Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 260 359 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Zdjęcia w galeriach.


Spotkanie z Gryszą i powrót do Wilna.

czwartek, 06 marca 2008 21:42

Prace w obsianiu pól i ogrodów przy kładzionym wysiłku Ankudowicza i mojej pomocy posuwały się szybko naprzód. Mnie nikt nie nachodził nocami, jak to czyniono innym sąsiadom – domagając się żywności, szczególnie butów itp. Jednej nocy obudzono mnie przez okno domagając się wskazania drogi na stację Woropajewo. Kiedy wyszedłem by wskazać kierunek, to spostrzegłem dwóch osobników z karabinami, ubranych po cywilnemu. Kiedy wskazałem im drogę, to wówczas poprosili mnie o chleb i kawałek słoniny, za które mnie podziękowali i odeszli w kierunku wskazanym? Po tym wypadku ogarnął mnie pewien niepokój. Starałem się by w domu nie  nocować. Przeto w pierwszą sobotę udałem się dom państwa, Gintowtów, którzy mieszkali o trzy kilometry od Nowopola we wsi szlacheckiej Dzienniszki. U państwa Gintowt, jak przed tem byłem gościem niejednokrotnie, u nich kupiłem konia i inne potrzebne przedmioty gospodarcze. Pan Gintowt był w tej wsi najzamożniejszym, miał 20 ha  ziemi, gospodarkę wzorową i ładny dom mieszkalny. Miejscowy oddział partyzantów pod dowództwem Gryszy, już odwiedzał Gintowta kilka razy. Zabrano mu pięknego ogiera, lepsze ubrania, a także wędlinę i słoninę. Szedłem do państwa Gintowt by u nich przenocować przed  niedzielą, a także żeby podzielić  się smutnymi wrażeniami, które  nas otaczały. W  domu pana Gintowta nie było. Żona jego mnie przyjęła bardzo uprzejmie i poczęliśmy ze sobą rozmawiać. Po kilku minutach wpadła do mieszkania jakaś kobieta lamentując, że pełna wieś jest partyzantów i że partyzanci poczęli zabierać żywność i inne przedmioty. Ja postanowiłem uciekać przez ogrody, ale kiedy wyszedłem na ganek, to spostrzegłem idących dwóch partyzantów z karabinami w kierunku zakończenia ulicy. Oni mnie także spostrzegli przy ostatnim domu ulicy. Partyzanci zatrzymali się obejmując straż. Zaniechałem ucieczki ogrodami, by tą ucieczką nie pogorszyć swojej sytuacji. Prze to postanowiłem wrócić do domu, ulicą jak przyszedłem. Kiedy doszedłem do połowy ulicy, to spostrzegłem  wizawi siebie dwóch  partyzantów, jednego w kusej kurtce z pistoletem  w ręku, wiekiem  młodego i  drugiego  starszego z  karabinem w ręku. Kiedy  zbliżyłem się  do nich to krzyknęli  - „ Stój, ruki  w wierch”. Stanąłem i ręce podniosłem. Wówczas młody partyzant z pistoletem, podszedł do mnie i zapytał skąd ja jestem – odpowiedziałem, że ze wsi.(Wyjaśnić, że jestem osadnikiem z Nowopola było niepożadanym.) Wówczas zapytał do kogo ja przychodziłem do wsi Dzienniszki. Odpowiedziałem, że do Gintowtów, kiedy to słowo usłyszał, krzyknął: „wpierod ruki w  wierch i  dzierżać nad gołowoj”. Uczyniłem jego rozkaz i odwróciłem się  z rękoma  podniesionymi  do góry. Po kilku krokach takiej podróży ponownie  mnie  zapytał po co ja przychodziłem do Gintowtów? Odpowiedziałem aby pożyczyć pługa do orania. Zapytał czy prawdę  mówię. Odpowiedziałem, że prawdę. W odpowiedzi ten partyzant krzyknął głośno  na  całe gardło – „ ubierajsia  damoj i bolsze  do Gintowtów nie chadzi”. Zawróciłem i pośpieszyłem do domu. Partyzanci oboje poszli w kierunku Gintowtów. Kiedy  szedłem prędko ulicą wsi Dzienniczki, to kobiety mnie  zatrzymywały i prosiły bym ja powracając powiadomił Komendę Niemiecką o  najściu partyzantów na ich  wieś. Oczywiście tego  czynić nawet  zamiaru nie  miałem, bo do Duniłowicz droga była  do 8 km, a już nadchodził wieczór. Kiedy nieoczekiwanie powróciłem do  domu, to mój  zapaśnik Ankudowicz ogromnie się ucieszył i zdziwił, że ja powróciłem, gdyż   wychodząc mówiłem, że będę  nocował u Gintowtów. Nic nie mówiąc o partyzantach poprosiłem Ankudowicza, by pomógł mi dostać się na słomę leżącą na  strychu obory, gdzie będę spał oraz by drabinę  schował,  a także by nic nikomu nie mówił, że ja tu nocuję, jeżeli kto będzie o mnie pytał. Bałem się, że Gintowt powie, że pochodzę z Nowopola i jestem osadnikiem. Niemal przez całą noc było słychać  strzały karabinowe ze  strony  wsi Dzienniszki. Następnego dnia od godzin rannych było wiadome o najściu partyzantów oddziału Gryszy na wieś Dzienniszki i że ponownie państwo Gintowt zostali pokrzywdzeni, którym zabrano ostatnie środki żywnościowe w tym i moje 2 pudy żyta, znajdującego się u nich na przechowaniu. Po tym wypadku w Dzienniszkach postanowiłem jak najprędzej  zakończyć  zasiew pól i odjechać do Wilna, zaś na noc chodziłem spać do Duniłowicz. Wchodziłem z Nowopola pod wieczór i szedłem na przełaj dróżkami polnymi i lasem, by nie pokazywać  się na drogach ruchliwych. Kiedy już  szedłem dnia trzeciego, do Duniłowicz przez las pani Makowieckiej, to nieoczekiwanie wypadł  z  lasu  na dróżkę partyzant z karabinem i krzyknął „Stój ruki w  wierch”. Stanąłem i ręce podniosłem. W tym  czasie posłyszałem  głos z boku dróżki: „Stoj ty iwo nie trojgaj ”. Z tymi słowami,  wypadł  z lasu partyzant  w  kusej kurtce i  pistoletem w ręku, ten sam, który mnie  zatrzymał  w Dzienniszkach i powidział: „ Zdrastwój Rożnowskij, czto ty mienia nie uznajesz, a ja wot ciebia uznał od razu” - „Gdzie ty łgał szto pachodzisz z  czarnoj  wsi”, dalej powiedział: „a ty pomnisz kak mój aciec mnie bił pałkoj za zaułki, a ty mienia abronił i jabłki oddał, wot ja z derewni Jalcy, zwut minia Grysza – był ja malczykom, a tipier kamandir partyzantów. Ty charoszoj człowiek, patamu mój ociec ciebie nie trahał w Nowopolu – no ty niezmienno z Nowopola ujeżdżaj, to ja za drugich partzantow, ruczać nie magu” Po tym ścisnął mi rękę i powiedział żebym ja nikomu nie mówił o tym, że w tym lesie go widziałem.  Pośpiesznie udałem się do Duniłowicz, gdzie nikomu nie mówiłem o  spotkaniu dowódcą Gryszą, słynnym partyzancie, którego żadne  oddziały niemieckie nie mogły uchwycić ani zlikwidować. Grysza, pochodzący ze  wsi Jelcy, która położona  jest  w lesie miał  członków partyzantów w  swoim oddziale pochodzących z tej  samej wsi i innych. Oddział Gryszy w nocy formował  się i po  dokonaniu operacji tejże  samej nocy rozpraszał  się. Z tego powodu był nieuchwytny. Grysza  do moje osoby odniósł  się  szlachetnie. Uczynił  zapłatę ze  swojej strony dla mnie za jego obronę przed ojcem.Następnego dnia wszystkie wędliny posiadane odwiozłem do Daniłowicz i tam pozostawiłem na przechowaniu u państwa Zdanowiczów. W Nowopolu niektóre przedmioty cenniejsze, pochowałem na strychu, bowiem ze sobą nie mogłem  zabrać.Wszyskie zaś meble, naczynia stołowe i kuchenne przekazałem Andukowiczowi pod opiekę, łącznie z inwentarzem gospodarczym żywym i martwym i odjechałem do Wilna pociągiem. Pierwotnie zamierzałem odjechać wozem konnym,  zabierając ze sobą krowę, ale w ostateczności  zaniechałem, bowiem pozbawiłbym Andukowicza konia, który był potrzebny do pracy na roli. Krowa też im się przyda. Podróż miałem pociągiem dość uciążliwą szczególnie od stacji Łyntupy, która to  stacja już wchodziła w  skład terytorium Litwy. Litwini w pociągu usiłowali czynić różne nieprzyjemności dla osób, które nie mówiły w języku litewskim. Szczególnie odnosili się z pogardą dla Polaków. Kilku Polaków usunęli z  wagonu tłumacząc  się, że jest za ciasno. Unikając  z Litwinami jakiegoś  zajścia, ja rozmawiałem tylko w języku  rosyjskim z podróżnymi i to mnie chroniło przed ich zaczepkami. Po powrocie  do  Wilna, po paru tygodniach, doszły nas wieści z  Duniłowicz od państwa Zdanowiczów, że po moim wyjeździe z Nowopola, na drugi dzień partyzanci dokonali napadu na moją działkę zabierając konia, krowę oraz rabując pozostałą żywność. W kredensie porozbijali drzwiczki, aby  dostać się do wnętrza i z stamtąd  pozabierać naczynia i  inne przedmioty i  w ogóle dokonali  zniszczenia.Najście  to zadecydowało, że ja  postanowiłem do Nowopola nie powracać do  czasu zakończenia wojny i nastania pokoju. W ogóle nasza akcja usiłująca  zamieszkać w Nowopolu i  tam rozpocząć prowadzenie gospodarki w  czasie kiedy jeszcze trwała wojna – była  przedwczesna i niecelowa oraz poniosła  dużą  stratę gotówkową.         W Wilnie, w dalszym ciągu prowadziłem handel w hali targowej ze  Zbyszkiem, który przynosił  dostateczne  dochody do życia nam dwóm rodzinom.Woja w dalszy ciągu trwała. Jednak akcję bojową prowadzili już Rosjanie,  wypierając Niemców z zajętych terenów. Szczególnie po odniesieniu zwycięstwa pod Stalingradem Niemcom słabły siły, a Rosjanie choć powoli jednak  Niemców wypierali na  zachód.                                 


Podziel się
oceń
1
0

komentarze (8) | dodaj komentarz

Ponownie w Nowopolu

wtorek, 04 marca 2008 22:26

Wczesną wiosną 1943 roku ponownie pojechałem do Nowopola, by tam nadal prowadzić rolną gospodarkę oraz  wykończyć budowę  domu. Po przybyciu  do Nowopola – stwierdziłem, że  w okolicach    niepokoje z powodu  dokonywanych najść partyzantów sowieckich. Sporo było  dokonywanych  zabójstw na osobach pochodzenia polskiego jak  byłych  wójtów,  sekretarzy gminnych i innych urzędników i ziemian. Oddziały partyzantów operowały w powiecie Podstawskim, gdzie były ogromne lasy, należące  do hrabiego Przeździeckiego, szczególnie  w okolicach Kosian. Celem zlikwidowania tych oddziałów Niemcy ściągnęli dywizję wojsk pancernych SS. Bój ten trwał  2  dni. Partyzanci wycofali  się z tych lasów – kryjąc  się  w innym  miejscu.     W okolicach gminy duniłowickiej i innych  gmin  sąsiedzkich operował oddział partyzantów pod nazwą „Grisza”. Wszelkie usiłowania Niemców do zlikwidowania tego oddziału nie przynosiły żadnego rezultatu. Oddział  ten pewnej nocy napadł na Duniłowice – tj, na posterunek Komendy Niemieckiej. Komendant tego posterunku  z dwoma żandarmami,  zdołał  się uratować uciekając. Pięciu żołnierzy niemieckich 10 policjantów białoruskich, składających się z miejscowej ludności partyzanci uprowadzili ze  sobą. Położenie moje  było nie  wesołe, mogłem być każdej nocy lub dnia zabrany przez partyzantów jako osadnik  wojskowy i  zlikwidowany. Wobec tego postanowiłem jak najprędzej obsiać pole i powracać  do Wilna. Przyjęty przez nas  zapaśnik Ankudowicz okazał się człowiekiem sumiennym. Powierzoną mu  ziemię miał  w porządku,  wieprza  wykarmił  do 10  pudów – którego po  zabiciu  wywędził  szynki, łącznie z kiełbasami, połcie  słoniny także  wywędził. Krowę wychował doskonale. Ocieliła  się ona dając  piękną   cieliczkę. Koń też był  dopatrzony doskonale. W ogóle wszystko było we wzorowym porządku. Żak z Nowopola wyjechał  na  zapaśnika do  sąsiedniej  zagrody Stefana Urbańskiego - Komendanta  Milicji białoruskiej. Wyjazd jego z mojej  działki, przyniósł  dogodność, bowiem po nim  została wolna  chata tj. domek w którym on  mieszkał i spokój po hałasie jego licznej rodziny. Przychodził on do mnie parę  razy po pewne  drobne  pożyczki. Zawsze był  grzeczny uprzejmy, nawet  doradzając mi bym bardziej  ostrożny przed partyzantami, gdyż  jak mówił mi to partyzanci interesowali się moja osobą,  a on mnie przedstawił dobrym człowiekiem. Należy nadmienić, że czynność partyzantów sowieckich, polegała przeważnie na likwidowaniu Polaków i  zamożniejszych gospodarzy.  Działalność ich przeciwko Niemcom była  znikoma, za  wyjątkiem podłożenia kilku bomb na drodze lub na  szynach kolejowych. Bomby te narządziły dużo  strat.  Operacje bojowe na  froncie  wschodnim, rozwijały się  na korzyść  wojsk  sowieckich. Ludność miejscowa, pragnęła by jak najprędzej  wojna została ukończona i  nastąpił pokój.                                  


Podziel się
oceń
1
0

komentarze (7) | dodaj komentarz

Wesele Zbyszka . LItwini i Niemcy. Z rodziną w Nowopolu i przygody z koniem

niedziela, 02 marca 2008 16:21
           

W miesiącu listopadzie przybyła do nas moja  siostra stryjeczna z Głębokiego – Genowefa, córka  mojego stryja Józefa Rożnowskiego  ze  swoim narzeczonym panem Józefem Różańskim -  celem wzięcia ślubu kościelnego. Ślub odbył się w kościele Św. Anny. Ślubu udzielił ksiądz Pacewicz, wielki działacz i patriota polski, a zarazem biedak, bowiem wszystkie swoje  dochody oddawał młodzieży na kształcenie  się. Sam chodził w  starej  wytartej sutannie. Odżywiał się bardzo skromnie. Był to prawdziwy uczeń Jezusa Chrystusa. Po udzieleniu ślubu wygłosił wspaniałe przemówienie do młodych, życząc im dużo szczęścia w ich życiu i by byli dobrymi patriotami dla Polski. Przyjęcie po ślubie  odbyło się u mnie, w czasie którego Zbyszek, będąc podchmielonym, nabrał chętki do ożenku. Nie czekając końca biesiady, ulotnił się  dla nas  nie wiadomo dokąd, po czem o godz. 24 – tej powrócił i nam zakomunikował, iż on zaręczył się z panna Heleną Straszyńską i że wesele odbędzie się w  lutym 1941. Postanowienie to jego nas mocno zaskoczyło, bowiem on nigdy nie wspominał o ożenku swoim i nie mówił, że ma pannę kandydatkę na żonę. Wesele Zbyszka odbyło  się nader uroczyście w kościele ostrobramskim. Na  chórze śpiewał słynny  artysta operowy Jerzy Garda. Po weselu  Zbyszek  zamieszkał u rodziców  żony, otrzymując pokój   z umeblowaniem. Należy nadmienić, że  Zbyszek zabrał wszystkie ubrania po śp. Kaziku – kilka  garniturów, moc bielizny i pościeli.  Więc był bogaty w ubrania. Żona jego Helena miała lat 22, średnie  wykształcenie i niepełne muzyczne, kilka lat konserwatorium. Naukę miała przerwaną i niedokończoną z powodu  wojny. Ojciec  jej był urzędnikiem kolejowym wyższej  rangi w  Dyrekcji Okręgowej Kolei Państwowych w  Wilnie.

 Litewscy oficerowie w  swoim klubie pokłócili  się. Między nimi  powstała bójka w której jeden oficer został zabity. Oficera tego w nocy wyrzucono na  ulicę, po czym zgłoszono Niemcom, iż Polacy zamordowali tego oficera. Niemcy nie przeprowadzając dochodzenia pochopnie wydali zgodę Litwinom na rozstrzelanie w  odwet najwybitniejszych Polaków. Litwini w nocy z łóżek wyciągnęli 10 Polaków doktorów, adwokatów, inżynierów i takowych rozstrzelali. Między rozstrzelanymi był  także słynny  adwokat Engel. Po rozstrzelaniu rodziny rozstrzelanych zwróciły się  do  wojskowych  władz niemieckich ze skargą. Niemcy przeprowadzili odchodzenie i ustalili, że oficer litewski,  został  zabity  w klubie oficerskim litewskim – do którego Polacy  wstępu nie mieli. Na ustaleniu tego faktu Niemcy poprzestali gdyż sami  mordowali Polaków  w Oświęcimiu i innych obozach.  Na początku 1942 roku samoloty bombowe wojsk sowieckich dokonały nalotu  na Wilno – rzucając bomby, wyrządziły niemało szkody w zburzeniu budynków i  zabiciu mieszkańców. Podczas jednego takiego nalotu bomba trafiła w plebanię kościoła Św. Mikołaja -  zabijając  księdza proboszcza tego kościoła Litwina i jego  matkę oraz raniąc  kilka osób Litwinów, ponadto ten sam bombowiec zrzucił  jeszcze kilka bomb, które trafiły w  Straż Ogniową, zabijając kilku  strażaków. Po tym nalocie Litwini oskarżyli Polaków, że Polacy dawali  sygnały bombardującym - gdzie znajdują  się Litwini oraz że lotnik bombardujący był Polakiem. Wszystko to było kłamstwem i oszczerstwem. W kwietniu 1942 roku podczas nocnego nalotu bombowców sowieckich – kilka bomb padło dookoła  domu w którym  mieszkaliśmy. Jedna bomba trafiła w halę targową, niszcząc wewnętrzne urządzenia i  stoiska targowe. W naszym stoisku były półki porozrzucane i towary  zmieszane. Jednak strat było nie dużo – inni handlujący, ponieśli poważne  straty.            Po tym nalocie żona była psychicznie bardzo podenerwowana. Kiedy ja  miałem sam jeden jechać do Nowopola, wiosną tego roku, to po tym nalocie żona kategorycznie oświadczyła mi, że ona w Wilnie nie  zostanie i razem ze mną i Lilą pojedzie  do Nowopola. Oczywiście  nie mogłem ich pozostawić w  Wilnie i  narazić ich  życie. Stoisko handlowe przekazaliśmy Zbyszkowi. Do prowadzenia mieszkania sprowadziliśmy siostrę Luby Żenię z mężem i córką, łącznie z ich meblami.            Wyjeżdżając do Nowopola zabraliśmy  sporo towaru tj.kurtki, płaszcze koszule i inne ubrania, pościel i w złocie 100 rubli. Podróż odbywaliśmy wozem konnym, wynajętym za opłatę zbożem na miejscu w Nowopolu. Podróż trwała trzy dni. Na trzeci dzień przybyliśmy do Nowopola i  zatrzymaliśmy się u państwa Michniewiczów, sąsiadujących z naszą działką, od których na wstępie dowiedzieliśmy się, że pozostawione nasze mienie u pana Żaka zostało przez niego zmarnowane i  zniszczone. Krowa i wieprz zdechły, kartofle rzekomo  pomarzły. Aż 70 drzew owocowych  wyrąbał, które poprzedniego  czasu częściowo  wymarzły, by tą drogą mnie uniemożliwić prowadzenie gospodarki na działce. Następnego  dnia po naszym, przyjeździe  do Nowopola, w godzinach rannych zjawił się Żak u Michniewiczów i po przywitaniu się ze mną oświadczył iż go spotkało wielkie nieszczęście, że mu koń  zdechł oraz  zdechła  nasza krowa i  wieprz, a ziemniaki  zmarzły.  Oświadczyłem mu, że to wszystko mogło się stać z niedostatecznej opieki z jego  strony, jak mógł   wyciąć 70  sztuk  drzew jako moją  własność oraz jak mógł przepisywać bez mojej  zgody działkę na swoje imię. W tym wypadku ujawnił  zachłanną i karygodna podłość godną potępienia. Tymi  słowami pan Żak mało przejął się. Stał z opuszczonymi oczami i tłumaczył się, że on żyć  także potrzebuje i rodzinę utrzymywać. Na   zakończenie powiedział, że on był pewny, że my już nie przyjedziemy na  działkę z  Wilna i dlatego przepisał na swoje imię. Zgłosił się o do Wydziału Gminy i powiedział, że ja na działkę już nie powrócę i przepisał na  swoje  imię i złożył  podanie o  wydanie mu zboża siewnego na obsadzenie pola  działki. Muszę tu  wyjaśnić, że Żak był  wdowcem, miał  dwoje małych dzieci, ojca i matkę starych, brata ułomnego i  siostrę - rodzinę składającą  się z siedmiu osób. Uważał że dochód  z jego działki  nie wystarczy mu na utrzymanie tak licznej  rodziny, przeto usiłował moją działkę posiąść  we własne władanie. Dziwić się jednak należy dlaczego on przepisał działkę na  swoje imię, skoro wiedział że ja poczyniłem odpowiednie prace nad odbudową zrujnowanych  budynków i poczyniłem  zakupy inwentarza żywego i martwego do  zagospodarowania  działki. Prawdopodobnie naumyślnie chciał zniszczyć mój inwentarz, by tą drogą mnie uniemożliwić prowadzenie gospodarki na działce. Cóż można było  uczynić  z panem Żakiem? Oczywiście mogłem go izolować od wszelkiej pracy na mojej działce, tym bardziej kiedy on nie miał na  czym pracować, jak mu koń  zdechł i usunąć  go z zajmowanej  chatki. Po naradzeniu  się z  żoną -  zdecydowaliśmy pozostawić  go nadal żyć w chatce oraz dać mu 4 ha  ziemi do obsiewu, na  wyłączną jego potrzebę, tym bardziej kiedy 24 ha ziemi posianej trudno byłoby obrobić  samemu. My na razie  do  czasu  wykończenia  domu tj.  kuchni i  jednego pokoju,  w których można będzie zamieszkać czasowo, zamieszkaliśmy u pana Stefana Goźdźiewskiego – mieszkającego obok  nas, na  działce kolegi Hofmana Wincentego. By można było gospodarzyć i żyć natychmiast kupiliśmy krowę  za 20 rubli  złota, konia  za 18 rubli,  wóz  z zaprzęgiem za 15 rubli, pług, bronę i inne  narzędzia rolnicze, także kupiliśmy  za gotówkę lub na wymianę za materiał. Zboże siewne posiadałem częściowo  w ilości otrzymanej z roku ubiegłego,  także częściowo kupiłem od  Niemców,  a  szczególne owsa siewnego. Ziemniaki do sadzenia dostaliśmy na  wymianę  za materiał. Robociznę wynajętą za orkę i prace ciężką - opłaciliśmy, lżejszą sami  wykonywaliśmy. W ten sposób obsadziliśmy gruntu ornego do 5 ha  zbożem i  ziemniakami. Ogród warzywny - warzywami. Położenie Żak było godne pożałowania. Daną mu ziemię przez  dłuższy czas nie mógł obrobić z braku konia. Po pewnym  czasie kuzyn jego przyjechał i pomógł mu w  zasiewie. Posiadane przez Żaka ciele, dość ładne -  zdechło oraz zdechł mu wieprzak. Z przywiezionego  inwentarza żywego   z majątku Lipowo, pozostały mu tylko dwie krowy, reszta wyginęła.  Nabyta przez nas krowa, maści  czerwonej, rasy polskiej,  dawała   dziennie do 8 litrów mleka tłustego jak śmietana. Mleka  starczyło na  sery, śmietanę, twaróg. Krowa była bardzo wesoła i bystra. Jednego razu kiedy ją żona doiła, a ja podszedłem blisko,  wówczas ona tak machnęła rogami mi  w głowę, że aż iskry mi  w oczach stanęły. Żona ją poiła po powrocie z pola, więc kiedy zbliżała się  do domu to biegła i ryczała by jej jak najprędzej dać  pić. Po  wypiciu  całego  ceberka,  szła  zadowolona tak pełna jak kula, spokojnie do obory. Konia kupiliśmy od pana Gintowta, w  sąsiedniej  wiosce, maści  białej lat 18 – tu. Był to koń bardzo mądry i mający wielką pamięć. Jednego razu  wszedł on do grzęd  warzywnych na podwórzu i poczynił  szkodę. Dałem mu za to kilka uderzeń  rzemieniem. W odwet ten koń, pasący się na łąkach nie dawał  się mnie  wziąć lub złapać, uciekał i  na nic  się  zdały moje  uchwyty – jak  dać mu owies i inne. Dawał  tyko żonie nałożyć chomąt i przyprowadzić do  domu. Kiedy ten koń był  młody, to mu jego gospodarz dopomagał w pracy tj. kiedy on wiózł wóz pod górkę, to  gospodarz złaził z  wozu i  tyłu popychał, lub za cugle ciągnął i szedł obok niego. Tak  do tej pomocy konia przyzwyczaił, że on jadąc  z wozem lekkim pod  górkę,  zatrzymywał  się i  czekał aż jadący nie  zlezie z wozu i mu nie pomoże. To nawet polegało na dotknięciu hołubli lub  z tyłu dotknięciu ręką do wozu, to już on dalej jechał. Więc zawsze te czynność musiałem  wykonywać. Bał on się także samochodów. Obawa jego następowała już po rozminięciu  się z samochodem. Wówczas  z całej siły wyrywał naprzód i w  bok, często  czyniąc tym  szkodę. Jednego razu jadąc  do Wilna stał na drodze  zepsuty samochód, byłem pewny, że on tego  samochodu już nie będzie  się bał, przeto go nie trzymałem mocno lejcami. Tymczasem kiedy on mijał  stojący  samochód, całą siłą, nieoczekiwanie dla mnie, rzucił  się  w bok  drogi i  wpadł do rowu z wozem. Wóz  się przewrócił i mnie przygniótł. Po drugiej stronie rowu był plot z drutu  kolczastego,  więc ja oberwałem lekko głowę, ale to tylko  dzięki posiadanej  czapce. Rana była lekka, koń także nogę poszarpał. Kiedy wylazłem z wozu byłem tak  wściekły na konia, że gdybym posiadał wówczas rewolwer, to  z pewnością bym  go zastrzelił. Tyle  miałem kłopotu,  aby wóz  wydostać  z rowu i  go  doprowadzić do porządku, by można było  dalej jechać.             Powracając z Wilna zabrałem córkę żony siostry, mającą 10 lat. Niedojeżdżajać  do Nowopola po  drodze polnej na głębokim i szerokim  rowie most był  zepsuty. Więc go rozebrano i przejeżdżano przez ten rów. Koń zatrzymał się i popatrzył w tył, czy mu będą pomagał ? Wówczas  zlazłem z wozu, stanąłem na krawędzi przyczółku mostu i zaledwie dotknąłem ręką  wozu, jak koń targnął z  całej  siły to wóz wyskoczył  z rowu, ja zaś tracąc podparcie runąłem  w błotna  wodę, zanurzając  się po  szyję. Ledwie wydostałem się z tego błota o obrzydliwym  wyglądzie. Córka  siostry śmiała się z tego  widoku do rozpuku – ja byłem zły jak pies, nie  wiem  czy na konia czy na śmiejącą  się  dziewczynę. Szczęściem było, że do  domu było blisko. Po przyjeździe widząc mnie tak zabłoconego -  wszyscy poczęli śmiać  się do upadłego i żartować, że ja w ubraniu kąpałem się w błocie,  biorąc przykład ze świni. Ponownie złość mnie pochwyciła, że konia zastrzeliłbym gdybym miał  rewolwer. Podobnych  kawałów koń mi  czynił dość dużo. Pamięć to on miał nadzwyczajną. Kiedy jechałem z powrotem do Nowopola  z Wilna do  domu to koń zatrzymywał  się przed tymi  zabudowaniami lub  zakręcał na podwórze, gdzie miałem jadąc do Wilna odpoczynek, nieraz nocleg. Kiedy jechałem powtórnie  do Wilna koń to samo czynił. Nawet zatrzymywał się na  drodze w tym miejscu, w którym przedtem odpoczywaliśmy, po wjeździe  do Wilna. Koń nie kierując go lejcami, sam szedł tymi ulicami, którymi przedtem jechaliśmy i to przez kilka ulic, po  dojechaniu  do  domu, w którym mieszkaliśmy sam wjeżdżał na podwórze. Koniem tym można było  dojechać z Wilna do Nowopola tj. na odległość 160 km nie kierując go lejcami.


Podziel się
oceń
1
0

komentarze (7) | dodaj komentarz

Z Edkiem w Nowopolu oraz o handlu

sobota, 01 marca 2008 16:44

W Wilnie ponownie drobny handel pozwolono prowadzić, dało to nam możność wykupić świadectwo handlowe i otwarcie w hali targowej boksu z przedmiotami jak farby do farbowania ubrań, drobnych naczyń kuchennych, gwoździ szewskich, pończoch, skarpetek, chustek na głowę, guzików itp. Handel z każdym dniem  rozwijał się, szczególnie  szła farba, którą kupowaliśmy od kolejarzy przywożących  ją z  Warszawy i Niemiec. Wogóle cały towar nabywaliśmy od osób handlujących legalnie lub nielegalnie. W sierpniu 1941 roku nieoczekiwanie przyjechał Edek. Bardzo ucieszyliśmy się z jego przybycia, a szczególnie, że on wyszedł z wojny  żywym. Opowiadał nam wstrząsające momenty jego przeżyć w walce  z Niemcami w  obronie Warszawy w 1939 roku, kiedy toczył boje będąc w lotnictwie z przeważającymi siłami lotnictwa niemieckiego.  Z walk tych wyszedł żywym. Po latach opowiadał również o udziale w powstaniu warszawskim. W czasie powstania zmagając  się z Niemcami oddział jego przedarł się do puszczy kampinoskiej, skąd atakowali Niemców aż do upadku powstania.   We wrzesniu1941 roku postanowiłem z bratem i Edkiem wybrać się do Nowopola na  swoją osadę  wojskową, celem objęcia własności nad takową. Uczyniłem to na skutek wezwania przez  władze niemieckie, by  wszyscy  właściciele powrócili do swoich posiadłości opuszczonych przed bolszewikami i roztoczyli należytą opiekę nad tymi posiadłościami. W Wilnie żona przy pomocy Zbycha  prowadziła handel. Do Mołodeczna dojechaliśmy transportem wojskowym nielegalnie. Od Mołodeczna do Królewszczyzny na mocy  wydanej przepustki przez Komendanta Stacji Mołodeczno. W Królewszczyźnie zatrzymaliśmy się u  stryjenki Marii Rożnowskiej – która nadal mieszkała we własnym  domu. Będący pod jej opieką, brat cioteczny Janek Koszyk – który ze mną współdziałał w walce z bolszewikami umarł na zapalenie płuc w 1940 roku. Bardzo mi było żal Janka, chłopak 18 – letni musiał umrzeć z braku lekarza i dostatecznych środków  wyżywienia. Przyczynił się on niemało do  odniesienia  zwycięstwa nad bolszewikami podczas ofensywy naszych wojsk, kiedy to brzóskami dekorował transporty bolszewickie. Cześć jego pamięci!  Z Królewszczyzny przybyliśmy do Głębokiego  do stryja Józefa Rożnowskiego, który  miał  dwa  domy przy stacji oraz dwa  czworaki nabyte w  majątku Głębokie. W  czworakach bolszewicy uruchomili fabrykę  waty opatrunkowej, łącznie z urządzeniem fabryki. Oczywiście, że  stryj tą  watę i fabrykę  zabrał, jako znajdującą  się w  czworakach. Stał się raptownie  bardzo bogatym  człowiekiem – posiadaczem fabryki i  całego składu  załadowanego  watą. Stryj  zamiast milczeć i watę przewieść  do domów znajdujących się przy stacji, począł  chodzić  po mieście, chwaląc  się że on jest bardzo bogatym  człowiekiem, bowiem pozostała mu po bolszewikach fabryka wyrobu  waty oraz samej  waty ogromna  masa i co on będzie robił z tym bogactwem. Tak  długo  się chwalił aż Żydzi przyprowadzili Niemców do fabryki wskazując ją. Niemcy watę z fabryka wywieźli, pozostawiając puste czworaki stryjowi. Stryj był bogatym, zaledwie parę miesięcy, jako posiadacz fabryki i  waty – nie umiał z  tej fabryki  skorzystać. Po odpoczynku u  stryja -  udaliśmy się piechotą  do Nowopola, oddalonego od Głębokiego o 35 km. W Nowopolu  zastaliśmy tylko  stary  domek, który  służył  za  warzywnię oraz stary chlew tj.oborę. Dom o czterech pokojach został przez bolszewików rozebrany, łącznie z odryna i wywieziony w inne miejsce z przeznaczeniem na  szkołę do  wsi Lipowo.            Gospodarkę rolą  na działce uprawiał były fornal z majątku Lipowo nazwiskiem Żak, który po  wywiezieniu mojej byłej żony -  zajął smoprawnie działkę i począł na  niej  gospodarzyć. Z majątku przyprowadził jako  własne trzy krowy, dwa konie i sporo narzędzi rolniczych.  Z inwentarza żywego i martwego, po  wywiezieniu  mojej j  żony nic nie pozostało. Dwa konie, 4 krowy, 8 owiec i 3 wieprze oraz sporo ptactwa wszystko bolszewicy wywieźli i  zabrali, pozostawiając zrujnowanie i kamienie po  fundamentach  domu i odryny. Cały mój wysiłek pracy i skromny wkład  gotówkowy, położony swego czasu poszedł na  marne. Pola  częściowo były obsadzane jarzyną przez Żaka. Żyto było posadzone przez żonę. Wszystko to sprzątnął Żak, łącznie z sianem z łąki. Według  rozporządzenia Niemców, winien on był  wydać mnie jako właścicielowi jedną trzecią części zboża zebranego łącznie z ziemniakami oraz  siana 50 %.  Zboże, ziemniaki i siano jemu odebrałem. Władze niemieckie wydały  zarządzenie wójtowi  gminy duniłowieckiej by niezwłocznie zarządził zwrotu zabranego  mego  domu i  odryny  z dostarczeniem  na  miejsce w Nowopolu. Dom pod szkołę jeszcze  dostatecznie nie był  wykonany,  więc go rozebrano i okoliczni  włościanie, z wieźli do Nowopola, aczkolwiek za tą zwózkę nie  byłem zobowiązany płacić, jednak ja zapłaciłem. Odrynę także  zwieziono  na miejsce  do Nowopola. Wynająłem cieśli, którzy jak dom tak i odrynę jeszcze  w 1941 roku pobudowali pod dach. Z ostatecznym wykończeniem powstrzymałem się do zakończenia wojny. Wyremontowałem  tylko  stary  domek i przekazałem dla pana Żaka na mieszkanie, którego przyjąłem na  zapaśnika do uprawy gospodarstwa na  działce w lecie 1942 roku. Po przyjeździe do Nowopola po pierwszych  dwóch tygodniach Edek pomagał mnie w  dozorowaniu  zwózki  domu i odryny oraz  zakupie  wapna i  cementu na fundamenty. Po czym odjechał odwiedzić kuzynów po matce, skąd powrócił  do Wilna, a po jakimś  czasie wyjechał  do Warszawy,  by zająć  pracę w fabryce jako technik.            Po  dokonaniu młócki zboża przez pana Żaka – ja otrzymałem jako jedną trzecią  część do 20 pudów oraz  ziemniaków  do 80 pudów,  siana do 0.8puda, poza tym słomy po zbożu do 60 pudów. Wobec tego, że paszy było pod  dostatkiem jak  dla krowy tak i dla wieprza, przeto kupiłem krowę i  wieprza, powierzając panu Żakowi do karmienia  do  wiosny i wieprza  do utuczenia na ubój.    Kiedy  w domu  budującym  się roboty  zostały  zakończone pod  dach, okna i  drzwi zostały zabite  deskami oraz zboże  zostawiłem na przechowanie u pana Machnickiego, sąsiadującego z Nowopolem, ziemniaki ukryłem w kopcach na  zimę, odjechałem do  Wilna, pozostawiając pana Żaka jako  zapaśnika na  działce i  dozorującego z mego ramienia nad  całością mienia na  działce  wojskowej.            Muszę nadmienić, że nas osadników  wojskowych było  w Nowopolu czterech. Oprócz mnie byli: Wincenty Hofman, Gabryel Jankiewicz i Kazimierz Leszczyk. Wszyscy oni  po  wkroczeniu bolszewików w 1939 roku opuścili Nowopol – kryjąc się przed bolszewikami, a po przyjściu Niemców żaden z nich nie powrócił na swoją  działkę z  wyjątkiem mnie jednego. Po powrocie z Nowopola, w  dalszym ciągu prowadziliśmy handel w hali targowej drobnymi towarami. Głównym towarem naszego handlu była farba do  wełny. Zyski handel przynosił dość dobre. Starczyło na dostatnie  wyżywienie i można było jeszcze coś zaoszczędzić. Stosunki Polskie z Litwinami ponownie  zaczęły się pogarszać. Litwini mając swoją Policję oraz zajmując stanowiska w urzędach, także w handlu czynili Polakom różne trudności. Dla  handlujących Polaków sporządzali  często protokóły  za rzekome pobieranie wysokich cen. Mocją takich protokołów Niemcy wymierzali karę, lub po daniu łapówki Litwini te protokóły niszczyli. Łapownictwo Litwini uprawiali na szeroka skalę. Za łapówkę daną kierownikowi  sklepu – można było bez kolejki  dostać towar i to lepszy, szczególnie mięso, słoninę i masło. Policjanci litewscy czynili na drogach zasadzki na powracających mieszkańców  miasta, a  szczególnie  chodzących  po  zakupy po  masło, słoninę, jaja itp. Spotkanych  rewidowano i jeśli ktoś nie dał łapówki wówczas odbierali mu artykuły, przy czym niejednokrotnie w tym wypadku dochodziło do bójek, zwykle kończących  się na szkodę Polaka, bowiem nie tylko zostali pobici, lecz jeszcze odebrano im niesione przedmioty.  Akcje te Litwinów były podobne do akcji prowadzonej przez Niemców w  czasie  wojny w latach 1916 – 1918.                                           


Podziel się
oceń
1
1

komentarze (7) | dodaj komentarz

Zdjęcia w galeriach.


wtorek, 25 lipca 2017

Licznik odwiedzin:  70 569  

Kalendarz

« marzec »
pn wt śr cz pt sb nd
     0102
03040506070809
10111213141516
17181920212223
24252627282930
31      

O mnie

O moim bloogu

Życie i walka na kresach Rzeczpospolitej.

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:


http://blogroku.pl/_d/zestaw4/zestaw4_19.jpg Zagłosuj na mnie w konkursie Wiadomości24.pl!@import url("http://www.moikrewni

Więcej w serwisach WP

Bloog.pl

Bloog.pl