Bloog Wirtualna Polska
Są 1 229 852 bloogi | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Zdjęcia w galeriach.


Kończę pracę u Sztrala.

poniedziałek, 26 marca 2007 23:20

W początku roku 1911 w Wilnie został zorganizowany związek, pod nazwą Orłowsko Wileński Związek Giełdowy. Zadaniem tego  związku było przydzielanie swoim członkom różne odpowiedzialne  stanowiska w instytucjach państwowych i  w różnych przedsiębiorstwach przemysłowo – handlowych prywatnych. Za uczynione przez swoich członków malwersacje związek odpowiadał materialnie. Zapotrzebowanie na pracowników było duże, jak na kasjerów, buchalterów, magazynierów, inkasentów itp. Wstąpiłem wówczas do tego związku na członka, wnosząc jako udział na członka 1000 rubli, 500 rubli na kapitał obrotowy i 150 rubli na potrzeby organizacyjne, razem  wniosłem 1650 rubli. W związku z czym zostałem obranym  członkiem Rady Nadzorczej. Operacje związku  rozwijały  się pomyślnie. Przy związku uruchomiono  kilka oddziałów: oddział ogłoszeniowy w prasie, oddział pośrednictwa pracy, oddział dozoru mienia itp. Proponowano mnie abym objął jakikolwiek oddział jako kierownik z  wynagrodzeniem miesięcznym 60 rubli plus 10% od obrotu. Razem wynagrodzenie można było osiągnąć  do 80-90 rubli. Co prawda jeszcze w cukierni zarabiałem nieco  więcej, to jednak poważnie postanowiłem pracę w  cukierni porzucić i przejść do  związku. Zwlekałem tylko z powodu mego przywiązania  się do  cukierni  i do pryncypałów, przed którymi taiłem mój zamiar odejścia. Na Święta Zielone przyjechały z Rakowszczyzny dwie  siostry Waleria Dawidowska i Jadwiga Markiewicz. Obie zwróciły mi uwagę, że źle  wyglądam. Oczywiście   w ostatnich czasach  czułem się na  zdrowiu gorzej. Przyczyną tego  było, że brak mi było  dostatecznego  snu i świerzego powietrza, gdyż od godziny 9 rano do godz. 11 wieczór pracowałem w lokalu, gdzie dość było napalonego dymu od papierosów. Siostry poczęły mnie namawiać bym pojechał z nimi do Rakowszczyzny na jakiś  czas odpocząć. Propozycję ta przyjąłem i w  związku  z tym postanowiłem odejść od pracy  w cukierni. Wówczas z drżeniem na ustach i mocnym wzruszeniem oświadczyłem pryncypałowi Sztralowi żeby mnie zwolnił z zajmowanego stanowiska, dziękując uprzejmie za darzone zaufanie mnie  w czasie  paracy. Jednocześnie poprosiłem pryncypała o przyjęcie ode mnie rozrachunku pieniężnego. Pryncypał wysłuchał moich  słów, nie przyjmując obrachunku odszedł do  swojego mieszkania. Następnego  dnia  z  rana także uchylił  się ze mną rozmawiać na temat mojego odejścia i przyjęcia rozrachunku. Wieczorem także odszedł z cukierni  wcześniej, widocznie  z zamiarem uniknięcia rozmowy ze mną. Wobec tego poprosiłem pryncypałową o dokonanie rozrachunku pieniężnego ostatecznego. Pryncypałowa także usiłowała mnie nakłonić do pozostania nadal na zajmowanym stanowisku, ja  jednak nie  zgodziłem  się, wówczas dokonaliśmy ostatecznego rozrachunku pieniężnego.Żegnałem się z pryncypałami ze  łzami w oczach. Żal mnie było ich opuszczać i pracę pełnioną  w cukierni , gdzie tyle dobroci i  szacunku  doznałem od tak dobrych pryncypałów, a szczególnie od pana pryncypała Bolesława Sztrala. Po czem pożegnałem się ze  wszystkimi pracownikami  cukierni i odszedłem po czterech latach i sześciu miesiącach pracy  w tej cukierni. Szczęśliwy był okres pracy mojej  w cukierni. Był on materialnie zasobny, nigdy nie zaznałem braku pieniędzy  ani innych potrzeb. Pomagałem rodzicom i krewnym bliższym i dalszym. Byłem  w otoczeniu towarzystwa dobrego, patriotycznie polskim. Dzięki temu towarzystwu wybiłem się w poziomie na  człowieka więcej kulturalnego. Darzono mnie w obracającym się  społeczeństwie  dobrze i uprzejmie,  co sprawiało to  dla mnie  duże  zadowolenie.


Podziel się
oceń
0
1

komentarze (0) | dodaj komentarz

Po powrocie z urlopu.

sobota, 24 marca 2007 22:34

W powrotnej  drodze z Częstochowy zwiedziłem Warszawę. Będąc przez 3  dni w  Warszawie zwiedziłem muzeum, Galerię Sztuk Pięknych oraz inne historyczne gmachy jak Pałac Królewski, Łazienki, Wilanów itp.Po czem odwiedziłem rodziców w Dokszycach, a  pozostały czas urlopu przebywałem w Rakowszczyźnie,  gdzie w  moim  wieku było sporo braci  stryjecznych i sióstr, przeto bawiliśmy  się bardzo wesoło. Bawiliśmy się każdego wieczora do późnej nocy, przy  dźwiękach własnej orkiestry, skrzypiec, cymbałów i basetli (wiolonczeli). W tym czasie odwiedziłem kilka sąsiednich folwarków, gdzie była młodzież, między innymi Dębowo, Chocianowiczów, w którym kiedyś my mieszkaliśmy. Była tam panna Magdalena w moim wieku, miałem do niej sympatię, a rodzice jej jak mnie mówiono w Rakowszczyźnie, bardzo sobie życzyli mieć mnie za zięcia.Urlop miesięczny prędko upłynął i ja  zmuszony byłem powrócić  do cukierni  do pracy. Jakież było niezadowolenie Komisarza – Prystawa Cyrkułu, z ponownego mego zjawienia  się w cukierni i pełnienia swoich poprzednich obowiązków. Zażądał od pryncypała Sztrala wyjaśnienia jakim prawem ja ponownie pracuję w cukierni, kiedy na jego żądanie zostałem zwolnionym. Oczywiście pryncypał oświadczył, iż rzeczywiście mnie zwolniono na żądanie Komisarza, lecz wobec tego, że Komisarz nie czynił żadnego sprzeciwu przeciwko ponownemu przyjęciu, przeto pryncypał przyjął mnie ponownie, jako dobrego pracownika. Manewr ponownego mego przyjęcia Komisarz uznał za wykręt i niespełnienie jego żądania do całkowitego mego  zwolnienia. Komisarz  dla  wywarcia swojej presji ponownie czynił naloty na salę bilardową, usiłując wykryć grę na pieniądze, jednak za każdym razem bez rezultatu, bowiem markier już śledził by grający nie kładli pieniędzy na bilardzie, lub  do łuzy bilardowej. Akcja Komisarza bezowocna  dla niego zniewoliła  go do zaniechania nalotów na cukiernię, jednocześnie zaniechał przychodzić  do cukierni grywać na bilardzie. Przywrócony został pierwotnie istniejący stosunek z Komisarzem, to jest pryncypałowie poczęli komisarzowi posyłać w  różne  święta uroczyste podarunki. W ten sposób nastąpił pokój w  trwającej  wojnie o  moją  osobę.Nadal moja praca w cukierni odbywała się przez pewien czas pomyślnie. Darzono  mnie zaufaniem, tylko  dochody moje  zmniejszyły  się w  sali bilardowej, bowiem klientela w tejże sali  wytwarzać się  poczęła  z żydów podrzędnych, czyhających wyłącznie na ogranie chrześcijan, z powodu czego goście poważniejsi przestali uczęszczać do sali bilardowej. By położyć kres temu w porozumieniu z pryncypałem i markierem postanowiono nie udzielać gry osobom niepożądanym. Z powodu tego zarządzenia poczęły powstawać  zatargi między niektórymi osobami pochodzenia żydowskiego. Żyd nazwiskiem Pagier, pracownik księgarni Bunimowicza, któremu także odmówiono gry na bilardzie naprowadził policję na  salę bilardową celem ustalenia gry na pieniądze. Nalot  ten nie dał rezultatu i pryncypałowie nadal mnie darzyli swoim zaufaniem, jednak ja począłem myśleć o innej pracy.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

W Krakowie i Częstochowie

piątek, 23 marca 2007 22:46

  Wobec tego, że pryncypał nie przyrzekł Komisarzowi mnie zwolnić, przeto jeszcze tego  samego  dnia Komisarz na czele z Okołodycznymi  Nadzieratelami                             i  stójkowymi  wkroczył czarnym  wejściem do  sali bilardowej i tam zabrał   wszystkie  sumy pieniężne grającym, które były  w łuzach bilardowych. Sumy te chociaż nie były duże, to jednak służyły dowodem uprawiania  gry na  pieniądze jako rzekomo gry hazardowej, bez  zezwolenia na tę grę. Komisarz sporządził protokół z nielegalnej gry na  pieniądze, pieniądze zaś zabrał jako załączniki. To represyjne postępowanie ze strony Komisarza, oraz groźne jego zapowiedzi na przyszłość, zaniepokoiły pryncypała, który nie chciał mnie zwalniać, a zarazem nie życzył sobie być                       w  nieustannym zatargu z Komisarzem w którego komisariacie znajdowała się cukiernia.Wobec tego, że zatarg z  Komisarzem nabrał rozgłosu wśród znajomych polaków i gości cukierni oraz, że zawsze stosunki polaków do  władzy rosyjskiej były nie przychylne jako  do zaborców, przeto doradzono pryncypałowi o nieustępliwość         i  zwrócenie  się ze skargą na Komisarza do Gubernatora, tym bardziej, że tenże Komisarz  grywał  w cukierni z innymi osobami na pieniądze i  nigdy nie płacił za grę na bilardzie. Skargi tej pryncypał także nie  chciał składać. W ostateczności na propozycję pana Sierpińskiego i dyrektora lombardu miejskiego, postanowiono mnie udzielić  urlopu miesięcznego, a Komisarza  powiadomić, że ja zostałem  zwolniony.Komisarz został zadowolonym i począł uczęszczać do  cukierni i grywać na bilardzie, ja także zostałem zadowolonym z urlopu miesięcznego.Urlop ten przypadał na czas 500 - lecia obchodów bitwy pod Grunwaldem.            W Krakowie w dniu 15 lipca miała  odbyć  się wielka narodowa uroczystość, poświęcenie i odsunięcie pomnika przed sukiennicami, przedstawiającego kolumnę na której stał Król Jagiełło,  a u  stóp Króla kilku pokonanych krzyżaków.Postanowiłem przedostać  się do Krakowa na tą uroczystość za pomocą przejścia granicznego, z którego to przejścia ludność mieszkająca przy granicy korzystała. Po przyjeździe do Częstochowy dowidziałem się,  że na  skutek zarządzenia  władz rosyjskich,  zostało  wstrzymane wydawanie przepustek na okres Obchodu Grunwaldzkiego. Wobec niemożliwości przedostania  się do Krakowa w inny  sposób,  zrezygnowałem z wyjazdu  do Krakowa i pozostałem w Częstochowie,  gdzie także odbywały  się wspaniałe uroczystości. Uroczystości te trwały 3 dni. Pątników z procesjami przybyły ogromne rzesze ludności do Częstochowy. Po odbytym uroczystym nabożeństwie w Kaplicy z Cudownym Obrazem Matki Boskiej Częstochowskiej oraz sumy w klasztornym kościele, odbyła  się wspaniała procesja na wałach klasztornych. Biskup Pacyna, kroczył pod  baldachimem ze złocistą monstrancją i otoczony rozpływającymi  się kłębami dymu wonnych kadzideł. Grzmot  bębnów i  werbli łączyły  się potężnym echem ze  śpiewem, unosząc  się pod obłoki, kuranty zegara na  wieży  wydzwaniały pieśń Serdeczna  Matka. Grzmot bębnów            i  werbli,  wyłaniających  się ze  śpiewu, był podobny  do  echa strzałów armatnich. Potęgujące  wrażenie, przedstawiało jakby to procesja kroczyła za czasów oblężenia klasztoru przez Szwedów na czele z przeorem Kordeckim i rycerstwem polskim błagających o  zwycięstwo. Następnego  dnia poczęły procesje opuszczać Jasną Górę odprowadzane przez procesje Klasztorne, żegnane przez księży Paulinów Klasztornych. Należy nadmienić, że w Krakowie w  dniu 15 lipca, podczas uroczystości obchodu 500- lecia zwycięstwa pod Grunwaldem, Niemcy usiłowali przed Dworcem Cesarsko – Austryjackim  protestować przeciwko  wznoszeniu pomnika Króla Polskiego Władysława Jagiełły, jednak protest ten nie odniósł  skutku. Pobudowanie             i odsłonięcie tego pomnika oraz odbyty obchód  zwycięstwa nad Niemcami pod Grunwaldem, podniosło patriotycznego ducha w narodzie polskim w zborze niemieckim, gdzie Polacy byli prześladowani i uciskani oraz  wywłaszczani z  własnej  ziemi. Był  wówczas pobudowany  słynny wóz Drzymały, w którym  właściciel tego  wozu Drzymała  zamieszkał jako  w domu. Niemcy byli wściekli i nie mogli  zabronić Drzymale mieszkać w tym domu poruszającym  się. Wynajdowali różne przyczyny, aby ukarać  go grzywnami i  aresztem. Polacy  całego świata pośpieszyli ogromna pomocą pieniężną dla chłopa Drzymały. Poczęły napływać poważne  sumy od polaków z Ameryki tak, że na  skutek tego Drzymała nie tylko  stał  się  słynnym na  całym świecie, lecz także zamożnym gospodarzem.


Podziel się
oceń
1
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Przygoda z Komisarzem

czwartek, 22 marca 2007 22:56

W 1910 roku w  dniu Bożego Ciała przechodziła procesja ul. Świętojańską, przy której znajdowała się nasza cukiernia. Procesja była imponująca. Ja stałem w  drzwiach wejściowych do cukierni. Drzwi były przymknięte.              W pewnym Momocie podszedł do drzwi Komisarz Cyrkułu (prystaw)   z  właścicielem tartaku żydem i poprosił mnie abym ja go  wpuścił do  cukierni grać na bilardzie. Oświadczyłem mu, że cukiernia jest nie czynna     z powodu procesji i że niema żadnej obsługi. Odpowiedź Komisarzowi ni podobała się,  a kiedy ja  stanowczo nie  zgodziłem  się go  wpuścić  do cukierni, począł  wypowiadać się nieprzychylnie pod adresem procesji  i  uwłaczać religii katolickiej, co mnie również nie podobało  się. Powiedziałem mu, że nie można w  sposób uwłaczający o  religii i jej obrzędach przemawiać. Wypowiedź moja doprowadziła Komisarza do  wściekłości i furii oraz groźnych wypowiedzi pod moim adresem. W czasie tego zajścia  sporo osób przysłuchiwało  się, którzy byli przy  wejściu  do cukierni. Między innymi był pan Sierpiński – dyrektor lombardu miejskiego    i przyjaciel pana pryncypała Sztrala. Stanął on w mojej obronie, łącznie   z innymi osobami. Obrona ta zmusiła Komisarza i  właściciela tartaku wycofać  się z nieprzyjemnej dla nich sytuacji. Osoby otaczające mnie, łącznie z panem Sierpińskim, gratulowały mojej śmiałej postawie wobec Komisarza i obronie uczuć religijnych.Po przejściu procesji i otwarciu cukierni pan Sierpiński przedstawił moje zajście z Komisarzem Cyrkułu pryncypałowi jako naoczny świadek. Pryncypałowie oświadczyli, że  słusznie postąpiłem, szczególnie pani pryncypałowa, która była gorliwą katoliczką. Nazajutrz rano zjawił się w cukierni Komisarz Cyrkułu łącznie z  właścicielem tartaku żydem i począł przed pryncypałem w  sposób wulgarny mnie oskarżać, nadmieniając, że ja go jako osobę urzędową obraziłem i że nie   wpuściłem wejściem do cukierni z  właścicielem tartaku, co uznał za obrazę  swojej osoby jako Komisarza. Wobec tego że Komisarz kłamliwie mnie oskarżał, przeto ja poprosiłem właściciela tartaku, by opowiedział prawdziwie treść mych  słów wypowiedzianych Komisarzowi i z jakiego powodu ja to uczyniłem. Nadmienić należy, że właściciel tartaku był  w dobrych stosunkach z pryncypałem oraz, że ja niejednokrotnie kupowałem u niego dla cukierni drzewo opalowe i trociny, przeto nie  wypadało mu potwierdzić kłamliwe oskarżenia Komisarza. Wówczas przedstawił nasze zajście w  sposób odpowiadający prawdzie. Komisarz jednak nadal zajmując groźną postawę do mojej osoby oświadczył pryncypałowi, że on tej sprawy płazem nie puści jeżeli pryncypał mnie nie  zwolni natychmiast   z pracy w przeciwnym razie wyciągnie najgorsze konsekwencje względem cukierni.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Kłopoty z bratem Kazimierzem.

środa, 21 marca 2007 9:50

Po sprzedaniu sklepu i wyjeździe siostry Jadwigi do Petersburga wynająłem mieszkanie przy ulicy Dworcowej nr 9,  w którym zamieszkałem razem z bratem Kazimierzem i siostrą Marią. Z siostrą nie miałem  żadnych kłopotów. Uczęszczała do zakładu pani Zawadzkiej i uczyła  się kroju i   szycia. Termin nauki był ustalony na 3 lata. Za naukę tą musiałem zapłacić 300 rubli. Ponadto zapewnić jej całe utrzymanie, łącznie z ubraniem. Natomiast z bratem Kazimierzem miałem ogrom kłopotów i zmartwień. Brat pomimo  swojego młodocianego wieku nauczył  się  grać  z kolegami w bilard i  w karty na pieniądze. Pomimo mego  dozoru nad nim, często wymykał  się i nocami grał na bilardzie lub  w karty, no i oczywiście przegrywał. Przed rozpoczęciem tej gry, miał już na książeczce 500 rubli. Przez pewien czas pieniądze te przegrał i  w tajemnicy przede mną i  siostry począł wynosić   z domu swoje i moje ubrania, zastawiając je w lombardzie. Otrzymywane pieniądze przegrywał. Prowadząc taki nienormalny tryb życia, po nocach nieprzespanych, zaniedbywał  się  w  swoich obowiązkach w pracy  cukierni. Często pryncypał brał mnie za rękę i prowadził pokazując gdzie brat  spał podczas pracy, ku memu zmartwieniu. Wszelkie moje usiłowania,  aby brata oderwać od kolegów i  skierować na  drogę normalnego i porządnego życia, nie dały rezultatu. Nocami uciekał z  domu i nie przychodził  do pracy nim nie przegrał posiadanej gotówki. Pryncypałowie przez dłuższy czas tolerowali jego  lekceważenie w pracy, ze względu na mnie, jednak kiedy począł systematycznie lekceważyć  swoje obowiązki,  zwolnili  go z nauki tj. terminu. Po zwolnieniu go z cukierni, mieszkał nadal u mnie. W dalszym jednak  ciągu kontynuował swoją grę nałogową, przegrywając ostatnie   swoje ubranie oraz i moje zabierane potajemnie i zastawiane  w lombardzie. Kwity lombardowe zwykle kładł na  miejscu skąd zabierał ubranie, co dawało mnie możność zastawione ubranie wykupywać. Często brata zmuszony byłem wykupywać z hotelu, gdzie po przegraniu ubrania, po kilka  dni leżał w łóżku tylko w bieliźnie. Kiedy służba hotelowa mnie powiadamiała musiałem iść  z ubraniem, by go ubrać i zapłacić hotelowi za długi. Żal wielki miałem, tak i  siostra Maria, że brat Kazimierz stał  się takim nieszczęśliwym. Był on, poza  swoim ujemnym nałogiem, bardzo  dobrym  chłopcem, grzecznym  w obejściu, był przystojnym i podobał  się pannom. Sam płakał nad  swoim losem i niejednokrotnie składał przysięgę, że więcej grać  nie będzie, ale to na nic  się  zdało po takie przysiędze, po paru  dniach  nocami uciekał  z domu i ponownie grał. W  każdym takim wypadku zawsze  coś  z domu zabrał ze  sobą  do  spieniężenia na grę, wobec czego zacząłem ubrania i inne rzeczy zamykać w  walizkach. Nie pomogło to, bo jednego razu rozpruł walizkę i   z niej zabrał kilka nowych  spodni i  złoty zegarek i to  wszystko  zastawił w lombardzie, zaś kwit lombardowy zostawił  w rozprutej   walizce, a sam z pieniędzmi zwiał do Petersburga do siostry Jadwigi i szwagra Zawadzkiego. Tam także począł to samo czynić. Po przegraniu przywiezionych pieniędzy, począł wynosić z domu siostry i  szwagra różne przedmioty i zastawiać  w lombardzie. Oczywiście siostra i  szwagier mocno go  zwymyślali. Spowodowało to, że brat Kazimierz opuścił Zawadzkich potajemnie i począł włóczyć  się nocami po różnych lokalach publicznych i ulicach. W ostateczności został zatrzymany przez policję, a wobec tego, że nie posiadał paszportu został odesłany etapem do rodziców  do Dokszyc, jako małoletni.Po pewnym czasie ponownie zabrałem go do Wilna, bowiem najsolidniej przyrzekł, że nie będzie więcej grał. Jednakże po przyjeździe w pierwszą noc  zabrał mój zegarek i uciekł z mieszkania. Znalazłem go w  znanej mi kawiarni grającego na bilardzie i zegarek odebrałem. Usiłował uciekać, jednak przypędziłem go  do  domu i kazałem na kolanach za karę modlić  się, co czynił zalewając się łzami. Ja i  siostra również płakaliśmy nad jego niedolą i losem.Na moją prośbę pryncypałowie przyjęli  go na kelnera. Przez kilka miesięcy pracował nienagannie, ku zadowoleniu pryncypałów i memu. Brat Kazimierz był  chłopcem przystojnym, układnym i miłym, przeto podobał  się gościom i  wszystkim w cukierni. Zarabiał on  dziennie do 8 rubli i to było jego nieszczęściem,  gdyż mając pieniądze, które nie zawsze mnie udało  się u niego zabrać, po pewnym czasie ponownie począł grać na bilardzie i w karty. Złym losem jego było i to, że nabawił  się choroby  wenerycznej. Niosło  od niego lekarstwem którym  się leczył. Zapach tego lekarstwa czuć było w cukierni  i to  spowodowało, że pryncypałowie z żalem  zmuszeni byli go  zwolnić  z pracy. Po czem brat pracował w cukierni Bronisława na ulicy Wielkie, gdzie był kelnerem więcej jak rok. Tam go lubiano i nie lubiano. Był lubiany za swoją grzeczność i sprytne obejście się  z gośćmi. Był nie dobrze  widzianym przez pryncypałów z powodu nieregularnego przychodzenia  do pracy z racji ponownej gry nocami. Trzymano go jednak na prośbę  artystek Teatru Polskiego i Rosyjskiego, które w  cukierni Bronisława przeważnie przebywały i brata Kazimierza bardziej od innych kelnerów lubiły i tylko  chciały by on ich obsługiwał. Pryncypałowie niejednokrotnie go chcieli zwolnić, lecz  artystki go od  zwolnienia ratowały jako swego ulubieńca. Brat Kazimierz, by  wyłamać się spod mojej opieki, mieszkał osobno. Po  zwolnieniu  go  z cukierni pracował w różnych restauracjach jako kelner. W tym czasie  wygrywał i przegrywał większe sumy. W 1910 roku zginął z terenu miasta Wilna. Koledzy jego mówili, że wyjechał z  Wilna, lecz dokąd nie  wiedzieli. Wszelkie moje poszukiwania nie dały rezultatu. W domu u rodziców w Dokszycach także go nie było. 


Podziel się
oceń
0
1

komentarze (0) | dodaj komentarz

Jak wymigałem się z rosyjskiego wojska

poniedziałek, 19 marca 2007 23:15

W 1909 r. musiałem stawać się na pobór do wojska w Dokszycach. Umówiłem  się z grupą żydów, którzy za pięćset rubli zobowiązali  się mnie dostarczyć biały bilet zwalniający od  wojska. Wobec tego, że nie byłem pewny tego zwolnienia, przeto sprzedałem swój sklep spożywczy, bowiem same  siostry nie potrafiłyby go prowadzić. Ponadto starsza siostra Jadwiga miała już narzeczonego i w prędkim czasie miał odbyć  się ślub i wyjazd do Petersburga,  gdzie narzeczony pracował w fabryce   wojskowej jako starszy tokarz. Młodszą siostrę Marię oddałem do nauki kroju i   szycia.Żydkowie, którzy podjęli  się mnie   zwolnić z  wojska, mieli w zastępstwie mnie, postawić  inną osobę z połamaną nogą. Osobę tą nie mogli postawić w Dokszycach, bowiem tam  stawali moi koledzy z tego samego roku, więc mogło ujawnić  się moje usiłowanie wymigania się od wojska. Wobec nie  stawiennictwa mego na komisję poborową, poczęto mnie poszukiwać jako uchylającego  się od poboru. Wybawiciele moi od wojska, postanowili stanąć na komisję poborową w powiatowym mieście Borysów, gdzie mnie nikt nie znał. W tym wypadku  zaszła potrzeba dostarczenia zaświadczenia tożsamości mojej osoby stawającej na komisję. Osobnik, który miał  stanąć w  zastępstwie moim, miał oczy błękitne, a na plecach czerwone plamy. Ja zaś miałem oczy ciemno szare, na plecach nie miałem żadnych plam. Wobec czego pojechałem do gminy Wituniewice, jako do gminy przynależności by tam  wybrać potrzebne zaświadczenie, odpowiadające z kolorem oczu i znaków na plecach. Po przyjeździe poprosiłem wieczorem  do zajazdu żydowskiego, sekretarza gminy. Dla ukrycia moich oczu, nałożyłem okulary ciemne. Po przyjściu pisarza, oznajmiłem cel mego przyjazdu. Po czem wydobyłem butelkę koniaku i zakąskę. Po  wypiciu koniaku mocno zakurzyło  się nam w głowach. Staliśmy się przyjaciółmi dozgonnymi, tym bardziej, że z rozmowy wynikało, że w jednym czasie byliśmy w szkole Miejskie w Dokszycach, przeto uściskom nie było końca. Na zakończenie dałem pisarzowi pięć rubli  złotem, prosząc go by mnie   wystawił zaświadczenie, w którym mają być  oczy błękitne i czerwone plamy na plecach. Chętnie zgodził  się na moje  życzenie.Następnego  dnia po przyjściu do urzędu gminy z okularami na oczach, zwróciłem  się  do pisarza o wystawienie mnie zaświadczenia tożsamości. Zachowałem się, jakbym sekretarza nie znał, on także to  samo uczynił. Zaświadczenie niezwłocznie napisał i przedłożył wójtowi  do podpisu, który nie czytając podpisał. Był to okres, kiedy pisarz gminy był szefem gminy, wójtowie z wyboru, mało piśmienni byli tylko reprezentantami gminy.Po powrocie  do Wilna, zaświadczenie niezwłocznie dostarczyłem żydkom, którzy natychmiast wyjechali  do Borysowa na komisję poborową, która odbywała  się co miesiąc. Tym razem żydkom nie udało  się stanąć na komisję, bowiem nie było ich znajomego lekarza. W innym składzie komisji nie  chcieli ryzykować, przeto  stawiennictwo odłożyli na  następną komisję. Muszę nadmienić, że od pierwszej komisji poborowej w Dokszycach, upłynęło ponad dwa miesiące czasu, w którym to czasie ja nie stawiłem  się na komisję uzupełniającą w powiecie, przeto naczelnik powiatu Borysławskiego,  wydał zarządzenie mnie odnalezienia i  dostarczenia na komisję poborową. W   związku  z czem „Okołodyczny Nadzieratel”, ucząsku w którym mieszkałem, zgłaszał  się do cukierni by mnie zabrać i  dostarczyć do  wojskowego naczelnika  w Borysowie. Wobec moich  dobrych  stosunków z „Okołodycznym Nadzieratielom” oraz pryncypała Strala, na usilne moje prośby „Okołodyczny Nadzieratiel” w ostateczności  wyraził  zgodę, na mój osobisty  wyjazd, bez żadnej   asysty policji na komisję poborową. Dawało to możność zwolnienia  się z wojska, bo gdybym ja  został dostarczony przez policję do naczelnika wojskowego, wówczas moje  zabiegi i kombinacje z żydkami poszłyby  w niwecz, ja  zaś będąc  zdrowym zostałbym przyjęty do  wojska,  a za uchylanie  się od poboru, byłbym ukarany aresztem lub  więzieniem. Na szczęście  do tego nie doszło. Ja zaś  zamiast pojechać na komisję pojechałem do Petersburga na  wesele mojej  siostry Jadwigi, która  wyszła za mąż za Kazimierza Zawadzkiego, bratanka generała  polaka Bychowicza, u którego młodzi żyli kilka miesięcy, półki nie dostali  własnego mieszkania. Generała Bychowicza dziadek także był zesłany na Sybir za udział w powstaniu. Generał Bychowicz dostał tak  wysoką rangę w  wojsku rosyjskim, zawdzięczając swojej matce, która będąc prawosławną pochodziła  z  domu ojca także generała.Szwagier Kazimierz Zawadzki, był  w Marynarce Wojennej w Libawie bosmanem, po   zwolnieniu  się z Marynarki  i przy poparciu Gen. Bychowicza, objął stanowisko zgodnie z  wykształceniem starszego tokarza w  fabryce  wojskowej z  gażą miesięczną do 90 rubli. Po moim  wyjeździe żydkowie wyjechali do Borysowa i tam im udało  się stanąć  na komisję z osobnikiem nam już znanym. Komisja uznała owego  osobnika za niezdolnego  do wojska, opiewającego na moje nazwisko i  wydała biały bilet zwalniający  od  służby  wojskowej całkowicie.Po powrocie moim z Petersburga, a żydków z Borysowa, żydkowie ku  wielkiej mojej radości, dostarczyli mnie biały bilet zwalniający  od   wojskowej służby. Bilet ten niezwłocznie  okazałem „Okołodocznomu Nadzieratelu” w  dowód   stawiennictwa na komisję poborową i zwolnienie mnie  z wojska. O moim białym bilecie, tylko poinformowałem poufnie pana pryncypała Strala, który gratulował mojemu  sprytowi. Wszystkim innym osobom, mówiłem , że zostałem zaliczony  do pospolitego ruszenia jak  starszy  syn u rodziców. W 1913 roku w  Wilnie została wykryta grupa  żydków trudniących  się zwalnianiem poborowych z  wojska na  szeroka  skalę przy  współudziale wojskowych lekarzy. Po wybuchu  wojny  w 1914 roku władze rosyjskie zarządziły ponowną kontrolę wszystkich tych, którzy przedtem zostali  zwolnieni od wojska na podstawie białych biletów. Mnie to zarządzenie nie  groziło, bowiem  w tym czasie w Wilnie byli już Niemcy.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Jaskółki niepodległości.

sobota, 17 marca 2007 19:36

W latach 1908-1910 w Wilnie odbyły się ogólnopolskie Zloty Sokołów, oddziałów pieszych i konnych. Mieszkańcy Wilna Polacy przeżywali wówczas ogromny entuzjazm i wielką radość. Przemarsz Sokołów przez miasto na boisko był witany przez tysięczne rzesze mieszkańców Wilna. Rzucano kwiaty Sokołom pod  stopy. Na boisku oglądano wspaniałe ćwiczenia Sokołów pieszych i konnych. Szczególnie widowisko batalistyczne przedstawiającą bitwę ułanów polskich z kozakami carskimi pod Racławicami. Bitwę tą zakończono zwycięstwem ułanów. Widowisko to  wywołało nieopisaną radość tysięcznej rzeszy  widzów, a okrzykom nie było końca, niech żyją Sokoły, niech żyje wojsko polskie. Działo  się  to podczas Zielonych Świąt, kiedy było w Wilnie bardzo wielu pątników do Kalwarii oraz specjalnie przybyłych aby oglądać popisy Sokołów. Przybyła ludność, łącznie z  wileńską  wyniosła niezatarte wrażenia z popisów oddziałów Sokołów, którzy  swoją postawą wywoływali nie tylko wśród polaków, lecz i innej narodowości entuzjazm.Jak wiosną budzi  się piękne  życie  w naturze, tak wówczas poczęło budzić  się w sercach polaków życie radosne z nadzieją zmartwychwstania niepodległej Polski. Życie to nie ograniczyło  się tylko do uczuć i miłości  do Polski, lecz ono  stawało  się z każdym  dniem realne  w czynach. Wyszły wówczas w Wilnie dwa dzienniki pism: Kurier Wileński i Gazeta Codzienna. Otwarty został Teatr Polski. Powstały różne Towarzystwa, Kółko Śpiewacze Lutnia, Sokół, Macierz Szkolna, Spółdzielcze Kasy Pożyczkowe itp. Wspaniale były urządzane  wianki na Wilii w  wigilię Św. Jana. Udekorowane barki przepięknymi barwami lampionów i łodzie pływały po Wilii przy   dźwiękach orkiestr i chóralnego śpiewu. Na brzegach rzeki paliły  się ogromne ogniska. Przyczem odbywały  się zabawy, tańce,  wyścigi w workach, śpiewy chóralne i popisy gimnastyczne. Przygnieciona przedtem ludność polska przez carów satrapów poczęła budzić  się do życia  wolnego i bytu niepodległego jak było za  dziadów i pradziadów przed rozbiorami Polski. W każdej  chacie wiejskiej, zaścianku, folwarku i dworach poczęto uczyć  dzieci   języku polskim. Wszędzie  już brzmiała mowa polska. Na skutek  strajków szkolnych  wprowadzono wykłady religii w języku polskim, po kilka  godzin dziennie  w szkołach. Partie polityczne poczęły ujawniać swoją działalność. Polska Partia Socjalistyczna, w  skrócie PPS skupiała w  sobie przeważnie polaków, pracujących umysłowo i fizycznie. Hasłem PPS była nie tyko obrona pracujących przed  wyzyskiem, lecz także  dążenie do uzyskania niepodległości Polski. PPS wówczas cieszyła  się w masach narodu polskiego ogromną popularnością. Imię Józefa Piłsudskiego coraz częściej dawało  się słyszeć. Imię to nabierało wielkiego znaczenia  w narodzie polskim. Z tym imieniem naród polski dążył do dążył do odzyskania niepodległości Polski. Na nic się zdały usiłowania niektórych partii nakłonić  polaków do internacjonalizmu lub prawicowych ugrupowań narodowo polskich. Hasłem Piłsudskiego na czele z PPS była niepodległa samodzielna Polska. Za tym hasłem większość narodu polskiego kroczyło.

 W 1910 roku dokonano zamachu na pociąg jadący z Warszawy do Petersburga na  stacji Bezdany. Zamach ten był dziełem PPS, którego łupem było trzysta tysięcy rubli. Tysiące te były nagrabione na narodzie polskim przez rząd carski i   wywożone  do skarby rosyjskiego w Petersburgu. PPS pieniądze te użyła na cele ideowe swoje jako też czyny niepodległościowe. Wszelkie wysiłki żandarmerii, policji i  wojska do  wykrycia sprawców zamachu nie odniosły skutku. Po odzyskaniu niepodległości w 1919 roku doszło  do publicznej wiadomości, że zamach ten został  dokonany pod osobistym kierownictwem Piłsudskiego przy  współudziale jego towarzyszy, między innymi i Prystora.W okresie tym już istniała Hosudarstwiennaja Duma  w Petersburgu, do której byli wybierani posłowie na mocy ordynacji wyborczej. Ordynacja wyborcza dawała prawo  wyborcze tylko  dla tych którzy posiadali nieruchomości i płacili podatek o określonej   wysokości. Ordynacja ta pozbawiała masy narodu pracującego wystawiania swoich kandydatów i głosowania. Z tego powodu do tej Dumy byli  wybierani tylko obszarnicy, przemysłowcy i kupcy. W takiej Dumie posłowie bronili tylko  swoich interesów, z pominięciem interesów spraw socjalnych klas pracujących. W Dumie tej Koło Posłów Polskich wniosło memoriał z żądaniem nadania Polsce autonomii w granicach byłej Kongresówki. Żądanie to nie zadawalało większości narodu polskiego, będącego tylko za odzyskaniem pełnej niepodległości, w myśl haseł głoszonych przez PPS pod przewodnictwem Piłsudskiego.Hosudarstwiennaja Duma, na  wniosek czarno-socieńców, grupujących  się w   związku istienno – ruskich ludiej wymusiła uchwały do rozwiązania Dumy. Rząd korzystając z tych uchwał niejednokrotnie rozwiązywał Dumę i podobnie obierał,  według swego życzenia. Takie Dumy doczekały  się wojny  w 1914 roku nie  przynosząc narodowi żadnej korzyści. Po wybuchu rewolucji w 1917 roku Rząd przestał całkowicie istnieć.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Procesja z Częstochowy w 1908 roku w Wilnie

piątek, 16 marca 2007 22:22

Mieszkańcy Wilna Polacy, pomimo prześladowania polskości przez  siepaczy carskich, polskość tą ujawniali przy każdej nadarzającej się okazji, ku  wielkiej złości i pasji siepaczy. W 1908 roku przybyła z Częstochowy do Wilna i do Kalwarii procesja. Chorągwie tej procesji były niesione przez panny ubrane w polskie kontusze i konfederatki i przez panów  w ubraniu sokołów. Imponująca procesja i narodowy ubiór polski sprawiły  wybuch ogromnej radości mieszkańców Wilna. Na spotkanie i towarzyszenie tej procesji wyległa ludność miasta Wilna do 40 tysięcy. Ruch pieszy i kołowy na  ulicach miasta został całkowicie zatrzymany, przez które to ulice procesja przechodziła. Domy były udekorowane girlandami, kwiatami i  dywanami. Kwiaty masowo rzucano pod stopy kroczącej procesji. Ludność z radości śmiała  się i płakała. Przybyła procesja niosła z  sobą symbol już odradzającej  się Polski. Okrzykom i  wiwatom „ Niech żyje Częstochowa” i „Niech żyje Polska” nie było końca. Zgromadzona  dość licznie piesza i konna policja była bezradna, wobec takiego ogromu ludności. Książa wileńscy witając procesję wygłosili w Ostrej Bramie i w Katedrze wspaniałe patriotyczne przemówienia, szczególnie przez ks. Proboszcza Jasińskiego z parafii Św. Jakuba. Witano drogich rodaków z Częstochowy miejsca Matki Boskiej  słynącej  cudami, a przybyłych także do miejsca słynącej cudami Matki Boskiej Ostrobramskiej. Oba miejsca były ostoją polskości i zapowiedzią wskrzeszenia  z niewoli Ojczyzny naszej. Na  drugi  dzień procesja Częstochowska wyszła z Wilna do Kalwarii przy ogromnym entuzjastycznym witaniu po  drodze przez ludność Wilna oraz towarzyszeniu jej do Kalwarii. Na  spotkanie powracającej procesji z Kalwarii wyruszyło kilka procesji z kościołów wileńskich. Po połączeniu  się procesje powracały przy dźwiękach orkiestr częstochowskiej i  wileńskiej i ogromnej manifestacji mieszkańców Wilna. Po trzech dniach pobytu procesji w Wilnie, kiedy odjeżdżała z  dworca pociągiem,  wszystkie ulice którymi przechodziła procesja były zapełnione ludnością wznoszącą  niemilknące okrzyki „Niech żyje Częstochowa” „Niech żyje Polska”. Ludność stojąca na  skarpach przy ulicy Targowej, graniczącej  z dworcem wznosiła okrzyki „Precz z    caratem i Rosją” „ Niech żyje Polska”. Carscy  siepacze ze  złości i bezradności miotali się w  różne  strony, w ostateczności uspokoili się i  wycofali. Po wyruszeniu pociągu z procesją zostało aresztowanych kilku księży z Częstochowy pod zarzutem, że oni przyczynili  się i  spowodowali manifestację złowrogą przeciwko carowi i Rosji mieszkańców Wilna. Z braku dowodów winy tych księży, zostali oni  zwolnieni.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (3) | dodaj komentarz

Wśród Polaków w Wilnie

czwartek, 15 marca 2007 22:21

Mając wolny czas w cukierni oraz od dozoru nad  sklepem poświęcałem się nauce buchalterii. Po ukończeniu kursu buchalteryjnego, na życzenie pryncypałów założyłem księgi buchalteryjne   w cukierni i takowe prowadziłem. Otrzymywałem za tą pracę dodatkowo 40 rubli miesięcznie. Będąc dobrze usytuowanym miałem możność nabyć nowe dobre ubranie. Nawiązywałem stosunki towarzyskie z  młodzieżą, bowiem już uczęszczałem na  zabawy taneczne jak do Lutni Polskiej, Towarzystwa Sokół, Tow. Rzemieślniczego i Tow. Litewskiego Bieruta. Organizacje te były na  wysokim stopniu kulturalno – społecznym i dawały możność zdobywania ogłady i rozwijania  się społecznie.Tańczyłem dobrze mazura. Pozwoliło to mi być  mile widzianym  wśród młodzieży polskiej na balach Tow. Sokół tak i w Lutni. Latem z tą młodzieżą uczęszczałem na majówki do lasu: Zakręt, Belmont. Bawiono się tam wesoło przy  dźwiękach orkiestry strunowej i dźwiękach polskich piosenek. Majówki nasze często były rozpędzane przez policję z powodu śpiewania polskich piosenek. Czytając polskie książki Sienkiewicza, Orzeszkowej, Rodziewiczównej, Żeromskiego, Rejmonta, utwory Mickiewicza, Słowackiego i innych rozszerzałem  swój patriotyzm i miłość do Ojczyzny. Dumałem nad upadkiem Polski, działaniami rozbiorowymi. Opowiadania dziadka zawsze  stały w mojej pamięci. Carat po  stłumieniu rewolucji w 1905 - 1907 roku ponownie  rozpoczął czynić w stosunku do polaków represje i do religii katolickiej. W  Wilnie pierwszego Komisariatu komisarz na czele policjantów konnych napadał na pątników idących  do Kalwarii  z krzyżem i  chorągwiami, łamał niesione krzyże i  chorągwie, uczestników rozpędzał nahajami bezlitośnie, broniących  się osadzał w  areszcie. Za śpiewanie „Boże Coś Polskę..”, sądzono  do 3 miesięcy więzienia. Na  tą karę była przeważnie narażona ucząca się młodzież. By umożliwić masowa procesję do Kalwarii na Boże Ciało, trzeba było  wybierać zezwolenie gubernatora, które niechętnie  było   wydawane lub wydawane z późniejszymi datami. W 1909 roku ks. Jasiński proboszcz parafii  św. Jakuba urządził majówkę w lesie  dla  dzieci za którą gubernator ukarał go administracyjnie karą trzysta rubli za urządzenie tej majówki bez zezwolenia. Ks. Jasiński dobrowolnie kary tej nie zapłacił,  wówczas opisano jego meble i usiłowano sprzedać  na licytacji na pokrycie trzystu rubli kary. Licytacja rozpoczęła  się od kuchennego stolika oszacowanego na 2 ruble. Kobiety biorące udział  w tej licytacji podnosiły nieustannie  cenę po 20 i 50 rubli, aż do  osiągnięcia trzystu rubli. Po osiągnięciu tej sumy licytację przerwano przy akompaniamencie wesołego śmiechu zebranej tak licznie ludności. Izraelici, którzy przybyli by za bezcen nabyć opisane przedmioty szydzili z polaków, że płacą   za bezwartościowy stolik trzysta rubli. Nabywczynie  stolika trzy kobiety wniosły i postawiły na stoliku licytowanym worek miedzianych monet, zawierający trzysta rubli zapłaty za  stolik nabyty z licytacji. Prowadzący licytację komisarz cyrkułu początkowo nie chciał przyjąć tych pieniędzy. Worek złożonych miedziaków uważał za obrazę władzy, lecz na uwagę zebranej publiczności, że nie przyjęcie hosudarstwiennych monet z podobizną  carów będzie  jeszcze większa zniewagą carów i rządów carskich – komisarz worek z pieniędzmi przyjął. Liczono miedziaki  do późnej nocy, zgromadzoną ludność policja rozpędzała, lecz ona ponownie się gromadziła. Ks. Jasińskiego później pociągnięto do  odpowiedzialności sądowej za obrazę władzy  administracyjnej podczas licytacji. Sąd go jednak uniewinnił, bowiem na  sądzie udowodniono, że ks. Jasiński nie brał udziału w licytacji i nie miał  wpływu na tą licytację. Należy nadmienić, że przed licytacją na kilka  dni, w różnych przedsiębiorstwach handlowych  wymieniano  większe banknoty na miedziaki by zebrać potrzebnych 300 rubli. W prędkim czasie, po licytacji stolika,  w wychodzącym w  Wilnie humorystycznym tygodniku pod tyt. ”Bąba”, redagowanym przez redaktora Kasprzyckiego, zamieszczono na pierwszej stronicy obszerny rysunek przedstawiający komisarza obejmującego  worek z napisem 300 rubli, u  dołu z  drugim nadpisem opiewającym, ks. Jasiński imieł majówku w lesie, a ja budu imiet restoranie. Rysunek ten wywołał wśród mieszkańców polaków ogromny humor i śmiech do rozpuku.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Nadal u Sztrala i już na swoim.

środa, 14 marca 2007 22:54

Zdarzyło niejednego razu w banku państwowym kiedy wymieniałem 500 rubli kasjer wydał mnie o 100 rubli więcej. Kasjer otrzymał ode mnie 500 rubli, odliczył mi 5 sto rublówek nowiutkich i kiedy wychodząc z banku począłem składać pojedynczo to  z jednej zrobiły się  dwie sturublówki. Początkowo zamierzałem nie  zwracać 100 rubli, rozumując, że bank mając tak ogromne  sumy nie będzie  zbyt stratnym, jednak  sumienie moje poczęło przemawiać do oddania tych 100 rubli, tym bardziej, że kasjerowi mogą zaliczyć do pokrycia. Wychodziłem kilkakrotnie z banku z  zamiarem nie oddania i powracałem by oddać. Tak tedy  walczyłem z  sobą o te 100 rubli, w ostateczności biegiem przybiegłem do kasjera i oddałem mu te 100 rubli. Kasjer z wielkiej radości otrzymania z powrotem tej sumy początkowo zachwycał  się z mojej uczciwości, po czem poprosił mnie  do dyrektora, zamykając chwilowo kasę. Dyrektor Banku także pochwalił mnie za mój piękny uczynek, usiłując dać  mnie 10 rubli gościńca, których ja nie przyjąłem. Wówczas dyrektor zapytał co ja porabiam, odpowiedziałem, że pracuję w  cukierni Sztrala. Po niejakim czasie dyrektor Banku będąc  w cukierni, opowiedział panu pryncypałowi jak ja  zwróciłem 100 rubli kasjerowi danych mi omyłkowo, przy tym gratulował pryncypałowi, że ma tak uczciwych pracowników. Wypadek ten  spowodował jeszcze  większe zaufanie do mnie pryncypałów. Poczęto mnie kasę powierzać i  większe operacje  zakupów oraz te czynności, które przedtem były załatwiane wyłącznie tylko przez pryncypałów. Obroty cukierni były  duże. Zysk od tych obrotów wynosił minimum do dwóch tysięcy miesięcznie, po pokryciu wszystkich wydatków związanych  operacją cukierni. Pracowało w cukierni 40 pracowników,  wszyscy byli stołowani kosztem pryncypała. Pobory pracownicy otrzymywali dość  wysokie. Cukiernikom płacono do 100 rubli miesięcznie, terminatorom do 30 rubli. Ekspedientkom po 60 rubli. Podrzędnym pracownikom płacono także dobrze. Pomimo tak dużych wydatków, zyski pozostawały duże. Pryncypałowie bogacili  się, co dawało im możliwość niesienia pomocy i  wsparcia potrzebującym oraz zakładom charytatywnym i biednej młodzieży uczącej  się. Cukiernia była otwierana o godzinie siódmej, zamykana o godzinie jedenastej wieczór. Ja  miałem co 3  dzień wyjściowy o godzinie ósmej. Ekspedientki także co 3 dzień. W czasie mego wyjścia moje czynności były pełnione przez ekspedientki. Na moje życzenie byłem także zwalniany na całe  dnie, szczególnie jak do mnie przyjeżdżali goście z  domy lub z Rakowszczyzny. W lecie miałem urlopu po 2 tygodnie. Ekspedientki,  starsza panna Ewa i młodsza pani Natalia, były darzone pełnym zaufaniem pryncypałów. Kiedy latem pryncypałowie wyjeżdżali na letnisko, ekspedycja i kasa były prowadzone przez ekspedientki, ja  zaś prowadziłem ogólny nadzór administracyjny nad operacją cukierni. W czasie moich urlopów zastępowała mnie pani Natalia.Mój dochód pozwalał mnie nie tylko na posiadanie dobrego ubrania, lecz także na zaoszczędzenie miesięcznie  do 200 rubli , a  także wysyłanie  do  domu  rodzicom od 20 do 40 rubli miesięcznie. Pomoc moja  była potrzebna, gdyż ojciec często niedomagał i nie był  w  stanie utrzymać rodziny.Mój pobyt w  cukierni, pierwotnie  nie podobał  się ojcu. Był nie zadowolony, że ja nie poszedłem do  szkoły technicznej, kiedy ona już była  czynna, jednak kiedy  stawała się moja pomoc nieodzowna w  domu zgodził  się  z moim pobytem w  cukierni. Chciał koniecznie by ja zdobyłem wiedzę techniczno - budowlaną. Ja zaś mając tak  wysokie dochody miesięcznie uważałem za  zbędne tracenie czasu na  naukę i porzucać tak dobre dochodowe miejsce. Przy tym darzenie mnie przez pryncypałów tak wielkim zaufaniem oraz tak przyjemne  stosunki z moją  pracą w  cukierni, dawały mnie duże zadowolenie i  chęć pozostawania nadal, tym bardziej, że moje oszczędności  z każdym  dniem rosły. Chęci ojca były  dobre, bym ja ukończył Szkołę Techniczną. Z posiadaną taką  wiedzą człowiekowi łatwiej byłoby prosperować w życiu,  ale jak już wyżej zapodałem posiadane  wpływy gotówkowe w cukierni, dawały nadzieję, po osiągnięciu   większej  sumy uruchomienia   własnego handlu, który bardzo lubiłem.Marzenie posiadania własnego handlu, prędko spełniły  się, bowiem otworzyłem  własny sklep spożywczy na ulicy Połockiej. Do prowadzenia takowego sprowadziłem siostrę Jadwigę starszą ode mnie i młodsza   siostrę Marię. Ogólny nadzór nad tym sklepem ja prowadziłem w godzinach wolnych od pracy  w cukierni. Pryncypałowie nie tylko nie byli przeciwni, że ja  sklep otworzyłem, odwrotnie pochwalili moją przedsiębiorczość. Brata swego Kazimierza także zabrałem z  domu, którego przyjęli pryncypałowie do terminu cukierniczego na lat 5. Pierwszy rok miał być na górze  w cukierni do posług i podawania gościom do stołu jak kelnerzy nie   zdążali, ponadto odnoszenia obstalunków  do  domu kupującym torty, lody itp. Z napiwków otrzymywanych od gości i kupujących osiągał  dziennie od 3 do 5 rubli  dochodu.Po zabraniu   z domu  rodzeństwa, tam już było lżej żyć  rodzicom. Po otwarciu  sklepu i  sprowadzeniu  rodzeństwa wynająłem mieszkanie  większe na ul. Dworcowej i takowe umeblowałem.


Podziel się
oceń
2
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

W cukierni u Sztrala

wtorek, 13 marca 2007 21:46

Kiedy pan inż. Honorowicz dowiedział się o tym, że biorę udział  w przenoszeniu bomb, stanowczo mnie zabronił to czynić. Następnie abym ja w domu nie nudził  się bezczynnie, począł mnie zabierać ze  sobą do  cukierni Sztrala na ulicy Świtojarskiej, gdzie grywał w bilard. Grał na dość wysokie  stawki, partie od 5 do 20 rubli. Ja ogromnie  zdziwiłem się, że ludzie nie żałują przegrywać tak dużych sum. Inż. Honorowicz w ogólnym podsumowaniu w tej grze był przegrany, pomimo, że w bilard grał bardzo dobrze. Nie przeszkadzało mu kiedy był  wygrany dawać  mnie po kilka rubli gościńca.Wobec tego, że szkoła nadal była zamknięta, koleje także były nieczynne bym mógł odjechać  do  domu inż. Honorowicz zaproponował właścicielowi cukierni panu Sztralowi by mnie przyjął do jakiejkolwiek pracy czasowo, nim szkoła zostanie otwarta. Miałem już wówczas 18 lat. Sztral chętnie mnie  przyjął, będąc zachęcony dobrą opinią o mnie udzieloną przez pana inż. Honorowicza i o moim  sprycie organizacyjnym. Czynność moja pierwotnie polegała na prowadzeniu dozoru nad kelnerami, by za podawane gościom do  spożycia produkty  cukiernicze i napoje za  wszystkie markowali do kasy oraz prowadzenie kontroli godzin gry na bilardach, przy tym pobierania od markiera opłaty za te gry. Tu muszę nadmienić, że niektórzy goście grający na bilardach, po przegraniu nie mieli czym płacić za czas gry na bilardzie. W takich  wypadkach w niektóre  dni markier nie wpłacał do kasy od 10 do 20 rubli, rzekomo nie otrzymanych od gości jako zapłaty.Wynagrodzenie moje ustalono na 5 % od sumy osiągalnej  dziennie otrzymywanej zapłaty za grze na bilardach, ja  zaś byłem obowiązany zapłacić za  wszystkie godziny dziennej gry. Za dozór nad kelnerami także wynagrodzenie zostało ustalone na 3% od  sumy im  sprzedanych marek za podawane gościom cukiernicze artykuły i napoje. W obydwu wypadkach dozoru miałem dochodu dziennie od 5 do 8 rubli. Suma ta była  dla mnie zachwycająca i byłem bardzo rad z tak  wysokiego mojego dochodu, chociaż w niektóre  dni zmuszony byłem przyjąć na  siebie sumy nie opłacone za grę na bilardach, lecz wobec roztaczanej mojej ścisłej kontroli nad markierem, dni te  stawały  się coraz rzadsze. W ostateczności uzyskałem zgodę p. pryncypała tj. gospodarza Sztrala na pobieranie   z góry zaliczek jako zapłaty za grę na bilardach od gości wątpliwych zapłaty. System ten okazał się  skutecznym. Powyższy mój dozór ustalony nad bilardami, zapobiegł strat dla  właściciela p. Sztrala, miesięcznie co najmniej do 200 rubli. Dozór nad kelnerami także był pożyteczny, bowiem przedtem kelnerzy okradali jak gospodarza tak i gości. Kradzież ich polegała na płaceniu mniejszych sum za podawane artykuły gościom od przypadającej  większej  sumy. Gościom rachowali za całą ilość podawanych  artykułów, wówczas kiedy tych artykułów spożyto mniejsza ilość. W takich wypadkach osiągali zysku nieuczciwego od gości z jednego stolika od 1 do 2 rubli, niezależnie od otrzymanego napiwku. Kelnerzy   w cukierni zarabiali   w ten sposób miesięcznie  do 200 rubli. Najwięcej od wszystkich pracowników. Markier na bilardach zarabiał  do 150 rubli.Właściciela i właścicielkę nazywano pryncypałami. Przeto ja także zwracałem  się do pana Sztrala słowami ( panie pryncypale) a do  właścicielki (pani pryncypałowa). Pan Sztral  często powierzał mnie inne  czynności, jak czynienie zakupów różnych artykułów do  wyrobów cukierniczych, płacenie i podnoszenie pieniędzy w bankach. Ponadto załatwianie czynności administracyjnych i gospodarczych. Chętnie te czynności podejmowałem tym bardziej, że przypadające mnie sumy od obrotów  za  sprzedane marki kelnerom i  z bilardów otrzymywałem w całości. Z pracy mojej pryncypał był zadowolony, przeto niejednokrotnie  mnie powierzali wyjazdy do Warszawy po zakup różnych przedmiotów i załatwiania spraw  związanych  z cukiernią.


Podziel się
oceń
1
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Pierwsza praca i przyjazd do Wilna

poniedziałek, 12 marca 2007 22:54

Ojciec od roku 1904 do 1906 roku pracował na nowo budującej się kolei żelaznej, wiodącej z Siedlec do Bołgoje w głąb Rosji. Przebiegała ona przez Połock i Mołodeczno. Odcinek ten kolei budował inż. Wieleszyc z Wilna (Litwin). Odcinek od Parafinowa do Budsławia budował inż. Honorowicz (Polak) z Wilna, z ramienia inż. Wilejszczyca. U niego właśnie pracował ojciec jako starszy cieśla mający nadzór nad innymi pracownikami ciesielskimi i stolarskimi. Początkowo ja także pracowałem przy ojcu, prowadząc wykazy dzienne pracowników oraz sporządzałem listy płacy. W 1906 roku inżynier Honorowicz przyjął mnie do swojej pomocy, ku wielkiemu mojemu zadowoleniu. Praca moja była urozmaicona. Często jeździłem do Połocka lub innych miast, dla załatwienia różnych spraw w zastępstwie pana inż. Honorowicza. Poza tym ja wynajmowałem okolicznych mieszkańców do wożenia budulcu drewnianego z lasów zakupionego oraz innych materiałów budowlanych. W dni sobotnie pomagałem wykonywać wypłaty robotnikom. Wówczas mój ojciec zarabiał miesięcznie 60 rubli, ja też pobierałem wynagrodzenie miesięcznie 60 rubli. Ponadto miałem dochody przy zwózce budulcu po 10 kopiejek od metra sześciennego, które to wynagrodzenie mnie wyznaczył pan inż.Honorowicz jako gratis za wynajmowanie wozaków o 20 kopiejek taniej od ceny płaconej poprzednio, oszczędzając poważne sumy na tym. Wywiązywałem się z moich obowiązków ku wielkiemu zadowoleniu inż. Honorowicza. Z uzbieranych sum zakupiłem sobie porządne ubranie oraz zaoszczędziłem kilka set rubli, ponadto każdego miesiąca dawałem matce po 20 rubli na potrzeby naszej rodziny. Roboty budowlane przy budowie kolei zostały zakończone pod koniec 1906 roku. Wówczas na skutek prośby mego ojca inż. Honorowicz zabrał mnie ze sobą do Wilna, celem umieszczenia w szkole technicznej, do zdobycia wiedzy technika budowlanego. Po przyjeździe do Wilna i zamieszkaniu u pana inż. Honorowicza, po kilku dniach wybuchł generalny strajk, jaki miał miejsce w całej Rosji. Było to początkiem rewolucji. Koleje i wszystkie urzędy państwowe, fabryki i różne przedsiębiorstwa handlowe, szkoły były nieczynne, jako objęte strajkiem. Policja także kilka tygodni była nieczynna. Zamiast policji nad bezpieczeństwem miasta czuwała milicja zorganizowana przez organizacje polityczne, jak Polską Partię Socjalistyczną i Bunt partię żydowską. Milicja miała czerwone opaski na rękawach i pałki. W mieście Wilnie życie było całkowicie zamarłe. Pociągi nie przychodziły i nie odchodziły. Poczta i telegraf będąc nieczynne, uniemożliwiały komunikowanie się ludności między sobą. Natomiast odbywały się masowe wiece i pochody demonstracyjne z żądaniem obalenia ustroju samodzierżawco-carskiej Rosji. Wówczas rząd carski chcąc zaspokoić wrzenie rewolucyjne, wydał manifest do narodu. W manifeście tym zapowiedział zwołanie Hosudarstwiennoj Dumy (Sejmu) Ogłoszenia amnestii, zmniejszenia lat służby w wojsku. Ja nie mając co robić, oraz możliwości powrotu do domu bowiem Techniczna Szkoła także była nieczynna, do której uczęszczać nie mogłem, zwiedzałem i poznawałem miasto Wilno, które mnie bardo podobało się i pociągało. Zwiedziłem wszystkie kościoły, tak piękne i wspaniałe. Szczególnie mnie podobały się: Katedra, Św. Jana, Ostra Brama, Św. Ducha. Zwiedziłem Górę zamkową, górę Trzechkrzyską, lasy okoliczne, Zakręt, Belmąt, cmentarze Bernardyński i Rosę, Targi miejskie itp. W Wilnie wówczas mieszkało Polaków 70 tysięcy. Żydów 60 tysięcy. Rosjan 19 tysięcy. Litwinów do 2 tysięcy. Pozostałych narodowości do 3 tysięcy. Razem było mieszkańców do 154 tys. Wobec przedłużania się strajku i wrzenia rewolucyjnego, w mieście odbywały się wiece i manifestacje. W tych akcjach brałem często udział. Wszystko to mnie podniecało i pociągało. Przemówienia i okrzyki złowrogie pod adresem rządów cara Rosji. Ponadto rzucano bomby na urzędy i gmach gubernatora, urząd policmajstra i posterunki policji itp. Bomby te ja z innymi przynosiłem z łaźni Moskiewskiej znajdującej się przy ulicy Zawalnej, gdzie były robione, na miejsce gdzie były rzucane przez rewolucjonistów, przeważnie przez żydów. Akcja ta bojowa przeciwko caratu Rosji wywoływała we mnie wspomnienie prowadzonych walk w 1863 roku. Byłem zadowolony, że nadszedł czas pomsty na carat Rosji, za ucisk Polaków, a szczególnie za tych, którzy zginęli na Syberii, nie oglądając przyszłej wolnej Polski. W duszy mojej trwało wrzenie czynienia jak największej zemsty nad caratem i dążenie do obalenia tego caratu jako potwornego i znienawidzonego przez naród Polski i dążenie do wskrzeszenia niepodległego państwa Polskiego.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (1) | dodaj komentarz

Ksiądz proboszcz Radziwił z Dokszyc

niedziela, 11 marca 2007 19:49

W latach 1904 – 1906 trwała wojna rosyjsko-japońska. W tym czasie jeszcze chodziłem do Gorodzkoho Uczyliszcza (Miejskiej Szkoły) w Dokszycach. Szkoła ta równała się 6 klasom gimnazjum. Rosja wojnę przegrywała, z czego my uczniowie Polacy cieszyliśmy się. Każda klęska  wojsk rosyjskich wywoływała wśród nas polaków ogromną radość. Za te nasze  sympatie do japończyków dostawaliśmy gorsze  stopnie ze  sprawowania. Ponadto nas nazywano buntowszczykami - miateżnikami. Dla wyjaśnienia nadmieniam, że od czasu powstania w 1863 roku Rosjanie nazywali polaków mateżnikami i buntowszczykami. Ujawniając swoją pogardę  do narodu Polskiego.Podczas przerw  w nauce w szkole,   w porze zimowej my uczniowie bawiliśmy się w  wojnę bijąc się śnieżkami. My Polacy nazywaliśmy  się japończykami, Rosjanie i Żydzi nazwali się Rosjanami. Czyli Polacy stanowili armię japońską – Rosjanie i Żydzi armię rosyjską, która była liczniejsza od polskiej. Po zaciekłych bojach, jednak my Polacy zwyciężaliśmy. Niejednokrotnie by dać ducha armii rosyjskiej, profesor Biedzjewski, który prowadził gimnastykę, osobiście rzucał się na czele armii rosyjskiej, usiłując prowadzić  atak na nas polaków. W rezultacie zwykle zmuszony był uciekać  z pola  walki po dostaniu  dobrego lania od nas polaków.Po roku 1905 i po ogłoszeniu tolerancji religijnej, jeszcze była   wykładana religia dla nas uczni katolickich  języku rosyjskim. Religię tą  wykładał proboszcz kościoła w Dokszycach ks. Radziwił. Wszystkie nasze prośby do niego wnoszone były by  wykładał religię  w języku polskim, nie odnosiły  skutku. Wówczas pod moim przewodnictwem postała  zmowa urządzenia obstrukcji (przeszkody) podczas  wykładu religii, przez bicie wszystkich uczni rękoma pod ławkami by zagłuszyć wykład religii prowadzony przez księdza. Następnego  dnia kiedy ksiądz proboszcz rozpoczął wykład religii przeżegnał  się w języku rosyjskim, my  wszyscy jednogłośnie poczęliśmy walić rękoma w ławki. Powstał ogromny stuk i łomotanie. Ksiądz strasznie przestraszył się, do klasy  wbiegł  woźny szkolny, zwabiony  stukiem. Po ochłonięciu ksiądz proboszcz począł na uspokajać i prosić o zaniechanie  stukania w ławki, usiłując ponownie żegnać   się po rosyjsku,  wówczas my ponownie waliliśmy rękoma w ławki. W ostateczności ksiądz sprowadził dyrektora szkoły. Dyrektor po  wejściu  do klasy począł krzyczeć, czto wy  eto mieteżniki dełatie bunt swiaszczenniku predawat zakona Bożjeho nie dajotie. Smatrycie mierzawcy cztoby etwo bolsze nie było. Po czem zwrócił  się  do księdza by wykładał religię. Kiedy ksiądz ponownie przeżegnał  się po rosyjsku, ja uderzyłem rękoma  pod ławką, za mną jeszcze dwóch uczni uderzyło, reszta uczni zachowało się spokojnie. Wówczas dyrektor rzucił  się ko mnie z krzykiem – eto ty Rożnowski zaczynszczyk buntu, paszoł won i kazał mnie opuścić  szkołę. Po czem ksiądz proboszcz parafii Dokszyckiej swobodnie  wykładał nadal religię w języku rosyjskim. Następnego  dnia Rada Pedagogiczna szkoły jednogłośnie postanowiła mnie usunąć ze  szkoły. Nadmieniam, że już byłem w ostatniej klasie nauki w tej  szkole. Stałem  się bohaterem wśród polskich uczniów i ludności katolickiej, jednak to nie przeszkodziło memu ojcu wymierzyć mi karę cielesną siedemnastoletniemu kawalerowi za swój patriotyzm polski, a ks. Proboszczowi Radziwiłłowi w następną niedzielę, po wydaleniu mnie ze  szkoły, podczas nauki  w kościele nawoływać parafian, którzy mają   synów  w szkole, by  spokojnie i w pokorze słuchali jego  wykładów religii w języku rosyjskim i byli ulegli  władzom  szkoły.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

1905 -1906 r.

czwartek, 08 marca 2007 23:10

Stankról, Krzyż Kamienny i wieś Osinowi, były głównymi obiektami mego zainteresowania się podczas ostatniego pobytu z ojcem w Stankrólu.  Jadąc  z Dokszyc  do  Wituniewic,  a także  do Stankróla  w Nibyszynie płynie rzeka Ponia. Po prawej  stronie tej rzeki leżące miejscowości były pod nazwą Zaponie. Mieszka tam przeważnie szlachta polska, a także więksi obywatele ziemscy jak: Czechowicze, Szołtykowicze i inni. Wsie były katolickie, zamieszkałe drobną szlachtą zaściankowa. Mieszkańcy Zaponia prawie wszyscy uważali  się za polaków, których  władze carskie pomimo dużego  wysiłku nie zdołały zrusyfikować,  w okresie czasu od powstania w 1863 r.  do 1895r, w którym to czasie jak poprzednio opisywałem  trwał przymus należenia  do  wiary prawosławnej, a także przymusowo ochrzczonych. Kiedy 1906 - 1907 r. rząd carski ogłosił tolerancję religijną  wszystka ludność nawrócona poprzednio na prawosławie, przeszła do  swojej poprzedniej  wiary katolickiej. Popi pozostali bez prychożeń. Cerkwie pozostały pustemi. Zamknięte poprzedni kościoły zostały otwarte, jak: w Zamoszu, Berezynie, Szklancach, Kiemieszowicach i Porpliszczu. Ucisk i prześladowanie ludności katolickiej ustały. Po pewnym czasie,  kiedy i prawosławni poczęli przechodzić na  wiarę katolicką, to   wydane   zostało zarządzenie w 1907 roku, mocą którego można było przejść na  wiarę katolicką tylko za zgodą gubernatora. Cała usilna akcja carska od 1863 do 1905 r. kładziona  do zrusyfikowania ludności zamieszkałej w kraju Siewiero-Zapadnom, obejmującym gubernie: Wileńska, Grodzieńską, Suwalską, Białostocką, Mińską, Witebska, Mohylowska i Kowieńską nie osiągnęły  skutku. Rewolucja jaka wybuchła  1905 r. położyła tamę uciskowi nie tylko ludności polskiej, lecz także i innych narodów mieszkających pod berłem carów rosyjskich. Ojciec   z bratem  swoim Michałem do 1906 r. byli ujęci   w księgach rejestracyjnych w gminie Wituniewickiej pod nazwiskiem Stodolnik, natomiast nas   wszystkich dzieci ochrzczono wiarą katolicką nazwiskiem Rożnowski. Zachodziła potrzeba obrania jednego nazwiska z tych dwóch, oczywiście prawdziwego – Rożnowski. Pierwotnie ojciec zamierzał utwierdzić dziadka rodem z dworzan w Zebraniu Dworzan w Leplu,  a potem siebie z bratem i nas   wszystkich. Wymagało to jednak dużo zabiegów i  wydatków pieniężnych, przeto ojciec zaniechał tego zamiaru, natomiast zwrócił  się do cara Rosji w 1906 r. z prośbą o przypisanie   w księgach w gminie Wituniewickiej do nazwiska Stodolnik jeszcze nazwisko Rożnowski. Car  tą prośbę uwzględnił i od tego czasu nazwisko nasze już brzmiało Stodolnik- Rożnowski. W późniejszy czasie ja przypisując się do ksiąg rejestracyjnych miasta Wilna ująłem tylko jedno nazwisko Rożnowski. W ten  sposób pozbyłem  się nazwiska Stodolnik. Brat mój Kazimierz w dalszym ciągu nosił nazwisko Stodolnik – Rożnowski. 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (1) | dodaj komentarz

O Stefanie Batorym

niedziela, 04 marca 2007 22:23

Mieszkając  w Doszycach, matka nasza uczyła nas poufnie czytać i pisać po polsku  z  elementarza i książki do nabożeństwa „Złoty Ołtarzyk”. Ojciec będąc w domu uczył mnie  arytmetyki z zakresu czterech działań. W ten sposób nauczono mnie języka polskiego, bez gramatyki. W Doszycach była podówczas trzyklasowa szkoła rosyjska. Jednak ojciec do niej mnie nie posłał. Uczyłem  się po rosyjsku prywatnie u byłego nauczyciela Hałdowskiego. Kiedy otwarto w Dokszycach szkołę    w zakresie sześciu klas gimnazjum zostałem przyjęty  do tej  szkoły, do klasy trzeciej. Uczyłem się bardo dobrze i po trzech latach nauki byłem już w  ostatniej klasie.Podczas  ferii letnich ojciec zabierał mnie ze  sobą do pomocy w jego pracy zarobkowej. Jednego lata zabrał do folwarku Stankról. Folwark ten kiedyś należał do  dziadków ojca państwa Gintowtów. Aktualnie jego właścicielem był  pan Sołtykiewicz, który  dzierżawił  go panu Jastrzębskiemu. W folwarku tym ojciec  reperował młockarnię i  arfę oraz mosty na rzece.Państwo Jastrzębscy mieli syna w moim  wieku, który uczył  się w tej samej  szkole i klasie co ja. Był on  dobrym  kolegą. Zaprzyjaźniliśmy  się jeszcze bardziej po moim przyjeździe  do Stankróla.  W  wolnym czasie  po pracy lub  w dni świąteczne robiliśmy wycieki po najbliższej okolicy. W okolicznych folwarkach  lub zaściankach mieszkało dużo  szlachty tzw. „zaściankowej”. Odwiedzaliśmy tą  szlachtę i prowadziliśmy z nimi rozmowy  po polsku, dowiadując  się różnych  dziejów i przeżyć ludności   w tych miejscowościach. Wiadomości które nam przekazywano pochodziły od  dziadków i pradziadków. Opowiadania te sięgały czasów marszu Napoleona na Moskwę w 1812 roku, którędy maszerowały, tam  i z powrotem, główne siły Armii Napoleońskiej. Mówiono nam dużo o powstaniu w 1863 roku oraz ucisku i zsyłkach na Syberię.Folwark Stankról leżał przy tracie wiodącym z Dokszyc do Borysewa. Tuż za folwarkiem przy trakcie stał ogromny krzyż kamienny mający na  sobie napisy w języku łacińskim, które były uszkodzone. Ślady zniszczenia  były widoczne. Później dowiedzieliśmy się, że czynili to siepacze carscy. Niektóre wyrazy można było jednak odczytać,  a  mianowicie  „Rex Pol…”, a u  dołu pod napisem były umieszczone  skrzyżowane łyżka  z widelcem. Według opowiadań okolicznych  starych mieszkańców polaków krzyż ten został postawiony na pamiątkę polskiego króla Stefana Batorego, który tędy maszerował z  wojskiem na Połock i Psków. Według dalszych opowiadań, to król  Stefan Batory  zmuszony był   stoczyć bitwę z wojskami cara pod dowództwem księcia Kapituły, który usiłował powstrzymać pochód króla Batorego i wojsk polskich. Wojska Kapituły zostały rozproszone i  zmuszone  do ucieczki,   a zboże  na polu  walki stratowane i mocno zniszczone. Właściciel tego zboża, mieszkający   w zaścianku na miejscu tego  wypadku zaszedł  drogę królowi prosząc „Stań królu i  wysłuchaj mojej prośby”. Prośba dotyczyła  odszkodowania za  zniszczone  zboże. Król miał odpowiedzieć – „Milcz, a będzie  tobie   wynagrodzone”.Gospodarzowi temu dano majątek z dóbr królewskich jako odszkodowanie. Majątek ten został nazwany „Milcz”. Obecnie leży on  w  gminie Milczyńskiej pow.Borysowskim. Miejsce,  gdzie   został zatrzymany przez kmiotka król - nazwano Stankról zaś w miejscu odpoczynku i  spożycia obiadu przez króla postawiono na pamiątkę omawiany krzyż kamienny.W folwarku Stankról była  stara nieczynna kaplica katolicka. Obok niej były groby, a wśród nich groby z nazwiskiem Gintowtów, pradziadków mojej babci. Byłem także we  wsi Osinowi, w której  swego czasu mój  dziadek pracował we  młynie jako młynarz. Rozmawiałem  w tej wsi ze  starymi mieszkańcami, którzy pamiętali  dziadka jako młynarza pod nazwiskiem  Stodolnik i wiedzieli, że faktycznie nazywał  się Rożnowski, ale  zmuszony był ukrywać  się przed  władzą carską. Mieszkańcy ci pamiętali także rodzinę Gintowtów, jako właścicieli folwarku  Stankról. Rodzinę  tę pamiętali jako zacnych dobrych przyjaciół, biednej ludności  wiejskiej. Opinia ta mnie bardzo  cieszyła, gdyż dotyczyła moich pradziadków. 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Śmierć dziadka

niedziela, 04 marca 2007 13:46

Ku wielkiemu memu żalowi i  smutkowi jesienią 1901 roku dziadek nieoczekiwanie umarł. Pochowano go na  cmentarzu parafialnym w Parafianowie. Podczas pogrzebu z Naddatek do Parafinowa odległego o 14 kilometrów niosłem krzyż. Trumna z  dziadkiem umieszczona  była na udekorowanym wozie. Do wozu zaprzęgnięty był ulubiony koń  dziadka (Bułanek). W pogrzebie brało udział bardzo dużo  włościan  z okolicznych  wiosek, szczególnie leżących przy majątku Janki, którym to dziadek na przednówku chętnie udzielał pomocy materialnej.Po pogrzebie przez kilka  dni wył pies Hałas, po czem  zdechł. Ulubiony koń dziadka Bułanek także  zdechł. Po śmierci dziadka stryj Józef wydzierżawił większy folwark od Naddatek w odległości około 50 km. od Dokszyc. Do nowego folwarku zabrał całą  swoją rodzinę pozostałą po  dziadku tj. babcię, stryjenkę Marię wraz z trzema  siostrami po zmarłej  stryjence Julianie Kowszyk. Po wyjeździe  stryja już nigdy nie zobaczyłem babci. Przyczyną tego była duża odległość nowego miejsca  zamieszkania, co uniemożliwiało odwiedzenie babci. W tym czasie zmuszony byłem uczyć   się i pomagać ojcu w pracy zarobkowej.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (1) | dodaj komentarz

Zdjęcia w galeriach.


sobota, 25 lutego 2017

Licznik odwiedzin:  67 999  

Kalendarz

« marzec »
pn wt śr cz pt sb nd
   01020304
05060708091011
12131415161718
19202122232425
262728293031 

O mnie

O moim bloogu

Życie i walka na kresach Rzeczpospolitej.

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:


http://blogroku.pl/_d/zestaw4/zestaw4_19.jpg Zagłosuj na mnie w konkursie Wiadomości24.pl!@import url("http://www.moikrewni

Więcej w serwisach WP

Pytamy.pl

Pytamy.pl