenie  do  celi 4 młodych ludzi z workami na  plecach. Natychmiast oni  zostali otoczeni przez aresztowanych, którzy poczęli domagać  się złożenia  wykupnego. Młodzi chłopcy  śmiejąc się i szydząc z aresztowanych żądania odrzucili i  sobie po bohatersku usiedli na narach, zdejmując worki  z pleców i ukrywając takowe za  swoimi placami. Aresztowani poczęli ich  wypytywać o powód  aresztowania. W odpowiedzi przybysze  wyjaśnili, że oni są zatrzymani bezpodstawnie, że nie popełnili żadnego przestępstwa by być   aresztowanymi. Aresztowano ich za to, że  z innej  wsi młodzi  chłopcy kłamliwie ich oskarżyli, iż oni na  zabawie  tanecznej urządzanej  w lesie zachowali  się nieprzychylnie  do bolszewików. Uczynili to  z powodu, że nie przyjęto ich na tą zabawę.  W trakcie tej rozmowy jeden młody  człowiek  ze  starych  aresztowanych  w celi zaczął tańczyć  przysiaduszki „kamaryńskawa” po celi  i śpiewać. Ten taniec i przyśpiewki ubawiły niemało świeżo przybyłych aresztowanych, którzy poprosili tancerza by dalej kontynuował taniec i przyśpiewki,  A ten chętnie dalej tańczył i śpiewał. W trakcie tego tańca jeden z nowo aresztowanych począł krzyczeć, że ktoś zabrał jego  worek, po tym drugi, trzeci, czwarty. Wszyscy orzekli, że im zabrano ich  worki, które były za plecami na pryczach. Rozpoczęto poszukiwanie  skradzionych  worków  w celi. Nie dało ono rezultatów. W celi   trakcie tańca nikt nie   wychodził i nic  nie  wynosił. Wezwany dozorca, był to dozorca Stankiewicz, który mnie przyjmował, oznajmił, że on nic nie może uczynić skoro poszkodowani nie umieli  chronić  swoich przedmiotów.Starzy aresztowani poczęli zapewniać, że żadnych wartości nie brali i takowych nawet worków nie  widzieli. A chwat koncertu tanecznego ponownie rozpoczął taniec i przyśpiewki. Na powyższym koncercie śledztwo i poszukiwanie  worków z żywnością nadal trwało, a  co się  działo  dalej nie  wiem bo następnego  dnia mnie umieszczono już w innej  celi. Noc przespałem bez podjęcia  sposobu dalszej obrony. 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

W celi.

sobota, 26 maja 2007 23:12

Kiedy mnie odprowadzono do więzienia to wpuszczono do ogólnej celi, gdzie natychmiast zostałem otoczony więźniami, którzy natarczywie zaczęli domagać się ode mnie dokonania „wkupnoj”. Nie wiedziałem co to oznacza. Wytłumaczono mnie i powiedziano, że mam do podziału między nimi: bochenek chleba, carskie pieniądze i zegarek, które to przedmioty mam zabrać od naczelnika więzienia i im doręczyć. Oponowałem przeciwko temu tłumacząc się, że sam muszę mieć żywność, bo nie wiem jak długo będę przebywać w więzieniu. Oświadczono mnie, że ja także będę brał udział w kupnych od nowych więźniów i że zapasy moje są zbędne. Jednak nie godziłem się na dzielenie swojej żywności i posiadanych przedmiotów. Wobec tego oświadczono mi, że będę spał na podłodze obok kubła znajdującego się przy drzwiach, do którego aresztowani załatwiają się przez całą dobę. Oczywiście, że mnie nie pozwolono w innym miejscu położyć się spać, przeto zmuszony byłem przy tym kuble nocować i dławić się smrodem. By uniknąć takiej męczarni, zdecydowałem się na wydanie tym więźniom część mego chleba. Wówczas pozwolono mi zająć inne miejsce, dalej od kubła śmierdzącego straszliwym powonieniem. Po czym poczęli mnie wypytywać za co jestem osadzony w wiezieniu, skąd pochodzę itp. Atmosfera w tym towarzystwie była bardzo przykra i ciężka. Jak sami chwalili się to z nich niektórzy byli karani katorgą za zabójstwa rodziców lub swoich żon, albo innych osób. Byli tam tacy co byli zesłani na ciężkie roboty na okres bezterminowy, gdzie przebywali do rewolucji w 1917 roku. Karani byli za rozboje, kradzieże itp. Obecnie także siedzą za popełnione ponowne różne przestępstwa. Wszyscy oni byli podobni do zbójów i aresztantów. W stosunku do mnie niektórzy byli łagodniejsi inni odwrotnie szydzili i drwili, iż jestem synem burżuja pamieszczyka i że powinienem siedzieć przy kiblu dopóki nie wniosę wkupnego. Do celi wprowadzono nowego aresztowanego z workiem na plecach. Niezwłocznie wszyscy więźniowie go obstąpili i poczęli domagać się wniesienia wkupnego. Aresztowany był Żydem i dość energicznie bronił się przed wydaniem żądanego wkupu. Kiedy ostatecznie odmówił, to go wówczas przyciągnęli do kubła i tam posadzono. Nowo aresztowany twierdził, że został aresztowany na granicy pod zarzutem dokonywania zdjęć fotograficznych, a to z tego powodu, że miał fotograficzny aparat, gdyż on jest z zawodu fotografem. Po pewnym czasie on położył się przy kuble na podłodze, worek posiadany położył pod głowę i usnął. Spał niedługo, gdyż raptownie zerwał się i począł krzyczeć gdzie jest jego worek i kto go zabrał? Oczywiście worka przy nim nie było. Krzyczał i domagał się by mu worek zwrócono ze znajdującymi się tam przedmiotami i pieniędzmi jakie w nim były. Na skutek tego krzyku wszedł do celi dozorca więzienny do którego aresztowany rzucił się i począł domagać się aby dozorca kazał zwrócić mu zabrany worek. Dozorca uśmiechnięty na twarzy, począł wypytywać zaaresztowanych czy faktycznie on posiadał worek? Aresztowani wszyscy poczęli twierdzić, że on nie posiadał żadnego worka, a jeden szepnął mi do ucha bym ja także mówił to samo, bo inaczej mnie pobiją. Usunąłem się w kąt celi i milczałem. Dozorca kazał poszkodowanemu szukać swego worka, a sam od niechcenia, także zaglądał w różne kąty celi. Aresztowany Żydek na próżno lamentując szukał swojego worka. Jakie były przedmioty wewnątrz nie chciał mówić. Pomimo dłuższego czasu poszukiwania worka nie odnalazł. Wówczas Żydek usiadł przy kuble i gorzko począł płakać i narzekać na złodziei jego worka. Więźniowie odwrotnie śmieli się i szydzili z niego twierdząc, ze trzeba było dobrowolnie wnieść okup. Worek ten oczywiście więźniowie wyciągnęli Żydkowi spod głowy i tak go schowali, że go nie można było odnaleźć. Widocznie, że więźniowie dzielili się łupem z dozorcą. Faktem było to, że dozorcy dzielili się łupem z więźniami, że oni informowali tychże więźniów, co nowi aresztowani posiadają u naczelnika więzienia, by po otrzymaniu tych przedmów w postaci wkupu, potem podzielić się między sobą.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Więzienie w Newlu.

piątek, 25 maja 2007 14:56

Historia moja, w dalszym  ciągu potoczyła  się tragicznie, bo kiedy mnie posadzono na  dworcu do wagonu 3 -  ciej klasy tylko jednego i postawiono u  wejściu do wagonów po kilku  uzbrojonych kraso – gwardzistów, to  wówczas do mnie podszedł  starszy konwojent i oświadczył, żebym ja nie usiłował uciekać, bo mnie nic nie grozi, gdyż po  przywiezieniu  do Newla mnie tam z pewnością  zwolnią.   Konwojent ten był uprzejmy  do mnie, rozmawiał  ze mną  łagodnie. Okazał  się on rodem Łotyszem i był  w pułku łotewskim. Należy  się nadmienić, że pułk łotewski był najwierniejszy podówczas dla  władzy bolszewickiej. Pułkiem tym posługiwano  się w tłumieniu różnych rozruchów, powstających przeciwko władzy bolszewickiej. Uprzejmość konwojenta , pozwoliła mnie mu zaproponować gościńca 1000 rubli Kiereńskich za zwolnienie mnie. Jednak nie zgodził się na moja propozycję, tłumacząc nadal żebym ja był  spokojny, bowiem mnie nic nie grozi.Pociąg przybył na  stację Newel w nocy. Kiedy mnie wyprowadzono z  wagonu, niezwłocznie  zostałem otoczony czerwono – gwardzistami i odprowadzony  do dużego gmachu, pełnego czerwono – gwardzistów i innych urzędników.   Posadzono  mnie w jednym  dużym pokoju u  drzwi  wejściowych  do innego pokoju do którego  wszedł łotysz konwojent. Drzwi tego pokoju były niedomknięte, przeto było słychać prowadzona tam rozmowę. Łotysz konwojent powiedział :”prywiozł wam ważnoju ptycu, smotryte jewo cztob on wam nie udrał, potom uczto on mnie predłohał 1000 rubli  wziatki,  a ja jeho nie pustił”. Po czym drzwi przymknięto, a po pewnym czasie  wyszło z tamtego pokoju dwóch starszych  wojskowych, w ubraniu husarskim, takim  samym jakie mieli na  sobie wojskowi w  Połocku w  Punkcie Kontrolnym. Towarzyszył im konwojent Łotysz. Kazali mnie  wstać. Obejrzeli dookoła i odeszli.Niezadługo wyszedł z stamtąd konwojent, otoczył mnie krasno - gwardzistami  i odprowadził do więzienia. Więzienie było drewniane, otoczone wysokim ogrodzeniem. W wiezieniu naczelnika więzienia nie było, specjalnie go  sprowadzono do odebrania  mnie. Naczelnikowi,  łącznie ze  mną oddane  zostały moje pieniądze, zegarek, także naczelnik zabrał mój bochenek  chleba. Po czym odprowadzono mnie  do celi więziennej.Kiedy klucznik otworzył celę z  łoskotem zamku i kluczy i  wprowadził  do  wnętrza celi raptownie mnie opanował strach, dusza niemal zamarła, począłem głośno płakać i  wspominać po polsku synów i żonę. Wówczas klucznik  więzienny począł mnie po polsku pocieszać  i uspakajać. Jednocześnie   zapytał za co jestem aresztowany. Opowiedziałem mu pokrótce przebieg mojej akcji  werbunkowej. Po czym on mnie powiedział, że mnie  skierowała  do  więzienia „Czerezwyczajka” i że z pewnością przez nią będę  sądzony. Kiedy odszedł klucznik ja poczęłam modlić się, jednocześnie usiłowałem opanować  swoje  myśli  do ułożenia planu obrony. Byłem jednocześnie  strasznie  zmęczonym i nie  zdolny do skojarzenia jakiejkolwiek myśli,  w tym  stanie   zasnąłem.Obudzony  zostałem o godzinie 6 rano, łącznie z wszystkimi  więźniami, przez tego samego klucznika, po czym zostałem  zaprowadzony  do klozetu, gdzie umyłem  się. Po powrocie do celi  dostałem kubek wrzątku czystego i kawałeczek chleba owsianego na  śniadanie.Po śniadaniu począłem myśli skupiać do, swojej obrony. Nie mogłem  wymyślić jakiejkolwiek obrony dla siebie, poza organizacją młodzieży do Samoobrony Wileńskiej. Przeto postanowiłem bronić się, że przystąpiłem do Samoobrony Wileńskiej dlatego tyko, iż ona jest tylko początkiem  armii polskiej i że jej obowiązkiem jest zajęcie  Wilna po Niemcach przed Litwinami, którzy także  maja zamiar zajęcia  Wilna oraz że nigdy nie było zamiarem Samoobrony walczyć z  władza bolszewicką.O godzinie 12 – tej zabrano mnie  do Urzędu Czerezwyczajki, gdzie  sami starsi wojskowi mnie poczęli badać, którzy  wczoraj mnie przyjęli od konwojenta Łotysza. Po  spisaniu generalii poczęli szczegółowo badać o  rozmieszczeniu wojska niemieckiego w Wilnie i ilości takowego oraz o urzędach znajdujących  się w Wilnie. Opowiadałem tak jak było mi  wiadome. Słyszałem jednak jak mówili między  sobą, że ja mówiłem w niektórych  wypadkach prawdę. Badanie pierwszego  dnia odbywało  się w  sprawach  wojskowych tak i  cywilnych oraz o nastrojach ludności.  


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Zdrada i aresztowanie.

czwartek, 24 maja 2007 22:16

 Na drugi dzień po przyjeździe udałem  się  do wsi Przedoły skąd  młodzież mnie poprzednio prosiła bym przybył  do nich i nakłonił  rodziców na zgodę do  zaciągnięcia  się  do Samoobrony Wileńskiej. Rodzice przed obawą bolszewików nadchodzących by ci nie mścili się na nich niechętnie pozwalali swoim synom do  wstępowania do Samoobrony. Zapisało się tylko 8 młodzieńców, którzy mieli  wyruszyć do Wilna, łącznie z innymi  zwerbowanymi i razem ze mną, bowiem zamierzałem akcję przerwać, bo tereny leżące przy Miedzwiedziowie objęte były pasem neutralnym. Niemcy odstąpili,  bolszewicy lada dzień mogli przybyć.Kiedy powróciłem ze wsi Przedoły do Miedzwiedziowa  zastałem dwóch braci Pietrowskich z folwarku Grazi, którzy usiłowali prosić  bym udał  się razem z nimi do rodziców i  skłonił ich matkę by ona im  zezwoliła na  wstąpienie  do Samoobrony.Było już pod  wieczór, nie bardzo chciałem do nich jechać przeczuwając jakąś obawę, jednak na usilne prośby młodzieńców pojechałem.Pietrowski był dobrym sąsiadem teścia Miesojeda, folwark ich był od Miedzwiedzowa o 5 km. Byli oni między  sobą zaprzyjaźnieni, to też mnie przyjęto bardzo życzliwie i uprzejmie. Kolacja była obfita i zakrapiana wódeczką. Pan Pietrowski chętnie  wyraził zgodę na  wstąpienie  synów do Samoobrony mówiąc, że lepiej nich służą w  wojsku polskim niż mieli by być  w krasnej gwardii bolszewickiej. Natomiast matka płakała i twierdziła, że już  synów  swoich  więcej nie  zobaczy, jeżeli oni  wyjadą z  domu. W ostateczności pożegnała ich krzyżem i rzekła  „ czyńcie jak  chcecie”, dało to możność synom już  spełnić   swoje  życzenie. Umówiliśmy się, że jutro oni oraz z Przedołów zapisani młodzieńcy będą  wezwani do Miedzwiedziowa, skąd  niezwłocznie  wyjedziemy do  Wilna.  Kiedy  usiłowałem pożegnać się i odjechać do Miedzwiedziowa pan Pietrowski począł usilnie mnie nakłaniać bym u nich  zanocował, motywując to tym, że jest późny  wieczór i  ciemny i że po  drodze może  nastąpić niepożądany  wypadek kiedy jest taki czas niespokojny, dodając, że jutro ze świtem mogę odjechał. Zgodziłem  się przenocować i kiedy  szykowaliśmy  się  do  snu, raptownie poczęto łomotać  w drzwi i okna, jednocześnie powstał krzyk „atwierjcie  dwiery”, poczęto kołami walić do  drzwi, usiłując  takowe  wyważyć  i  wedrzeć    się  do  wnętrza. Pan Pietrowski i  synowie wyciągnęli nagany z zamiarem bronić się. Natomiast ja byłem przeciwny bronić się i potrafiłem skłonić Pietrowskiego do  skapitulowania, bo napastnicy mogli nas  żywcem  spalić. Z okrzyków i  walenia  w drzwi i okna można było  sądzić, że napastników było  sporo. Kiedy drzwi otwarto, wówczas  wpadło do mieszkania do 10 chłopów uzbrojonych w karabiny. Miedzy nimi było dwóch ochotników ze wsi Przedoły, którzy  zapisali  się  do Samoobrony Wileńskiej. Oboje oni   wysunęli  się naprzód i  wskazali mnie   swoim towarzyszom jako organizatora białej  armii. Wówczas niemal  wszyscy  wysunęli do mnie karabiny z okrzykiem „ruki wierch”. Oczywiście bez oporu ręce podniosłem do góry. Po odebraniu rewolweru ręce pozwolili opuścić. Przy młodych Pietrowskich znalezione rewolwery nagany zabrano. Po czym napastnicy  splądrowali dom poszukując  broni, której  więcej nie  znaleziono. Natomiast zaleźli kilka butelek samogonu i zabrali ze  sobą. Rozkazali mnie i dwóm młodym Pietrowskim ubierać  się jako  aresztowanym, przy tym krzycząc, że nas kule nie miną, jako białogwardzistów i kontrrewolucjonistów. Okropny żal mnie ogarnął, że  dla państwa Pietrowskich,  szczególnie  dla matki spowodowałem takie nieszczęście. Usiłowałem  napastników nakłonić do pozostawienia młodych Pietrowskich w  domu, proponując  wynagrodzenie za tę usługę. Napastnicy pochodzili z okolicznych wsi. Zbolszewiczeni,  o przyjęciu okupu  słyszeć nie  chcieli. Po  wyprowadzeniu nas na podwórze kazano mnie konia  założyć  do  wozu. Kiedy to uczyniłem, kilku z nich  wlazło na  wóz, a mnie i Pietrowskich otoczono z  karabinami w  rękach i popędzono na pieszo tuż za wozem. Noc  była  ciemna, a tym bardziej było ciemno bo nas pędzono małą  drożyna przez las, na której drożynie wóz często  zawadzał o drzewo. Dokąd nas pędzono, nam nie było  wiadomo.Po przebyciu do trzech  wiorst drogi i po  wjechaniu  do  większego głuchego lasu, chłopi siedzący na  wozie poczęli urywkami, po cichu prowadzić   miedzy  sobą rozmowy. W trakcie tej rozmowy jeden powiedział „ zaczem my  budziem ich taskać, ubijom ich”, „ani nawierno imiejut dziengi i zołoto. Łoszodi także zabierom”. Inny  chłop powiedział, że oni nie mają  prawa tego robić, lepiej ich dostarczyć  władzom bolszewickim, za co będą mieli  uznanie i powagę, inni  siedząc  w  wozie także to potwierdzili. Ja wówczas odezwałem  się i powiedziałem że oni nie mają prawa nas  zabijać , powinni  dostarczyć   władzom bolszewickim żywych jako  aresztowanych. W odpowiedzi posłyszałem „on prawilno gawarit”. Powyższa rozmowa chłopów  dała mnie  do  zrozumienia, że z nami źle będzie, że mogą nas bolszewicy  rozstrzelać bez sądu, jak to oni czynią z rzekomo wrogami ludu.Przypomniałem  sobie o posiadanych 1000 rubli Kiereńskich w kopercie małej od  wizytówki, postanowiłem takowe   schować,  wyciągnąłem  z kieszeni i wsunąłem przez krok spodni pod kalesony. Po trzech godzinach czasu podróży, przybyliśmy  do kościelnej wsi Bobrowszczyzna, którą poznałem po kościółku obok którego przechodziliśmy. Wkrótce  zajechaliśmy na podwórze z którego nas wprowadzono do izby oświetlonej małą kopcącą lampką. W izbie było kilku czerwonogwardzistów z  karabinami. Za stołem  siedział  starszy do którego nasi napastnicy  zwrócili  się z  doniesieniem o naszym aresztowaniu jako organizatorów  białej  armii. Starszy  zarządził by nas  wyprowadzono z izby i  zatrzymano w  sieni. Wówczas napastnicy w  sposób  chaotyczny  składali zeznanie. Każdy usiłował w  sposób kłamliwy nas oskarżyć,szczególnie mnie o mojej działalności organizacyjnej białogwardzistowskiej. Po głosie można było poznać, że  dwaj osobnicy z Przedołów , którzy  zapisali się  do Samoobrony, mnie oskarżali o   werbunek młodzieży  do białej  armii i  skupywanie broni. Obaj nie szczędzili oskarżeń pod moim  adresem kłamliwych. Po dłuższym czasie mnie wprowadzono  do izby i postawiono przed  starszym, siedzącym przy  stole, który począł mnie badać, zapytując  imię i nazwisko  oraz moje pochodzenie. Kiedy oświadczyłem, że pochodzenie moje  jest robotnicze, napastnicy poczęli wówczas wrzeszczeć, że jestem paniszczykom (panem) oraz, że mój teść  też jest panem w majątku Miedwiedziowo. Po  spisaniu moich generalii, zarządzono osobistą moją rewizję. Naprzód   zabrano z kieszeni zegarek z  dewizką, portfel z  pieniędzmi w którym było 423 ruble  carskich oraz różne  notatki i  wykaz osób zapisanych do Samoobrony Wileńskiej. Kiedy zarządzono zdejmować ubranie, wówczas przesunąłem  się bliżej okna i  zatrzymałem  się między  dwoma krasnoarmiejcami z karabinami w rękach. Ja zaś kolejno musiałem zdejmować ubranie na stół rewidującemu starszemu krasnoarmiejcowi. Kiedy  zdejmowałem buty, to  wówczas oparłem  się o parapet okna i  w tej pozycji pozostałem do zdejmowania kalesony pod którymi u dołu  znajdowała  się koperta  z 1000 rubl. Kiereńskich. Kiedy zdejmowałem kalesony, ująłem jedna ręką tę kopertę,  a drugą  ręką podając  kalesony do rewizji  zasłoniłem kopertę i położyłem ją na parapecie okna. Po  dokonaniu rewizji mojego  ubrania, kazano mnie ubierać  się. Ubierając  się, przy  wkładaniu koszuli do kaleson  zagarnęłam ręką kopertę z parapetu i  wepchnęłam  do kalesony łącznie  z koszulą. W ten  sposób udało mi  się uratować tych 1000 rubli Kiereńskich.Po rewizji mnie odprowadzono  do, drugiej  ciemnej  izby na podwórzu tego  domu w której przetrzymywano  mnie przez całą noc pod  strażą  dwóch czerwono – gwardzistów. W izbie tej były nagie nary  do  spania. Kiedy usiłowałem wszcząć rozmowę z wartownikami, to ci mnie powiedzieli, iż im zabroniono ze mną prowadzić  rozmowę. Wobec czego całą noc siedzieliśmy cicho jak głusi i niemi.Ciekawość  mnie brała  co tam robiono z braćmi  Pietrowskimi, czy u nich także  robiono  rewizję, wszak oni nie czynili żadnych zaciągów   do Samoobrony Wileńskiej, tylko zaciągnęli  się do takowej. Najgorzej było, że przy nich  znaleziono broń palną. Siedząc  wówczas całą noc rozważałem na  wpływ  wypadków. Nasunęła mi  się   wizja mego ostatniego  wyjazdu z  domu z Budsławia, kiedy synek Zbyszek usiłował mnie zatrzymać  w  domu oplatając mnie rączkami za szyję. Widocznie biedaczek przeczuł moje nieszczęście. Także  siedząc w nocy rozważałem jak mogłem sobie dopuści  do  wpadnięcia  w  ręce  chłopów uzbrojonych i  aresztowania  siebie. Wszak nie  doszło by do tego ,gdybym ja nie posłuchał młodych Pietrowskich i nie pojechał do nich. Pojechałem  do nich na usilną ich prośbę, aczkolwiek miałem już obawę i pewne niedobre przeczucie, jednak nie  sadziłem, że  w pasie neutralnym  chłopi w  dodatku ze  wsi Przedęły uzbrojeni, przy pomocy dwóch  zdrajców, zapisanych  do Samoobrony napadną na  dom Pietrowskich i tam nas  zatrzymają.Teraz jestem aresztowany pod  ciężkim zarzutem organizatora białej  armii.           Z opowiadań , którzy powrócili z Rosji i z  gazet było  wiadomo, że  wszystkich tych, którzy usiłowali należeć  do oddziałów nie bolszewickich rozstrzeliwano, a co  do  sprawy mojej osoby, którą zatrzymano jako organizatora białej  armii, to prawdę  mówiąc ja   werbowałem  młodzież nie  do  walki z bolszewicka  władzą i  wojskami bolszewickimi, lecz do Samoobrony Wileńskiej, która miała  stawić się Litwinom przed zajęciem Wilna.Następnego  dnia  mnie i Pietrowskich, pod  eskortą 6 – ciu czerwono – gwardzistów wysłano pieszo do Połocka. Prosiłem by nas podwieziono na moim koniu i  wozie, jednak odmówiono. Co  do  aprowizacji nas, to  wydano zarządzenie  starszemu konwojentowi by kupił  dla nas chleb za pieniądze moje, które mu przekazano także z dowodami mojej sprawy.Droga, jak na poruszanie  się piesze, była dość uciążliwa. Dziennie robiliśmy  do 30  wiorst. Do Połocka przybyliśmy trzeciego  dnia wieczorem. Niezwłocznie poprosiliśmy by nam kupiono większą ilość  chleba. Kupiono po jednym, ale  dużym bochenku. Ja poprosiłem aby mnie pozwolono  wejść  do klozetu z  swoja potrzebą i kiedy mnie do niego wpuszczono, to  tam podważyłem głęboko skorynkę  w bochenku  chleba i  wyciągnęłam kopertę  z kaleson z 1000 rubli i  wsunąłem do             wewnątrz bochenka, po czym mocno przycisnąłem skórynkę tak, że nie było żadnego  znaku, że  bochenek był poruszony. Po  wyjściu z klozetu moim i po  załatwieniu  się innych nas popędzono pośpiesznie do  Wojskowej Stacji  Kontrolno Granicznej. Urząd ten był oświetlony  elektrycznością. Osobnicy tam znajdujący się byli ubrani dość czysto. Dwaj osobnicy, którzy nas odebrali od konwojentów   wyglądali na Żydów. Ubrani byli w husarskie ubranie w spodnie błękitne z bryczesami i kurtki czerwone. Po  spisaniu mojej generalii, przeprowadzono  szczegółową rewizję mego ubrania, przy czym odrywano podszewkę  w ubraniu i  szukano tam czegoś. Chleba jednak nie poruszano.  Przy rewizji ciała plecy  zmyli gryzącym płynem, także   zmyli dłonie rąk, stopy i piersi. Po czym przez powiększające szkło zgadali do wewnątrz uszu i nosa przy pomocy  wkładania rurek. Tą  drogą  widocznie  szukali napisów chemicznych.Po  dokonanej rewizji mnie niezwłocznie pod konwojem krasno – gwardzistów, w  asyście  starszego konwojenta odesłano na dworzec kolejowy. Braci Pietrowskich odesłano  do Witebska, jak później  dowiedziałem  się. Jeden z nich tam umarł na tyfus, drugi po półrocznym pobycie w  więzieniu powrócił  do  domu.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Bolszewicka anarchia i rabunek.

środa, 23 maja 2007 11:05

W szeregach wojska odstępującego z Rosji duch bojowy całkowicie upadł z przemęczenia się 4 letnią  wojną. Należało się oczekiwać rewolucji w Niemczech takiej jaka nastąpiła w Rosji. Ponadto  dowiedziałem się, że  Czerwona Gwardia bolszewicka za odstępującymi Niemcami postępuje naprzód w odległości pasa neutralnego  20 kilometrowego oraz że bunty  chłopskie ponownie poczęły szerzyć   się na terenach opuszczonych przez Niemców i  zajętych przez bolszewików. Chłopi  dokonują rabunku mienia zamożniejszej ludności, jako to dworów, folwarków i zamożniejszych  chłopów zwanych kułakami. Stan taki wywołał wśród  ziemiaństwa panikę i niepokój, tym bardziej, że  chłopi palili  dwory, a broniących  się także palili żywcem. Na drogach można było obserwować wówczas jadących wozami naładowanymi dobytkiem domowym, w stronę zachodu, za odstępującymi Niemcami. Za wozami pędzono krowy, konie i inne zwierzęta domowe. Wędrówka  ta powstała  z guberni wschodnich: Witebskiej, Mińskiej i Wileńskiej skąd uciekano przed bolszewikami i  chłopami rabującymi.Na zebraniu u  pana Szklenia zapisało  się 7 osób,  wszyscy z rewolwerami systemu nagan 9 - cio ładunkowymi. Wszyscy oni pośpiesznie  wyjechali do Wilna do Dowództwa Samoobrony. Ja zaś niezwłocznie wyjechałem do Miedzwiedziowa, gdzie zastałem  wszystkich zaniepokojonych i  zmartwionych. Teść obawiając  się rabunku  chłopstwa począł inwentarz żywy  zmniejszać. Krowy leprze przeznaczył  dla zięciów, między innymi i dla mnie. Krowę tą musiałem niezwłocznie zabrać i odstawić  do Budsławia. Przed  samym  wyjazdem przybyło  sporo młodzieży do Miedzwiedziowa i usilnie proszono bym ja  zapisał ich  do Samoobrony Wileńskiej, a przed tym odwiedziłem ich rodziców i uzyskałem ich  zgodę na  zapis. Obiecałem im ,że po powrocie z Budsławia niezwłocznie to uczynię. Krowę doprowadziłem szczęśliwie do Budsławia. Żona i dzieciaki byli bardzo radzi z mego przyjazdu i przyprowadzonej krowy. Okazało się, że krowa ta była ulubienicą żony z czasów panieńskich i dobra była na mleko. Następnego  dnia kiedy odjeżdżałem  spowrotem do Miedzwiedziowa, chłopaki  wszyscy  wpakowali się  do  wozu, łącznie z żoną z  zamiarem pożegnania  i mnie towarzyszenia w początkach drogi. Kiedy poczęliśmy się żegnać, średni  synek Zbyszek objął mnie raczkami za  szyję i tuląc  się usilnie do mnie nie  chciał rozstać się. Kiedy go usiłowała żona odjąć ode mnie, począł rozpaczliwie płakać i  wołać tatuś nie jedź i w dalszym  ciągu tulił  się do mnie. Zawróciłem tedy  spowrotem do domu, gdzie już  spokojnie synek Zbyszek rączki rozplątał.Wypadek ten bardzo  smutne uczynił na mnie  wrażenie, zastanawiałem  się nad tym, by pozostać w domu i przetrwać wojnę, ale ponownie jakaś siła niewidzialna zachęcała mnie kontynuować  obraną czynność w  walkach o  wyzwolenie Ojczyzny. Nie mogłem zrywać akcji  werbunkowej do Samoobrony Wileńskiej bez dokonania obrachunku z zakupionej broni i wysłanych ochotników. Kiedy dzieciaki położyli  się  do  snu, wówczas wyjechałem z domu po pożegnaniu  się z  żoną.    Muszę nadmienić, że posiadane pieniądze po sprzedaży  sklepu w  Wilnie w ilości 15 ooo rubli carskich pozostawiłem żonie, tak by ona je posiadała, bo na  wojnie różnie bywa, nie  wszyscy z wojny powracają  do  domu. Jednocześnie upoważniłem żonę na odbiór mebli i innego inwentarza w  Wilnie pozostawionego. Po przyjeździe do Miedzwiedziowa, ponownie tam  zastałem  wszystkich     w niepokoju. Każdej nocy można było oglądać  dookoła na  wschodzie łuny pożarów, palonych dworów i folwarków. Na  wschodnich obszarach od Miedzwiedziowa w guberni  Witebskiej mieszkali przeważnie prawosławni i zbolszewiczała ludność, która dopuszczała się bezkarnie rabunków  ludności zamożniejszej. Miedzwiedziowo leżało w guberni Wileńskiej, zamieszkałej przez ludność spokojniejszą, bowiem sporo było ludności polskiej, katolickiej, która w akcji rabunkowej nie brała udziału.                


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Początek walki o wolność Ojczyzny.

wtorek, 22 maja 2007 21:10

By uczestniczyć w  wojsku polskim jako ochotnik w  walce o wolność Ojczyzny powróciłem do Wilna swoim koniem. W  Wilnie  swoje mieszkanie z meblami poręczyłem swemu sublokatorowi, właścicielowi  zakładu fryzjerskiego, znajdującego się w tym samym domu. Po czym wyruszyłem z powrotem do Miedzwiedziowa z naładowanym wozem z ubraniami. W Miedwiedziowie teść Miesojed niezbyt dobrze odnosił  się  do moich dzieci jako do małych i czyniących w domu nie mało hałasu podczas zabawy. Oczywiście dla  człowieka  wiekiem podeszłym jakim był teść niełatwo było to znosić. Okoliczności te zmusiły odnaleźć inne pomieszczenie  dla żony z dziećmi. Postanowiłem wówczas żonę z dziećmi odwieść do   miasteczka  Budsław i tam  dla nich  wynająć odpowiednie mieszkanie. Budsław  był od Rakowszczyzny o 5 km. z tą nadzieją, że krewni będą ja opiekować  się. Tak tedy i uczyniłem. W Budsławiu wynająłem odpowiednie mieszkanie. Krowę kupiłem z  mlekiem, by mieli mleko do  spożycia. Zaopatrzyłem ich we  wszystkie  warunki potrzebne  do życia, a  sam odjechałem do Wilna.Do dowództwa Samoobrony w Wilnie napływali ochotnicy, których rejestrowano, celem powołania pod broń, po  zaistnieniu odpowiednich  warunków. Warunki te mogły  zaistnieć po  wyjściu ostatnich wojsk niemieckich, które z frontu rosyjskiego  wycofywały  się przed bolszewikami.Dowództwo Samoobrony wysyłało na powiaty wschodnie instruktorów do skupywania broni od byłych żołnierzy rosyjskich oraz zarazem przeprowadzania   werbunku ochotników w  szeregi Samoobrony Wileńskiej.Mnie na moje życzenie  wysłano na powiat Dzisnienski, którego tereny były mi  dobrze  znane. Zaopatrzono mnie w 1000 rubli carskich na  zakup broni i pouczono jak mam dział  w moich czynnościach.Z  Wilna wyjechałem do Dokszyc, by tam  założyć siedzibę mojej działalności. Dookoła Dokszyc sporo było majątków, folwarków i wsi zamieszkałych przez ludność Polską, gdzie łatwiej było  czynić    werbunek ochotników oraz broń  skupywać.Pierwsza moja wizyta była w majątku Dziedziałkowicze, u państwa Masalskich, gdzie mój brat cioteczny Arkadiusz Kowszyk był nadal gorzelnianym, po powrocie z wojska rosyjskiego. Przy pomocy jego  sporo skupiłem broni palnej krótkiej, jak nagany, siedmio i  dziewięcio ładunkowe. Rewolwery te były bardzo  dobrej jakości i płaciłem za takowe po 25 rubli. Ponadto kupowałem i inne rewolwery oficerskie. Broń tą  chowałem w  wozie w dnie podwójnym. Ochotników  zaciągnęło  się 12 osób, przeważnie młodzieży. Ochotników tych miał zabrać do Wilna pan Masalski z bratem Arkadiuszem, którzy tam udawali  się by  wstąpić  do  wojska polskiego, już czynnego Królestwie. Z Wilna mieli  wyjechać w pociągach niemieckich nielegalnie. Podróż ich była  szczęśliwa bo w  Białymstoku już wstąpili  do  armii polskiej.Po  wyjeździe młodego Masalskiego z bratem Arkadiuszem starzy Masalscy zaczęli powątpiewać by z powodu mojej działalności w okolicach ich majątku nie  wynikła dla nich niepożądana konsekwencja podobna z 1863 roku, kiedy to ich ojciec za udział w powstaniu był wysłany na Sybir i  gdzie zmarł. Zapewniłem ich, że Polska powstanie duża i silna i nie pozwoli na podobne krzywdy jakie naród doznał po rozbiorach. Tym bardziej kiedy będziemy mieli za  sobą Amerykę, Anglię i Francję. Z Dziedziałowicz udałem  się przez Dokszyce w kierunku Miedzwiedziowa. W Dokszycach już byli u mamusi z Piotrogradu szwagier Zawadzki z siostrą Jadwigą, szwagier Bujko Bolesław z  siostrą Janką i brat rodzony Kazimierz. Przybyli oni  do Dokszyc z powodu głodu w  Rosji, by łatwiej było z przeżyciem. Brat Kazimierz był ideowo o poglądach bolszewickich. Powziął zamiar  wstąpić w  szeregi gwardii Czerwonej. Będąc po kilku latach w Rosji   stracił uczucie  do Polski. Usiłowanie moje nakłonić  go do zaciągnięcia  się do Samoobrony Wileńskiej nie odniosły  skutku. Twierdził, że Polska powstanie panów, on zaś będąc proletariuszem nie może  służyć panom, lecz musi współdziałać z proletariuszami, jakimi  są bolszewicy.             Twierdzenie moje, że Polska będzie  demokratyczna i że rządy będą powoływane przez Sejm obierany w powszechnych wyborach przez cały naród polski, także nie  znalazły w nim uznania.Natomiast szwagrowie Zawadzki i Bujko chętnie  zgodzili  się wstąpić w  szeregi Samoobrony Wileńskiej, przez których przesłałem do Dowództwa Samoobrony w Wilnie  zakupione rewolwery. Wyjechali oni  do Wilna pociągiem, po otrzymaniu od Komendy niemieckiej w Wilejce powiatowej przepustki, przy pomocy której łatwiej było przewieźć rewolwery.Ja zaś z Dokszyc jadąc w kierunku Miedzwiedziewa po drodze zatrzymywałem się w różnych miejscowościach  zamieszkałych przez ludność Polską i tam czyniłem zaciąg ochotników. Pierwsze moje miejsce była wieś Porpliszcze, która powstała po rozparcelowaniu majątku należącym do książąt Wilksztejnów.            Nabywcami parceli byli zamożni  włościanie  Polacy z gminy Swirskiej pow. Swieńciańskiego. Nabyli oni parcelę obszarem do pięciu włók. W Porpliszcze ziemia była urodzajna. Żyli oni tedy zamożnie i w dobrobycie. W Porpliszczach miałem kilku kolegów  szkolnych, Stanisława Romejko, który był księdzem i wikariuszem w kościele Pobernardyńskim w  Wilnie, ponadto gospodarujący u  siebie na roli jak: Szycików, Głuchowskich, Służyckich i innych. Wszyscy mnie  przypomnieli z czasów  szkolnych i chętnie mnie przyjęto i goszczono. Opowiadaliśmy  sobie o przeżyciach szkolnych i jak mnie wyrzucono ze   szkoły za walkę o język polski. Kiedy  wyjawiłem cel mojego przyjazdu  do nich zapisało się  chętnie  do Samoobrony Wileńskiej 14 osób. Na czele tej grupy stanął Antoni Głuchowski, który był podporucznikiem  armii carskiej, inni też byli żołnierzami i posiadali broń palną. Była to grupa więcej  silniejsza od grupy Dziedziałowickiej. Cieszyło to mnie, że początki mojej akcji były dobre. Grupa Porpliska pod dowództwem Głuchowskiego bezpośrednio udała  się  do Wilna z bronią  wozami.Jadąc  dalej zatrzymałem  się w Zamoszu, dookoła którego  sporo było folwarków zamieszkałych przez szlachtę polską, szczególnie wielką wieś Iwanowszczyznę zamieszkałą  wyłącznie  przez szlachtę zagonową. Miałem tam także kolegów szkolnych: Boczarskiego, Dłużniewskiego i innych, którzy mi pomogli na zebraniu nakłonić do  zapisania  się łącznie z  sobą do 11 osób do Samoobrony Wileńskiej. Niektórzy z nich posiadali także własna broń. Nad tą grupą objął dowództwo Boczarski, będąc podporucznikiem armii rosyjskiej, pod jego dowództwem grupa udała  się  do Wilna i tam zgłosiła  do Dowództwa. Muszę tu także nadmienić, że  w Iwanowszczyźnie  sporo  osób było  zwolennikami ustroju bolszewickiego, przeto  do Samoobrony nie  zgłosili  się, aczkolwiek byli nadal Polakami, to jednak przez pobyt w Rosji przez dłuższy czas nie byli już patriotycznie nastawieni  do Polski. Dalszym etapem  było Zaszcześle, gdzie zatrzymałem  się u pana Szklennika, kuzyna Zygmunta Bubnickiego. Od pana Szklennika dowiedziałem  się, że wojska koalicyjne odnoszą zwycięstwo nad Niemcami. Ponownie Niemcy pod Marno ponieśli klęskę od  wojsk francuskich i pospiesznie  cofają  się. W  Austrii nastąpił całkowity rozkład ustroju państwowego. Koło Polskie w Parlamencie Austryjackim powołało Radę Stanu obejmując rządy w Galicji i w okupywanych częściach Polski. Milionowe rzesze żołnierzy powracało przez Polskę  do kraju z niewoli rosyjskiej. Niemcy również poczęli  wycofywać  pośpiesznie z Rosji swoje  wojsko i z Ukrainy oraz z spod Pskowa i to  wojsko usiłowali przerzucić na front zachodni, który pod naporem wojsk koalicji zachodniej wycofywał  się by nie być  całkowicie  zniszczony.            


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Co się zmieniło na Rowszczyźnie?

wtorek, 22 maja 2007 11:23

By mięć  swobodę uczestniczenia w  akcji odzyskania wolności Ojczyzny oraz  uczestniczenia w siłach obronnych przy zajęciu Wilna, postanowiłem w  sierpniu 1918 roku sprzedać  swój sklep z materiałami piśmiennymi, a rodzinę   wywieźć do rodziców żony państwa Miesojedów z Miedzwiedziowa,  a sam wstąpić  w szeregi Samoobrony Wileńskiej. Żona na to  chętnie  zgodziła  się, tym bardziej, że od 1915 roku rodziców nie  widziała. Rodzice żony chętnie nas zapraszali do  siebie na pobyt do  skończenia wojny. Sklep wówczas sprzedałem Litwinowi nazwiskiem Merjonas za 18 tysięcy  rubli, przybyłemu Rosji. Litwini  wtedy wykupywali z rąk Polaków i Żydów wszelkie nieruchomości i przedsiębiorstwa handlowo – przemysłowe. Myśmy już  wtedy mieli trzech synów, starszego Kazika urodzonego 1913 roku, Zbyszka urodzonego 1916 r. i Edka urodzonego w   styczniu 1918 roku.Ludność cywilna była  jeszcze pozbawiona możliwości jeżdżenia pociągami, przeto jechaliśmy z Wilna konimi do Miedzwiedziowa odległego o 200 km. Droga  wiodła przez Niemenczyn, Staro Święciany, Postawy. Przed Postawami przebiegał front bojowy, był on nie czynny, jednak na głównych przejazdach Niemcy sprawowali kontrolę  ruchu ludności i tylko mogli przejeżdżać  ci który mieli przepustki. My nie posiadaliśmy przepustki. Patrol niemiecki nie chciał nas przepuścić, jednak po dłuższej prośbie i daniu kilku monet srebrnych rosyjskich nas przepuszczono. Podróż trwała trzy dni. Powitanie nasze było w Miedzwiedziowie serdeczne. Z małych wnuków babcia była zadowolona. By łatwiej było poruszać  się  kupiłem konia z uprzężą i powozem. Wyjechałem wówczas do Dokszyc odwiedzić  rodzinę, gdzie zastałem przy życiu mamusie, siostrę Elżbietę i brata Stanisława. Ojciec był już zginął w Kijowie podczas wybuchu składów amunicyjnych wysadzanych przez  bolszewików. Siostra Zofia była w  Kijowie, zaś  siostry Jadwiga, Maria i Janina w Piotrogrodzie. Brat Kazimierz gdzieś mieszkał także w Rosji.Z terenów za frontowych od linii okopów  niemieckich  władze  wojskowe i administracyjne odeszły na  wschód na terytorium Rosji. Na pozostałym obszarze władzę  sprawowały Komitety Obywatelskie. Komitety te  składały  się z Polaków. Sądy były obsadzone także Polakami, jako też i wszelka  administracja i bezpieczeństwo publiczne oraz szkolnictwo. Ludność  włościańska białoruska nazywała ta władzę „pańską”. Administracja ta  w ogóle nie podobała  się ludności  włościańskiej prawosławnej, która sympatyzowała bolszewikom i która po przewrocie październikowym w Rosji od 1917 do 1918 r. tj. do przyjścia bolszewików, swobodnie i bezkarnie grabiła majątki i wszelką posiadłość oraz  wyrąbywała  lasy i między  sobą  dzieliła. Okres ten był  zwany  „swobodą”. Anarchii częściowo kres położono kiedy administrację objęły Komitety Powiatowe. W okresie  swobody włościanie  majątki ziemskie między sobą podzielili, jako też inwentarz żywy i martwy. Lasy masowo  wyrąbywali i  zwozili  do  siebie jak na potrzeby bieżące tak i na zapas oraz i na sprzedaż. Z pnia sztuki spiłowywali  wysokością do półtora metra, czynili to by nie męczyć się. Sterczące pnie po wyrąbanych lasach, były świadkami minionej  swobody, a także niektórym właścicielom do obliczenia sztuk wyrąbanych do  wykazu, który był potrzebny do wytoczenia powództwa do  wsi o zapłatę za  wyrąbane  sztuki.Z Dokszyc udałem  się do Rakowszczyzny. Zaszła  tam poważna zmiana. Sporo osób umarło. Młodzież pożeniła  się. Prawie  wszyscy  stali  się  skąpymi. Gościnność  pierwotna ustała. Wszyscy gromadzili pieniądze, niektórzy już mieli całe kuferki asygnat  papierkowych, którymi w  czasie późniejszym ściany  wyklejali, jako bezwartościowymi, szczególnie kiereńskimi  asygnatami.Rakowszczyzna znajdowała  się o 40 km. od frontu, wobec czego odległość ta była wykorzystywana przez sztaby  armii rosyjskiej  do zakwaterowania. Sztaby kwaterując czyniły zakupy żywnościowe, płacąc   wysokie ceny. Wówczas  wszyscy nauczyli  się gromadzi  forsę i  stali  się  skąpcami.Po zakończeniu wojny i  wyjeźdźcie sztabów  wojskowych, poczęła ludność  cywilna przyjeżdżać z Rosji w poszukiwaniu zakupów  artykułów  żywnościowych. Ponownie mieszkańcy Rakowszczyzny artykuły te sprzedawali i bogacili  się. Za  artykuły te brano już monetami  złotymi lub wartościowymi przedmiotami biżuterii. Jeden tylko dom w Rakowszczyźnie pozostał nadal gościnnym - wuja Józefa Markiewicza u którego ja zatrzymałem  się i gdzie mnie goszczono serdecznie. Dom ten był połączony z Miesojedami z Miedzwiedziowa  tym, że syn wujka Markiewicza – Walerian był ożeniony z córka Marią Miesojedówną, a córka Jadwiga Markiewicz była żoną Mieczysława Miesojeda rodzonego brata żony Waleriana. Splot ten rodzinny i mnie także łączył  do trójki.     


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Początek walki o przyłączenie wileńszczyzny do Polski.

poniedziałek, 21 maja 2007 21:34

W lutym 1917 r. w Rosji rewolucja obaliła znienawidzone rządy carskie. Poważnym powodem do rewolucji posłużyły nieudolne rządy ciemięrzące klasę pracującą i  chłopstwo  oraz prowadzenie  wojny ponoszącej nieustanne klęski od 1914 roku do końca wojny. Po rewolucji rządy Kiereńskiego zdemoralizowały  całkowicie armię, a po obaleniu rządu tymczasowego na czele z Kiereńskim, bolszewicy zawarli pokój z Niemcami w pierwszych miesiącach 1918 roku w Brześciu Litewskim. Mocą tego pokoju cześć terytorium Polski z Chełmszczyzną oddano Ukrainie. Ten czwarty dokonany rozdział Polski przez Niemców, którzy  swoim manifestem w 1916 roku powołali niepodległą Polskę wywołał w narodzie Polskim ogromne niezadowolenie i oburzenie. Druga brygada legionowa pod  dowództwem gen. Józefa Hallera, walcząc  do traktatu w  Brześciu, u boku  armii niemieckiej, nie godząc  się z podziałem Polski dokonanym przez Niemców, uderzyła na Niemców pod Kaniowem na froncie ukraińskim i na  pewnym odcinku rozbiła  armię niemiecką. Niemcy ponieśli  straty  do 17 tysięcy  zabitych. Niemcom udało  się otoczyć  Hallera po pewnym czasie przeważającymi siłami swoich wojsk. Haller usiłował  swoja brygadę wyprowadzić do Rosji, jednak po otoczeniu, brygada zniszczyła  broń i  rozpierzchła  się, uciekając grupami we  w wszystkie strony, przeważnie w kierunku Rosji, a  z tamtąt przez  Murmańsk  do Francji.1918 rok był pod hasłem tworzenia Taryby Litewskiej przez Niemców, do mającego być powołanego państwa litewskiego pod berłem dynastii niemieckiej Hohenzollernów. Do  Wilna poczęli napływać  Litwini, szczególnie z Rosji, skąd uciekali przed  władzą bolszewicka. W Wilnie poczęli oni  wykupywać  domy i różne przedsiębiorstwa przemysłowe i handlowe, gdyż do tego czasu całe życie gospodarcze w  Wilnie należało  do Polaków i Żydów. Wobec czego Litwini usiłowali  stać  się właścicielami życia gospodarczego na wileńszczyźnie.Po zawarciu traktatu pokojowego Brześciu i zlikwidowaniu frontu wschodniego, Niemcy przestali prześladować  ludność udająca  się po zakupy na prowincję, wobec czego ludność dość  swobodnie już   szła po zakupy  produktów   w  stroną Żmudzi i w  stronę Rosji. Głód ustał w  Wilnie. Ludność mogła za zezwoleniem Niemców już także wyjeżdżać do innych miejscowości zajmowanych przez Niemców.        Na wileńszczyźnie poczęli masowo pracować  uciekinierzy z Rosji, którzy tam  wyjechali przed Niemcami w 1915 roku lub byli wygnani przez Rosjan odstępujących.         Uciekinierzy ci przypędzili ze  sobą inwentarz żywy tak i martwy, co  dało im możność  od razu do zagospodarowania  się.W lecie 1918 roku Polski Korpus Wojska  Dowbor – Mościckiego, który  został  zorganizowany z żołnierzy polskich z  armii rosyjskiej, a  stacjonujący w  Bobrusku i innych miastach Rosji, liczący do 60 tysięcy żołnierzy różnego rodzaju broni zmuszony był  złożyć  broń przed Niemcami, którzy go otoczyli przeważającymi siłami i  zażądali  złożenia przysięgi na  wierność broni niemieckiej, na którą to przysięgę korpus zgodzić  się nie mógł. Wówczas z tego korpusu  sporo oficerów i  żołnierzy przyjechało  do Wilna, bowiem Niemcy  swobodnie  pozwolili, po  złożeniu broni żołnierzy  rozpuścić  do  domu. W tym lecie  sporo mieszkańców Polaków powróciło  do Wilna. Wilno ożyło i  stało  się ośrodkiem  skupienia ponownie ludności polskiej, której dążeniem było odzyskanie niepodległości Polski, obejmującej także i tereny dawnego Księstwa Litewskiego, w myśl Unii Lubelskiej. Poczęły  się   wtedy na wileńszczyźnie ścierać  dwa prądy Polaków i Litwinów między  sobą. Litwini posiadali na  wileńszczyźnie już jako władzę litewską tymczasową Tarybę Litewską.      Polacy w Królestwie powołali niepodległą Polskę, na czele z Rada Regencyjną. W Wilnie jak Litwini tak i Polacy poczęli ujawniać usilne prace nad podniesieniem swej oświaty, szkolnictwa oraz  życia kulturalno – oświatowego i gospodarczego. Polacy mieli tłoczącą przewagę w tych  wysiłkach nad Litwinami. W  Wilnie było 42 kościoły, w których odbywały się nabożeństwa w języku polskim, tylko w jednym kościele Św. Mikołaja odbywały się w  języku litewskim. Wobec tego, że Litwini nie  szli na żadne  układy z Polakami, co  do Wilna, stojąc na twardym stanowisku, iż oni jako  właściciele Wilna w nim pozostaną, z terenami przyległymi, a  stolicą ich państwa będzie Wilno.Wobec powyższego Polacy w  Wilnie i na prowincji poczęli prowadzić  politykę wskrzeszenia państwa Polskiego w granicach jego przed rozbiorowych, w tymże obejmujące i byłe Księstwo Litewskie z Wilnem. Dążenia  swe opierali na orędziu prezydenta Ameryki Wilsona, według którego narody podbite i ujarzmione maja  swobodnie  wypowiadać   się o  swojej niepodległości. Orędzie to  dawało możność   wypowiedzenia  się Polakom zamieszkałym na  wileńszczyźnie o  włączenie tych ziem w granice państwa Polskiego, bowiem w ogromnej  większości  mieszkali na tej ziemi i mieli przewagę w głosowaniu. Powyższe okoliczności dawały mocną nadzieję iż Wilno z jej ziemiami  wejdzie w skład państwa Polskiego. Chodziło wówczas by w  Wilnie objąć władzę  w ręce polskie natychmiast po wycofaniu  się Niemców. Do tej akcji potrzebne były siły zbrojne. Wobec czego poczęto pośpiesznie akcję   werbunkową do P.O.W, a w późniejszym czasie organizować Samoobronę Wileńską.               


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (4) | dodaj komentarz

W poszukiwaniu żywności.

poniedziałek, 21 maja 2007 14:13

Ja też niejednokrotnie chodziłem po takie  zakupy w  odległości do 50 -70 km. od  Wilna. Parę  razy przyniosłem od znajomych państwa Mikulskich z  majątku leżącego o 18 km. ziemniaków po dwa pudy. W majątku państwa Mikulskich był główny punkt zbioru  urodzajów z innych majtków zagospodarowanych przez Niemców. Po za tym w majątku Mikulskich był  administratorem poznańczyk zniemczony, człowiek czuły dla  ludności głodującej , przeto nie  czynił  dla państwa Mikulskich trudności na  sprzedanie kartofli parę pudów. Najtrudniejsza była rzecz przeniesienie nabytych   artykułów  do Wilna, by po  drodze nie odebrano. Jednego razu  niosłem  dwa pudy  ziemniaków, natknęliśmy  się  z dwoma kobietami, także coś  niesiącymi  w małych paczkach na przyczajonego Niemca  w rosnącym życie. Niemiec ten rzucił  się za uciekającymi kobietami, ja   skorzystałem z  tego i  schowałem  się  w  życie, które było  wysokie i zakrywało  człowieka. W życie tym przesiedziałem  do  zmierzchu, po czym  drogami polnymi  powróciłem do  domu. Jednego razu udałem  się  w stronę Kowna w poszukiwaniu kupna  żywności. Przebyłem przestrzeń od Wilna do 70 km. w której nie mogłem nic kupić. Była to przestrzeń tak ogołocona, że ludność sama głodowała. Ponadto ludność tam chorowała na jakąś chorobę gorączkową, przeto poruszanie  się w tej przestrzeni było  surowo zakazane, jednak z Wilna tam chodzono i zarażono  się tą  chorobą.W jednej  wsi przed nocą namówiłem jednego  wieśniaka by mnie  sprzedał  wykopanych nowych  ziemniaków, za koszulę i kalesony. Było to po deszczu, przeto  wieśniak nakopał tych ziemniaków z błotem i takich   dorodnych jak orzeszki, koszyk o wadze do jednego puda im zażądał ode mnie bym natychmiast  zdjął koszule  i kalesony i  zapłacił mu za ziemniaki. Ja  zaś począłem go prosić by on dał mnie worek na te ziemniaki. Chłop nie  chciał  dać  worka,  więc wytworzył  się problem, że ja nie miałem  do czego  zabrać  tych  ziemniaków i już byłem gotów wyrzec  się  kupna tych ziemniaków,  ale   wieśniak uporczywie  domagał  się  zapłaty. Żona tego   wieśniaka poradziła mnie, abym ja od  sąsiada kupił  gruszki, wówczas będę mógł zabrać i kartofle i gruszki. Udałem  się  do  sąsiada i po obejrzeniu  gruszek na  drzewie  stargowałem takowe wszystkie za  dwieście marek oraz że on mnie te gruszki zawiezie do Wilna. Chłop, który zaproponował mnie  gruszki zapewnił, że  będzie ich  co najmniej 10 pudów i że  będą dojrzałe. Kiedy jednak następnego  dnia rankiem te gruszki  zostały otrzęsione z  drzewa, to okazało  się, że jest ich najwięcej pięć  pudów i były  w dodatku  zielone, niedojrzałe i twarde jak kamienie. Nabrał mnie  chłop na tych gruszkach fatalnie. Próbowałem się wyrzec  się tej transakcji,  ale  chłop o tym  słyszeć  nie  chciał i  domagał  się  natarczywie zapłaty, której ja odwrotnie odwlekałem z  zamiarem ucieczki z tej wsi  bez ziemniaków i gruszek. Cały mój ratunek był, że chłop nie miał konia.  Gruszki miały by przywiezione przez jego brata  do Wilna, który  z niewiadomej mi przyczyny  zwlekał z zaprzęgiem konia  do  wozu. Korzystając z tego, że chłop poszedł  do  swojego brata ponaglać z zaprzęganiem konia, ja przed gospodynią, od której miałem zabrać ziemniaki udałem potrzebę  wyjścia  za  swoja potrzebą za  węgieł obory. Kiedy tam zaszedłem,  stwierdziłem, że mnie nikt nie widzi i że przez ogrody można uciec do rosnącego niedaleko żyta.             Wówczas  czmychnąłem jak zając do tego żyta, począłem biec ile tylko sił miałem w kierunku  drogi  wiodącej z tej  wsi. Po wydostaniu się na drogę, trochę odetchnąłem i  uspokoiłem ze  strachu mojej ucieczki. Poczułem zadowolenie, że  uciekłem od złej transakcji mego kupna  i że nie dałem  się nabrać  chłopom.Pomaszerowałem wówczas w  stronę Wilna głodny, bez żadnych kupionych produktów. Po drodze usiłowałem cośkolwiek kupić  do  spożycia,  ale o tym mowy  b nie mogło, bo wszędzie mi odmawiano, i tak sobie głodny maszerowałem. Przechodząc koło zagrody leżącej przy  drodze, poczułem zapach dymu. Podniosłem głowę i  spostrzegłem  wydobywający  się  dym z komina w pobliskiej chacie. Udałem  się  do tej  chaty z nadzieją, że tam może  coś  warzą  do jedzenia i że  może ja będę mógł  coś dostać  do  zjedzenia. Kiedy  weszłam  do chaty i przywitałem  się „Niech Będzie Pochwalony” i usiadłem na  ławie wówczas gospodarz tego domu począł łajać swoją  żonę, dlaczego  drzwi pozostawiła nie zamknięte i  dlaczego ja włóczęga mogłem wejść do chaty? Broniłem się, że ja nie jestem włóczęgą i że jestem  spokojnym mieszkańcem Wilna, na  co mi gospodarz zareplikował, że  w  Wilnie to sami  złodzieje mieszkają i że mu już  dosyć dali  się  we  znaki i ma ich obrzydłych po   wyżej uszu  swoich, którzy jego niejednokrotnie okradli i oszukali. Pokazałem mu  swoje  dokumenty i posiadanych trzysta marek w  dowód, że nie jestem  złodziejem i oszustem. W tym czasie  gospodyni  wyjęła z pieca  zgotowane ziemniaki,  wysypała  do miski i postawiła na  stole, po czym także postawiła na  stole  dzban z siadłem mlekiem i poczęli  spożywać. Zapach  ziemniaków ogromnie  mnie stwierdlił w nosie, że ja wytrzymać nie mogłem będąc głodnym, począłem prosić by mi sprzedali  ziemniaków i mleko  do  spożycia. Po kilkakrotnej powtarzanej prośbie, gospodyni podała mi na talerzu do pięciu  ziemniaków i mleka  także trochę w kubku.  Spożyłem to momentalnie, apetyt jeszcze  więcej zaostrzył  się. Lecz nie odważyłem  się prosić   więcej. Wówczas zapytałem gospodynię ile mam zapłaci za mleko i ziemniaki? Gospodyni z mężem  coś porozmawiała  po cichu i oświadczyła, że mam zapłacić  30 marek niemieckich. Suma ta była zbyt  wygórowana, ja jednak nie targowałem  się i  wyjąłem  sto marek prosząc o resztę siedemdziesiąt marek. Tu nastąpiła tragedia,  gospodarze nie mieli reszty, a ja drobnych trzydziestu marek. Gospodarz ponownie począł w  sposób grubiański mnie łajać, że ja zjadłem kartofle i mleko i nie chcę płacić. Gospodyni poczęła płakać i narzekać, że ich  wciąż nachodzą głodomory, nabierają i oszukują. Jednocześnie zaproponowała, że ona da mnie ziemniaków i mleka, a ja dam im sto marek. Apetyt zachęcał mnie  do spożycia tej porcji, lecz rozsądek nakazywał, że nie mogę oddać tak wielkiej sumy, za zjedzone i proponowane  ziemniaki z mlekiem, które najwyżej razem mogły kosztować  30 marek. Przeto nie zgodziłem się na propozycje gospodyni. Wówczas  zaproponowałem gospodarzom, że jak oni będą  w  Wilnie, to niech zajdą do mego   sklepu a ja im zapłacę 30 marek. Gospodarz nie dowierzając mnie odwrotnie zażądał ode mnie 100 marek i jak on będzie w  Wilnie to odda mnie resztę. Ja także na ta propozycję nie zgodziłem się. Sytuacja  stała  się bez  wyjścia. Gospodyni narzekała, że lepiej by ona  zrobiła, by biegającemu  wieprzakowi po mieszkaniu oddała mleko z ziemniakami, zjedzone przeze mnie. Ostatecznie zaproponowałem by mnie  sprzedali  jeszcze  surowych  ziemniaków za 70 marek, wówczas dam im  sto marek. Gospodarze porozumiewawszy  się między  sobą oświadczyli, że ja musze im najpierw dać sto marek, wówczas oni dadzą mi ziemniaki. Propozycja ta także mi nie podobała  się. Niedowierzałem gospodarzom, że mogą po otrzymaniu stu marek w ogóle nie dać  ziemniaków, lub dadzą bardzo mało. Gospodarz wagi nie posiadał, przyniósł  drewniana miarkę i oświadczył, że ona  zawiera  wagę  jeden pud  ziemniaków. Zgodziłem  się, gospodarz poszedł  do ogrodu i po pewnym czasie przyniósł ziemniaki, które były małe jak orzeszki leśne i to na wpół z  ziemią. Zaprotestowałem, że takich ziemniaków nie przyjmę. Ponownie rozpoczęła  się między nami kłótnia, w trakcie której do mieszkania  weszło kilka kobiet  i znajomy mnie milicjant z Wilna z VIII Komisariatu. Opowiedziałem mu całą historię niemożliwości rozliczenia  się z gospodarzem za  zjedzone  ziemniaki z mlekiem. Poprosiłem go by mnie rozmienił sto marek. Do rozmiany milicjant nie posiadał drobnych marek. Wówczas pożyczyłem u niego 30 marek i gospodarzowi zapłaciłem. Po czym już  swobodnie odszedłem  do  domu  do  Wilna, do którego było jeszcze do 30  wiorst. Powróciłem już w nocy tak samo głodny jak byłem.Takie  wówczas dzieje działy się na wileńszczyźnie i innych terenach przyległych, szczególnie w  stronę kowieńszczyzny, dokąd ludzie  szli przeważnie po  zakupy. Miedzy poszukującymi produktów,  a chłopami powstawały  wzajemne niedowierzania i nie ufność. Doszło  do tego, że  wzajemnie mordowali  się. Chłopi nie  wpuszczali do  domów poszukujących prowizji, którzy niejednokrotnie mordowali gospodarzy i po dokonaniu rabunku uciekali. Niejednokrotnie chłopi mordowali przybyłe osoby po zakupy i tak  wzajemne mordy istniały. Wówczas poszukujący produktów gromadzili  się w   większę  grupy i nocami odpoczywali w lasach. Działo  się tak mniej więcej do roku 1918, kiedy front bojowy przesunął  się na  wschód i po  zakupy ludność  szła w  stronę  w  schodu,  gdzie tereny nie były tak ogołocone.             


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Zwolnienie z Milicji.

piątek, 18 maja 2007 22:15

Życie kulturalne w  szeregach Milicji prowadziliśmy bardzo ruchliwe. Mieliśmy dużą świetlicę (klub), gdzie odbywały  się  odczyty, pogadanki i różnego rodzaju  zebrania. Mieliśmy poważną bibliotekę. Przedstawienia teatralne odbywały się każdego miesiąca, łącznie z koncertami. Mieliśmy bufet do którego chętnie  zaglądaliśmy, by tam pożywić się, będąc zawsze niedostatecznie odżywieni. W klubie tym czytaliśmy rożne czasopisma, jawne i nielegalne. Zainteresowanie  nasze było bardzo duże sprawami legionowymi oraz Komendantem Piłsudskim, który  zdobywał w  Wilnie coraz  większa popularność i   zwolenników oraz uznanie Jego polityki i walki orężnej do odzyskania niepodległości Polski.Komendant Zawadzki Józef miedzy którym, a  władzami niemieckimi były poważne tarcia i rozbieżności podał  się  do  dymisji. Jego miejsce zajął Węcławski. Zastępcą Komendanta nadal pozostał Witold Abramowicz -  adwokat. Inspektorem był  Czyż. Wszyscy oni byli  demokratami i  zwolennikami Komendanta Piłsudskiego. Przy ich aprobacie  w szeregach Milicji była krzewiona idea niepodległości Polski, co jednak nie  było  z duchem  władz niemieckich, w szczególności na wileńszczyźnie i   ziemiach wschodnich, należących  do Księstwa Litewskiego. Niemcy miały  wówczas zamiar powołać państwo Litewskie z królem dynastii Hohenzolernów. Polityka ta nam Polakom na wileńszczyźnie nie odpowiadała. W Klubie Milicyjnym w gronie osób zaufanych czyniliśmy zebrania na których były omawiane  sprawy organizacyjne „Polskiej Organizacji Wojskowej”. Odczyty na ten temat wygłaszał dr. Dobaczewski. Prace te były prowadzone ściśle poufnie jak przed Niemcami, Litwinami i Żydami. Chodziło tedy o  zdobycie jak największej ilości  członków dla POW, którzy by na   wezwanie  stawili  się w   szeregi POW. Prace w POW były  wówczas prowadzone pod dowództwem gen. Rydza Śmigłego w zastępstwie Komendanta Józefa Piłsudskiego wówczas osadzonego w  więzieniu. Zebrania nasze w POW zostały zadenuncjowane. Zwolnienie moje z Milicji nie było dla mnie ciosem materialnym tragicznym, bowiem z posiadanych towarów, pozostałych z handlu hurtowego papierowego, otworzyłem  sklep  sprzedaży detalicznej przy ul. Niemieckiej i już jako tako mogłem żyć, natomiast milicjanci biedni pozostali bez środków  do życia. Przy ul. Niemieckiej w  domu nr 1, gdzie  sklep otworzyłem  także  zamieszkaliśmy. W tym czasie  w Wilnie  bardzo dużo  było wolnych  sklepów i mieszkań, co mnie  dało możność obrania w  dobrym punkcie miasta. Jednak targ  był słaby. Obrót polegał przeważnie na  sprzedaży żołnierzom niemieckim papieru pakowego, sznurka i pudełeczka do pakowania paczek wysyłkowych. Po otwarciu  sklepu mnie prędko zabrano na przymusowe roboty, osądzając na punkcie  zbornym w   wiezieniu na ul. Antokolskiej, gdzie po dostarczeniu przez żonę strzykawki i oliwy, niezwłocznie  dokonałem kilku zastrzyków dookoła kolana skutkiem czego kolano obrzękło. Położono tedy mnie do szpitala na Antokolu, gdzie leczono kolano. Choroba nie tylko nie ustępowała lecz pogarszała  się, z powodu tego, że  często czyniłem zastrzyki. Stan zapalny kolana był widoczny. W  szpitalu tym dwa razy w tygodniu byłem badany przez lekarza wojskowego, a leczony byłem przez felczera w myśl dawanych  wskazówek  felczerowi przez lekarza Polaka  z Poznania. Z felczerem tym zaprzyjaźniłem  się. Dostarczone przez żonę parę  dziesiątek jaj i masła wręczyłem temu felczerowi jako gościniec. Po złożeniu tego  gościńca, po paru  dniach poprosiłem go, by on złożył  wniosek  doktorowi o  zwolnienie mnie od robót przymusowych jako  chorego nieuleczalnie na kolano, które posiada chroniczne zapalenie ścięgna. Felczer był tak uprzejmy i prośbę moją  załatwił jak najpomyślniej. Zostałem tedy zwolniony od prac jakichkolwiek jako  chory i niezdolny  do pracy.W  dowód wdzięczności zaprosiłem felczera do  siebie do mieszkania i go ugościłem w miarę posiadanej możliwości. W czasie następnym on już sam  często do nas przychodził i  dzieciom przynosił cukierki. Miał on także  dzieci i tęsknił za takowymi, przeto chętnie  spędzał czas w  zabawie z naszymi dzieciakami. Był to czas letni w 1917 r. W lecie tym był duży urodzaj na owoce. Obrodziły  wówczas wiśnie, czereśnie i inne owoce. Posiadałem w  sklepie  duże okno  wystawowe w którym  wystawiałem owoce  do sprzedawania. Obrót od sprzedaży tych owoców  był poważny, przeważnie były kupowane przez żołnierzy niemieckich. Zarobek także był nienajgorszy. Dawało to nam to, że mogliśmy żyć bez głodu, wówczas kiedy ludność miasta Wilna głodowała. W 1917 roku było bardzo ciężko pod  względem wyżywienia nie tylko mieszkańcom miasta Wilna, lecz także i całej połaci obszarów przylegających  do frontu, gdzie ludność umierała z głodu. Ludność pozjadała  swoje psy, koty, w lecie  wyławiano z  wody żaby i zjadano jako smakołyki. Nie  zważając  na  zakaz mieszkańcy miasta Wilna wychodzili tysiącami na  wieś oddalone o sto kilometrów po zakup żywności, zabierając  ze  sobą ubranie lub różne przedmioty na  wymianę na artykuły żywnościowe. Wówczas oddawano za kawałek chleba poduszkę lub inną rzecz jak spodnie, marynarkę itp. Na  drodze można było  spotkać ludność niosącą:  stoły, krzesła, lustra wiszące. Wszystko to niesiono na  wymianę na żywność, a tej żywności już także i na  wsi nie było. Niemcy zapełniwszy tą ludnością  więzienia przestali reagować i nie przeszkadzać na  wyjście z miasta. Natomiast uganiali  się za powracającymi z  wsi  do miasta. U  złapanych czynili rewizję i znalezione  artykuły żywnościowe odbierali.           


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (1) | dodaj komentarz

Nieprawne wymuszenie zeznań.

środa, 16 maja 2007 22:13

IV. Przy zaułku Nikodemskim pod nr. 8 był nieduży domek z którego  wychodziły okna na planty kolejowe. Mieszkał  w nim niejaki Miłosz.  Wnętrze tego  domku było umeblowane  dość bogato. Meble były mahoniowe i  staroświeckie. Sam zaś Miłosz był ubrany elegancko. Jego kochanka także  była wytworna i ubierała  się bogato. Oboje niczym nie zajmowali  się, a  żyli w dostatku, według zeznania pobliskich sąsiadów. Milicjanci niejednokrotnie dokonując obchodu tego Miłosza  spotykali wieczorami jak powracał  do domu z pakunkami. W czasie tym w mieszkaniach zamożniejszych mieszkańców Wilna poczęły  się  szerzyć  kradzieże futer, ubrań, obuwia itp. Sprawców  tych kradzieży nie można było  złapać. Wówczas poleciłem milicjantom by zatrzymali Miłosza kiedy będzie powracał do domu z paczkami. Po pewnym czasie milicjanci zatrzymali Miłosza z paczką dość dużą pod pachą. Miłosz zaproponował milicjantom aby oni poszli z nim do jego  domku, gdzie on im pokarze zawartość paczki z jego ubraniem które zabrał od krawca. Kiedy  weszli do przedpokoju spotkała ich tam kochanka Miłosza, która poczęła zabawiać  rozmową milicjantów. Miłosz zaś  w tym czasie prędko wszedł  do  drugiego pokoju. Kiedy milicjanci nie mogąc doczekać  się powrotu Miłosza z tego pokoju,  sami   weszli do tegoż pokoju Miłosza tam już  z paczką nie było. Przeszukali cały domek, bez rezultatu. Stwierdzili, że okno było otwarte w kierunku plant kolejowych, przez które Miłosz uciekł razem z paczką. Kochanka Miłosza odmawiała  wskazać gdzie on przebywa, bo od  dnia ucieczki  do  domu nie przychodził. Po kilku  dniach podczas badania, oświadczyła, że Miłosz wyjechał  do swoich rodziców do Warszawy. Zeznaniem tym usiłowała uśpić dochodzenie Milicji., przy tym  stwierdziła, że rodzice Miłosza    zamożni i że Miłosz jest uczciwym człowiekiem i że rodzice go utrzymują jako studenta medycyny. Twierdzenie jej oczywiście było kłamliwe i usiłujące tuszować pobyt Miłosza w  Wilnie i miejsce jego pobytu. Kiedy wyczerpałem  wszystkie  możliwe  sposoby uzyskania od kochanki informacji o miejscu zamieszkania Miłosza, wówczas postanowiłem za pomocą cielesnych uderzeń w d…pę zmusić  ją do  wskazania miejsca pobytu Miłosza. W tym celu w nocy zaprowadzono ją  do gabinetu Komisarza i tam na miękkim  dywanie położyli ją, trzymając nogi i głowę oraz po podniesieniu  sukienki dano  kilka uderzeń sznurem w  d… pę. Uderzeń tych  wystarczyło, gdyż ona puściła pod siebie całe jezioro i poczęła prosić by ją  więcej nie bito, bo powie prawdę, gdzie przebywa jej kochanek Miłosz. Zastosowane uderzenia okazały  się najlepszym środkiem do  zmuszenia prawdziwego zeznania, jak to uczyniła  kochanka Miłosza.Zeznała ona wówczas, że Miłosz przebywa u jej siostry przy ulicy Ostrobramskiej w domu nr 18 m.10. Wówczas zabrałem z  sobą  czterech milicjantów i   nocy udałem  się pod   wskazany  adres, gdzie rzeczywiście   znaleziono śpiącego Miłosza z zarostem dużym nieogolonej brody, której przedtem nie nosił. Miłoszowi nałożono kajdanki na ręce i postawiono obok niego dwóch milicjantów, by ponownie nie uciekł. Po czym dokonaliśmy rewizji całego mieszkania w który znaleziono bardzo dużo powiązanych paczek z ubraniami, różnego  rodzaju. Były tam  dwa bogate męskie futra. W paczkach powiązanych były kołnierze z lisa, suknie  damskie i ubrania męskie, obrusy  stołowe itp. Wszystko to łącznie  z Miłoszem zabrano do Komisariatu. W Komisariacie pozwolono kochankom porozmawiać miedzy  sobą w asyście milicjanta podczas której to rozmowy kochanka przyznała  się Miłoszowi, że ją  zmuszono  sznurem  do ujawnienia miejsca jego pobytu. W czasie śledztwa Miłosz twierdził, że zabrane przedmioty są jego i kochanki własnością, jako też i częściowo jego rodziców. Kupił te przedmioty w różnych miejscowościach, a nawet i na ulicy od Niemców. Takim zeznaniom nikt mu  wierzyc nie mógł.Wówczas za pośrednictwem Komendy Głównej Milicji zostały powiadomione   osoby, które zostały okradzione w ostatnim czasie w  Wilnie. Osoby okradzione   zgłaszały  się  do naszego Komisariatu i tu  wśród  zabranych  od Miłosza przedmiotów znajdowały także i  skradzione im przedmioty. Futra były  własnością rabinów żydowskich, które zostały im  skradzione z bożnicy, podczas modłów. Niemal wszystkie przedmioty  zostały rozpoznane i  zabrane przez poszkodowanych, w myśl ich meldunków o kradzieży. Poszkodowani odbierając  swoje przedmioty poznali okazywanego im Miłosza. Okazało się, ze Miłosz zachodził  do ich mieszkań szukając  rzekomo miejsca zamieszkania swojego brata lub proponując sprzedaż żywności, której brakowało w Wilnie. W trakcie tym, korzystając z nieuwagi mieszkańców ich okradał. Wykrycie zlikwidowanie afery  złodziejskiej Miłosza i jego kochanki,  wywołało niemal małą sensację w  Wilnie. Otrzymałem wówczas podziękowanie od  Głównej Komendy Milicji. Ponadto także gratulacje od Komisarzy i kolegów przodowników  z innych Komisariatów. Niemało też było komentarzy nad nieprawnym sposobie wymuszenia zeznania od kochanki Miłosza oraz  śmiechu nad uczynionym przez nią jeziorem na  dywanie pana Komisarza. Podobnych kradzieży  większych i mniejszych mógłbym naliczyć  na kilkadziesiąt wypadków, jednak poprzestanę na ilości wyżej podanej.            


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Młodociana organizacja przestępcza.

wtorek, 15 maja 2007 21:17

III. Od pewnego  czasu  w mieście poczęły szerzyć  się drobne kradzieże. Po nocy   znajdowano powybijane  szyby  w sklepach i pozabierane  drobne przedmioty znajdujące  się na   wystawach. Po kinach także grasowali  złodzieje w porze nocnej i  zabierali  stamtąd instrumenty muzyczne pozostawione przez muzyków grających  w tych kinach. Modlącą  się ludność pod Ostrą Bramą także okradano. Skarbonki w kościołach wypróżniano. Ponadto  często  do Komisariatu zgłaszali się rodzice informując, że ich  synowie w  wieku 12 do 18 lat uciekają z domu, zabierają pieniądze lub przedmioty o  większej  wartości i że tych  dzieci nie mogą odnaleźć. Wówczas domyślałem się, że kradzieże te są  dokonywane przez chłopców  młodocianych rzezimieszków, nieuchwytnych i tak  się okazało. Kiedy jednej nocy powracałem z kontroli obchodów milicyjnych na ulicy Antokolskiej, w VII  Komisariacie przez ogród Cielętnik (skwer spacerowy) to spostrzegłem migające  światełka w oknie zabitym deskami w pawilonie nieczynnym w porze zimowej.             Pawilon ten  służył w lecie jako  cukiernia. Podkradłem  się pod okno te i począłem przysłuchiwać  się szmerom i  cichym rozmowom dochodzącym z tego pawilonu. Po głosie poznałem, że tam znajdują  się młodzi chłopcy. Wówczas udałem  się  do VII Komisariatu Milicji, po pomoc milicyjną. Po otrzymaniu czterech milicjantów, otoczyłem pawilon i począłem  stukać  w okno w  którym świeciło  się i   wołałem by nam otworzono drzwi  wejściowe. Światło  zgasło i posłyszeliśmy kroki uciekających w innym kierunku tegoż  pawilonu, a zarazem wyskakujących chłopców przez inne okno na  zewnątrz, których natychmiast zatrzymano. Zatrzymani chłopcy    zaprowadzili nas do  swojego mieszkania, gdzie jeszcze było 2  chłopaków chorych. Razem  zatrzymaliśmy 7. Byli to  chłopcy w  wieku od 12 lat do 18. W piwnicy w której przebywali  chłopcy, znajdowały  się  ławki, taborety, mały  stolik oraz żelazny piecyk i kuchenne przedmioty  do gotowania jedzenia, poza  tym  dużo  słomy  do spania. Było tam ciepło. Świadczyło to, że chłopcy tam przebywali przez cały czas, i tak było według zeznań tych chłopców. Wszystkich  chłopców zabrałem do  swego Komisariatu i osadziłem w  areszcie, do  czasu rozpatrzenia  sprawy ich zamieszkania w pawilonie. VII Komisariat Milicji zgłosił protest, że ja zabrałem nieprawnie z terenu ich Komisariatu tych młodzieńców i że winni być  przekazani do tego Komisariatu. Jednak Komenda Główna powierzyła naszemu Komisariatowi przeprowadzenie dochodzenia.Podczas badania pojedynczo tak i  zbiorowo tych  chłopców okazało  się, że oni przebywali w pawilonie kilka miesięcy, gdzie mieli swoją siedzibę dzienną i nocną. Byli oni zorganizowani i podlegali ułożonym przepisom. Był ich przełożonym 18 letni  chłopak ze skośnymi ruchliwymi oczyma o  wyglądzie ponurym i żwawych ruchach. Do  stawianych temu  chłopakowi zrzutów  jego  winy, tak i całemu  zespołowi  chłopców, kategorycznie on nie przyznawał się. Jednak przez krzyżowe pytania poszczególnych  chłopców zostało ujawnione, że oni  dokonywali kradzieży  w mieście, jakie miały miejsce. Zakradali  się do kin po seansach i tam kradli  co im wpadło w ręce, między innymi i instrumenty muzyczne. Także wybijali w  sklepach  szyby  wystawowe i   zabierali stamtąd droższe przedmioty. Przed Ostrą Brama okradali modlących się,  wyciągając  z torebek pieniądze, rękawiczki itp. Chłopcy nowicjusze  wstępujący do tej grupy,  zmuszeni byli  wpłacać  wpisowy okup, dlatego kradli od  swoich rodziców pieniądze na ten okup. Skradzione przedmioty obowiązani byli  składać  swemu przełożonemu, po sprawdzeniu sumy, którą osiągnięto dzielone były proporcjonalnie między  wszystkich. W  wypadkach osiągnięcia  większej  sumy 20% było kładzione na fundusz zapasowy. Z tego tytułu u przełożonego znaleziono  srebrem 80 rubli. U niektórych  chłopców znaleziono pieniądze, które pochodziły jako  skradzione od rodziców. U jednego  chłopca  znaleziono 60 rubli srebrem. Wezwana do Komisariatu jego matka  oświadczyła, że  ten  chłopak  skradł u niej 100 rubli  srebrem i uciekł  z domu przed  dwoma miesiącami temu. Chłopcy z ogólnej kasy żywili  się i otrzymywali  jeszcze na  cukierki i kino. Życie prowadzili wesoło i bez trosk żadnych. Początkowo  wszystkich  chłopców  w Komisariacie trzymano  w jednym pokoju, więc milicjanci słyszeli niejednokrotnie jak przełożony chłopak rugał ich i nazywał tchórzami z powodu tego, że oni przyznają  się  do popełnionych przestępstw, będąc  w jego organizacji. Ponadto  zmuszał ich  do milczenia i nie przyznawania  się  do popełnionych  czynów. Kiedy go zapytano po co on grozi chłopcom i zabrania  składać  prawdziwe  zeznania, to  stanowczo  zaprzeczał temu jako nieprawdzie. Nawet zaprzeczał podczas naocznych stawek. Wówczas go osadzono w  oddzielnym  areszcie. Okazało  się, że był on  synem  szewca niedaleko mieszkającego naszego Komisariatu. Ojciec  chciał go zabrać do domu,  ale on nie  zgodził  się. Ponadto na jego przestępczy charakter i jego  działalność czynioną z premedytacją  winniśmy byli przekazać naszej  władzy  do  dyspozycji, ale  do tego nie  doszło bo kiedy milicjant wyprowadził  go  do klozetu na podwórzu, to on przesadził ścianę klozetu 2 metrowej  wysokości w  kierunku ogrodu i uciekł. Pozostałych 4  chłopców oddano  rodzicom, dwojga z braku  rodziców oddano do Przytułku Serca Jezusowego. Tak tedy  zlikwidowano młodocianą przestępczą organizację.           


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Świńska sprawa.

poniedziałek, 14 maja 2007 21:31

II.   W dzień zimowy przybyła kobieta  do Komisariatu i zameldowała, że  sąsiad skradł u nich świniaka wagą  do 80 kg. i że ona już u niego tego świniaka  szukała  bez rezultatu, a  sąsiedzi  twierdzą, że  widzieli jak ten sąsiad  zwabił świniaka  do  swojego mieszkania. Wówczas udałem się z milicjantem na  miejsce kradzieży. Podejrzany  staruszek o wyglądzie miłym i przyjemnym, zaklinał  się  na  wszystkie świętości, że on nie widział tego świniaka i jego do  swego mieszkania nie zaganiał. Staruszek sam jeden mieszkał w tym mieszkaniu. W mieszkaniu tym świniaka nie było ani też jakiegokolwiek śladu po nim. W sąsiednich zabudowaniach także go nie odnaleziono. Kiedy usiłowaliśmy bez rezultatu odejść od wykrycia kradzieży kobieta poszkodowana poczęła lamentować w  sposób  przeraźliwy i narzeka na niedołęstwo milicji, przy tym padła na kolana przede mną usiłując  całować ręce i prosić bym ja jeszcze  szukał u podejrzanego świniaka. Wówczas wróciłem do  staruszka i zacząłem  go namawiać by przyznał  się gdzie schował zwabionego świniaka. Staruszek także padł przede mną na kolana i nadal  zaklinał  się, mówiąc, że on jest  stary i bezsilny by mógł coś zrobić temu wieprzakowi. Z wyglądu można było wierzyć  temu  staruszkowi w  jego niewinność, ale kazałem milicjantowi jeszcze raz przeszukać  mieszkanie, szczególnie na piecu piekarskim będącym w tym mieszkaniu. Milicjant nazwiskiem Lisowski kiedy wlazł na  piec to poczuł zapach spalenizny, ale oprócz liści z drzewa na piecu więcej nic nie było. Tedy ja podstawiłem taboret i zajrzałem na piec i  spostrzegłem, że piec jest pobudowany od  ściany od 10 do 15 centymetrów dalej. Poleciłem milicjantowi by zobaczył w wolnej przestrzeni między piecem a  ścianą. Milicjant wówczas począł odgarniać  liście z tej przestrzeni na głębokości do pół metra, gdzie natrafił na  coś  miękkiego, przy czym poczuł  woń  spalenizny mocniejszą sierści świńskiej. Wszedłem tedy osobiście na piec i  zanurzyłem  rękę  w tym miejscu. Po  dokładnym zmacaniu poznałem, że tam znajduje  się wieprzak. Wówczas posłałem jeszcze jednego milicianta  do pomocy Lisowskiemu do  wyciagnięcia nieżywego  wieprzaka, który był  do połowy osmalony na ogniu. Po zdjęciu z pieca tego  wieprzaka, poszkodowana kobieta rzuciła  się na niego i poczęła  lamentować i obejmować mówiąc mój ty  dzidaczku, karmiłam i myłam  ciebie, a ten gałgan złodziej zabił  ciebie i nie pozwolił   wykarmić na Boże  Narodzenie,  a teraz ty jesteś martwym chudziakiem. Niedaleko od wieprzka stanął na kolana także   staruszek i począł płakać i narzekać, że go  diabeł  skusił do   zabicia tego  wieprzaka,   także  głód  go do tego kusił. Patrząc na poszkodowaną kobietę i na  straszaka winnego,  więcej mi było żal  staruszka od kobiety poszkodowanej. Jak opowiedział  staruszek, to on  wieprzaka zwabił  do mieszkania i  go  zakłuł   szydłem, po czym począł  smalić na płycie, ale kiedy posłyszał poszukiwanie tego  wieprzaka przez kobietę wówczas z nadludzkim  wysiłkiem wciągnął  go na piec i  zapchał miedzy ścianą a piecem przykrywając  liścmi. Należy się nadmieni, że na wiek  staruszka był to  wysiłek bardzo  duży.  Zarządziłem zabrać   świniaka i  staruszka do Komisariatu do  spisania protokołu. Świniaka tego wieziono na saneczkach, za którym  szła  kobieta poszkodowana i  w dalszym  ciągu lamentowała po tym wieprzaku jak po zmarłym  dziecku. Po  spisaniu protokołu  wieprzaka  oddani poszkodowanej, staruszka odesłaliśmy do  dyspozycji Głównej Komendy Milicji Obywatelskiej z wnioskiem o uniewinnienie lub   wymierzenie lekkiej kary ze  względu na jego  wiek i głód jaki  znosił. Wniosek  został uwzględniony i  staruszek zwolniony, tym bardziej, że on nie był karany i  sąsiedzi świadczyli o nim jak najlepiej.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Tragiczny los jeńców rosyjskich i służba w Milicji Obywatelskiej miasta Wilna.

piątek, 11 maja 2007 22:32

Jeńców wojennych Rosjan w Wilnie i Nowej Wilejce, gdzie byli przetrzymywani w  budynkach nieopalonych,  zimową porą,  z głodu i  z mrozu umierało dziennie po kilkaset osób. Zmarli byli  wywożeni na  wozach, przyciśnięci  drągiem jak  snopki  zboża do jam zbiorowych na polu i tam ich zakopywano, jak bydło padłe. Jak zapowiadano przez dozorców  baraków, to  zimie w 1917 roku umarło w Nowej Wilejce do 7 tysięcy jeńców Rosjan. Jeńców tych, którzy jeszcze chodzi  mogli można   było  widzie na ulicach miasta Wilna, pod   strażą pędzonych  na roboty. Szli oni bardzo powoli. Wyglądali  jak kościotrupy – mizerni do tego stopnia  byli, że  tylko na nich skóra wisiała jak na patykach. Słabszych koledzy prowadzili pod ręce, nierzadko upadali i umierali na miejscu. Jeżeli ktoś z przechodzących zlitował  się i jeńcom podał coś z  żywności do zjedzenia lub papierosa, wówczas eskortujący  żołnierze bili kolbami karabinów ofiarodawcę i jeńca przyjmującego. Racje  żywnościowe dla  wojska niemieckiego były  wydawane także  skąpe,  więc żołnierze niemieccy dokupowali  sobie żywność. Ponadto kupowali żywność  w bardzo małej ilości i takową  w paczkach  wysyłali swojej rodzinie do Niemiec. Paczki  zawierały po parę jaj, kilka kartofli i garści grochu itp. Większych paczek nie przyjmowano.Głód taki panował na  wszystkich obszarach okupowanych przez Niemców, szczególne  nasilenie miał w pasach przyfrontowych, gdzie gospodarze działaniami wojennymi byli całkowicie  zniszczeni. Żywności w  skąpych racjach nie wystarczało do wyżycia. Chleb tam jedzono wypieczony z wrzosu i kory drzewa. W lecie odżywiano  się grzybami, jagodami i różnymi korzeniami.Czynności Obywatelskiej Milicji pierwotnie były dla mnie bardzo przyjemne, przeto je  wykonywałem z  chęcią. Komisariat miał obsadę: Komisarza, Zastępcę Komisarza, sekretarza i jego  zastępcę, czterech lub pięciu przodowników i do 35 – 40 milicjantów. Każdy przodownik miał swój rejon nad którym czuwał nad porządkiem i  spokojem dla jego mieszkańców oraz stanem  sanitarnym. Do pomocy miał przydzielonych starszych milicjantów, zwanych dzielnicowymi. Milicjanci mieli  służbę obchodową i  dyżury w Komisariacie jako rezerwa. Obchody odbywały  się po dwóch razem,  według  wyznaczonego marszrutu, podczas którego byli kontrolowani przez przodowników. Każdy przewodnik miał na dobę 8 godzin  służby i kolejnie dyżurowali w Komisariacie. Ponadto w innych godzinach służby jego obowiązkiem było czuwanie nad  swoim rewirem w  mieście i kontroli obchodów milicjantów. Jedną kontrolę  w miesiącu winien był dokonać w innym Komisariacie. Takie kontrole  odbywały się   wzajemnie między Komisariatami.Ludność  cywilna miała prawo chodzi  tylko do godziny dziesiątej  wieczór. Od godziny 10 wieczór do godziny 6 rano były godziny  zakazane tzw . policyjne.  Za przekroczenie tego przepisu winni byli  surowo karani  aresztem i grzywną. Dla  większego  bezpieczeństwa, przed czwartym  domem  dyżurował  dozorca  w porze nocnej. Czas tych  dyżurów był umieszczany na tablicy przymocowanej  do bramy. Rozkład  tych dyżurów ja opracowywałem w swoim Komisariacie. Były one praktyczne i  dobre, czego koledzy  winnych Komisariatach nie potrafili opracować. Wobec czego mnie wydelegowano do wszystkich Komisariatów do opracowania tych  dyżurów nocnych. W czasie tych czynności zapoznałem w tych Komisariatach personel pracujący, łącznie z komisarzami i podkomisarzami, z którymi nawiązałem przyjacielskie  stosunki. Jak już wspominałem, że w mieście panował głód,  więc  z tego powodu szerzyły  się kradzieże i rabunki. Miałem  dużą  chęć  do  wykrywania tych kradzieży i pewien  spryt  do tego, przeto opiszę kilka takich kradzieży  wykrytych przeze mnie.I. Do Komisariatu pewnego sobotniego wieczora wpadła zapłakana Żydówka z lamentem, że jej ukradziono, kiedy ona była w bożnicy na modlitwie. Skradziono i  wyniesiono jej ubranie, bieliznę i cenniejsze przedmioty z szafy i kredensu. Natychmiast udałem się z dwoma milicjantami na miejsce kradzieży tj. przy ul. Subocz. Było to w porze jesiennej, kiedy  wieczory były  ciemne. Ulica  Subocz nie była oświetlona. Poszkodowana nie mogła  wskazać osób podejrzanych o kradzież. Trzeba  było tedy rozpocząć poszukiwanie złodziei. Od mieszkańców sąsiednich domów dowiedziałem  się, że od pewnego  czasu nieznani osobnicy często kręcą  się  w tej okolicy przesiadują w  pobliskiej piwiarni. Wówczas udałem  się  do tej piwiarni i tam od właściciela dowiedziałem  się, że owi osobnicy tego wieczora proponowali mu kupno od nich ubrania, bielizny i innych przedmiotów, których on nie kupił. Osobnicy po zakupieniu większej ilości piwa  wyszli z piwiarni. Znajdujący  się goście w piwiarni wskazali dom w którym owi osobnicy często przebywają. Było już pewnym, że owi osobnicy dokonali kradzieży. Trzeba było tylko ich ująć. Wówczas jeszcze zabrałem z obchodu dwóch milicjantów i  dom  z podejrzanymi osobnikami otoczyłem. Kiedy  weszliśmy na podwórze, to  w jednym oknie na piętrze paliło  się  światło, lecz prędko zostało zgaszone. Pod tym oknem postawiłem jednego milicjanta. Drugiego milicjanta postawiłem na ulicy do obserwowania  domu, a  sam z  dwoma udałem  się  w towarzystwie dozorcy z żelaznym łomem, na piętro pod mieszkanie w którym przebywali  złodzieje. Na  nasze pukanie nikt nie odpowiadał, natomiast  słychać  było  szmery i poruszanie  się  osób. Kiedy poczęliśmy grozić, że  drzwi  wysadzimy i łomem walic  w drzwi,  wówczas jakaś kobieta przez uchylone okno z tego mieszkania poczęła wołać, że ona pokaże, gdzie mieszkają  złodzieje, którzy dokonali kradzieży że oni mieszkają na ulicy Majowej. Propozycja ta nas utwierdziła, że  złodzieje znajdują  się w tym mieszkaniu, a jest to tylko manewr aby nas oddalić od tego mieszkania. Na szczęście nasze przechodził ulicą patrol wojskowej Policji niemieckiej uzbrojony w karabiny z bagnetami, którego poprosiliśmy o pomoc. Wówczas  wspólnie poczęliśmy  drzwi  wyważać, które po niejakim czasie nam kobieta otworzyła. W mieszkaniu był stół zastawiony butelkami po  piwie i  wódce i rożnymi zakąskami. Różne graty porozrzucane po mieszkaniu. Pod łóżkami znaleźliśmy dwóch osobników, którzy poczęli nam grozić pobiciem nas, za napastowanie ich niewinnych. Trzeciego  osobnika wyciągnęliśmy z szafy. Wszyscy trzej  zachowywali  się groźnie i usiłowali przedostać  się w kierunku drzwi, wówczas żołnierze przystawili im do piersi karabiny z bagnetami i nakazali  stać   spokojnie, co nam ułatwiło  dokona u nich rewizji, która przyniosła kilka wytrychów  złodziejskich i noży zbójeckich. Dowody te nam służyły, że mamy do czynienia z bandą złodziejską. Po dokonaniu całkowitej rewizji mieszkania, zostały  znalezione rzeczy  skradzione u Żydówki pościel, bielizna, ubranie i inne  drobne przedmioty. Przedmioty te Żydówka poznała jako jej własność. Bandę złodziejska  zabraliśmy do Komisariatu, którą prowadziliśmy pod bagnetami żołnierzy. Odnalezione przedmioty zabraliśmy także do Komisariatu, które po  spisaniu protokołu  zostały oddane  właścicielce. Osobnicy  bandy jak po drodze tak i w Komisariacie zachowywali się złowrogo i groźnie,  wykrzykując, że oni nie z takiej opresji uciekli i że teraz tym bardziej uciekną. Po  spisaniu protokołu i  zbadaniu ich dowodów okazało  się, że ci osobnicy przyjechali z Dynaburga do Wilna na  występy  złodziejskie. Po czym ich okutych  w kajdanki odstawiono do Głównej Komendy Milicji Obywatelskiej. Główna Komenda tak lekceważąco dozorowała złodziei, że oni na trzeci  dzień poprosili się  do klozetu i po udaniu się do takowego,  wyskoczyli  z niego na  sąsiedni ogród i uciekli, dotrzymując   swojego przyrzeczenia.           


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Straszna okupacja niemiecka ludności cywilnej wileńszcyzny.

czwartek, 10 maja 2007 22:28

Naród żydowski zamieszkały na  wileńszczyźnie stanął po stronie  niemieckiej. Ujawnił  swoją ogromną radość  do Niemców,  gdy ci wkroczyli do  Wilna, to cieszyli  się, że pozbyli  się wrogów  swoich Rosjan, którzy Żydom nie dawali żadnych praw, a także nie  w puszczali na teren Rosji po za linię czerty osiadłości. Po zajęciu Wileńszczyzny Żydzi  całkowicie oddali  się na usługi Niemcom. Wszystkie życzenia niemieckie pełnili chętnie. To też nic  dziwnego, że pozyskali  zaufanie u  Niemców. Poczęli tedy jawnie i tajnie prowadzić   transakcje handlowe między  sobą itp. Żydzi pootwierali domy schadzek jawne,  do których  wojsko niemieckie pod   dowództwem całymi kompaniami uczęszczało. Jeden taki  dom otworzyli niedaleko Ostrej Bramy w  byłym hotelu Rzymskim. Niemcy powołali Milicję obyczajową, składającą się przeważnie z Żydów, obowiązkiem której było  czuwanie nad prostytutkami, by takowe poddawały  się kontroli lekarskiej, która  winna odbywa  się  dwa razy  w tygodniu. Milicja obyczajowa, łącznie z Policja niemiecką zatrzymywały  wszystkie kobiety, które rozmawiały lub  spacerowały z żołnierzami niemieckimi na ulicach, po czym były przetrzymywane na Milicji obyczajowej,  gdzie były poddawane kontroli lekarskiej i im były  wydawane książeczki żółte, na mocy których miały prawo uprawiać nierząd pod kontrolą lekarską i kontrolą Milicji obyczajowej. Jeżeli były zatrzymywane mężatki, to takowe musiały udowodnić, że są mężatkami i że  są na utrzymaniu mężów,  co  stwierdzali mężowie, po czym były  wypuszczane. W  szpitalach  wenerycznych były  dziewczęta przetrzymywane pod  surową obserwacją. Dostęp do tych  szpitali był izolowany kolczastymi  drutami. W czasie późniejszym, kiedy chorej  dziewczyny nie można było  wyleczyć w przeciągu  sześciu miesięcy, to taką truto. Wówczas dziewczęta niektóre przez okno  wyskakiwały na ulicę, by tą  drogą uciec ze  szpitala, przeważnie   w tych  wypadkach kaleczyły  się poważnie lub całkowicie zabijały  się. By  zapobiec tym wypadkom Niemcy okna całkowicie zamurowali.Przed  wkroczeniem Niemców  do Wilna my na składzie papierowym posiadaliśmy towaru do 80 000 rubli. Żydzi natychmiast poczęli względem nas ujemnie działać. Niemców na ciężarowych autach skierowali pod nasz skład i  wykrzykiwali to tu, palcami pokazując na  drzwi naszego składu. Wówczas Niemcy zarekwirowali nam różnego towaru na pięciu  autach na  sumę do 40 000 rubli. By ratować   się  od dalszej rekwizycji, my  dobrowolnie  sprzedaliśmy Żydom po cenie tańszej towaru na  sumę do 20 000 rubli. Pozostały towar podzieliliśmy między  sobą i takowy  schowaliśmy  u  sąsiadów, a uczyniliśmy to i dla tego, że po zajęciu Wilna przez Niemców prowincjonalna klientela  całkowicie odpadła, a klientela wileńska taka była nikła, że nie opłacało  się handlu prowadzić. Żydzi ogromnie byli zadowoleni, że my zamknęliśmy swój handel, a tym bardziej, że Niemcy nam zabrali tyle towaru i za towar nie zapłacono ani grosza złamanego.Ja będąc w Milicji Obywatelskiej, pobierałem miesięcznie po 50 rubli. Brakujące  sumy do życia pokrywałem z  sum posiadanych z zapasów z handlu.Milicja nie posiadała broni. Milicjanci posiadali pałki drewniane na pakach, a my przodownicy i komisarze nawet pałek nie posiadaliśmy. Wówczas z gołymi rękoma czyniliśmy wyprawy  przeciwko złodziejom i różnym opryszkom. Kradzieże z  włamaniem poczęły  się mnożyć, bowiem masa ludności była bez zarobków i środków  do życia,  więc usiłowali  zdobywać   środki do życia kradzieżą i różnymi drogami nielegalnymi. Złapanych przestępców Niemcy karali  surowo  więzieniem lub zabierali na roboty pozycyjne. Stan taki jeszcze bardziej pogarszał pozostałe rodziny. Mieszkańcy miasta Wilna mimo surowego zakazu, chodzili na odległe  wsie,  szczególnie  w stronę Kowna i tam nabywali  artykuły  żywnościowe  za  pieniądze lub  wymieniali na odzież. Podróż taka niejednokrotnie kończyła  się katastroficznie. Osoby takie często były łapane i zatrzymywane przez patrole niemieckie i osadzone za karę w  wiezieniu na dłuższy czas, małe  dzieci pozostawione  w domu umierały z głodu. Nieludzie postępowanie Niemców  do ludności okupowanej jak w Wilnie tak i na prowincji wywoływały ogromne oburzenie ludności  do  władz niemieckich, ale te oburzenie  było bezsilne. Milicja  pierwotnie składała  się z Polaków. Pracownicy jej byli nieprzychylnie ustosunkowani do  wojska niemieckiego i władz  administracyjnych. W czasie późniejszym kiedy Niemcy zezwolili Żydom być w milicji i przyjęli kilku na  stanowisko przodowników, jako  szpicli. Wówczas my Polacy zmuszeni byliśmy zachować naszą nieprzychylność  wobec Niemców w tajemnicy. Od wykonywania dawanych nam jako Obywatelskiej Milicji zleceń o charakterze militarno – wojskowym mu opierając  się na prawie międzynarodowym odmawialiśmy. Dalej, wobec masowej ucieczki ludności pracującej, a zabranej przymusowo na roboty przyfrontowe,  zmuszano nas do łapania tych uciekinierów i  dostarczania Niemcom. Czynności tej my nie tyko nie wykonywaliśmy, lecz odwrotnie tych uciekinierów ostrzegaliśmy o zapowiedzianej łapance by się ukrywali. Skutkiem czego łapanki nie  dawały żadnego rezultatu. Wszelkie inne dawane nam zlecenia przez władze niemieckie, były lekceważone lub całkowicie nie  wykonywane. Wobec  wytworzonej takiej  wojny miedzy Milicją Obywatelską  a władzami niemieckimi Naczelne Dowództwo Frontu Wschodniego,  swoim rozporządzeniem, na mocy przepisów   wojennych, przemianowało naszą Milicję Obywatelska na Milic – Policaj i podporządkowało nas pod Komendę Policji Wojskowej. By uniknąć od   wykonywania czynności uciążliwych dla ludności okupowanych terenów w prowadzeniu  wojny na korzyść  Niemców my  wszyscy pracownicy Milicji na czele z Główną Komendą zgłosiliśmy zbiorowe podanie o dymisję. Wówczas Główna Komenda Wojsk Niemieckich postawiła nam ultimatum, byśmy niezwłocznie  wycofali podania o dymisję i nadal pełnili  swoje obowiązki wchodzące  w zakres Milic - Policaj. W ostateczności zagrozili nam  wiezieniem  do 6 lat, łacznie   z karą pieniężną do 10 tysięcy marek od osoby. Ultimatum to oparli na mocy rozporządzenia Naczelnego Dowództwa Frontu Wschodniego, opiewającego, że  wszelkie zarządzenia władz Niemieckich winny być  wykonywane przez ludność okupowaną pod groźbą odpowiedzialności  sześciu lat  więzienia i 10 tysięcy marek kary. Oczywiście, że wobec postanowionego tak groźnego ultimatum podanie o dymisję  wycofaliśmy i  zostaliśmy podporządkowani Głównej Komendzie Policji Wojskowej Niemieckiej, która już wydawała nam zarządzenia za pośrednictwem naszej Głównej Komendy. Ponadto my już winni byliśmy salutować oficerom  wojskowym i  starszym funkcjonariuszom policji wojskowej. Od tego salutowania my przeważnie uchylaliśmy  się. Udawaliśmy, że nie  widzimy przechodzących obok nas oficerów lub policjantów starszych. Na tle tym nieustannie powstawały zatargi i my byliśmy przeważnie karani upomnieniem i grzywna pieniężną. Ja podobnych grzechów miałem dużo. Milicja niemiecka wtedy już  często nas używała do pomocy w wykonywaniu swoich  czynności. Czynności te jak już wyżej  wspomniałem wykonywaliśmy opieszale i niedokładnie. Zawsze  staraliśmy  się iść na korzyść mieszkańcom miasta  Wilna. Na przykład Policja nam przysłała rozkaz obsadzenia  wylotów poszczególnych ulic i z tych ulic, po obsadzeniu nikogo nie  wypuszczać, bowiem na tych ulicach mają  się odbyć  łapanki uciekinierów z pracy przyfrontowej.           My wówczas przed obsadzeniem ulic dawaliśmy znać uciekinierom i poszukiwanym by uciekali  z domów  z tych ulic. Na  skutek tej  działalności obławy nie dawały żadnego rezultatu. Wobec czego Niemcy zaprzestali posługiwać  się nami  w tej czynności.W 1916 roku, kiedy to  całkowicie wyczerpały się artykuły żywnościowe u mieszkańców  Wilna,  wówczas zmuszeni byli odżywiać  się tylko tym co dawali Niemcy na kartki. Wydawane było ćwierć funta chleba, pół litra zupy o małej  wartości odżywczej. Chleb był  wypiekany z buraków, brukwi, łubinu i otręby  z dodatkiem 10 % maki razowej do  wzmocnienia  ciasta. Ciasto to  wkładane  do pieca rozpełzało  się na łopacie na placki,  które przy  wybieraniu z pieca rozpadały się  na kawałki. Chleb ten był bardzo gorzki i  szkodliwy dla  zdrowia, szczególnie dla  dzieci, które po spożyciu umierały. Zupy gotowane wydawane były z artykułów przeważnie   zgniłych, jak kartofli, kapusty i brukwi itp. zaprawione otrębami lub mąka  z  łubinu. By otrzymać  chleb i  zupę trzeba   było  stać  w kolejce pół  dnia, a czasami  całą dobę. W ogonkach tych ludność stojąca z głodu opuchnięta i ze słabości upadała i umierała. Na ulicy ludzie leżeli z głodu na  chodnikach przez których Niemcy przechodząc  nogami spychali leżących z  chodników by  sobie utorować  wolne  miejsce  do przejścia. Widoki takie oburzały ludność, lecz bez żadnej interwencji.   Jeżeli koś odważył się zwrócić  uwagę Niemcowi na nieludzkie jego  postępowanie wówczas przeważnie  został obity szpicrutą i   zwymyślany  od  słów ”doner – weter polnisz-szwajn”. W mieście były  wybite i  zjedzone koty, psy, gołębie itp.Mieszkańcy wiosek, folwarków i majątków leżących dookoła  Wilna, jako rolnicy byli zobowiązani dostarczyć Niemcom kontyngent w całości wyprodukowanego w  swoim gospodarstwie. W zamian otrzymywali kartki żywnościowe. Przeto na  wsi także brakowało artykułów żywnościowych. Skutkiem czego powstały masowe kradzieże. Głodni  wykradali z obór krowy i trzodę chlewną za pomocą rozebrania ściany w nocy lub innego sposobu. By uratować ten inwentarz  żywy, gospodarze poczęli trzymać  go w mieszkaniach, razem ze  sobą. Jednak i ten  sposób był ujemny, bo nie można było już utrzymać liszniego prosiaka, kury itp. jako nie ujętych w spisie inwentarza i  zmuszeni byli  wykazywać się z całego posiadanego inwentarza. Gospodarze, którzy nie mogli dostarczyć nałożonego kontyngentu byli usuwani z roli, a Niemcy  uprawiali sami tą rolę. Skutkiem czego wszystkie duże majątki były zabrane   właścicielom przez Niemców do takowych pod własnym zarządem.W 1917 roku w Wilnie umierało dziennie z głodu od 50  do 100 osób. Każdego  dnia ze wszystkich Komisariatów Milicji składane były meldunki do  Głównej Komendy Milicji, które te meldunki przekazywała niemieckiej Komendzie. W ostateczności Niemcy zabronili składać takie meldunki pod surową odpowiedzialnością, tłumacząc, że nikt z głodu nie umarł, a umierają zwykłą śmiercią. Były  wypadki, że  w mieszkaniu nie opalonym, leżały trupy między żywymi po kilka dni.  Żywi byli tak osłabieni, że nie mogli odsunąć  się od  zmarłego. Masa osób, którzy  wyrwali  się  z Wilna na  wieś w poszukiwaniu żywności z  głodu i  wyczerpania  umierało na  drodze, szczególnie porą  zimową podczas  większych mrozów. Trupy rozszarpywały  wilki. W  Wilnie podczas okupacji niemieckiej od 1915  do 1918 roku umarło z  głodu do 30 tysięcy osób. .            


Podziel się
oceń
0
1

komentarze (0) | dodaj komentarz

I wojna światowa nadzieją Polaków na odzyskanie niepodległości.

wtorek, 08 maja 2007 20:07

Z chwilą wybuchu wojny naród Polski pokładał nadzieję na odzyskanie niepodległości lub otrzymanie praw autonomicznych, tym bardziej, że wojna  wybuchła między naszymi  wrogami, którzy  swego czasu  dokonali rozbioru Polski. Na terytorium austryjackim powstały Legiony pod dowództwem Komendanta Józefa Piłsudskiego. Legiony te wkroczyły do zaboru rosyjskiego 6 sierpnia 1914 roku. Hasłem Legionów było, że tylko orężem można  wywalczy wolność Ojczyzny. Niestety nie cały naród Polski podzielał tą orientację, tym bardziej kiedy głównodowodzący armii rosyjskiej Nikołaj Nikołajewicz wydał Odezwę  do narodu Polskiego, że celem rządu rosyjskiego jest zjednoczenie narodu Polskiego ze  wszystkich zaborów pod berłem carów Rosji i nadania mu  swobód autonomicznych. Odezwa ta pociągnęła  za  sobą poważną cześć  narodu Polskiego, zamieszkałego w zabiorze rosyjskim, a tym bardziej, że tkwiły jeszcze w pamięci smutne  czasy po przegranych walkach w powstaniach w 1831 i 1863 roku. Na czele orientacji odezwy Nikołaja Nikołajewicza stali liderzy stronnictw zachowawczych na czele z Romanem Dmowskim, który propagował z powodzeniem w narodzie Polskim, na terytorium zaboru rosyjskiego hasła autonomiczne, które  znajdowały przychylność w  starszym pokoleniu. Natomiast młodzież chętnie przekradała się  do  szeregów Legionowych by  walczyć  o wolność Ojczyzny.Polacy w zaborze niemieckim, oficjalnie początkowo, po  wybuchu  wojny nie  wypowiadali  się w  swoich dążeniach politycznych ze względu na istniejący tam ucisk narodowości Polskiej. Wybuch wojny wywołał jednak w narodzie Polskim dążenie do odzyskania wolności i niepodległości Polski. Wierzono, że tylko dzięki  wojnie będziemy mogli osiągnąć niepodległość całkowitą lub autonomiczną. Czasopisma niepodległościowe,  wydawane  w Krakowie i Lwowie docierały także  i do Wilna. Dzięki tym czasopismom  sporo młodzieży przekradało  się przez front i  wstępowało  do Legionów będących pod dowództwem Komendanta Józefa Piłsudskiego, który cieszył  się ogromną popularnością w większości narodu polskiego, a tym bardziej na  ziemi wileńskiej jako  syn tej  ziemi.   


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (5) | dodaj komentarz

Do Wilna wkraczają wojska niemieckie.

poniedziałek, 07 maja 2007 22:51

Kiedy Rosjanie opuścili Wilno, ze względu na okrążenie go przez Niemców, zezwolili Polakom na zorganizowanie Milicji Obywatelskiej. Do zorganizowania tej Milicji został upoważniony Józef Zawadzki, właściciel księgarni i  drukarni polskich. Zawadzki powołał  sobie  do pomocy organizacyjnej Witolda Abramowicza i Bronis ława Krzyżanowskiego -  adwokatów oraz szereg innych osób. Powołany Komitet wydał odezwę do mieszkańców miasta Wilna, wzywając   do  wstępowania w szeregi Milicji. Ja także  wstąpiłem i zostałem mianowany przodownikiem. Po opuszczeniu Wilna bez boju przez Rosjan,  a po zajęciu przez Niemców, Milicja objęła funkcję pełniona pierwotnie przez Policję rosyjską. Po utworzeniu  się  Głównego Zarządu Milicji powołano  do czynności 9 komisariatów to jest tyle ile było za czasów Rosji. Ja dostałem się do Komisariatu 5-go w którym mieszkałem i pełniłem funkcję przodownika. Obowiązkiem Milicji było w  myśl międzynarodowego prawa  czuwanie nad bezpieczeństwem obywateli i porządkiem w mieście. Funkcje te Milicja poczęła pełnić po zorganizowaniu  się Głównego Zarządu i 9 Komisariatów. Na czele Głównej Komendy Milicji stał Komendant i dwóch zastępców, sekretarz oraz szereg pracowników Komendy. Na czele Komisariatu  stał komisarz, zastępca komisarza, sekretarz, pomocnik  sekretarza i od 4 do 5 przodowników oraz milicjantów od 30  do 40. Po wejściu wojsk Niemieckich do Wilna, Dowódca Odcinka Frontu wileńskiego,  wydał odezwę  do mieszkańców  Wilna w  duchu bardzo przychylnym. Wilno w tej odezwie nazwał jako perłę  w Koronie Polskiej. Dalej zapewniał polaków o przyjaźni narodu  niemieckiego do narodu polskiego itp. Odezwę tą  następnego  dnia usunięto z  murów  miasta,  a rozwieszono inną o treści także innej. Była ona już oziębła do polaków. Była urzędowa,  wymagająca  dla  władz  wojskowych i  administracyjnych. Okazało  się, że Dowódca Frontu  wydał pierwsza odezwę bez porozumienia  się co  do treści  z Rządem Niemieckim w  Berlinie, który  uznał tą odezwę za nieodpowiednią do  swojej polityki, którą miał  stosować na wileńszczyźnie i ternach  wschodnich. W czasie późniejszym Niemcy byli nieprzychylni dla narodu Polskiego na terenach wschodnich, natomiast faworyzowali Litwinów, dowodem czego było powołanie 1917 roku Taryby Litewskiej, jako reprezentanta narodu Litewskiego.Niemcy po zajęciu Wilna, niezwłocznie wydali szereg różnego rodzaju odezw, między innymi: 1) złożenia posiadanej  wszelkiej broni pod karą śmierci, 2) dostarczenie na cele urządzenia  szpitali, przez każdego mieszkańca miasta: łóżek, pościli, poduszek, kołder itp. Ludność  wówczas całymi  dniami zmuszona była  stać  w kolejce z  tymi przedmiotami, póki takowe nie  zostały odebrane lub nie przyjęte z powodu złego gatunku i mało nadające  się, 3)  wszelkie zapasy żywności winny być przekazane, za wyjątkiem 10 kg., którą to ilość można było  zatrzymać na  swoje potrzeby, 4) handel żywnością został  zakazany, jak również  wywóz z miasta tak wwóz  do miasta. Żywność po pewnym czasie poczęto wydawać na kartki. W prędkim czasie po zajęciu Wilna, łącznie  z innymi guberniami, naród  do 21 roku życia  został powołany na przymusowe roboty, do kopania umocnień na froncie i wznoszenia różnych budynków oraz prac różnego rodzaju. Niemcy jednocześnie obiecali zapłatę za tą pracę powołanym,  a rodzinom pozostałym w  domu zasiłek w  postaci  artykułów żywnościowych. Tymczasem nie płacono robotnikom zabranym, ani też nie  dawano  zasiłku rodzinom,  skutkiem czego robotnicy, masowo poczęli uciekać do  domów z pracy by ratować  się od  zimna i głodu, bowiem ich trzymano w nie opalanych barakach lub w  stodołach w okolicach przy frontowych.      


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Początek wojny i spotkanie z bratem Kazimierzem.

poniedziałek, 07 maja 2007 10:58

W mieście był ruch ogromny. Restauracje, cukiernie i inne zakłady  spożywcze były przepełnione, przeważnie wojskowymi. Sklepy także były nabite  wojskowymi którzy rzucali  się pieniędzmi bez liku bowiem takowych posiadali całymi pakami. Interesy przedsiębiorstw handlowych były  wyśmienite, gdyż towar sprzedawano z  zarobkiem najmniej do 100 %, albo  większym  dochodzącym  do 150 - 200%.Od  chwili  wybuchu  wojny,  sprzedaż napojów alkoholowych  wstrzymano   w całej Rosji, przeto takowe odbywały  się nielegalnie. Ceny płacone były bardzo  wysokie. Za butelkę wódki za którą płacono 1 rubla w tym czasie płacono od 20 do 40 rubli. Wojskowi z ceną nie rachowali  się,  byle tylko ją  dostać. Pewnego   dnia zjawił  się nieoczekiwanie mój brat Kazimierz, jako żołnierz 8 pułku piechoty, ze swoim kolegą, synem kupca i fabrykanta Morozowa w Piotrogradzie, jako rezerwiści. Oboje byli ubrani jak oficerowie elegancko, tylko bez oznak. Kiedy pędzili najlepsza dorożka po ulicach nie tylko im salutowali zwykli żołnierze, lecz także oficerowie. Była wówczas u mnie radość ogromna. Żona znajdowała  się z  synkiem Kazikiem na  wsi u swoich rodziców, przeto  w domu było  wolne miejsce i  dawało to nam możność bawi  się  swobodnie.W owym czasie dookoła Wilna kopane były okopy obronne oraz czynione umocnienie frontu. Do prac tych władze spędziły ludność miasta Wilna oraz z prowincji innych guberni. Pewnego  dnia wpadła  do mnie kompania takich roboczych między którymi byli bracia cioteczni z Rakowszczyzny, Markiewiczowie, Dawidowscy i Kozłowscy. Wpadli oni na parę godzin nas odwiedzić. Mieli z sobą  sporo samogonu i to  dobrego, którym poczęstowali brata i jego kolegę Morozowa. Brat i kolega jego tak rozochocili  się do wypicia i zabawy, że wypadli na miasto i przywieźli dwie butelki wódki  wyborowej. Towarzyszący ludzie braciom z Rakowszczyzny odeszli  spiesząc  się na zborny punkt, braci zaś ja zatrzymałem u siebie. Wówczas ponownie rozpoczęła  się  zabawa na całego. Jak  wspomniałem żony  w domu nie było, przeto  zgodziłem  się na  zaproszenie panien z którymi bawiono  się i tańczono  do białego dnia.Wojska niemieckie okrążały Wilno, zbliżyły  się one  do Wiłkomierza, leżącego o 60 km. od Wilna. Wówczas znajdujące  się pułki rezerwowe w  Wilnie, łącznie z 8 pułkiem  piechoty finlandzkiej wysłano  pod Wiłkomierz.W Wilnie było  dużo  szpitali przepełnionych rannymi żołnierzami. Do  szpitali tych  zwożono w  dalszym  ciągu nowych rannych na chłopskich podwodach. Ranni na tych wozach jęczeli, mdleli a nawet umierali. Widok  był bardzo przerażający i okropny, powodujący żal i współczucie dla tych cierpiących żołnierzy. Tedy opanował mnie strach by podobny los nie spotkał mego brata Kazimierza. Wówczas postanowiłem, by nie  dopuścić do  wyjazdu brata z pułkiem z Wilna i postanowiłem użyć takiego środka obronnego jakiego użył mój szwagier Wilhelm Miesojed, brat żony. W 1914 roku będąc w  szpitalu   wojskowym w Wilnie, czynił poufnie zastrzyki dookoła kolana z oliwy. Od tych zastrzyków kolano obrzękło i doktorzy nie mogli ujawnić  przyczyny  tego spuchnięcia, twierdzili, że prawdopodobnie jest to zapalenie spójni kolana. Namówiłem wówczas brata do tej operacji. Zgodził się, więc  dokonałem dookoła kolana kilka  zastrzyków z oliwy.  Kolano opuchło, z tym kolanem brat zgłosił  się do  swojej części pułku i zameldował, ze upadł i mocno kolano potłukł. Wówczas brata wycofano z pułku i  skierowano do szpitala w  Wilnie. W czasie późniejszym kiedy  wszystkie szpitale  zostały  wywiezione  z  Wilna, brat  został  wysłany  do szpitala do Piotrogrodu  w który znajdował  się  dłuższy czas, dokonując przez okres zastrzyki dookoła kolana. Tak tedy ratował  się od  wysłania na front do 1917 roku. Dalej już takich zastrzyków czyni nie mógł, bowiem lekarze oświadczyli by zaniechał wywoływać  chorobę  kolana zastrzykami, gdyż poznali  się na tej czynności, grożąc oddaniem go pod sąd za  symulację  choroby. Kiedy brat przestał czynić zastrzyki kolano  doszło  do  stanu  normalnego i brat został  wysłany na tyły  frontu austryjackiego, do kasyna oficerskiego i tam przebył do zakończenia  wojny. W ten sposób uratowałem brat od  walk frontowych, a może od kalectwa lub  śmierci.   


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (1) | dodaj komentarz

Zbliża się I wojna światowa.

niedziela, 06 maja 2007 22:46

W roku 1914 nasze przedsiębiorstwa, jak Biuro Komisowe tak i Skład Papieru, rozwijały się i prosperowały wyśmienicie. Biuro Komisowe zdobyło poważną ilość nowych klientów, przynosząc poważne zyski. Obroty w Składzie Papieru również zwiększały  się i od tych obrotów mieliśmy coraz  większe  zyski. Omijaliśmy już firmy żydowskie niemal całkowicie, a towary nabywaliśmy z pierwszych źródeł zakupu. Mieliśmy towaru zawsze pod  dostatkiem, co ułatwiało naszym klientom u nas  zaopatrywać  się we  wszystkie towary pakowe i papierniczo pisemne, z czego byli zadowoleni.Mieliśmy do stu kooperatyw z kraju północnego, które u nas nabywały towar potrzebny. Uruchomiliśmy wyrób torebek własnych, które wykonywaliśmy na   zmówienie z  napisami firm zamawiających. Na torebkach tych mieliśmy zysk do 20%. Już z początkiem roku 1914 zmuszeni byliśmy wybrać świadectwo przemysłowe drugiej kategorii. Firma nasza już od tego czasu zaliczała  się do drugiej kategorii Giełdy Kupieckiej. Dawało to nam prawo należenia do Związku Kupieckiego i  do podejmowania operacji  większych, bez opłacenia zezwoleń na takowe, co mogły tylko  czynić tylko firmy I i II kategorii.Tak tedy kiedy wkraczaliśmy w rozwój naszej firmy, kiedy już wynagrodzenie wyznaczyliśmy sobie po sto rubli miesięcznie oraz pracownikom także zwiększyliśmy pobory, których było już siedmiu, na horyzoncie  politycznym poczuły się gromadzić chmury, błyskawice i grzmoty zapowiadające  wojnę.Po zamordowaniu następcy tronu austryjackiego księcia Ferdynanda w Sarajewie wojna  stała  się nieuniknioną  do czego Niemcy dążyli pełna parą, czym  w konsekwencji spowodowały wojnę. Przebiegu tej wojny nie będę opisywał, bowiem dobrze jest ona  znana wszystkim. Jednak poszczególne fakty niektórych przeżyć tej  wojny  w miarę możności opiszę, a  dotyczące naszego przedsiębiorstwa.Po wybuchu  wojny w 1914 roku obroty w  składzie papierowym poważnie zwiększały się z każdym dniem, natomiast stawały się większe kłopoty z nabywaniem towarów, szczególnie towarów sprowadzanych pierwotnie  z Niemiec i  zagranicznych z innych krajów. Towary te drożały w sposób karkołomny, aż całkowicie   wyczerpały  się w obiegu. W miarę posuwania się wojsk niemieckich w kierunku  wschodnim i zbliżania  się  do Wilna, poczęły stacjonować  sztaby  wojskowe i różne formacje wojsk rosyjskich w Wilnie. Wilno stało  się miastem obozowym. Zaopatrzenie miasta w żywność i inne niezbędne przedmioty stawało  się  z każdym dniem trudniejsze. Koleje były obciążone transportami wojskowymi, przeto nie  przyjmowano żadnych ładunków kolejowych, nawet żywnościowych do Wilna. Na przywiezienie  do Wilna niezbędnych  artykułów zezwolenie   wydawał  specjalnie powołany komitet pod nazwą Komitet Zaopatrzenia Miasta (Znabrzenia Goroda) przy Miejskim Zarządzie.W Piotrogrodzie także już ładunków żadnych na kolej nie przyjmowano na  zachód, także i do Wilna. Wobec czego my już nie mogliśmy otrzymywać od Kudrawcewa papieru i torebek. Wobec takiego  stanu w  Wilnie wyczerpały się  w sprzedaży torebki i papier pakowy. Wówczas  sklepy nie miały do czego pakować masła, wędlin, mąki, cukru itp. Papier i torebki podrożały do 50% i zapotrzebowanie na  takowe było ogromne. Zdobyłem  się wówczas na pomysł napisania zbiorowego podania od kupców chrześcijan do Komitetu Zaopatrzenia z prośba o  wydanie zezwolenia naszej firmie na prawo załadowania dwóch wagonów towarów  pakowych na  stacji Piotrogród w kierunku na stację Wilno. Podanie umotywowałem tym, że papier i torebki są niezbędnie potrzebne do pakowania artykułów żywnościowych. Podanie to  zostało  uwzględnione i nam  wydano  zezwolenie. Po otrzymaniu tego  zezwolenia niezwłocznie  wyjechałem do Piotrogrodu i tam po załatwieniu transakcji  zakupu torebek i papieru u Kondrawcewa, zostały te  wagony wysłane na  stację  Wilno. Wagony te były  w drodze trzy tygodnie, wówczas kiedy pierwotnie były 4  do 5 dni. Po otrzymaniu towaru w pierwszej kolejności zaopatrzyliśmy te firmy, które podpisały podanie do Komitetu. Cenę sprzedaży tego towaru podnieśliśmy do 50%. Żydzi chętnie nam płacili 100 % byle by im tylko  sprzedać. Jednej tylko firmie Bogatuski sprzedaliśmy tego towaru  większą ilość z  wyższą  cena o 50 %, bowiem u niego jeszcze zmuszeni byliśmy kupować papier pergaminowy do pakowania masła i innych tłuszczów. Powyższą drogą, otrzymaliśmy jeszcze zezwolenie na  załadowanie tylko jednego wagonu, ze  stacji Piotrogród do  stacji  Nowa – Wilejka, bowiem  już na  stację Wilno ładunków nie przyjmowano. W miarę zbliżania  się frontu bojowego do Wilna, szczególnie po upadku fortecy Grodno, łącznie  z miastem, Wilno  stawało się miastem obozowym. Wojsko różnych formacji nie tylko zatłoczyło miasto, lecz także biwakowało dookoła miasta, na polach namiotowych i pod gołym niebem.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

O Żydach.

piątek, 04 maja 2007 20:23

Podobne wypadków mieliśmy jeszcze kilka, jak w  Połocku w Dwińsku, gdzie firma  żydowska „Glazgor” przegrała z  nami sprawę w trzech instancjach sądowych. Sumy  wysądzonej nie zdołaliśmy otrzymać z powodu zajęcia Wilna przez Niemców w 1915 roku. Z firmą Tawszunski i S-ka w Wilnie prowadziliśmy od kilku lat operacje handlowe ku ogólnemu zadowoleniu. Z operacji Tawszunski wywiązywał  się solidnie i uczciwie. Uważaliśmy go  za  solidnego i uczciwego żyda. Jednak i on usiłował nas nabrać, kiedy przekonał  się, że z  nami nie będzie mógł prowadzić  handlu z powodu wojny i zajęcia Wilna przez Niemców. Po zajęciu Częstochowy przez Niemców,              stamtąd już szpagatu nie mogliśmy otrzymywać, wobec czego kupowaliśmy szpagat firmy Pernowskij w guberni Pskowskiej za pośrednictwem Tawszunskiego jako przedstawiciela tej fabryki. Przed  wkroczeniem Niemców do Wilna Tawszunski miał nasze zamówienie na poważną sumę, pierwotnej ceny na 300 rubli. Szpagat jak i inne towary drożały z każdym  dniem. Szpagatu tego Tawszunski nam nie przysyłał, tłumacząc  się, że fabryka z wysyłką  zwleka. Przeto my bezpośrednio zwróciliśmy  się do fabryki z prośbą o rychłe wysłanie nam tego  szpagatu. Jakie nasze było  zdziwienie, kiedy fabryka nas powiadomiła pisemnie, że szpagat ten został nam  wysłany dwa tygodnie temu. Jednocześnie nas powiadomiła, że zamówienia na  szpagat przyjmować nie będzie, gdyż kolej nie przyjmuje  do przewozu żadnych ładunków, z powodu przybliżania się frontu wojny. Wobec tego że cena na  szpagat poniosła  się do 50 % od  chwili naszego  zamówienia, a  także że fabryka dalszych zamówień nie przyjmowała, przeto Tawszunski nasz szpagat zabrał  do  siebie i   w dalszym  ciągu tłumaczył  się, że fabryka  go nie wysyła. Wówczas okazaliśmy pismo fabryki o  wysłaniu naszego  szpagatu. Tawszunski tłumaczył  się, że on o tym nic nie  wiedział i że jego pracownicy przez pomyłkę ten  szpagat doręczyli innej firmie. Wobec tego, że Towszynski innego  szpagatu nam dostarczyć nie mógł zażądaliśmy od niego by nam  zwrócił sumę zarobku na  tym  szpagacie, który zabrał  dla  siebie. Tawszunski kategorycznie odmówił. Wobec czego my obliczyliśmy  stratę naszego  zarobku na tym  szpagacie  do 275 rubli i zażądaliśmy pisemnie od Tawszunskiego wpłaty tej sumy dla nas. Tawszunski ponownie odmówił. Wobec czego potrąciliśmy tą  sumę z  weksla mu nieopłaconego na  sumę trzystu rubli z powodu moratorium istniejącego z powodu wojny. Resztę 25 rubli mu doręczyliśmy. Tawszunski ze  złości o mało czego nie oszalał, wygrażał nam różnymi zastraszeniami i groźbami. Z większymi firmami żydowskimi odnosiłem całkowite  zwycięstwa w zatargach z nimi,  a jednak z małym sklepikiem żydowskim w Wilnie na ulicy Niemieckiej zostałem nabrany przez właściciela tego sklepiku. Sklepikarz ten zamówił u nas toporów nie wielką ilość. Po wysłaniu mu tych toporów nie chciał ich  wykupić, tłumacząc  się, że topory  są złe, i że on może ich  wykupić jeżeli my mu uczynimy zniżkę w cenie do 75 %. Wówczas zmuszony byłem mu doręczyć dokumenty kolejowe przez Rejenta, z  zastrzeżeniem skierowania  sprawy do Sądu, jeżeli toporów nie  wykupi. Po czem po kilku  dniach zaszedłem do niego i zapytałem czy topory  wykupił. Oświadczył lekceważąco i ironicznie, że toporów nie wykupił i nie  wykupi, pomimo otrzymania od Rejenta frachtu kolejowego, póki ja mu nie dam 10 rubli ustępstw. Ja myśląc sobie, że nie  warto z nim  sądzić  się o małe  zamówienie zgodziłem  się mu te 10 rubli dać, a tym bardziej, że na tym zamówieniu miałem zarobku do 10 rubli. Po  wręczeniu mu 10 rubli poprosiłem  go, by  wystawił mi  pokwitowanie z odbioru tej  sumy i zobowiązał się niezwłocznie topory wykupić. Żydek ironicznie oświadczył, że on tego nie uczyni, bowiem topory są już   wykupione, w  dowód czego pokazał fracht kolejowy. Ja ze  złości o mało co go nie kropnąłem po twarzy za jego chytry postępek. Żydek po otrzymaniu frachtu kolejowego od Rejenta przestraszył  się i topory  wykupił, o czym przede mną zataił, póki mu nie dałem 10 rubli. Był to oszust sprytny,  co nie przeszkadzało mu mówić, ze jest  solidnym kupcem. Trzasnąłem drzwiami wychodząc z jego sklepu, nabranym jako osioł.Jednocześnie pozwolę nadmienić, że żydzi nigdy nie kupowali u chrześcijan, tego co mogli kupić u  swoich braci. Dorożkami jeździli żydowskimi. Jeżeli przez nieuwagę zajął dorożkę chrześcijańska i posłyszał mowę nie żydowską natychmiast opuszczał ta dorożkę i zajmował żydowską lub szedł na piechotę. Solidarność utrzymywali ze  sobą we wszystkich  sprawach ekonomicznych i religijnych. W zasadzie podziwiałem  spoistość rasy żydowskiej, ich przedsiębiorczość handlową, przemysłową i rzemieślniczą w czym oni okazywali ogromny  spryt i umiejętność, ponadto do znoszenia biedy i nędzy w pierwotnym  czasie poczynania jakiegokolwiek przedsiębiorstwa, małego czy  większego. Po czem żyć oszczędnie  do czasu wzbogacenia  się. Wszystkie  cech dodatnie żydowskie  starłem  się naśladować, za wyjątkiem oszustw. Przeto niektórzy żydzi mówili, że ja jestem urodzony z żydów.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Drugie zwycięstwo handlowe.

czwartek, 03 maja 2007 21:55

Była to pierwsza sądowa sprawa wygrana z żydami. Po czem następowały inne zwycięstwa kolejne. Drugie zwycięstwo odnieśliśmy nad firmą  żydowską Wytemberg i S-ka, która zamówiła u nas towaru żeliwnego do 200 pudów, ponadto  do 300 pudów blachy trzeciego gatunku ocynkowanej fabryki Dnieprowskiej. Wobec tego, że fabryka nie   zawsze posiadała blachę 3 -ciego gatunku, gdyż na ten gatunek blach było ogromne  zapotrzebowanie, przeto my uczyniliśmy na zamówieniu zastrzeżenie, że jeżeli blachy nie będzie mogła fabryka wysłać, to my nie ponosimy z tego powodu żadnej odpowiedzialności. Po wysłaniu zamówień Wytembergów fabryka Dnieprowska niezwłocznie nas powiadomiła, że zamówienia nie może przyjąć  do  wykonania z braku tego gatunku blachy, my zaś o tym powiadomiliśmy firmę Wytembergów. Po pewnym czasie towar żeliwny fabryka Wytembergom  wysłała, którym wysłaliśmy listy przewozowe kolejowe. Firma Wytemberg listy kolejowe nam zwróciła, podkreślając, że wobec nie wysłania im blachy, jako towaru im bardzo potrzebnego przeto oni towaru żeliwnego nie  wykupią. Wobec tego, że tego towaru nie można było w  Witebsku sprzedać innej firmie, ponownie  wysłaliśmy listy przewozowe kolei z żądaniem niezwłocznego wykupienia towaru, bowiem zamówienie na ten towar jest ważne, gdyż ich firma nie odwołała tego zamówienia, po otrzymaniu od nas informacji, że blacha ocynkowana nie będzie wysłana. Jednak firma Wytemberg powtórnie nam zwróciła listy przewozowe z rachunkiem, z  wymysłami i zarzutami niesłusznymi zarzucając nam, że my ich usiłowaliśmy oszukać. Wobec tego nie było innego  sposobu, jak im  wysłać fracht kolejowy z  rachunkiem za pośrednictwo rejenta w Witebsku. Uczyniliśmy to wysyłając rejentowi w  Witebsku Mikołajowi Bielajewu z poleceniem doręczenia drogą urzędową tych akt firmie Wytemberg. Niestety rejent Bielajew  wyjechał z  całą  swoją kancelarią do Połtawy, dokąd poczta także w ślad przesłała akta dla doręczenia  adresatowi. Adresat nam z przyczyn nieznanych Rejentury w  Połtawie poczty nie otworzył i  wyjechał  do Saratowa, gdzie nagle umarł. Wobec czego poczta nam akta nie doręczone  zwróciła  z wyjaśnieniem powodu nie doręczenia. Akta te podróżowały  do 2 miesięcy w którym to czasie na  dworcu w  Witebsku towar leżał i koszta  składowe jego  rosły. Dowiedziałem  się od Rejenta Bujki w  Wilnie, że w Witebsku mego ojca brat  stryjeczny Aleksander Rożnowski posiada Biuro Rejenta. Wysłałem  wówczas jemu dokumenty Wytemberga z prośbą o doręczenie takowych adresatowi. Jednocześnie firmie Wytemberg z tymi aktami zrobiliśmy zastrzeżenie, że jeżeli tego towaru nie  wykupią, to my  drogą  sądową będziemy domagać  się zapłaty za towar i  wszelkie koszty. Przy tym żądaliśmy przy  wykupieniu tego towaru przesłanie nam listu przewozowego jako  dowodu wykupienia towaru. Ta nasza stanowcza postawa i obrana droga prawna doręczenia dowodów kolejowych  zmusiła firmę Wytemberg  do wykupienia towaru żeliwnego i  zapłacenia  stacji kolejowej za przetrzymanie towaru to jest  składowego 70 rubli. To było poważne  drugie   zwycięstwo nad  firmą żydowską.    


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Nieuczciwi handlarze.

środa, 02 maja 2007 23:21

 Jakże odmiennie nasze operacje handlowe były prowadzone przez Biuro Komisowe na terenie kraju zachodniego. Kraj ten był opanowany przez żydów, którzy prowadzili konkurencję nie tylko wobec chrześcijan lecz także i miedzy  sobą. Wobec istnienia czerty osiadłości, poza którą żydzi nie mieli prawa mieszkać, przeto  skupieni po miastach i miasteczkach w guberni zachodniej mieli bardzo trudną możliwość uczciwą  drogą zarobkowania i prowadzenia handlu, przeto  dopuszczali  się różnego rodzaju oszustw i malwersacji szczególnie w handlu z chrześcijanami. Te praktyki ich dawały się nam mocno odczuć, nie tylko w handlu papierowym lecz także w operacjach Biura Komisowego. Dla przykładu przytoczę kilka  wypadków tych oszustw. Rozpowszechnioną ich praktyką było zamówione towary nie   wykupywać  z koleji. Koleje po upływie terminu oznaczonego do  wykupienia  towaru sprzedawały takowyż w licytacji na pokrycie koszów przewozu i  składowego. Wówczas na ta licytację zgłaszał  się zamawiający ten towar i kupował go za cenę niższą w  stosunku do ceny jego  wartości. W  wypadkach tych wysyłający towar z  zaliczeniem kolejowym, nie tylko nie osiągnęli zarobku lecz także tracili całą  sumę wartości towaru, gdyż  przeważnie  drogą  sadową nie było możliwości pokrycia  wartości  wysłanych towarów. Przytoczę kilka takich faktów oszustwa: Oto handlarz Lejba Szapiro, prowadzący sprzedaż różnego rodzaju  wyrobów żeliwnych i metalowych w Wilnie przy ulicy Jatkowej  zamówił u nas na  sumę  do trzystu rubli, różnego towaru żeliwnego i żelaznego. Kiedy nadszedł ten towar na stację Wilno, Szapiro oświadczył nam, że my mu  wysłaliśmy towar trzeciego gatunku i on go kupi tylko jak my  zrobimy zniżkę mu 75 %. Oczywiście nie zgodziliśmy  się i żądali  wykupienia towaru. Towaru Szapiro nie  wykupił. Wobec czego Kolej po trzech miesiącach przestoju ten towar sprzedała z licytacji na pokrycie kosztów przewozu i  składowego. Możliwe, że  Szapiro sam ten towar wykupił lub za pomocą innej  dobranej osoby. My zaś mając formalne pisemne zamówienie na  wysłany towar oraz fabryki potwierdzenie, że ten towar nie  został wykupiony i że on był pierwszej jakości, zaskarżyliśmy Szapiro do Sądu  o zapłatę wartości tego towaru  z procentami  za zwłokę. Sprawę  sądową  wygraliśmy. Wobec tego, że Szapiro w dalszym  ciągu uchylał  się zapłaty należnej  sumy z wyroku sądowego, przeto przywiozłem Komisarza Sądowego  do jego  zakładu handlowego do opisania towaru na pokrycie sądowego tytułu (indeksu  wyroku) na  nasza korzyść. Szapiro ironicznie   wybrał  z szafy zaświadczenie rejentalne i takowe pokazał Komisarzowi Sądowemu. Zaświadczenie to opiewało, że on jest w tym zakładzie tylko  sklepowym, a   właścicielem jest Boruch Wasarman. W   wypadku tym Komornik Sądowy nie mógł towaru opisać. Odjeżdżając poradził nam by my odnaleźliśmy inną jego wartość do zajęcia  na pokrycie należnej  sumy. Znajomy nasz pan Józef Święcicki, przedsiębiorca gancarski nam oświadczył, że Szapiro posiada zamożne umeblowanie i ubranie w swoim mieszkaniu. Kiedy Szapirów nie było   w domu w  sobotę modlących  się  w  synagodze udałem  się  do ich mieszkania i  od  służącej polki dowiedziałem  się, że meble i  ubranie znajdujące  się w  mieszkaniu o  dobrej jakości są własnością Szapirów. Udałem  się niezwłocznie  do Komisarza Sądowego i takowego przywiozłem kiedy Szapirowie nie powrócili  jeszcze z bożnicy, po których Komisarz posłał ich  dzieci. Zasapani i  zdyszani w prędkim  czasie przybyli Szapirowie i  ze  złością poczęli wymachiwać mi pod  nosem, a  także Komisarzowi Sądowemu, krzycząc jaki prawem my im przeszkadzamy modlić się. Nie przeszkodziło to Komisarzowi  do rozpoczęcia opisu mienia. Szapirowie wówczas poczęli Komisarzowi wygrażać i  wymawiać, że on nie ma prawa w  dzień ich  święta wkraczać  do ich mieszkania, a  tym bardziej opisywać  mienia  cudzego,  a znajdującego  się tylko u nich na przechowaniu. Na żądanie Komisarza okazanie dowodu, że mienie nie jest ich  własnością Szapirowie okazali sporządzoną rejentalną zakładną, że za zaciągniętą pożyczkę wszystkie meble i ubrania zostały zastawione na zagwarantowanie pożyczki. Początkowo Komisarz   wstrzymał  się od zajmowania mienia, jednak po  pewnym namyśle Komisarz powstał i ze złością oświadczył Szapirom, że zakładną mogą sobie w ustępie dupę podcierać, gdyż ona jest nie ważna, bowiem  nie ma opisu szczegółowego każdego przedmiotu. Na przykład jest objęte zakładną jedno futro czarne, lecz nie ma  danych z jakiego zwierzęcia futro pochodzi, czy z lisa, czy z bobra itd. Dwa samowary bez określenia z jakiego metalu. Dwie szafy czerwone bez określenia z jakiego  drzewa. Wobec takiego stanu rzeczy zakładna nie daje prawnej podstawy twierdzić  iż faktycznie ona dotyczy wymienionych przedmiotów. Kiedy Szafirowie zrozumieli, że  ichna  zakładna fikcyjna nie  stanowi żadnej  wartości, uspokoili  się, a  nawet stali  się łagodni jak barankowie i przepraszając Komisarza poczęli go prosić, jak i mnie by nie opisywać ich przedmiotów zapewniając, że należną sumę mnie zapłacą ratami. Wobec poprzednich oszukańczych machinacji Szapirów, jak Komisarz tak i ja nie godziliśmy  się na żadne ustępstwo, jak na  zapłatę  całej  sumy należnej. Wszystkie meble wartościowe i ubranie opisaliśmy i  wyznaczyliśmy  datę licytacji. Po tej czynności u Szapirow znalazły  się pieniądze i zaproponowali nam 300 rubli, na pozostałą sumę do 200 rubli  wydadzą weksle. Wobec tego, że przedmioty były już  opisane i znajdowały  się  w mocy Komisarza przeto na tą propozycję zgodziliśmy  się. Po  wyjściu od Szafirów o humorze  wyśmienitym i będąc   zadowoleni, że pokonaliśmy wszystkie  złodziejskie machinacje Szapirów udaliśmy się  do restauracji „Piotrowa” pierwszorzędnej kategorii i tam bawiąc  się przez kilka  godzin, godnie obleliśmy nasze  zwycięstwo odniesione nad Szapirami. W trakcie naszej biesiady. Komisarz dobrodusznego serca jako Rosjanin opowiedział kilka różnych kombinacji żydowskich podobnych do Szapirów, a nawet jeszcze przebieglejszych. Telefonicznie   zaprosiłem  swego  wspólnika Kaszewskiego, któremu po przyjściu opowiedzieliśmy jaką  zwycięską batalię wygraliśmy nad Szapirami. Ogromnie ucieszył  się i  wówczas w trójkę bawiliśmy  się do późnej nocy. Kosztowała nas  ta zabawa do 25 rubli. Komisarza podchmielonego odwiozłem do  domu.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

O Rosjanach.

wtorek, 01 maja 2007 22:57

Operacje handlowe w Petersburgu nawiązaliśmy również z innymi dużymi firmami jak z Domem Handlowym Smolenkowa, Domem Handlowym Opaszkina itd. Firmom tym dostarczaliśmy różne wyroby metalowe jak: blachę ocynkowaną, żelazka  do prasowania, tokarki do obróbki metali ręczne, bruski, osiołki toczydło itp. Po pierwszych przyjętych zamówieniach firmy te nadsyłały same bezpośrednio zamówienia. Zyski od tych zamówień były dość poważne, bez ponoszenia  wydatków za wyjątkiem opłaty  pocztowej i znaczków na rachunki. Prowadzone operacje handlowe z  Rosjanami były przyjemne i zadawalające. Jako kupcy Rosjanie okazali  się bardzo solidnymi i uczciwymi. Byli oni zadowoleni z naszego towaru i  przebiegu wszelkich operacji handlowych. Witali nas bardzo uprzejmie zapraszając  na herbatę, która kończyła  się zwykle na koniaku lub rubinowce Szustowa z czarna kawą. Nigdy nie pozwolili w  zapłacie rachunków tych przyjąć, które przeważnie odbywały się w restauracjach mówiąc, że my jesteśmy ich gośćmi. Niektórzy z tych kupców mając ogromne przedsiębiorstwa handlowe i pracowników  do setki nie umieli podpisać zamówienia jako nie gramotnyje. Konkurencji między sobą nigdy nie prowadzili. Cenę podnosili lub obniżali wszyscy w tym  samym dniu. Czynili to za pośrednictwem Związku Kupieckiego. Rosjanie byli dobroduszni i gościnni. Lubili wypić, a niektórzy zapijali  się całymi tygodniami. Zapojka taka tygodniowa albo  dwutygodniowa, zmniejszała ich wartość w pracy w prowadzeniu jakichkolwiek interesów, jednak większość narodu rosyjskiego po miastach żyło w dostatku, kupcy niektórzy byli ogromnie bogaci. Po miastach były ogromne trakcjerni (restauracje) w których pito czaj, wódkę i  spożywano  obiady, kolacje i różne przekąski oraz urządzano przyjęcia jak  wesela, imieniny i  wszelkiego rodzaju rozrywki. Było  w tych tacjerniach gwarno i  wesoło. Niemal  w każdej  sali były organy grające, które wygrywały nieustannie skoczne  melodie. Przechodni kuglarze czynili różne przedstawienia rozśmieszając gości  do rozpuku. Często słyszałem, że  w Rosji piją czaj z połociencem, jednak nie oglądałem tego przedtem. Dopiero będąc w Połtawie w jednej dużej restauracji usiadło obok mnie przy stoliku czterech mężczyzn słusznych brodatych i poprosili (połowoho) kelnera o czaj z połociencem ( ręcznikiem). Ogromnie mnie zaciekawiło, jak to będą pić czaj z połociencem. Kelner przyniósł półlitra wódki, imbryk z  herbatą, cztery szklanki i na talerzu małych suchych obwarzanek. Po czem przy każdym położył złożony ręcznik. Wówczas biesiadnicy rozleli do szklanek po równych częściach wódkę i takową wypili, po czem poczęli pić czaj (herbatę) i gryźć obwarzanki. Po wypróżnieniu imbryka czaju wezwali połowoho i porosili o powtórną porcję. Kelner ponownie przyniósł imbryczek herbaty, butelkę wódki, którą jak poprzednio rozleli  do  szklanek,  wypili i poczęli pić czaj. Po pewnym czasie kolejno poczęli rozwijać ręczniki i ocierać występujący pot na twarzy. Wypili takiego czaju  cztery porcje. Twarze ich były czerwone jak krew, oblewające  się potem i  wycierane połociencem. Tak tedy mialem możliwość dowiedzieć się jak pije się czaj z połociencem. Rosjanie lubili pocić się. Pili dużo herbaty, często chodzili  do łaźni (bani). Służyło to im na   zdrowie, byli fizycznie żywotni i mocni.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Zdjęcia w galeriach.


poniedziałek, 1 maja 2017

Licznik odwiedzin:  68 980  

Kalendarz

« maj »
pn wt śr cz pt sb nd
 010203040506
07080910111213
14151617181920
21222324252627
28293031   

O mnie

O moim bloogu

Życie i walka na kresach Rzeczpospolitej.

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:


http://blogroku.pl/_d/zestaw4/zestaw4_19.jpg Zagłosuj na mnie w konkursie Wiadomości24.pl!@import url("http://www.moikrewni

Więcej w serwisach WP

Pytamy.pl

Pytamy.pl