Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 240 075 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Zdjęcia w galeriach.


Dalsze doświadczenia w handlu.

sobota, 28 kwietnia 2007 22:30

Drugi mój występ był w firmie w Domu Handlowym Br. Szczołginy, gdzie zaproponowałem topory wyrobu Buszowych z Płocka zapodając cenę za rozmiar większy po 50 kopiejek za sztukę, mniejsze po 45 kopiejek, przy zamówieniu każdego wymiaru po 500 sztuk. Wówczas mnie zapytano jaką ja dam cenę jeżeli oni zamówią każdego wymiaru po pięć tysięcy. Zapytanie to było dla mnie zaskakujące i nieoczekiwane, jednak nie straciłem opanowania i oświadczyłem, że zmuszony będę skontaktować się z moją fabryką w tej sprawie, na co zgodzono się. Tego samego dnia wysłałem depeszę do Buszowych z prośbą o zapodanie ceny przy zamówieniu po pięć tysięcy każdego wymiaru. W odpowiedzi zapodano cenę taniej o 5 kop.na sztuce i że zamówienie może być wykonane w przeciągu miesiąca. Następnego dnia udałem się ponownie do Br. Szczołginy i cenę podałem o trzy kop. taniej od ceny poprzedniej. Wówczas zaczęli próbować jakość toporów. Próba okazała się zadawalającą, bowiem rąbane gwoździe przez topory nie wywołały żadnej skazy na ostrzu topora. Z próby byli bardzo zadowoleni i na próbę zmówili po 5 tysięcy każdego wymiaru, oświadczając, że jeżeli topory będą takie same jakie okazano na próbie wówczas będą zamawiali po 10 tysięcy, lub więcej gdyż oni mają dostawę tych toporów Wojennemu Okręgowi Saperów w Petersburgu i że saperom akurat jest potrzebny taki wzór toporów. Kiedy wypełniłem pisemne zamówienie i poprosiłem o podpisanie takowego , ku memu przerażeniu zamówienie to mnie zwrócono z oświadczeniem, że dla firmy ich jest obrazą wielką kupować towar z zaliczeniem kolejowym, to jest natychmiastowej zapłaty przy odbiorze towaru ze stacji i jeżeli my życzymy z nimi handlować to musimy towar dostarczyć z warunkiem zapłaty po 60 – ciu dniach po dostarczeniu towaru. Był to ponowny dla mnie zaskakujący moment do rozwiązania. Jednak po krótkim namyśle zgodziłem się na proponowane warunki prosząc by oni po otrzymaniu towaru należną nam sumę wpłacili na nasz rachunek Domu Handlowego Kudrawcew i Syn po upływie 60 dni. Po wykonaniu zamówienia przez Buszowych w Połocku my zmuszeni byliśmy wystawić dwa weksle, płatne w dwóch ratach miesięcznych. Był to firma niezbyt zamożna i nie mogła udzielić tak dużego kredytu jaki my udzieliliśmy Br. Szczołginom. Na zamówieniu pierwszym my zarobiliśmy pięćset rubli. Na późniejszych większych zamówieniach wynoszących do dwudziestu tysięcy zarabialiśmy do tysiąca rubli. By można było te zamówienia wykonywać przez Buszowych zmuszeni byliśmy im dawać zaliczki wekslowe, które oni dyskontowali w Banku Kupieckim w Połocku. Za otrzymywane sumy kupowali surowiec potrzebny do wyrobu toporów i przyjmowali nowych pracowników, by mogli w terminie wykonywać nasze zamówienie. Po rocznych dostawach toporów Buszowi poważnie wzbogacili się i zwiększyli swoje przedsiębiorstwo.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (1) | dodaj komentarz

Handel rozwija się.

piątek, 27 kwietnia 2007 22:39

Jednak my nadal jeszcze zmuszeni byliśmy niektóre towary papierniczo kancelaryjne kupować u żydów. Aby uzyskać ceny niższe od cen nam rachowanych, zaproponowałem Domu Handlowemu Bogatórski, który mieścił  się niedaleko nas, że my im będziemy dostarczać torebki, papier pakowy taniej o pięć kop.na pudzie, szpagat o pięćdziesiąt kop.na pudzie od ceny płaconej przez nich, w zamian oni będą nam dostarczać papier, koperty i inne artykuły papiernicze taniej. Propozycję naszą chętnie przyjęto. Wówczas prowadziliśmy poważne obroty ku obopólnemu zadowoleniu. Dało to nam możność sprzedaży  wszelkich artykułów biurowych po cenie jaka była w  firmach żydowskich w hurcie.Bezpośrednio już   sprowadzaliśmy z fabryki Majewski z  Warszawy: ołówki, obsadki, kredki, pędzelki i inne przedmioty biurowe. Z fabryki Leszczyński: atramenty, tusze itp. Od Bagaturskiego kupowaliśmy papier biały w  czystych arkuszach i z takowego robiliśmy  wzorem żydów zeszyty, notesy, które poważnie były tańsze od gotowych. Z każdym dniem i tygodniem nasza firma nabierała  siły i tężyzny. Obroty stawały się coraz  większe. Wynosiły one  do dziesięciu  tysięcy rubli miesięcznie, co dawało nam zysk do 1500 rubli brutto. Wydatki nasze  wynosiły miesięcznie  do 300 rubli,  w tym nasze osobiste wynagrodzenie do 50 rubli miesięcznie. Innych pracowników koszty  wynosiły 200 rubli. Biuro Komisowe również rozwijało  się pomyślnie. Z każdy dniem zdobywaliśmy nowych klientów oraz źródła zakupów. Mieliśmy już przedstawicielstwo na blachę ocynkowaną Zakładów Dnieprowskich oraz różnych  wyrobów metalowo żelaznych i żeliwnych z fabryk Br.Szczęśliwych, ze stacji Radomsk: osełki, bruski różnego  wyrobu, toczydła itp. Poza tym za pośrednictwem Domu Handlowego Tawszuwski w  Wilnie  sprzedawaliśmy różne   wyroby  stalowe wysokiego  gatunku jak: topory, sierpy, kosy itp. wyrabiane w Połocku przez braci Buszowych. W czasie późniejszym myśmy zabierali cała produkcję tego zakładu. Operację naszego Biura Komisowego przeważnie prowadzimy w Petersburgu i innych miastach Rosji, gdzie mogliśmy z łatwością znaleźć nabywców i osiągać   wyższe  ceny. W pierwszym okresie istnienia naszego Biura ja przeważnie jeździłem do zbierania zamówień. Pierwszy mój  występ na terenie  Rosji był w  Petersburgu. Zaszedłem do pierwszej firmy na Newskim Prospekcie do Domu Handlowego „Szenwald” i zaproponowałem osełki, bruski i toczydła, okazując  wzory. Na  wstępie zapytał mnie dyrektor tej firmy czy nasza firma jest  chrześcijańską i czy  ceny podajemy  ostateczne, nadmieniając, ze oni z firmami żydowskimi nie handlują jako niesolidnymi. Odpowiedziałem, że nasza firma jest chrześcijańska i że u nas ceny  są ostateczne. Po tej rozmowie dyrektor począł oglądać podane  wzory i cenę porównywać z cenami fabryki „Szylman” u której oni czynią zakupy tych przedmiotów. Po ustaleniu, że niektóre nasze przedmioty    droższe oświadczył, że nie ma racji im zamieniać  starej firmy na nową. Zapytałem wówczas jakie numery naszych osiłków są droższe od firmy „Sztylman”. Po wskazaniu numerów ja oświadczałem, że jestem gotów te droższe obniżyć do ceny Br. Sztylman. W odpowiedzi dyrektor z oburzeniem oświadczył, że mu prowadzimy handel nie  solidnie bowiem ceny podajemy nie ostateczne, dalej powiedział daświdania gałubczyk, my  z wami dieła imieć nie możem wy targujecie po jewrejsku. Wyszedłem z firmy jakbym był  spoliczkowany, zawstydzony sam z  siebie z  mego niefortunnego występu, a szczególnie, że cenę pierwotnie zapodałem jako ostateczną, a później, że  jestem gotów obniżyć  za niektóre osiołki, czym  stwierdziłem sposób żydowskiego handlu. Jednocześnie byłem zadowolony, że taka nauczkę  dostałem w pierwszej  firmie i że ta nauka już posłuży na przyszłość jak należy solidnie prowadzić operacje handlowe.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Operacja z Kudrawcewem.

wtorek, 24 kwietnia 2007 13:59

Po przybyciu do Petersburga i przywitaniu  się z Kudrawcewem, tenże oświadczył, „wot praklatyje jewreje waszy dełajut  wam pakost. Wot gałubczyk ty prichadi ko mnie zawtra utrom, bo utro mudrenieje wieczera i my pogawarim na szczot waszewo deła.Udałem  się do  siostry i  szwagra Zawadzkich i byłem tam nieoczekiwanym gościem. Kiedy następnego dnia przybyłem do Kundrawcewa, przywitał mnie radośnie staruszek Kundrawcew, zabrał mnie do gabinetu i tam opowiedział jak mu zabroniono wysyłać nam towar wagonowo do Wilna, na mocy  skarg  złożonych przez Szyszkina i Łurję, jako przedstawicieli na Wilno. Przeto Dyrekcja Syndykatu postawiła ultimatum Domowi Handlowemu Kundrawcew i Synowie, że jeżeli będą nadal wysyłać towar wagonowo do Wilna, to  wówczas odbiorą im przedstawicielstwo na siewiernują Rosję. Wobec tego, że oni codziennie   wysyłają do tego kraju papier i torebki do 15 wagonów, przeto nie mogli nieuwzględnić żądania Syndykatu. Po udzieleniu tej informacji z okrzykiem powiedział „ wot gałubczyk nie unywaj, my was nie  astwim bez towaru i pomoszczy przed  waszymi jewrejami. Ja uże z  synowiami obdumal  czto my budom wam towar wysyłat czerez siewiernyj kraj Rosji”, gdzie papier i torebki są tańsze o 15 kop. na pudzie z powodu dużej konkurencji i dużej ilości fabryk w Finlandji. Kundrawcew wówczas zaproponował zamówione nasze  dwa wagony papieru i torebek  wysłać o cztery stacje kolejowe dalej do kraju  siewiernoho i tam z końcowej  stacji  wysłać towar  do Wilna i operację tą uczynić  już  w imieniu naszym. Do załatwienia tej sprawy zgodził  się przeznaczyć swego pracującego artelszczyka. Z podziękowaniem tą propozycję przyjąłem. Po wysłaniu towaru powróciłem do Wilna.

            Po upływie dwóch tygodni towar przybył do  Wilna i po  wykupieniu takowego okazało  się, że my na tej operacji jeszcze zarobiliśmy, bowiem towar nam kosztował taniej o 300 rubli, a  przewóz kosztował 135 rubli. Taka transakcja dała nam oszczędności ponad 165 rubli. Wypadało  wówczas tylko złożyć podziękowanie dla Łurji za oddaną nam usługę. Przy tym należy się nadmienić, że ani Łurja, ani Syndykat Papierniczy w Petersburgu nie mogli już zaszkodzić w prowadzeniu takiej operacji, bo  wolno nam było kupować towar, gdzie  wygodnie i  w swoim imieniu ten towar  wysyłać  do Wilna. Towar w  Wilnie przez nas otrzymywany ze  stacji był przewożony przez Biuro Transportowe Wojewódzki i Ska. Ciężarowych aut nie było, towar wożono wozami  dużymi parokonnymi. Po załadowaniu otrzymanego ze  stacji towaru był  wieziony na sześciu wozach ulicą Rudnicką, na której Łurja miał swój  skład i gdzie mieszkał. Ja jechałem na  wozie pierwszym obok woźnicy i kiedy zbliżyliśmy  się do bramy domu Łurji, ja pomyślałem sobie co by to było  gdyby nas zobaczył z tyloma wozami wiezionego towaru z pominięciem jego przedstawicielstwa i pomimo danego mu zapewnienia przez Syndykat, że nam Kundrawcew nie będzie już wysyłał towaru wagonowo. Jakby na  wezwanie czarnych duchów wyszedł  z bramy Łurja i kiedy  zobaczył mnie na  wozie naładowanym torebkami i papierem, za nim dalsze  wozy, stanął jak  słup kamienny, zbladł na twarzy i  złowrogo patrzył na mnie. Wówczas ja krzyknąłem, panie Łurja, możemy panu torebki po cenie tańszej  sprzedać od ceny jaka pan płaci Syndykatowi. Był to żart  z mojej  strony ironiczny, a jednak on sprawdził  się bo Łurja w czasie późniejszym faktycznie u na  torebki kupował. Po otrzymaniu torebek i papieru i skontrolowaniu cen, okazało  się, że ten towar nam  taniej kosztował o dwadzieścia kopiejek na pudzie, od ceny płaconej  swego czasu żydom. Wywołało to ogromną sensację i radość w firmach polskich, natomiast ogromne niezadowolenie i zakłopotanie  w firmach żydowskich.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Kulisy handlu.

poniedziałek, 23 kwietnia 2007 22:19

Będąc w Petersburgu w sprawie naszego Biura Komisowego nawiązałem kontakt z  „Domem Handlowym Kudrawcew i  Synowie „ przy ulicy Czerniszewskiej. Okazało  się, ze ceny papieru i torebek w Petersburgu są tańsze od cen Wileńskich od 20  do 30 kopiejek na pudzie. Kontakt nasz handlowy polegał na tym, że my za zakupiony papier będziemy dokonywać na nasz rachunek otwarty u Kudrawcewa przelewem  sumy od różnych firm z Petersburga, na pokrycie tych sum Kudrawcew będzie nam wysyłał papier i torebki. Zamówiłem wówczas u Kudrawcewa próbną partię papieru 100 pudów. Po otrzymaniu takowego w Wilnie okazało  się, że koszt przewozu tego papieru wyniósł po 10 kopiejek za pud. Wobec czego papier ten nam kosztował taniej o 15 kopiejek od ceny płaconej żydom. Mając tak poważną zniżkę na papierze i torebkach, my nie tylko mogliśmy obniżyć cenę na papier i torebki sprzedawane przez detaliczne  sklepy żydowskie, lecz cenę ustaliliśmy tańszą o 5 kopiejek na pudzie. Kiedy poczęliśmy sprowadzać papier i torebki wagonami, cenę Kudrawcew nam obniżył po 5 kopiejek na pudzie. Niektóre firmy żydowskie widząc, że nasza firma nie tylko nie bankrutuje, lecz rozszerza się poczęli nam proponować po cenach hurtowych: atrament, notesy kieszonkowe i inne przedmioty z branży papierowej. Skorzystaliśmy z tych propozycji, tym bardziej, że udzielono nam nawet kredytu, co ułatwiło czynić obroty bezgotówkowe. Nasz handel rozwijał  się szybko i poważnie. Zaszła potrzeba zaangażowania kilku ludzi  do pracy. Było  sporo zamówień z innych miast kraju północnego. Ceny na niektóre towary były już niższe od cen żydowskich, więc firmy chrześcijańskie jak z Wilna tak innych miast wyłącznie poczęli czynić zakupy u nas. Pewnego razu wpadł do naszego przedsiębiorstwa pijany rosjanin i zaproponował abyśmy u niego kupili za 5 rubli adres fabryki wyrobów różnych kołeczków do noszenia paczek nabytych towarów w  sklepach. Oczywiście, że kupiliśmy ten adres. Była to fabryka różnych kołeczków i rączek  w Pernowie. Okazało się, że sprzedawca był pracownikiem tej fabryki. Niezwłocznie nawiązaliśmy transakcje handlowe z tą fabryką. Cena fabryczna była niższa od cen płaconych żydom za te kołeczki o 400 %. W Wilnie żydom płaciliśmy za worek kołeczków zawierający dziesięć tysięcy – 5 rubli. Fabryczna cena była tylko jeden rubel. Kołeczki tj. rączki z  drutem płaciliśmy żydom za1000 szt. trzy ruble, zaś fabryce 80 kopiejek. Cenę na te kołeczki obniżyliśmy od ceny żydowskiej o 200 %. Był to  wynik oszałamiający i pocieszający dla polaków, natomiast dla żydów przygniatający, a co najgorsze, że niektórzy z nich zostali  zmuszeni czynić u nas zakupy tych kołeczków. Rozwój naszego przedsiębiorstwa handlowego bardzo zaniepokoił firmy żydowskie, bowiem my niektórymi towarami czyniliśmy im konkurencję. Czynili oni z tego powodu zgromadzenie u Łucji – hurtownika torebek finlandzkich i omawiali różne  sposoby walki z  nami oraz by nie dopuścić nas do nabywania towarów bezpośrednio z fabryk i źródeł hurtowych. Była podówczas u Łucji służącą polka, rozumiała język żydowski, więc po każdym zebraniu u Łucji przychodziła  do nas i opowiadała treści powziętych uchwał walki z nami, prosząc o  dyskrecję tych  doniesień. Byliśmy bardzo wdzięczni jej za te informacje, bowiem w przyszłości te zgromadzenie demaskowaliśmy przez  zjawianie  się na te zgromadzenie nieoczekiwanie, czyniąc im wymówki za ich akcje nieszlachetne i godne potępienia. Na zapytanie przez zgromadzonych żydów skąd nam, było  wiadomo o terminie ich  zgromadzeń, rzekomo  do omówienia własnych spraw, odpowiadałem im, że niektóre firmy ich nas informowały o datach tych  zgromadzeń. Odpowiedzi takie wywoływały ogromne kłótnie między zgromadzonymi, oskarżając się wzajemnie o doniesienie nam informacji. Na skutek takich zebrań i powziętych uchwał właściciel hurtowni torebek za pośrednictwem swego szwagra, będącego buchalterem w  Syndykacie fabryk papierów finlandzkich i torebek z  siedzibą w Petersburgu spowodował, że tenże Syndykat zabronił „Domu Handlowemu Kudrawcew i Synowie” wysyłać nam towar tj. papier i torebki  do Wilna, na który to towar on nie posiadał przedstawicielstwa na Wilno. Mieliśmy wówczas zamówione u Kundrawcewa dwa wagony towaru. Po otrzymaniu zakazu wysłania nam tego towaru zadepeszował nam o tym, zapraszając  nas  do  siebie do omówienia możliwości  sprzedaży dalszej nam tego towaru.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Dalej inwestujemy w handel.

poniedziałek, 23 kwietnia 2007 14:16

W 1912 roku, kiedy żydowski kandydat do Hosudarstwiennoj Dumy w Petersburgu został obrany w Warszawie  w narodzie polskim powstało oburzenie pod  względem politycznym, lecz także poczęto z żydami walczyć ekonomicznie, bowiem systematycznie handel i przemysł był opanowywany przez żydów, to jest całe   zyski ekonomiczne. Poczęto wówczas otwierać różnego  rodzaju spółdzielnie i prywatny polski handel. Rozpoczęto również nawoływać ludność polską, by  wzorem żydów tylko polacy kupowali u  swoich. Żydzi to z oburzeniem nazwali bojkotem ludności żydowskiej i z tego powodu robili wrzask na  całym świecie, że ich polacy prześladują,  wówczas kiedy sami nic u polaków nie kupowali. Akcja rozwijania handlu polskiego dotarła i do Wilna. Poczęto otwierać kooperatywy i prywatny handel. W Wilnie nie było chrześcijańskiego sklepu papierniczego i  towarami pakowymi jak torebki, papier pakowy, sznurki itp. Postanowiliśmy wówczas za posiadane 900 rubli otworzyć  taki  sklep z towarami pakowymi i papierniczymi. Tedy jesienią 1912 roku wynajęliśmy lokal przy ulicy Policyjnej pod numerem 12 i tam uruchomiliśmy nasz pierwszy  w  Wilnie handel towarami omawianymi. Od razu niemal wszyscy handlowcy polscy poczęli u nas zaopatrywać  się w towary pakowe, pod hasłem  swój  do  swego. Ale handel polakom prowadzić w tym czasie było bardzo ciężko, bowiem  wszystkie hurtownie znajdowały  się w rękach żydowskich. Żydzi mając z tego powodu przewagę poczęli organizować  się i  zrzeszać by nie dopuścić chrześcijan do rozwijania swoich przedsiębiorstw. Ta akcja żydowska doprowadziła niemało polskich otwartych  sklepów do upadku. Nasz handel także znalazł  się w takim położeniu. Wówczas zmuszeni byliśmy płacić hurtownikom żydowskim ceny wyższe i po tych cenach bez zarobku sprzedawać naszym klientom. Mieliśmy tylko nieduże  zyski na towarze papierniczym oraz w działalności Biura Komisowego, które rozwijało się stopniowo, dzięki posiadanej klienteli w Petersburgu i innych miastach  Rosji. By uzyskać zakupy po cenach hurtowych zwracaliśmy  się  do fabryk o  sprzedaż nam potrzebnego  towaru lecz fabryki odsyłały nasze zamówienia hurtownikom, jako swoim przedstawicielom w Wilnie, którymi byli   wyłącznie żydzi, którzy jak  wyżej  wspomniałem nam towary  sprzedawali po cenie nawet  wyższej od  sprzedaży  swoim klientom  żydowskim. By przeciwstawić się takiej akcji żydowskiej Polacy poczęli organizować  się i zrzeszać w kooperatywy. Towary niektóre  sprowadzać z Królestwa Polskiego, gdzie już i hurtownie polskie powstały. Do akcji ekonomicznej z żydami powstawał cały naród polski. Powstały spółki z kapitałem zasobnym, poczęto towary sprowadzać  z  zagranicy lub otwierać w kraju fabryki. Była to  walka bardzo ciężka, bowiem żydzi posiadali doświadczenie w prowadzeniu przedsiębiorstw dużych i małych, przekazywane z pokolenia na pokolenie. Już   w 1913 roku do 100 kooperatyw powstałych w północnej guberni jak  wileńskiej, grodzieńskiej, kowieńskiej i mińskiej poczęły u nas zakupy czynić i chętnie zgadzały  się płacić wyższe ceny, jakie istniały w sklepach żydowskich, byle by im towar dostarczono. Ułatwiało to nam osiąganie  zysku, chociaż małego. Po dokonaniu obrachunku pierwszego roku handlowego, to na operacji naszego sklepu ponieśliśmy  straty do 200 rubli. Pomimo tej  straty handel postanowiliśmy prowadzić  dalej, gdyż pespektywa stawała  się  co raz pomyślniejsza, a my osiągnęliśmy większe doświadczenie w prowadzeniu tegoż handlu. W 1913 roku nastąpił początek zakupu z pierwszych rąk, mianowicie szpagatu i różnych kolorowych sznureczków i tasiemek pakowych. Zgłosił się  do nas agent handlowy domu handlowego w Brześciu – Litewskim firmy „Lewinsztajn” i zaproponował dostarczanie z fabryki częstochowskiej szpagatu po  cenie fabrycznej, o ile my rocznie  wykupimy  szpagatu  dwa tysiące pudów. Wówczas my  chętnie zawarliśmy umowę z tą firmą na mocy której mieliśmy taniej  szpagat o 20% od ceny płaconej hurtownikom w Wilnie. Tu należy się nadmienić, że wileńscy hurtownicy brali szpagat u Tawszuwskiego przedstawiciela fabryk rosyjskich i nie  chcieli brać szpagatu od firmy „Lewinsztajn” z  Brześcia Litewskiego, która im ta firma  stawiała warunek brania 2 tysięcy pudów rocznie. Oczywiście kupcy żydowscy w Wilnie sądzili, że my nigdy nie będziemy w  stanie rocznie  wykupić  szpagatu aż dwa tysiące pudów, przeto my poczęliśmy go  sprzedawać za pośrednictwem naszego Biura Komisowego i na terenach innych miast. Po za tym po długich staraniach i zabiegach udało  się na pozyskać Dyrekcję Kolejową Okręgu Polskiego w  Wilnie na  dostawę szpagatu, jak do plombowania wagonów i innych celów. Cenę daliśmy niższą od ceny płaconej przez Dyrekcję żydowskiej firmie Waterman, która dostarczała szpagat dla Dyrekcji. Wobec dostarczania przez nas towaru gatunkiem lepszego i  wywiązywania się   z zamówień solidnie i punktualnie Dyrekcja Kolejowa była zadowolona nas. Posłużyło to, że Dyrekcja nas poparła  w Dyrekcji Poczty i Telegrafów do którego okręgu również poczęliśmy dostarczać  szpagat. Wobec  zdobycia tak poważnych źródeł zbycia  szpagatu sprzedaliśmy go w pierwszym roku ponad dwa tysiące pudów. Do zawarcia umowy z Dyrekcją Kolejową na  dostawę szpagatu mocno przyczynił się urzędnik tamtejszy polak kierownik zaopatrzenia. Tyko zawdzięczając mu została z nami zawarta umowa, która nam przyniosła tak poważne korzyści. Żona tego polaka miała  sklepik i u nas kupowała towar i nam powiedziała o czynie   swego męża. Tak tedy Polacy zaczęli się popierać w walce z żydami o handel polski. Fabryka   szpagatu w Częstochowie udzieliła nam jeszcze 2 % od  sumy  sprzedanej ponad dwa tysiące pudów. Była to już firma polska, wykupiona z rąk żydowskich i szła ona  na  spotkanie z dostawą  szpagatu firmom polskim.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (1) | dodaj komentarz

Zaczynam prowadzić handel.

niedziela, 22 kwietnia 2007 22:36

W styczniu począłem pracować w fabryce Buniewicza (czekoladowej) z wynagrodzeniem 20 rubli. Czynnością moją była ekspedycja towarów zamówionych, przeważnie do Rosji. Wynagrodzenie moje było bardzo niskie. Wogóle płacono wszystkim pracownikom bardzo małe wynagrodzenie. Pracującym dziewczętom płacono miesięcznie zaledwie 5-6 rubli. Wobec czego zmuszony byłem szukać innej pracy popłatniejszej. Znałem pana Leona Kaszewskiego, także członka Związku Giełdowego, który będąc bez pracy często do mnie zachodził dowiadując się jakby tu wycofać coś nieco pieniędzy ze Związku. Był on człowiekiem młodym i sympatycznym. Zaprzyjaźniliśmy się i razem biedowaliśmy na swój los. Miał on kuzynów państwo Święcickich z którymi i mnie także zapoznał. Była to rodzina miła i szlachetna. Mieli troje dzieci oraz własna piękną willę przy ulicy Zakręt tuż przy samym lesie Zakręt. Często spędzaliśmy u nich wolny czas zapominając biedę i zmartwienie. Po pewnym czasie pan Leon Kaszewski dostał pracę w fabryce pilników na stacji Lendwarów, z wynagrodzeniem prowizyjnym od sumy sprzedanych pilników. Dawało to mu miesięcznie 30 rubli. By osiągnąć więcej zarobku począł on także przyjmować od innych firm różne przedmioty do sprzedaży jak szpagat, tasiemki i inne przedmioty pakowe i papeteryjne. Tą drogą już on zarabiał do 50 rubli miesięcznie. Zaproponował mnie, bym ja do spółki z nim razem tą sprzedaż prowadził. Wówczas zwolniłem się z fabryki Bunimowicza i począłem prowadzić sprzedaż różnym firmom, rożne towary otrzymywane do sprzedaży w drodze komisu jak na terenie miasta Wilna tak i wszystkich guberni siewiero - zapadnoho kraju, do którego wchodziły gubernie: wileńska, kowieńska, mińska, mohylewska, grodzieńska, witebska i pskowska. Handel w guberniach znajdował się przeważnie w rękach żydowskich. Był on na poziomie bardzo niskim z powodu prowadzonej konkurencji między sobą tj. przedsiębiorstwami handlowymi większymi i mniejszymi. W nielicznych sklepach prowadzonych przez polaków, rosjan i Niemców, do których dostarczaliśmy towar można było nieco więcej zarobić. Dla zdobycia większych obrotów i spopularyzowania własnej firmy, otwarliśmy BIURO KOMISOWE pod firmą „Rożnowski – Kaszewski” z siedzibą w Wilnie w moim mieszkaniu. Na prowadzenie takiego biura komisowego potrzeba było tylko opłacić 18 rubli rocznie za świadectwo przemysłowe i 6 rubli opłaty za szyld reklamowy. Wydatek ten był nie duży, pokrywaliśmy go łącznie z innymi wydatkami. Zarobek nasz wynosił miesięcznie w prędkim czasie do 100 rubli. Były to jeszcze małe sumy, jednak już na skromne życie wystarczało. Członkowie Związku wciąż przychodzili do mnie by dowiedzieć się o ich udziałach. Między innymi był przewodniczący Rady Nadzorczej Związku pan Bidzijewski proponując mnie bym ja w imieniu Związku wystąpił do Sądu i potwierdził, że on ma w Związku 500 rubli kapitału obrotowego, który jeszcze istnieje w Banku Azowsko – Dońskim w Wilnie, do którego on ma złożyć powództwo cywilne o tę sumę. Początkowo nie zgadzałem się myśląc, że może jeszcze można uratować Związek, lecz kiedy w późniejszy czasie przekonałem się, że Związku nie da się uratować, zgodziłam się na rozprawę sądową pod warunkiem, że jako skarbnik Związku wystąpi w moim powództwie także w sądzie. Pierwszy wytoczył powództwo o 500 rubli pan Bidzijewski, były skarbnik. Ja drugi, pan Kaszewski trzeci i tak wystąpiło 5 osób. Sąd wszystkim przysadził żądaną kwotę. Koszta komisarza sądowego wynosiła dla każdego po 50rubli. Wówczas każdy z nas dostał po 450 rubli. Było to wielkim szczęściem dla mnie i pana Kaszewskiego. Mieliśmy wówczas wspólnego kapitału 900 rubli. Poczęliśmy zastanawiać się jak ten kapitał wykorzystać


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Szantaż agenta.

piątek, 20 kwietnia 2007 22:24

Na dobitek większego nieszczęścia, jednego wieczora zostałem  wezwany przez jednego pana do bramy domu, gdzie mi ten pan oświadczył, że jest  agentem policyjnym i że jest mu  wiadomo, iż ja wykupiłem się z wojska za pomocą podstawionej osoby, więc jeżeli mu dam 200 rubli to nie będzie wszczynał sprawy przeciwko mnie i ją zatuszuje. Byłem wówczas jak porażony piorunem. Żądanych 200 rubli nie posiadałem. Nie uwzględnić tego osobnika także nie mogłem tym bardziej, iż on mi powiedział, że jest mu  wiadomo od mojego brata Kazimierza o wykupieniu się mnie od  wojska. Jasne było, że on faktycznie  wie o moim zwolnieniu  się  z  wojska za pomocą innej osoby, przeto  było konieczną potrzebą załatwić sprawę z  nim polubownie. Zaproponowałem mu tedy100 rubli. Początkowo nie  chciał odstąpić od  sumy żądanej, jednak jak mu oświadczyłem, że  więcej dać nie mogę i że on może sobie sprawę wszczynać, gdyż co brat mówił nie jest prawdą. Słowa te  poskutkowały i   zgodził   się na  sto rubli. Wówczas mu oświadczyłem, że na razie tych stu rubli nie posiadam i że dostarczę za tydzień w miejscu wyznaczonym. Wyznaczył mnie  miejsce  spotkania w  kawiarni przy ul. Przeobrażeńskiej nr 12 o godzinie 8 wieczorem.Początkowo miałem zamiar prosić żonę by ona poprosiła ojca o te sto rubli na poczet posagu, jednak, że ona przed paroma tygodniami otrzymała od ojca 25 rubli więc nie  chciałem tym bardziej, że musiałem mu ujawnić na jaki cel mnie potrzebne 100 rubli. Dla  spokoju postanowiłem zataić przed żoną tą sprawę. A nie mając coś do  sprzedania zwróciłem  się z  prośbą do siostry Zawadzkiej w  Petersburgu o przysłanie mnie 100 rubli pod  adres mego kolegi Pietrosewicza. Po otrzymaniu tych pieniędzy w oznaczonym  dniu udałem się do kawiarni, gdzie mnie już oczekiwał domniemany agent. Po zajęciu stolika w  drugim pokoju,  wyliczyłem mu sto rubli, za które mi gorąco podziękował. Przedtem oświadczył, że jego  zmusiła do podjęcia te akcji bieda i brak środków do życia jego i  rodziny  z małymi  dziećmi, bowiem jest on bez pracy  zarobkowej. Ponadto powiedział, ze mój brat Kazimierz radził  swego czasu, by on także wykupił  się od wojska rosyjskiego jak ja to uczyniłem i dlatego on  wiedział o moim czynie. Odpowiedział, iż mu jest tylko  wiadomo, że on  wyjechał do Petersburga. Tak ten mój braciszek niechcący oddał mi niedźwiedzią przysługę.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Problemy z pracą.

czwartek, 19 kwietnia 2007 23:16

 Wkrótce po naszym przyjeździe do Wilna także powróciła moja  siostra Maria. Żona  z nią poczęła prowadzić różnego rodzaju kłótnie i sprzeczki. Spowodowało to, że siostra wyjechała do Petersburga do siostry Jadwigi. Uniemożliwiło to nam uczynić podróż poślubną do siostry i  szwagra Zawadzkich w  Petersburgu. Po przybyciu  do Wilna poczęły na  mnie walić   się różnego rodzaju nieszczęścia, jak materialne tak i moralne. Giełdowy Związek Orłowsko – Wileński, który tak  dobrze począł pracować przed moim ożenieniem  się i  w którym miałem zająć stanowisko pracy i  do którego wniosłem cały  swój posiadany kapitał, załamał  się w  swoim  istnieniu. Organizatorzy tego  Związku bracia Lutomscy, którzy także zostali  wybrani do Zarządu tegoż Związku lekkomyślnie roztrwonili kapitał obrotowy, przywłaszczając pewne  sumy  dla  siebie. Suma kapitału roztrwonionego doszła  do 17 tysięcy. Nadużycie to wykryto podczas kontroli przeprowadzonej z działalności Zarządu przez Radę Nadzorczą. Po kontroli bracia Lutomscy zostali  aresztowani i osadzeni w  więzieniu. Zarząd Związku przestał istnieć i ustała działalność Związku. By  wznowić ponownie  działalność Związku potrzeba  było obrać  nowy Zarząd oraz  stworzyć nowy kapitał obrotowy. Zwoływanie członków  w tym celu nie   dochodziło  do  skutku z powodu nie przybycia na  zebranie wymaganej ilości  członków. Przyjazd członków był utrudniony, bowiem członkowie mieszkali w rozrzuconych miejscowościach imperium rosyjskiego, co im uniemożliwiało przyjazd do Wilna, tym bardziej, że musieli jechać za pieniądze  swoje. Z tych samych powodów nie można było wybrać Komisji Likwidacyjnej do  zlikwidowania działalności Związku. Wytworzył  się stan paradoksalny. Kapitał Związku w  sumie ponad 100 tysięcy, znajdował się  w banku państwowym. Kapitał ten mógł być podjęty w całości lub częściowo przez Zarząd Związku lub Komisję Likwidacyjną na podstawie uchwały walnego zgromadzenia  członków. Było jeszcze w Banku Azowsko – Dońskim w Wilnie na bieżącym rachunku  2 500 rubli kapitału obrotowego, lecz tej  sumy nie można było podnieść z braku Zarządu Związku. Wobec nie posiadania pracy, przyjąłem na  siebie obowiązek zlikwidowania biura Związku oraz byłych jego oddziałów już nie istniejących. Na pokrycie wydatków, jak komornego, byłej służby i  dozorców, na mocy upoważnienia przez Radę Nadzorczą sprzedałem maszynę  do pisania i meble. Biuro Związku defakto już nieczynnego, przeniosłem do swego mieszkania, gdzie udzielałem wszelkich informacji interesantom zgłaszającym  się, a szczególnie członkom  Związku ze sprawa  wycofania choć  częściowo wniesionej sumy na udział członkowski, czego nie można było  w żaden sposób uczynić bez prawnie powołanej Komisji Likwidacyjnej. Pracujących członków w różnych przedsiębiorstwach także pozwalniano i będąc bez pracy, znaleźli się w  ciężkim położeniu materialnym. W takim  samym położeniu ja także byłem. Siedemset rubli, które miałem po odejściu od państwa Sztralów  wydałem na  wesele oraz na życie i  stroje żony, do czego była  bardzo pochopna, nie zważając  na  ciężki stan materialny. W związku z czem zastawialiśmy w lombardzie różne przedmioty. Pracy odpowiedniej dostać nie mogłem. Do państwa Sztralów nie mogłem także powrócić, gdyż krępowałem  się o tą pracę prosić, bowiem posiadaną tam pracę, zaledwie kilka miesięcy temu wprost przemocą porzuciłem, aczkolwiek z pewnością mnie by przyjęto. Stan mój materialny był katastrofalny, nie było z czego żyć. Zmuszony byłem niektóre ubrania  sprzedać oraz polisę ubezpieczeniową na życie za  sto pięćdziesiąt rubli, wówczas kiedy na  ta polisę wpłaciłem 450 rubli.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Poszukiwanie bagażu.

środa, 18 kwietnia 2007 23:22

Po przyjeździe do Wilna w pierwszych  dniach udałem  się na kolej po wykupienie nadanego bagażu (kufra). Po wykupieniu oddałem go do przewiezienia z  dworca do  domu, dobrze znanemu mnie  wozakowi pod   adresem zapodanym. Woźnica ten, po drodze rozwożąc innym ładunki, zgubił adres mu dany naszego zamieszkania i nie  wiedział gdzie ładunek nam dostarczyć. My zaś w domu z  wielkim niepokojem go oczekiwali. Kiedy już na dobre ściemniało  się udałem  się na  stację towarową z  myślą, że on tam pozostaje. Niestety stacja była już zamknięta. Wówczas nie  wiedząc adresu tego woźnicy biegałem po ulicach go  szukając. Obiegłem  wszystkie ulice  wiodące ze stacji  towarowej do miasta, którymi  woźnica mógł jechać, niestety na próżno, nigdzie nie mogłem go znaleźć, pomimo moich pytań innych  wozaków napotkanych. Zabiegałem kilkakrotnie  do  domu z  myślą, że może on już  jest na miejscu, niestety go nie  było. Ponownie tedy biegłem  go  szukać. Kufer bagażny zawierał całe ubranie i pościel żony, gdyby on zaginął byłaby ogromna  strata. W trakcie poszukiwania woźnicy nasunęła mi się do głowy  myśl, co za los kłopotliwy ponownie począł mnie prześladować od chwili zaręczeń z żoną. Nieustannie jakieś kłopoty powstają nieprzyjemne i trudne do przezwyciężenia. Jakieś  fatum poczęło mnie  ścigać  i gnębić. Od pierwotnego bytu wesołego, radosnego, bez żadnych kłopotów i zmartwień rozpoczęły się tragedie mego życia, smutki i  smutki. Trzeba było jednak kufer odnaleźć, przeto udałem  się już w nocy na posterunek policji naszego komisariatu prosząc o pomoc w odnalezieniu woźnicy  z kufrem. Dyżurny rewirowy począł telefonicznie zapytywać wszystkie komisariaty łącznie   Komendą Policmajstra czy nie jest tam zatrzymany poszukiwany woźnica? W wyniku czego okazało  się, że woźnica nie mogąc mnie odnaleźć sam zajechał  do Komendy Policmajstra, a że  adres mój z  nazwiskiem zgubił,  więc nie można było natychmiast nadać  biegu z doręczeniem mi bagażu. Postanowiono wówczas czekać  następnego dnia, by na stacji towarowej dowiedzieć się, komu był  adresowany bagaż zawierający kufer odebrany  w dniu wczorajszym. Oczywiście tego zabiegu nie trzeba  było  czynić po moim osobistym  zgłoszeniu  się. Woźnica bardzo ucieszył  się kiedy mnie zobaczył, a ja tym bardziej ucieszyłem  się  z odnalezionego bagażu. Po okazaniu mego  dowodu tożsamości i listu nadawczego odebranego bagażu, wypuszczono nas  z Komendy Policmajstra. Tak tedy nieprzyjemny obrót odebrania bagażu ze stacji zakończył  się. Dla woźnicy dałem dość duży napiwek za jego kłopoty i życzliwość dla mojej osoby.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Z Niedźwiedziowa do Wilna.

poniedziałek, 16 kwietnia 2007 22:57

 Niefortunny był to dzień nie tylko  dla mnie jako młodego, któremu waliły  się różne przeszkody przedślubne, lecz także dla wszystkich weselników, którzy zamiast  weselić się musieli przeżywać  różne  nieprzyjemności. Byli oni w powrotnej  drodze z Głębokiego zmoczeni przez ulewę deszczu  do ostatniej nitki. Tak odbył się  pierwszy  dzień  weselny. Drugi  dzień był już  wesołym. Pan Miesojed wysilał  się do dużej uprzejmości, czym  starał się załagodzić swój wczorajszy  zły humor i nietakt. Do stołu nie żałował podawać wódki, sam pił i innych zapraszał. Żydkowie muzykanci grali tedy od ucha do ucha na   swoich instrumentach, marsza przy stole, a potem  do tańca. Tańczyła   wówczas nie tylko młodzież, lecz i starsze osoby podochocone. Na obiad przybyło  sporo gości  ze stacji Podswilie, zawiadowca stacji i inni urzędnicy kolejowi. Obiad był obfity i pito  do upadłego. Tańczono ochoczo. Miesojadowie dokładali ze  swojej  strony tyle  wysiłków  i zabiegów uprzejmości do bawienia gości, tak jakby w  dniu  wczorajszym żadnych  zakłóceń nie było. Pan Zygmunt Bujnicki był przez  dwa  dni  wesela jak pokrzywa zważona. Tłumaczył się, że jest niezdrów. Ja  jednak byłem  odmiennego zdania, uważałem że trapiło  go  sumienie z nakłaniania weselników w Głębokim by nie jechać  do Mosarza. Tym czasem my ślub wzięliśmy bez niego jako  swata i jemu  z tego powodu było przykro. Wieczorem wszyscy goście rozjechali  się  do  domu. Niektórzy pociągiem inni końmi. Z Rakowszczyzny wszyscy pojechali do Państwa Bujnickich na noc. Siostry moje  z matką pociągiem  do Dokszyc. Pożegnanie nasze było  serdeczne, jednak ze  łzami u oczu Mamusi i  siostry Jadwigi. Łzy te uczyniły na mnie  niepokój i jakiś smutek w duszy. Siostra Jadwiga zaprosiła nas by my uczynili podróż poślubną i przyjechali  do nich  do Petersburga. Przyrzekliśmy uczynić  to z  Wilna.Następne parę  dni szykowaliśmy  się do  wyjazdu do Wilna. Ciężkie  ładunki zapakowane  w kufry oddaliśmy na kolej do przywiezienia do Wilna. Lżejsze mieliśmy zabrać  ze  sobą. Kiedy całkowicie gotowi byliśmy do wyjazdu mnie  zaprosił ojciec Miesojed na pogadankę. Oświadczył tedy, że posagu on obecnie nam dać nie może, bowiem w prędkim czasie ma ratę płatną w  banku, jednak będzie  starał się w  zimie dać nam część posagu. Powiedziałem mu, że to  sprawa  dotyczy jego  córki i tylko ona  może  zabierać głos  w tej  sprawie. W czasie pogadanki dowiedziałem się, że pan Miesojed ma  dług zaciągnięty  w Banku Ziemskim w   Wilnie na  spłatę połowy  wartości Niedźwiedziowa dla brata  swojego żyjącego w Smoleńsku od  którego  odkupił połowę Niedźwiedziowa. Ja jednak w czasie późniejszym dowiedziałem  się, że bracia Miesojedowie żyli ze  sobą  w  niezgodzie oraz, że brat mego teścia  był  człowiekiem charakteru pogodnego i posiadał   wykształcenie, natomiast mój teść charakteru kłótliwego niezgodny  do życia  spokojnego był  analfabetą. Z tego powodu brat teścia chętnie sprzedał  swoją połowę majątku dla mego teścia, a  sam wyjechał do Smoleńska, gdzie zamieszkał na  stałe, będąc urzędnikiem kolejowym oraz że od czasu wyjazdu, między braćmi przestała istnieć nić łączności, a   także ich dziećmi. W pierwsza  sobotę po  weselu my wyjechaliśmy  do  Wilna z którego wyjechałem kawalerem, a powróciłem żonaty. Powróciłem  do mieszkania  umeblowanego we wszystkie akcesoria mieszkalne. Siostra Maria po  weselu pozostała  w Dokszycach na pewien czas.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Powrót ze ślubu i wesele.

piątek, 13 kwietnia 2007 22:22

Opuściliśmy Udział przed zachodem Słońca. Deszcz nie padał. Wobec tego, że  w Głębokim nikogo z orszaku weselnego nie było, wiec my także niezwłocznie udaliśmy się w dalszą drogę do Nidźwiedziowa. Było już ciemno deszcz padał z przerwami. Zdjąłem pelerynę i okryłem  swoją żoneczkę, całując i przyciskając do  siebie. Czułem  się już wesół i szczęśliwy, bowiem  wszystkie już  sprawy przed ślubne były  załatwione i po za nami. Tak tedy dojechaliśmy do przejazdu kolejowego, gdzie była urządzona brama przystrojona kwieciem i i oświetlona latarkami kolejowymi. Obsługa kolejowa tego przejazdu, zastąpiła nam  drogę i złożyła moc serdecznych życzeń jako nowożeńcom. Dałem im pięć rubli, a żona sporo cukierków. Otworzyli nam przejazd, a kiedy ruszyliśmy w dalsza  drogę, kolejarze   wznosili niemilknące okrzyki, niech żyje młoda para. Był to pierwszy miły moment naszej poślubnej podróży. Przy przejeździe na  nasz powrót czekał Janek zapasznik z Niedźwiedziowa. Kiedy dowiedział się, że jedziemy po ślubie wówczas konno na oklep popędził do Nedźwiedziowa z  doniesieniem dla państwa Miesojedów, że jedziemy po ślubie. Informacja ta była potrzebna rodzicom, by  wiedzieć jak nas spotkać. Spotkano nas z  chlebem solą i  winem.  Z wielka radością rodziców, krewnych i  wszystkich obecnych gości. Po oficjalnym  spotkaniu zasiedliśmy  do uczty  weselnej, która była obfita w napoje i różne zakąski z produktów   wiejskich na  zimno i na gorąco. Na zakończenie uczty podano  wszystkie moje   smakołyki przywiezione z Wilna: torty, ciasta słodkie, cukierki i  wina. Wiktuały te bardzo  smakowały biesiadnikom, tak że nie tylko spożywali lecz także pakowali  sobie  do kieszeni dla  swoich  dzieci, jak później z  tego tłumaczyli  się. Wobec ogromu przybyłych gości proszonych i nieproszonych wszystkich okazu nie można było posadzić   do  stołu, wobec czego po pierwszej turze gości posadzono drugą turę  gości. Pozostałe  wiktuały jak wina, torty, czekolada i cukierki zostały natychmiast   spożyte tak, że i okruchy po nich nie pozostały. Skutkiem czego następnego dnia podczas śniadania, biesiadujący poczęli wznosić okrzyki: gorzka wódka! gorzka wódka! wówczas młodzi  z braku słodkiej wódki zmuszeni byli pić gorzką, łącznie  ze  wszystkimi gośćmi. Dopiero rodzice młodej spostrzegli swój błąd, że w dniu  wczorajszym wszystko od razu podali na stół i nic ze  słodyczy nie zostało na śniadanie i dalsze przyjęcie. Po śniadaniu dowiedziałem się od siostry Jadwigi, że kiedy powrócili z Głębokiego uczestnicy orszaku  weselnego, którzy nie pojechali z nami do Mosarza, to ogromnie   zostali  złajani i   zwymyślani przez ojca Miesojeda. Wyrugał  on poważnie pana Zygmunta Bubnickiego, że z nami nie pojechał, tłumacząc, że wypuścił niedoświadczonych młodzików i że my nie damy sobie rady.  Przy tym wytworzył bardo niemiłą atmosferę dla wszystkich gości obecnych w  domu swoim  agresywnym wystąpieniem. Wobec czego goście nie  wiedzieli co z  sobą czynić, czy uciekać z   wesela, lub na  nas czekać. Na dobitek deszcz lał ja z cera, co tym bardziej nastrój pogarszał. Po wieczór pan Miesojed nieco uspokoił  się i podano gościom głodnym przekąskę, którzy od w czesnego śniadania nic  w ustach nie mieli. Po czem udali  się do odryni spocząć na  sianie, gdzie kobiety wypłakały  się, a  mężczyźni wykłócili między  sobą, że nie pojechali razem z nami  do Mosarza.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (2) | dodaj komentarz

Ślub.

czwartek, 12 kwietnia 2007 22:45

Po przyjściu na kwaterę naszego zatrzymania się u państwa Szkleników dowiedziałem się, że niektóre konie pochorowały się na żołądki i na skutek tego większość powozów odmówiła jechać do Mosarza. Z dziewięciu powozów zaledwie trzy powozy wyruszyły do Mosarza, w tym dwa powozy państwa Miesojedów i jeden wóz brata Waleriana Markiewicza. Wyjechałem ja z narzeczoną panną Felicją i trzy pary asystencji, razem osiem osób. Pozostali uczestnicy orszaku weselnego po pewnym czasie odjechali z powrotem do Miedzwiedziowa nie czekając nas w Głębokim. Nasz orszak wyruszył przez Berezwecze do Mosarza. Berezwecz znajduje się o dwa kilometry od Głębokiego. W dniu tym w Berezweczu prawosławni obchodzili doroczne święto Piotra i Pawła. Ulice były zatarasowane wozami i ludzimi, wśród których było sporo pijanych. Nasze wozy zostały otoczone przez gapiących się dookoła, tak że jechać dalej nie można było. Na nasze prośby o danie możliwości przejazdu posłyszeliśmy szydzące śmiechy pijanych. W ostateczności zmuszony byłem wezwać policję do interwencji, grożąc, że złożę skargę Gubernatorowi w Wilnie za nieporządki na drodze i zbiegowisko pijanych, którzy uniemożliwiają swobodę ruchu na drodze. Stanowcza moja postawa poskutkowała na policję, bowiem niezwłocznie poczęła rozpędzać zgromadzonych na drodze. Kiedy mogliśmy już wydostać z tłumu i wyruszyć w dalszą drogę posłyszeliśmy za sobą ordynarne okrzyki pod naszym adresem oraz rzucono w nas kilka kamieni, które na szczęście nie trafiły w nas. Szybką jazdą oddaliliśmy się od tego Berezwecza, by nie narażać się na dalsze nieporządane konsekwencje. Dalsza podróż odbywała się przy grzmotach i ulewnym deszczu z przebłyskami słońca. Jadąc z Głębokiego do Mosarza tuż przy samym gościńcu leży miejscowość Udział z kościołem parafialnym, mniej więcej o pół drogi do Mosarza. Postanowiłem tedy zajechać do księdza proboszcza i zapytać czy on będzie mógł udzielić nam ślub. Na wstępie rozmowy z proboszczem podniosłym głosem powiedziałem, że po powrocie do Wilna niezwłocznie złożę skargę biskupowi, na istniejące nieporządki w parafiach kościelnych, jakie maja miejsce w Głębokim, gdzie brak księdza do załatwiania obrzędów religijnych, wówczas kiedy w Mosarzu na odpuście jest aż sześciu księży. Ksiądz proboszcz staruszek bardzo przejął się moimi słowami i począł prosić bym tej skargi nie składał, a on mnie chętnie da ślub, oczywiście, że przyrzekam skargi nie składać. Kś. proboszcz począł biadać, że nie będzie komu grać na organach podczas dawanego nam ślubu, bowiem organista po odbytym nabożeństwie poszedł na polowanie. Po czem zaproponował bym poprosił jego siostrzenicę, będącą u niego na wakacjach, by zagrała na organach chociaż marsza, bowiem jest w konserwatorium muzycznym, nadmieniając, że muszę jej dać na cukierki. Na pytanie moje ile mam zapłacić za ślub, odpowiedział podrapawszy się w głowę, wszak mam do czynienia z osobą nie lada jaką, więc ślub będzie kosztował pięćdziesiąt rubli. Suma ta była zbyt wygórowana, więc zaproponowałem dwadzieścia pięć rubli, na co od razu zgodził się. Oświadczyłem kś. proboszczowi, że jestem na czczo i chcę być u spowiedzi przed ślubem. Wówczas mnie wyspowiadał i za moje grzech wyznaczył surową pokutę, jakiej przedtem nie miałem. Ślub odbył się przed ołtarzem wielkim, rzęsiście oświetlonym. Po ślubie kś. proboszcz wygłosił do nas młodych specjalne przemówienie. Przez cały czas ślubu siostrzenica księdza grała marsza na organach, za co dostała ode mnie 10 rubli na cukierki. Po czem ksiądz proboszcz zaprosił nas wszystkich na obiad do siebie. Obiad był obfity i smaczny, składał się przeważnie z drobiu, po obiedzie podano kawę z koniakiem. Po złożeniu kś. proboszczowi podziękowania za ślub i obiad zaprosiłem by nas odwiedził będąc w Wilnie. Chętnie zgodził się, nawet zapowiadając datę swego przyjazdu na rekolekcje dla księży. Z tej okazji gościł później u nas dwa dni, przywożąc z sobą dwie butelki wspaniałego wina.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Nieoczekiwane przeszkody.

środa, 11 kwietnia 2007 23:04

 Po przyjeździe do Głębokiego zatrzymaliśmy  się u pana Szklenika, krewnego pana Zygmunta, gdzie ku  wielkiemu  zmartwieniu dowiedzieliśmy  się, że nowo mianowany ksiądz proboszcz nie przyjechał. Natychmiast udałem  się do kancelarii kościelnej, gdzie od organisty także  dowiedziałem  się, że ksiądz proboszcz nie przybył, aczkolwiek miał przybyć jeszcze w sobotę. Sprawa była tragiczna i rozpaczliwa. Począłem naradzać się  z organistą aby zaprosić  księdza z innej parafii telegraficznie  do  dania ślubów i  dokonania chrztu, bowiem oprócz nas była para nowożeńców i kilkoro dzieci  do  chrztu. Organista oświadczył, że najlepiej będzie prosić księdza proboszcza z parafii Mosarz, gdzie z okazji festynu będzie tam do  sześciu księży zabranych, to z łatwością będą mogli jednego księdza przysłać do Głębokiego. Po naradzie tej wysłano telegram, prosząc o przysłanie księdza. Jakież było zdziwienie, że zamiast przysłania księdza proboszcz Mosarza, proponuje wszystkim parom młodym przyjechać  do Mosarza, gdzie będą dane śluby. Zebrani tedy u pana Szklenika poczęli rozważać wyjazd  do Mosarza o dwanaście kilometrów od Głębokiego. Okazało się że większa ilość jest przeciwna temu  wyjazdowi. Niektórym konie pochorowały  się na żołądki z powodu nakarmienia ich żytem w Miedzwiedziowie. Największym zaskoczeniem było  dla mnie oświadczenie pana Zygmunta, że nie pojedzie do Mosarza, proponując powrót do Miedzwiedziowa i odłożenie   wesela na później, na  co ja nie   zgodziłem  się i postanowiłem jechać  do Mosarza. Udałem  się wówczas do organisty, do kancelarii parafialnej, by odebrać przesłane potwierdzenie z Wilna z parafii Św. Ducha o odczytaniu moich zapowiedzi bez którego nie można było otrzymać  ślubu. Zaświadczenia tego nie było w kancelarii kościelnej gdyż kilka  dni z poczty nie odbierano korespondencji. Zmuszony tedy byłem udać  się na pocztę po odebranie pakietu z kościoła Św. Ducha z  Wilna. Poczta znajdowała się na krańcach miasta o trzy kilometry odległości. By skrócić drogę za poradą organisty udałem  się przez łąkę, krótszą drogą, brzegami jeziora. Zaledwie przeszedłem pół drogi trafiłem na łące na wodę rozlaną, która obejmowała duży obszar łąki. Miałem na nogach półbuciki lakierki, ubrany byłem w  surdut, jak  do ślubu. By iść dalej musiałem zdjąć lakierki, lub iść w takowych po kostki w  wodzie, albo w ostateczności wracać z powrotem i iść miastem, co uczyniłoby tą drogę dalszą o co najmniej trzy kilometry. Ogarnęła  mnie   wówczas rozpacz,  stałem zamyślony. Zdawało mi  się, że cały świat przeciwstawia  się przeciwko mnie. Jakby ktoś rzucał mi kamienie i różne przeszkody pod nogi i  wszelkimi  sposobami usiłował nie dopuścić do odbycia mego ślubu  z panna Felicją Miesojedówną. Nasuwały mi  się   w myśli wypowiedzi bliskich mi osób, by zaniechać ożenku z Felicją. Dalsze różne przeszkody wyłaniające  się bezpośrednio przed ślubem jak brak  księdza  do  dania ślubu, nieoczekiwane namawianie pana Zygmunta Bujnickiego do odroczenia wesela, który przedtem taki był gorliwy do natychmiastowego mego ożenku. Ktoś począł mi szeptać  do ucha - uciekaj, uciekaj, nie idź do ołtarza ślubnego, nie niszcz swojej  wolności i  dotychczasowego radosnego życia. Stałem w wodzie i poważnie  zastanawiałem  się czy nie posłuchać poszeptu i uciec do mego ukochanego  Wilna, porzucając narzeczoną i cały orszak weselny, by nadal beztrosko żyć  w kawalerskim  stanie. Raptem zagrzmiał grzmot tocząc się pod obłokami długim echem. Grzmot ten obudził mnie z zadumy i rozpaczliwej  walki, błyskawicznie  zdjąłem z  nóg lakierki i boso w ubraniu ślubnym pobiegłem w  stronę poczty. Pocztę zastałem zamkniętą, jako  w  dzień  świąteczny. Wówczas udałem  się do naczelnika poczty do jego mieszkania, które znajdowało  się obok poczty. Naczelnik na razie nie chciał iść na pocztę, lecz kiedy dałem mu pięć rubli, prośbę moją uwzględnił. Po dłuższym  czasie odnalazł pakiet. Pokwitowałem odbiór tego pakietu i z powrotem udałem  się już ulicami miasta.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Przygotowania do ślubu i wesela.

wtorek, 10 kwietnia 2007 23:16

Zaręczyny odbyły się w najbliższą niedzielę. Brat Felicji zapewnił, że odczytanie zapowiedzi przeprowadzone  zostanie w parafii Dzierkowszczyźnie, gdzie nowo przybyły do Głębokiego ksiądz udzieli nam ślubu. Uzgodniono, że wesele odbędzie  się w dniu Świętego Piotra to jest 29 czerwca, na które to święto miał już przybyć nowy proboszcz do Głębokiego. Po daniu na  zapowiedzi panny Felicji w parafii Dzierkowszczyźnie, z mojej  strony także zachodziła potrzeba dania  na  zapowiedzi w  Wilnie   w kościele św. Ducha w parafii w której mieszkałem. Wówczas udałem  się  do Wilna celem załatwienia tych zapowiedzi i wszelkich innych  spraw  związanych z  weselem. W Wilnie po daniu na zapowiedzi dokonałem zakupu obrączek, tortów, cukierków, wina i wyjechałem do Miesojedów. W Niedźwiedziewie przygotowywano się do  wesela,  sprowadzone krawcowe szyły wyprawę dla młodej.  Po uzgodnieniu z rodzicami panny Felicji szczegółów co  do  wesela oraz z panem Bujnickim, że on udzieli mi parokonnego powozu na  wyjazd do Głębokiego na ślub udałem się do Rakowszczyzny, gdzie  sprowadzone krawcowe szyły  dla panien nowe  suknie oraz przygotowywano  smakołyki na ucztę weselną. W tym czasie w Dębowie u państwa Chocianowiczów odbywało się wesele panny Bronisławy. Na wesele to łącznie z młodzieżą Rakowską mnie także zaproszono, jednak nie pojechałem. Po powrocie z  wesela opowiadały mnie  siostry, że panna Magdalena liczyła na mnie, kochając mnie mocno, przy tym z płaczem oświadczyła, że teraz za nikogo za mąż  nie  wyjdzie. Biedaczka słowa dotrzymała, pomimo ubiegających  się o jej rękę przez szereg panów, za żadnego nie  wyszła. Pozostała trociarką modląca  się przez całe  swoje życie. Uważam, że ja byłem względem Jej w porządku, bowiem nigdy nie oświadczałem się Jej w miłości i o Jej rękę nie prosiłem.W wigilię ślubu mego w  sobotę, wyjechaliśmy trzema bryczkami z Rakowszczyzny do Niedźwiedziewa. Starsze osoby pojechały pociągiem z Parafinowa do stacji Podswilje, skąd ich zabrano powozami konnymi. Po  drodze zatrzymaliśmy  się u państwa Bunickich, skąd ja pojechałem z panem Zygmuntem parokonnym powozem, łącznie z Maryną. Spotkano nas  z muzyką. Marsza grała orkiestra składającą  się z pięciu żydków, których  wynająłem w Głębokim za 50 rubli. W domu państwa Miesojedów było pełno gości, zaproszonych i nie zaproszonych. Zwykle na panieński  wieczór młodzież przybywa i nie zaproszona. Brat panny Felicji wziął mnie pod rękę i począł przedstawiać gościom jako narzeczonego, w trakcie czego spotkałem moją narzeczoną w rogu  sali. Po przywitaniu  się  z nią wziąłem ją pod rękę i już dalej przedstawiano nas jako młodą parę. Przybyłych na stację Podswlje: wuja Kazimierza Markiewicza, moją Matkę,  siostry Jadwigę i Marię przywieziono tegoż wieczoru końmi. Bawiono się  przez całą noc tańcami przeplatanymi zakąskami. Następnego  dnia w  dzień św. Piotra i Pawła odbyło  się błogosławieństwo nas młodych. Ojca mojego zastępował wuj Kazimierz Markiewicz, będąc moim ojcem  chrzestnym. Ojciec rodzony z Kijowa przysłał błogosławieństwo telegraficznie. Podczas błogosławieństwa składane były dary dla pary młodej, dary te były przeważnie pieniężne, za  wyjątkiem siostry Jadwigi, która  złożyła  dla młodej   w darze złote kolczyki z drogimi kamieniami. O godzinie dziewiątej rano wyruszyliśmy do kościoła w Głębokim o odległości osiemnastu kilometrów. Jechało nas dziewięć wozów dość radośnie i wesoło.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Oświadczyny.

sobota, 07 kwietnia 2007 17:35

Muszę nadmienić, że pan Zygmunt Bujnicki miał zamiłowanie być swatem, jako też i kumem. Łączył młode małżeństwa, po czem był kumem ich  dzieci. Miał w  swoim życiu dziesiątki takich rodzin. Niektórym tym rodzinom zmuszony był nieść pomoc materialną. Były także po  cichu szeptane wersje, że miał w tym osobistych nie mało grzechów. Żona Maryna  stanowczo temu  zaprzeczała. On także z tego śmiał się i nadal chętnie swatał. Tedy postanowił za  wszelka cenę mnie ożenić. Począł wymieniać panny z sąsiednich folwarków jako kandydatki na moją żonę. W tym żona Maryna mu  dopomagała. Żartując sobie z tego  swatostwa odwiedziliśmy kilka folwarków, gdzie były młode panny na  wydaniu, a tego towaru było  co niemiara. U państwa Kozakiewiczów były dwie panny, nieco  starsze ode mnie. Następnie u państwa Bobrowiczów była panna Wiktoria o tuszy potężnej. Maryna bardzo  sobie ją chwaliła i mnie zalecała. Twierdziła, że ona jest wysoce posażna i będzie z niej  dobra żona. Wszystko to mnie nie pociągało, bo stała przed moimi oczami nimfa z rozpuszczonymi włosami panna Felicja Miesojadówna. W powrotnej  drodze od państwa Bobrowiczów towarzyszyła nam panna Wiktoria, prawdopodobnie uczyniła to za namową Maryny, bo do odprowadzenia jej spowrotem do  domu namówiła mnie także. Towarzyszyłem wówczas pannie Wiktorii, łącznie z Władkiem  synem pana Bujnickiego, mającym lat  dwadzieścia. Powracając w  drodze powrotnej zamiast  do domu, przez łąki udaliśmy się  do państwa Miesojedów do Niedźwedziowa. Bo kiedyśmy byli u państwa Kozakiewiczów,  wówczas byli u nas w Słobudce młodzi Miesojedowie. Odchodząc zaprosili nas do  siebie. Przypuszczałem, że chodziło tu o moją osobę. W Niedźwiedziowie przyjęto nas  bardzo miło  i uprzejmie. Graliśmy w różne zabawy. Ja przeważnie asystowałem pannie Felicji, była ona  do mnie bardzo miło  ustosunkowana, czem mnie   zdobywała i  do  siebie pociągała. Kiedy po kolacji zamierzaliśmy się udać   do  domu, to nas   stanowczo  zatrzymano do zanocowania u nich. Po czem graliśmy do godziny późnej w nocy w karty zanim poszliśmy na  spoczynek. Następnego  dnia  po śniadaniu udałem  się z panną Felicją do ichniego sadu, który był obszarem  do dwóch hektarów z pięknymi drzewami owocowymi pełen różnych krzewów, jagód  i kwiatów. Po spacerze usiedliśmy na  ławce pod  drzewem. Siedząc i gwarząc z panną Felicją, objąłem ją i ucałowałem kilkakrotnie, pytając  zarazem czy mnie kocha, odpowiedziała, że tak. Ja ze  swojej  strony nie ujawniałem do niej mej miłości,  aczkolwiek ona już u mnie mocno do niej żarzyła  się. Siedząc na ławeczce gwarzyliśmy na różne tematy, nie poruszając naszego przyszłego losu. Przed odejściem panna Felicja udekorowała  mnie różami oraz dała wspaniały bukiet kwiatów. Tak tedy udekorowany powróciłem  do  domu. Pan Zygmunt spotkał nas z okrzykiem, a toś ty Kajetanie jesteś po uszy zakochany w pannie Felicji, nie ma  czasu do  stracenia, już zakładam konie i jedziemy prosić o rękę panny Felicji do Nedźwiedziowa. Początkowo sądziłem, że to może z przyzwyczajenia czyni to  swatostwo, jednak przy obiedzie począł nakłaniać mnie, aby jeszcze tego  samego  dnia jechać i prosić o rękę panny Felicji. Dla urzeczywistnienia  swojego zamiaru, począł wywodzić, że panna Felicja jest młodą, ładną i dużo ma zalotników asystujących, ma  posagu 1000 rubli, więc znajdzie  się nie lada konkurent i zabierze mnie spod nosa panna Felicję. Ostatni argument mocno  zaważył na  mnie, że gotów byłem już usłuchać pana Zygmunta, jedna począłem bronić  się by z oświadczynami zaczekać na jakiś czas. Uważałem, że muszę objąć przedtem nową posadę. Pan Zygmunt nie dał  za  wygraną i począł ponownie mnie nakłaniać. Do jego  wywodów przyłączyła  się także  Maryna, więc pod naciskiem ich obu zgodziłem  się tedy pojechać. Tego samego  dnia wieczorem zajechaliśmy parokonną bryczką przed  dom państwa Miesojedów. Jakby przeczuwając cel naszego przyjazdu przyjęto nas bardzo uprzejmie i radośnie. Ja na  osobności zapytałem panna Felicję czy  chce być moją żoną, zapłonęła jak  wiśnia  i odpowiedziała, że tak. Podczas kolacji pan Zygmunt oświadczył cel naszego przyjazdu, prosząc w imieniu  swoim i moim o rękę panny Felicji dla mnie za żonę. Na zapytanie mnie przez pana Miesojeda czy faktycznie mam zamiar  szczery ożenić  się z panną Felicją odpowiedziałem, że tak. Muszę nadmienić, że pan Miesojed niejednokrotnie był u mnie  w Wilnie z panem Zygmuntem i nocował także, więc już mnie znał. Przeto po naradzeniu  się z żoną w drugim pokoju,  wyrazili  swoją  zgodę. Zapytana panna Felicja, czy zgadza  się, odpowiedziała, że tak. Państwo Miesojadowie poczęli rozmawiać o terminie wesela. Oświadczyłem, że wesele może się odbyć później. Myśląc w duszy, by  wesele odbyło  się po objęciu przeze mnie nowej pracy. Wówczas starszy brat panny Felicji Mieczysław zaproponował, by zaręczyny odbyły  się jeszcze w nadchodząca niedzielę, a wesele najpóźniej  za miesiąc. Zygmunt te terminy poparł, w ostateczności i ja  zgodziłem  się.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Wyjazd do puszczy.

środa, 04 kwietnia 2007 21:57

Na stację Podswilje przybył po nas pan Zygmunt parokonnym powozem. Jechaliśmy krótszą drogą przez majątek Miedzwiedziowo. Kiedy wjechaliśmy na podwórze majątku, przez które trzeba było przejechać, opanowały nas hurmem psy, szczekając zajadle, na odgłos który wypadło z domu kilka osób, między innymi i panna Felicja z rozpuszczonymi włosami jak nimfa. Spostrzegłszy mnie zarumieniła się jak wiśnia, chwilę postała podobna do rusałki wodnej, po czem cofnęła się do ganku domu. Spotkanie to nieoczekiwane, jej bujne włosy rozpuszczone oraz jej figura wiotka i zgrabna z rumieńcem na twarzy nadały jej wygląd czarujący, który wywołał we mnie zarzewie miłości do niej. Pan Miesojed poprosił nas abyśmy wstąpili do domu, jednak podziękowaliśmy i odjechaliśmy do Słobudki, która znajdowała się o dwa kilometry od Miedzwiedziowa. W Słobudce czas mnie upływał bardzo miło i wesoło. Gościnność była serdeczna. Odwiedziliśmy dwa zaścianki wśród puszczy Hołubickiej, należące do państwa Bujnickich pod nazwą Nalewajki i Filipowo. Zaścianki te były wydzierżawione przez szlachtę tak zwaną zagonową. Dzierżawa ta przechodziła z ojca na syna, przez całe pokolenia bez zmiany. W puszczy tej odwiedziliśmy mogiły powstańców polskich z 1863 roku, na których potajemnie Polacy stawiali krzyże, a satrapii carscy te krzyże burzyli. Oddając cześć poległym bohaterom, spoczywającym w tej puszczy stawała mi jak żywa postać św. pamięci Dziadka, który mi opowiadał jak walczył w tej puszczy o wolność Ojczyzny, a potem znosił trudy i męczarnie na Syberii. Według opowiadań pana Miesojeda z Miedzwiedziowa to jego ojciec także brał udział w powstaniu i znał dobrze mego dziadka Rożnowskiego. Ojciec jego zmarł po odniesieniu ran od kozaków. Należał do oddziału kawalerii powstańczej. Na moja prośbę pan Zygmunt Bubnicki zgodził się na pobyt w puszczy do tygodnia czasu. Jeżdżąc po puszczy przejechaliśmy do 90 - 100 km. drogi. Nie żałowałem czasu straconego, gdyż puszcza ta wryła się w moje duszy tak głęboko, jak głęboką miałem pamięć o Dziadku. Po tygodniowym pobycie w puszczy powróciliśmy do domu obładowani pełnymi koszykami różnych jagód, młodych grzybków, borowiczków, których było w puszczy w bród.


Podziel się
oceń
1
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

W Rakowszczyźnie.

niedziela, 01 kwietnia 2007 22:16

Po odejściu z cukierni państwa Sztralów miałem już 22 lata i dziewięć miesięcy. Odchodząc nie przypuszczałem, że zmiana mojej dotychczasowej pracy tak poważnie wpłynie na los mojego życia, które potoczyło  się zmiennie z okresami poważnych kłopotów i okresami zadowalającymi. Po okresach trudnych i kłopotliwych – wybijałem się w hierarchii społecznej na poziom wyższy mego przyszłego życia.Jak już  wspominałem, przyjechały do mnie dwie  siostry  z Rakowszczyzny, które namówiły mnie na wyjazd do nich na okres letni, by poprawić  swoje  zdrowie i odpocząć  swobodnie przed objęciem nowej pracy, którą miałem zapewnioną w  Związku Giełdowym w  Wilnie. Tak tedy i uczyniłem  swój wyjazd. Miałem gotówki  do  swojej  dyspozycji 700 rubli. Pozwalało to mnie przez dłuższy okres żyć bez kłopotów materialnych. Wyjechałem do Rakowszczyzny w wesołym nastroju i radośnie. Siostra Maria pozostała w mieszkaniu jako gospodyni. Ona jeszcze kontynuowała naukę kroju i  szycia u pani Zawadzkiej. Koszta nauki i żywienia nadal pokrywałem. Moje odejście od Sztralów nie  wywarło na niej dobrego wrażenia. Widocznie przeczuwała,  iż zmiana w moim życiu jaka zajdzie odbije  się na jej życiu. Istotnie tak  się  stało, bowiem przez pierwsze  dwa  lata miała ona  sporo kłopotów do  zwalczenia  w tak młodym  wieku.Po przyjeździe do Rakowszczyzny, niemal każdego  wieczoru młodzież zbierała  się i tańczono ochoczo i  wesoło przy moim udziale. Uczyłem ich tańców nowych, jakie już  w Wilnie tańczono. Odwiedzałem  sąsiednie folwarki. Byłem u państwa Chocianowiczów w Dębowie, gdzie sympatyzowałem  do panny Magdaleny. W Rakowszczyźnie poczęto mówić, że pan Chocianowicz chętnie odbyłby  dwa   wesela na raz,  wydając swoją  średnią córkę Bronisławę, której  wesele miało się odbyć w prędkim czasie,  więc życzył bym i ja   w tym  samym czasie pobrał  się   z Magdaleną. Aczkolwiek ja o rękę panny Magdaleny nie prosiłem i byłem daleki od tego zamiaru. W maju wyjechałem razem  z  siostrą Walerią Dawidowską do majątku Słobudka państwa Bujnickich,  w gościnę jako  do szwagra i siostry stryjecznej Marii z Dawidowskich, która wyszła za mąż za Zygmunta Bujnickiego. Muszę  nadmienić, że moje stosunki z panem Bujnickim były bardzo przyjazne od pierwszego zapoznania się. Pan Zygmunt zawsze zatrzymywał się u mnie  w Wilnie. Lubił pobawić się. Chętnie mu towarzyszyłem  w jego tych zabawach. Wydatki często czynił ponad stan swoich możliwości, wobec czego ja pokrywałem wielokrotnie koszta naszych zabaw. Lubiłem takich ludzi i to mnie pociągało do jego osoby. Chętnie tedy jechałem do Słobudki, a tym bardziej, że dookoła Słobudki były folwarki z moimi już znajomymi: państwem Bobrowskich, Kozakiewiczów, Dłużniewskich i Miesojedów, gdzie było sporo młodzieży, którą zapoznałem częściowo w Rakowszczyźnie, lub przedtem będąc w Słobudce. Najlepiej znałem rodzinę państwa Miesojedów w majątku Miedźwiedziewo, leżącego o  dwa kilometry od Słobudki. Były tam trzy siostry, średnia Felicja była dość piękną, poznałem ją w Rakowszczyźnie przed kilkoma laty i od tego czasu korespondowałem z nią listownie, składając sobie życzenia imieninowe i świąteczne, nie poruszając spraw miłosnych.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Zdjęcia w galeriach.


poniedziałek, 1 maja 2017

Licznik odwiedzin:  68 984  

Kalendarz

« kwiecień »
pn wt śr cz pt sb nd
      01
02030405060708
09101112131415
16171819202122
23242526272829
30      

O mnie

O moim bloogu

Życie i walka na kresach Rzeczpospolitej.

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:


http://blogroku.pl/_d/zestaw4/zestaw4_19.jpg Zagłosuj na mnie w konkursie Wiadomości24.pl!@import url("http://www.moikrewni

Więcej w serwisach WP

Pytamy.pl

Pytamy.pl