Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 260 359 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Zdjęcia w galeriach.


Bolszewicy wywożą z Wilna tysiące Polaków, wkraczają Niemcy

piątek, 29 lutego 2008 17:08

Kiedy jeszcze nasz stan materialny był ciężki, po wyjściu moim ze szpitala,  wydzierżawiliśmy jeden pokoik litewskiemu policjantowi nazwiskiem Jan Pakonas. Okazał  się on w  czasie późniejszym komunistą litewskim i ogromnym przeciwnikiem Polaków. Nadużywał swojej władzy policjanta. Często bił kobiety po głowie pałką bezpodstawnie, nawet  ciężarne. Często  z nim  wieczorami prowadziłem dysputy na temat Polsko – Litewskiej historii Unii Lubelskiej oraz o tym, że Polacy nigdy Litwinów nie uciemiężali, że na przyszłość nigdy Litwini nie będą wrogami narodu polskiego. Pakunas twierdził odwrotnie, że Polacy przemocą Litwinów spolonizowali i nadal będą polonizować i że to było tylko z powodu Unii Lubelskiej, bo gdyby  nie Unia Lubelska to państwo litewskie istniało by dotychczas z narodem  rozmawiającym czystym językiem litewskim. Ja mu twierdziłem, że gdyby nie Unia Lubelska, to  ziemie litewskie zostały by zagarnięte przez Rosję i ujarzmione, bez żadnych  swobód  narodowościowych – jak to  czynił carat wobec Polaków i Litwinów  w rozbiorze Polski do 1905 roku Stan aprowizacyjny Wilna  był dobry. Litwini  dostarczali z Kowieńszczyzny w  dostatecznej ilości produktów żywnościowych. Czynili to propagandowo i dla tego, że tych artykułów z powodu  wojny nie mogli  wysłać  za granicę,  więc rzucali na rynek  wewnętrzny. Będące w Wilnie wojsko bolszewickie, było skoszarowane w  koszarach. Oddziały były przewożone  na autach ciężarowych ulicami  na  spacer. Kontaktu z mieszkańcami miasta nie posiadali. W lecie 1940 roku sowieci oskarżyli Litwinów o zamordowanie dwóch krasnoarmiejców, zarzucając Rządowi litewskiemu, iż on  zerwał tym układ zawarty o  wzajemnej przyjaźni i pomocy w 1939 roku. Opierając  się na  tym zajęli  całą Litwę swoim  wojskiem, łącznie z Wilnem. Po  zajęciu Wilna i całej Litwy Kowieńskiej, zarządzone były wybory przedstawicieli mieszkańców Litwy  do Zgromadzenia celem  wyniesienia Uchwały o wkupieniu  się Litwy, jako państwa do ZSRR.  Wobec tego, że mieszkańcy nie  chcieli iść do głosowania – przeto głosowanie  przeciągało się do trzech  dni w którym to  czasie młodzi Żydzi chodzili do  wyborców i groźbą  zmuszali ich do głosowania. Przedstawicielami  zostali  wybrani szowiniści litewscy żołnierze oraz osobnicy nie cieszący się dobrą opinią. Wybrani przedstawiciele wynieśli Uchwałę o przyłączeniu dobrowolnym Litwy do Związku Radzieckiego. Należy nadmienić, że przed zajęciem Litwy – Prezydent Smetona z  większą ilością osób z Rządu Kowieńskiego uciekł z dwoma pułkami kawalerii do Niemiec. Pozostałe wojska zostały obięte władzą  wojskową Sowietów.  Od czasu zajęcia przez Sowietów Litwy, stosunki Polsko – Litewskie poprawiły się. Litwini pozbawieni władzy już nie posiadali takiej siły jaka mieli za czasów swoich rzĄadów, co im utrudniało czynić  napaści na Polaków. Sowieci po zajęciu Wilna – poczęli przestawiać handel prywatny, zmniejszając handlujących i tworząc kooperatywy. Na handlujących nakładali wygórowane podatki i tą drogą  zmuszali do likwidowania handlu. Do kooperatyw wstąpiła  znikoma ilość ludzi. Jednak drobny handel w niedużej ilości pozostawał.  Ja także go prowadziłem, lecz w ograniczonej ilości. Stosunek polityczny sfederowanej Litwy ze Związkiem Sowieckim, żadnych praw samodzielnych dla Litwy nie  dawał. Sowieci  wprowadzili całkowicie swój ustrój jak poityczny tak i gospodarczy, likwidując prywatny przemysł, rzemiosło i  handel z  czym ludność  Litwy Kowieńskie  ani Wileńszczyzny  zgodzić  się nie mogła, opierając  się temu ustrojowi. Sowieci na terenie sfederowanej Litwy i Wileńszczyzny rozpoczęli  masową   wywózkę ludności na Syberię i Kazachstanu. W Wilnie  wyłapywali  byłych polskich urzędników łacznie z wójtami, sołtysami, handlarzami i wywozili takowych z rodzinami i małymi  dziecimi, w  nieogrzanych  wagonach towarowych, w których po  drodze większość umierała z głodu i  chłodu.   Sytuacja moja była dośc groźna. Enkawudziści mogli mnie w każdej chwili  aresztować i  wywieźdź,  co mnie  zmuszało do większej  czujności i przebywania poza domem. Największe nasilenie  wywózki nastąpiło  wiosną 1941 roku, kiedy to tysiące  osób dziennie wywożono z Wilna, nawet handlarzy spod hali handlowej.   Pierwszą ofiarą  wywózki była moja pierwsza żona Felicja Rożnowska, którą  wywieziono z działki Nowopole na Sybir. Całe mienie żywe i marwe, zostało skonfiskowane. Pozwolono tylko zabrać  ze  sobą trochę bielizny i  ciepłe ubranie.  Po mnie kilkakrotnie przyjeżdżali, lecz  szczęśliwie mnie  nie było w  domu.Na  drugi  dzień po powrocie ze  szpitala – 21 czerwca w  niedzielę – Niemcy zaatakowali nieoczekiwanie bombardując Wilno. Schroniliśmy się do schronu w  domu  znajdującym się wizawi  naszego  domu, na tej  samej ulicy. Kiedy  znajdowałem się w  schronie, to jeszcze Enkawude przyjeżdżało po  mnie i  sąsiada -  sekretarza Związku Kolejowego. Dnia 22 czerwca  - Wilno  zostało  zajęte przez Niemców. Zajęcie Wilna przez Niemców uratowało tysiące mieszkańców od  wywiezienia w głąb Rosji. W liczbie uratowanych byłem i ja. Litwini ogromnie ucieszyli  się  z zajęcia Wilna przez Niemców. Oddziały wojska litewskiego, którym  udało się pozostać lub  w  drodze uciec z  szeregów bolszewickich chętnie oddali  się  zwierzchnictwu niemieckiemu.  Niemcy po  zajęciu Litwy łacznie z Wileńszczyzną -  nadali tylko samorządowe prawo Litwinom to jest  w  sprawach gospodarczych i bezpieczeństwa kraju,  a zwierzchnią  władzę zatrzymali w  swoich rękach. Litwini mieli  także w urzędach swój jezyk litewski.  Policja była litewska pod zwierzchnią władzą Niemiecką i jej nadzorem.  Na  żywność zostały wprowadzone kartki. Wydawana żywność nie  starczała na życie. Trzeba było więc  nabywać  nielegalnie.            Przez  cały dzień 21  czerwca, kiedy już Niemcy maszerowali, to jeszcze Enkawudziści usiłowali z Wilna wywieść ludność. Pozostawili moc  armat i karabinów, których nie mogli  wywieźć z powodu zatamowania  ruchu. Sowieci mieszkający w  Wilnie pozostawili swoje  rodziny na pastwę  losu, a  sami uciekli. Na  dwocu towarowym ładowali jeszcze dnia 21 ogromne transporty uwięzionych Polaków w ilości kilku tysięcy osób i usiłowali takowe  wywieźdź. Jednak dzięki nalotowi bombowców transporty te  kolejarze wileńscy odczepili od lokomotywy, pozostawiając kilka  wagonów  z bolszewikami.  W  wagonach nieodczepionych od lokomotywy wywieziono najwięcej działaczy polskich.   Kiedy otwarto  wagony pozostałe, to ludzie z nich  wypadali jak  snopy, ledwie żywi. Bowiem całą noc,  stali  natłoczeni jak śledzie w  beczkach, spoceni z  nogami w  swoim kale.


Podziel się
oceń
1
0

komentarze (12) | dodaj komentarz

Śmierć Kazika w obronie Ojczyzny i ........................

czwartek, 28 lutego 2008 14:43

            Po dokonaniu opatrunku w Pogotowiu Ratunkowym skierowano mnie do Szpitala Św. Jakuba, bowiem miałem kość pogruchotaną niżej kolana i część odłamka kuli była w  nodze. W szpitalu nastepnego dnia po dokonaniu prześwietlenia  nogi – nogę zagipsowano i ułożono mnie w łóżku. W szpitalu przebywałem  więcej jak miesiąc, to jest do czasu zdjęcia gipsu z nogi. W  szpitalu czas upływał pierwotnie dość ciężko – noga mnie bardzo bolała, jednak  z  chwilą gojenia  się nogi było weselej. Mogłem czytać gazety i książki. Z gazety dowiedziałem się o walkach toczących  się między bolszewikami a  Finlandią. Finlandia dłuższy czas stawiała opór bolszewikom nacierającym na linii Mejharda nie  zwracając uwagi na ogromne  straty swego wojska. Ostatecznie przełamali linię Mejharda.Wówczas został podpisany pokój, mocą którego  przeszła na  własność Rosji Sowieckiej.   Na liniach bojowych tj.na  zachodzie między Niemcami, a  Francją i Anglią walk nie było. Po powrocie ze szpitala, mogłem chodzić tylko bardzo po malutku, oparty o ramię innej osoby lub na szczudłach. Stan taki trwał kilka miesięcy – poczem już zacząłem  chodzić o lasce. Stan materialny z każdym dniem stawał się gorszy. Dochodów  nie mieliśmy żadnych -  zapasy żywnościowe przywiezione z Kucewicz wyczerpały się. Posiadane pieniądze także zostały  wydane. Co prawda Zbyszek został pracownikiem i nam nieco pomagał, lecz jego pobory zaledwie  starczały na jego utrzymanie. Wobec tego żona  zaczęła  szyć ubranka dla swego brata, który posiadał w  halach targowych sklepik. Ponadto brat prowadził ruchomy handel ubraniem na zewnątrz hali, to jest na placu przed halą, wychodzać na tym handlu dość dobrze. Ja zachęcony handlem brata żony oraz innych osób, którzy poczeli handlować i  zarabiać na życie, postanowiłem również rozpocząć handel.    Niestety nie posiadałem środków finansowych ku temu. Wobec czego żona przenicowała moją  stara czarna marynarkę, którą sprzedałem za 20 litów, za które to  rozpoczełem handel. Kupiłem kortu z którego żona uszyła dwie pary  spodni, za które otrzymałem 40 litów i tak poczełem handlować spodniami, zwiększając swój kapitał każdego dnia o100 %  więcej, co nam  dawało zysku w przeciągu miesiąca kilkaset litów. Taki stan pozwolił nam czynić zakupy materiałów w większej ilości i lepszym gatunku, jak na spodnie tak i na bluzy  robocze i koszule, które żona  szyła, a ja na rynku sprzedawałem. Muszę nadmienić, że nasz towar był na rynku najlepszym, bowiem żona szyła te ubrania  solidnie i mocno. Wówczas kiedy Żydzi  szyli tandetkę. Przeto moje ubrania prędko sprzedawałem i zdobywałem coraz więcej kupujących, a nawet  zamawiających. Z biegiem czasu żona już niezdążała  sama  szyć ubrań,  wobec czego oddawaliśmy szyć krawcowi Żydkowi spodnie – które już  skrojone przedtem przez żonę, szył pod nadzorem żony. Żona szyła  do 8 par spodni dziennie i Żydek do 7 par, razem 15 par spodni ja  sprzedawałem w jednym dniu,  zarabiając po 3 lity na parze. Kapitał nasz obrotowy rósł  z każdym dniem, co dawało nam żyć pod dostatkiem.  Handel  wówczas odbywał  się na  rynku Tyszkiwiczowskim przy ulicy Ponarskiej. Rynek ten istniał i przed  wojną tj.za  czasów carskich.  Kiedy ja jażdżac na stację towarową po wykup waganów z papierem w latach 1913 – 1915 podziwiałem chodzących handlarzy na tym rynku,  sprzedających najróżniejsze przedmioty. Litowałem się nad tymi handlarzami i ich marnym  zarobkiem. Nie przypuszczałem wówczas, iż mnie przyjdzie się na  Na rynku tym w 1940 roku tysiące osób handlowało – kto  czym mógł, przeważnie żony  wojskowych oficerów i innych urzędników polskich. Początkowo sprzedawały  swoje przedmioty, poczym już  handlowały już różnymi przedmiotami -  zarabiając na życie  swoich rodzin, których stan materialny był  ciężki, gdyż  mężowie byli w niewoli niemieckiej lub bolszewickiej,  albo uciekli na  zachód do Francji. W lecie 1940 roku Polski Czerwony Krzyż z Warszawy nadesłał powiadomienie urzędowe pod adres  zamieszkania Kazika w Oszmianie –, że Kazik w  dniu 6 września 1939 roku poległ w  walce z  Niemcami i jest pochowany w  zbiorowej mogile pod krzyżem przy wylocie ulicy Grzymowskiej w Piotrkowie.  Wiadomość  ta była dla mnie tak i  dla  wszystkich nadar  bolesna i  smutna. Ogromny żal było Kazika, byliśmy  zarazem  dumni, że on poległ w obronie Ojczyzny. CZEŚĆ I CHWAŁA JEGO BOHATERSKIEJ ŚMIERCI.       W pierwszym półroczu 1940 roku Polacy żyli spokojnie przed bolszewikami – natomiast  szowiniści litewscy dawali  się we  znaki, narzucając przemocą język litewski jak w urzędach, handlu i w  kościołach. Na tym tle dochodziło do różnych kłótni, a nawet bójek, szczególnie w kościołach. Podczas nabożeństwa w kościołach odbywających  się w języku polskim,  wchodziły gromadki młodzieży litewskiej, przeszkadzając w odbywaniu się nabożeństwa, rozpoczynając śpiewać hymn litewski. Miedzy tą młodzieżą litewską, a modlącymi  się Polakami – następowały sprzeczki i bójki – często likwidowane przez Policję litewską -  zwykle aresztując kilkudziesięciu Polaków. W jedną niedzielę byłem w kaplicy Św. Kazimierza w  Katedrze na nowennie o godz. 4 –tej po południu. W pewnym  czasie wtargnęła  do kaplicy litewska grupa młodzieży – śpiewając hymn litewski, bez przerwy. W kaplicy było modlących się Polaków z kilkaset osób. Kiedy Polacy zaczeli śpiewać Anioł Pański – słowami  wieczne  spoczywanie racz im da Panie – to Litwini jeszcze ochrypłymi już głosami  śpiewali swój hymn. Wówczas ja po odśpiewaniu 3 zwrotek – wiecznego odpoczywania, ponownie zainicjowałem śpiew „Wieczne odpoczywanie” podchwycony przez  cała ludność i śpiewano to bez przerwy w kółko. Nam Polakom było lekko śpiewać bez przerwy,  w kóło,  a Litwinom ochrypłym od nadmiernego  wyciłku bezustannym  śpiewaniem swojego hymnu już  tchu  zabrakło, tak że  w ostateczności zmuszeni byli przestać  śpiewać, a my  wciąż w kółko śpiewaliśmy   „Wieczne odpoczywanie….” aż puki Litwini nie opuścili kaplicy – grożąc nam  śpiewającym kułakami.


Podziel się
oceń
1
0

komentarze (7) | dodaj komentarz

Z wojny i niewoli powraca syn Zyszek, ja zostaję .........

środa, 27 lutego 2008 18:31

            Operacje wojenne w 1939 roku zakończyły się dla Polski jak wiadomo wszystkim niepomyślnie i bardzo smutno. Wiadomości o synach żadne nie  dochodziły -  wszelkie moje usiłowania doosiągnięcia jakiejkolwiek wiadomości o nich nie  dawały rezultatu. Nieoczekiwanie w miesiącu październiku 1939 roku powrócił  do Wilna Zbyszek, który uciekając od niewoli bolszewickiej szedł piechotą przez Oszmianę,  gdzie  dowiedział  się, że ja z Kucewicz wyjechałem z  rodziną. W Wilnie od  siostry Marii dowiedział się o  moim powrocie i  zamieszkaniu w Wilnie. Była to bardzo wileka radość z jego powrotu. Był on z Kazikiem w  jednym batalionie 86 Pułku Piechoty. Pod Piotrkowem Trybunalskim 6 -tego września rano oboje oni z  batalionem  wyruszyli na pozycje, przeciwko  kroczącym Niemcom. Kazik dowodził plutonem z  dwoma  ciężkimi karabinami maszynowymi. Zbyszek plutonem  saperów.       Z nacierającymi  Niemcami, rozgorzał  się zaciekły bój. Piechota Polska brawurowo odpierała ataki Niemców. Koło godziny 12 – tej  Zbyszka odwołano z pozycji  do minowania  mostu. Tabory polskie  stały w lesie, niedaleko toczących  się  walk. Tabory te  zdradziły swój postój w  lesie – przez strzelanie z  karabinów do  niemieckich samolotów atakujących wojska polskie. Tą swoją strzelaniną spowodowali, że duża ilość  samolotów bojowych niemieckich, zaatakowała las rzucając  ogromną ilość  bomb, które  wyrządziły ciężkie  straty w taborach, w ludziach, koniach i  wozach. Bataliony piechoty na  niektórych pozycjach walczyły do późnego dnia. O  zmroku resztki ocalonego 3 – go  batalionu wycofały się z linii bojowej. Zbyszek od cofających się  żołnierzy usiłował zasięgnąć wiadomości o  Kaziku. Niestety zapytani twierdzili, że widzieli go prowadzącego do ataku kompanię, nad którą obiął  dowództwo po poległych kolegach, jednak wśród cofających  się jego nie zauważono. Dziewiętnasta Dywizja piechoty powstrzymująca pochód Niemców  na Piotrków,  zmuszona była  wycofać  się  z pod  Piotrkowa  z powodu okrążenia pozycji bojowych przez Niemców.  Dalsze jej boje były także nie pomyślne, chociaż odstępując zadawała ogromne straty dla  Niemców. Dotarła ona w  odwrocie pod  Brześć Litewski, gdzie łącznie z innymi wojskami Polskimi  dostała  się do niewoli bolszewickiej. Zbyszek przed wyruszeniem z Mołodeczna na front, został mianowany podporucznikiem, wobec czego, będąc oficerem w  Brześciu Litewskim pierwotnie usiłował  zataić  swoja  rangę, ostatecznie przyłączył się  do grupy oficerów, myśląc że  lepiej będzie w niewoli. Kiedy ich  załadowano  do wagonów  towarowych i  wieziono w  stronę Mińska,  zoriętowali  się po nazwach  stacji, które  wypatrywali  w szparach w oknach, że ich  wiozą  do Rosji -  wówczas  Zbyszek postanowił uciekać.  Namówił kolegę  do  wyłamania  drzwi i ucieczki, jednak  zaledwie jeden kolega  zgodził  się, inni nie pozwolili  drzwi  wysadzić. Wówczas Zbyszek z kolegą otorzyli rękami zakratowane u góry okno wagonu i kiedy pociąg jechał wolniej pod górę wyskoczyli z pociągu niedaleko stacji  Niegoreło i nocami  szli w kierunku Polski. Po drodze byli niejednokrotnie świadkami – już na terytorium Polski, jak Ukraińcy i Białorusini  zatrzymywali  żołnierzy Polskich, celem przekazania ich bolszewikom lub obrabowania.  W jednej  większej  wsi Zbyszek z kolegą  postanowili  zakupić  żywności i kiedy  weszli do pierwszej  chaty niezwłocznie z tejże  chaty pobiegł  chłopak  do  wsi i przyprowadził uzbrojonego młodego chłopaka, wiekiem około 20 lat. Tenże chłopiec pod groźą wymierzonego karabina usiłował aresztować i  zabrać  Zbyszka  z kolegą.    Wyszli oni z chałupy na powietrze, ale dalej iść nie chcieli. Wówczas uzbrojony młodzieniec posłał  chłopca  po pomoc. Zyszek z całej siły wymierzył cios uzbrojonemu młodzieńcowi w zęby. Młodzieniec ten runął na ziemię. Zbyszek  wyrwał mu z ręki karabin i  pośpiechu opuścili  wieś. Karabin  w pierszym lesie porzucili. Nim wkroczyli na terytorium województwa wileńskiego mieli  szereg innych przygód od  chłopów białoruskich i ukraińskich,  a  także i od  wojska bolszewickiego. Tłumacząc  się, że są żołnierzami zwykłymi, powracającymi do  domu – byli puszczani. Bardzo ucieszyliśmy  się  z powrotu Zbyszka. Po jego powrocie żona z nim pojechała do Oszmiany, by z tamtąd zabrać ubrania Kazika. Właścicielka mieszkania, chętnie oddawała ubrania, ale jej syn, który powrócił do domu z więzienia usiłował ubrania zatrzymać. W ostateczności ubrania zabrano za   wyjątkiem butów, kurtki i mniejszej ilości koszul i skarpetek. Widomości o Kaziku i  Edku w  dalszym ciągu nie  mieliśmy. Nadchodziły słuchy od żołnierzy z 19 Dywizji, że Kazik zginął – jednak tych  wiadomości nikt jako naoczny świadek swierdzić nie mógł. Zbyszek także nie miał konkretnych  wiadomości o Kaziku. Ponownie  począł  pracować w Urzędzie Ziemskim jako mierniczy pod zwierzchnictwem władz litewskich. Na  swoje utrzymanie zarabiał i nieco nam rodzicom dopomagał.  Stosunki Polaków, mieszkańców Wilna i województwa wileńskiego z  Litwinami zaogniły  się. Młodzież polska, ucząca się w  szkołach średnich, tak i na Uniwersytecie  Stefana Batorego niechętnie garnęła  się  do nauki  języka litewskiego, który to język Litwini usilnie  narzucali do nauki. Na tym tle zachodziły nieustanne skandale między młodzieżą polską, a mieszkańcami litewskimi.  W  dniu 1 listopada w święto Wszystkich Świętych -  młodzież polska zgromadzona  udała  się  na grób Józefa Piłsudskiego na  cmentarzu Rossa,  gdzie śpiewano polskie patriotyczne piosenki. Litewska Policja młodzież rozpędzała – jednak ponownie młodzież  gromadziła się w innym miejscu i nadal śpiewała. Uganianie  się młodzieży z Policją trwało  do późnej nocy. Następnego dnia w  Dzień Zaduszny, cała ludność polska miasta Wilna udała  się na cmentarz Rossa i na grobie Piłsudskiego składała  ogromną ilość  kwiatów. Młodzież szkolna i  studenci z  Uniwersytetu poszli w  szeregach  w ilości kilku tysięcy – zajęli miejsca na  wzgórzu przy  grobie Józefa Piłsudskiego i poczęli śpiewać patriotyczne piosenki polskie. Litwini  wyczuwając demonstrację ściągnęli z Kowna posiłki wojskowe, piechotę i kawalerię oraz Policję. Wszystkie ulice w kierunku  cmentarza Rossa, obsadzili  wojskiem i Policją. Pod samym  cmentarzem ustawili kilka szwadronów   wojska konnego. Kiedy masa narodu  cywilnego i uczącej się młodzieży usiłował uliczkami przebić  się  do cmentarza obstawionego  wojskiem -  wówczas  wojsko poczęło rozpędzać nie tylko idących na  cmentarz – lecz także i tych, którzy byli na cmentarzu. Powstało kotłowanie, lamenty  dzieci i płacz kobiet.     Wojsko  coraz groźniej nacierało na tysiące ludzi bijąc szablami. Wówczas młodzież i studenci poczęli bronić nacierajacą ludność. Wywiązała  się walka. Wojsko płazowało szablami, a młodzież rzucała  kamieniami  wojsko. Ludność w pośpiechu zaczęła uciekać ogrodami. Ja także powróciłem  do domu okolicznymi ulicami. W domu  zastałem przy radiu słuchających żonę i córkę, także zaczęłem przysłuchiwać  się  audycji radiowej. W czasie tym, wpadła  do mieszkania moja  siostra Maria z krzykiem, że na ulicy Piwnej przed naszym  domem wojsko  szablami rąbie młodzież, a  z  naszego podwórza studenci rzucają kamieniami w wojsko. Ja wybiegłem na podwórze i rzeczywiście  stwierdziłem, że studnci wybierają kamienie z bruku dziedzinca i rzucają  przez mur na głowy żołnierzom. Brama z furtka wejściową na podwórze była  zamknęta. Więc piechota litewska nie mogła na podworze wejść. Ja także kilka głazów kamiennych rzuciłem na ulicę – lecz kiedy piechota zaczęła salwami strzelać w  kierunku naszego  domu i kule poczęły  gwizdać,  wezwałem  studentów by  schronili się w moim mieszkaniu. Drzwi otworzyłem i 12 studentów wpuściłem do przedpokoju swojego  mieszkania w  ostatniej  chwili. Kiedy  zamykałem drzwi  kula  karabinowa, przebijając  drzwi  ugodziła mnie niżej kolana lewej nogi. Osunęłem się na podłogę, wówczas mnie  wniesiono  do pokoju i ułożono na  tapczanie. But ściągnięto, a lewą nogę, wyżej kolana ściśnięto ręcznikiem, by nieodpuścić  do upływu krwi. Po zabandażowaniu nogi  sprowadzono  z miasta dorożkę i żona  w towarzystwie kilku  studentów odwiozła mnie do Pogotowia Ratunkowego. Przejżając placem przed Ostrą Bramą na którym stało  wojsko litewskie poczęłem  wznosić  okrzyki –„Precz z Litwą” , „Niech Żyje Polska”. By  zagłuszyć te okrzyki żona zamknęła mnie usta chusteczką, czem zmusiła  do milczenia.


Podziel się
oceń
1
0

komentarze (8) | dodaj komentarz

Powrót żony i wiadomości o losie bogatych gospodarzy, hr. Czapskiego, wójtów oraz policjantów

sobota, 23 lutego 2008 23:09

            W mieście objęła posterunki Policja litewska. Bolszewicy żadnej funkcji  administracyjnej już nie  spełniali.  Ludność  polska na razie odetchnęła, bowiem  groźba  aresztów i wywózka  na  Sybir już ustała. Pierwsze dwa tygodnie administracja litewska obsadała kierownicze  stanowiska w  różnych  byłych urzędach polskich samorządowych. Wprowadzono język litewski. Wobec tego, że mieszkańcy Wilna w 95 % nie znali języka  litewskiego, przeto w urzędach niektórzy urzędnicy nie chcieli mówić po polsku,  Polacy nie umieli mówić po litewsku. Szukano  wówczas tłumacza litewskiego i było z tym dużo kłopotów. Naczelną władzą na Wilno  był Komisarz delegowany przez Litewskiego Prezydenta pana Smetony. Komisarz ten znał język polski, jako też i jego sekretarka. Odnosili się oni  do Polaków dość uprzejmie.  Natomiast napływający urzędnicy z Litwy i władze uniwersyteckie, byli  nastawieni bardzo  szowinistycznie względem Polaków. Usiłowali oni Polaków  w krótkim czasie zlitwinizować, co im całkowicie się nie udało, bowiem Polacy  szczególnie  w  wieku  starszym nie życzyli  sobie uczyć się  jezyka  litewskiego.   Młodzież polska uczeszczająca do powszechnych szkół i do gimnazjum, niechętnie  się uczyła tego języka, urządzając demonstracyjne  wybryki w  szkołach, jak to  miało  miejsce  w dniu imienin Prezydenta Smetony.              W jednym z gimnazjum w sali  wykładowej profesorowie znaleźli portret Prezydenta zasmarowany śmietaną, a  godło litewskie przedstawiające rycerza na  koniu z tarczą postawiono na podłodze oparte o ścianę. Przed  godłem położono  siano dla konia. W ten sposób nakarmiono Prezydenta śmietaną,  a konia sianem. Na  dodatek portret i godło sfotografowano i fotografie te były rozwieszone  na  mieście. Był to  wyczyn bardzo  brzydki i  nie  szlachetny. Młodzież tłumaczyla  się, że uczyniła to jako protest przeciwko nauczycielom  szowinistom litewskim, którzy przemocą usiłowali ich litwinizować.  Po  powrocie od  państwa Rutkowskich z  Rudziczek do  Wilna  wysłałem żony  siostrę z bratem do  Kucewicz, by  stamtąd zabrali i przywieźli do Wilna moją  żonę z córką. Wobec tego, że w Kucewiczach Komitet miejscowy nie chciał  wypuścić żony  do  Wilna, to wówczas większą część  mebli i rzeczy przewieziono do Żupan do  ciotecznej  siostry  żony, gdzie pozwolono żonie zamieszkać.  Z Żupan żona przyjechała na kilka  dni do Wilna, odwiedzić mnie. Ja już  miałem wynajęte mieszkanie przy ulicy  Piwnej nr 1, składające  się z czterech  dużych pokoi, kuchni i przedpokoju. W jednym pokoju mieszkał sublokator pan Woronowicz, były urzędnik kolejowy - emeryt.  Po  paru dniach pobytu żony w  Wilnie, odjechała ona z bratem, ponownie do Żupran, by  stamtąd zabrać wszystkie  rzeczy i  nadać na kolej, celem przywiezienia  do Wilna, co  się urzeczywistniło.  W Kucewiczach ponownie Komitet, usiłował niedać zabrać pozostałych rzeczy, jednak dzięki energicznej postawy brata żony w  ostateczności uległ i  wydał. W  Żupranach żona pozostawiła kilka  skrzyń z  książkami, między innymi dziesięć dzieł Józefa Piłsudskiego oraz kilka olejnych obrazów. Przedmoty te  miała w późniejszy  czasie zabrać, jednak pozostały one  tam na zawsze, gdyż wkrótce została  ustalona granica między Litwą a Białorusią i dokąd  już nie można było  wyjechać.  Po odebraniu z kolei nadanych  mebli i innych przedmiotów i przywiezieniu do mieszkania, byliśmy uszczęśliwieni, że uratowaliśmy się  od  szykan bolszewickich i że możemy nareszcie spokojnie żyć w Wilnie. Żona opowiedziała  dużo  szczegółów,  co  się działo w Kucewiczach po mojej ucieczce, a mianowicie: następnego  dnia w  poniedziałek, bolszewicy wkroczyli do Kucewicz. Między wkraczającymi oddziałami piechoty – nadjechał  samochód,  zatrzymał  się przed  Gminą, z którego wysiadł starszy rangą oficer lub Komisarz. Zarządził by mu wezano z Urzędu Gminy wójta. Kiedy mu odpowiedziano, że wójt  wyjechał z  Kucewicz i nie powrócił,  wówczas z ironicznym  uśmiechem powiedział  „Udrał  sukinsyn, my iwo  najdziom”.             Kiedy bolszewicy nawiązali  rozmowę z kobietami i męższczyznami – na  wstępie zapytali  dlaczego oni tak odświętnie    ubrani „Szto u was jesc praznik? Odpowiedziani im, że na razie żadnego święta nie ma, wówczas oni zdziwieni, poczęli pytać: „To paczemu wy tak krasiwo adiety po prazniczymu?”. Należy zauważyć, że mieszkańcy Kucewicz byli ubrani, jak każdego dnia roboczego – jednak ten ubiór był  stosunkowo lepszy od  noszonego przez luność bolszewicką, dlatego bolszewikom okazał się świątecznym.   Następnego dnia mieszkańcy Kucewicz, ubrali się w najgorsze podziurkowane ubrania i byli na bosaka z czego już bolszewicy nie  czynili  zachwytu. Byli oni tego dnia wezwani przez politruków  bolszewickich do Urzędu Gminy -  zjawili się  najgorzej ubrani. Na pytania politruków niemal wszyscy skarżyli się na ciężkie warunki materialne. Wówczas politrucy ze zdziwieniem zapytali – „To paczemu wy nie rozkułaczycie kułakow i paczemu wy nie wazmieicie ich imieszczostwo i nie  zabieraicie?” Przy tym nakazal zebranym, żeby natychmiast kułaków i pamieszczykow rozkułaczyli. Hasło to dane, niezwłocznie wprowadzono  w czyn.         Chłopi rzucili się gromadnie na  zamożnych gospodarzy i majątki – rozgrabili inwentarz  żywy i  martwy. U  zastępcy  wójta pana Rozwadowskiego,  rozgrabili do ostateczności -  zabrali 20  sztuk   bydła i 6  koni,  wszystką trzodę  chlewną,  a  nawet wszystkie  garki, tak że następnego  dnia nie miał w  czym ugotować sobie parę  ziemniaków. Taki  sam los,  spotkał i innych  zmożniejszych gospodarzy. W majątku  Kucewicze miejscowy Komitet biedoty spisał inwentarz żywy i  martwy i nie pozwolił takowy rozbierać. Jednak kiedy powrócił  z  więzienia  starszy syn Lowa Łaskow  komunista -  wóczas on wbrew woli ojca, rozdał majątek darmo między pracownikami ojca. Biednemu ojcu nic nie pozostawił, tak że ojciec zmuszony został  zamieszkać w innej  wsi i tam żyć z młodszym  synem. Podczas tego podziału jeszcze żona była w tymże  majątku, Lew Łaskow obiecał jej krowę i mieszkanie o ile zechce żyć nadal w Kucewiczach. Żona jednak mu podziękowała za tą ofiarę.   W majatku Nowosiółki u hr. Czapskiego służba rozdzieliła między  sobą żywy inwentarz i martwy. Rozdzieliła i rzeczy i  wszystko,  co było  droższego – pozostały tylko puste pokoje. Tymczasem hr. Czapski nie mogąc  zmeldować  się w Wilnie w  domu siostry na ul. Wileńskiej, gdzie czasowo  zamieszkał po ucieczce z Nowosiółek – zmuszony był  wracać do  swojego majątku. Przybył  z Wilna na stację Soły i  szedł do majątku piechotą. Po drodze przed majątkiem na 8 km spotkał  swoją kucharkę -  zapytując co  słychać w majątku ? Kucharka ta mając na  sumieniu popełnione kradzieże i by nie trzeba  było zwrócić  zrabowanych przedmiotów – nastraszyła hrabiego - by do majatku nie  wracał, gdzie na niego  czekają bolszewicy i odeszła.         Pozostawiony hrabia Czapski, nastraszony i nie  wiedząc co z  sobą  zrobić - na pasku od  spodni powiesił  się na przydrożnym  drzewie, gdzie go  znaleziono nie żywego. Pochowano  go na tym  samym  miejscu w   wykopanym  dole, bez trumny i tak  zakończył swój los życia. Synek jego trzyletni Andrzej, pozostał pod opieką  siostry hrabiego, która  z nim uciekła przed bolszewikami  do Warszawy. Żal mi było ogromnie hr. Czapskiego, był on dobrym dla ludności i otoczenia. Nikomu żadnej krzywdy nie  czynił.  Były Komendant Posterunku Policji w Kucewiczach – Kiziewicz, potajemnie w nocy powrócił do domu,  gdzie zatajony mieszkał przez  dwa tygodnie.  Kiedy jednego dnia do jego mieszkania przybył Komisarz bolszewicki i  w rozmowie z żoną wyraził  zdziwienie, dlaczego jej mąż nie  wraca do domu – gdyż nic mu nie grozi z ich strony, podając że inni policjanci powrócili i są na wolności – Komendant, będąc  w  drugim pokoju i słysząc tę rozmowę,  wszedł  do pokoju, gdzie  rozmawiał Komisarz z żoną i przedstawił  się jako Komendant. Komisarz go zapewnił, że on może  śmiało w domu mieszkać i że  władze bolszewickie przeciwko jego pobytowi  Kucewiczach nic  nie  mają. Potem pożegnał  się i odszedł do Urzędu Gminy, gdzie natychmiast zarządał podwody do Oszmiany. Jednocześnie przysłał  do Komendanta Kiziewicza posłańca by ten niezwłocznie przybył  do  Gminy,  w celu  wymienienia kilku słów w sprawie Komendantury.  Kiziewicz nic złego nie przypuszczając, w  jednej marynarce pośpieszył do  Gminy, gdzie  został wrzucony do  aresztu, w  którym już  siedział  Dyrektor Szkoły Rolniczej Jacek Jeleniewski. Obydwu ich niezwłocznie na podwodzie  dostarczonej wieczorem, pod  konwojem odesłano do więzienia w Oszmianie. Tak Komendant Kiziewicz dał  się  złapać – los ten  sam  spotkał i innych posterunkowych, którzy  powrócili z Wilna  do  domu.   Z powiatu Oszmiańskiego z nas kolegów wójtów uciekło trzech, ja  i wójt Karczewski i z K…………. Kisielewicz. Reszta wójtów pozostała na miejscu. Wszyscy oni  zostali  aresztowani -  sądzeni na 10 – 15 lat ciężkiego  więzienia i  wywózkę w  głąb Rosji. Kolegę  wójta Karczewskiego złapali Żydzi i wieźli do Stalina, po  drodze rozstrzelali. Kolegę wójta Kisielewicza złapano i także rozstrzelano. Ja jeden dzieki mojej czujności ocalałem i uratowałem swoje życie.


Podziel się
oceń
3
1

komentarze (9) | dodaj komentarz

Szlachetny Szapiro i brat Rutkowski

czwartek, 21 lutego 2008 22:16

            Meldować się, groziło  aresztowaniem. Te  meldunki odbywały się przez kilka dni. Na twarzach meldujących  się, widać było rozpacz i przygnębienie, jednak stali i  meldowali się. Na ulicy  Świętojańskiej w  gmachu  Klubu  Chrześcijańskiego Związku Zawodowego składano broń – gdzie i ja oddałem  swój  rewolwer, tłumacząc  się, że ten rewolwer, jest mojego  syna  wojskowego. Po  spisaniu  ankiety  mego pochodzenia i zawodu, wypuszczono mnie, niektórych zatrzymując. Kiedy  wychodziłem z gmachu spostrzegłem stojacą drożkę z pokaźną ilością  zardzewiałych karabinów, przenoszonych przez Żydów, chwalących się, że te karabiny przechowywali u   siebie przed Polakami,  a  taraz oddają swojej władzy.   Nastepnego  dnia poszedłem  się  zameldować. Ogon meldujących  się  był  duży. Podszedł do mnie młody Żydek z  Podbrodzia, komunista nazwiskiem  Szapiro, poznajać mnie jako byłego burmistrza, poradził  mnie, by do  godziny 12 – tej nie  meldować się, że będzie to dla mnie lepiej. Po czem poszedł na górę gdzie meldowano się. Widocznie jako komunista z Urzędem współdziałał. Posłuchałem  go i oddaliłem  się z Biura  Meldunkowego. Okazało  się, że poważna ilość meldujących  się, a zajmujących państwowe  stanowiska lub  samorządowe , byli tego dnia   aresztowani,  co  spotkałoby i mnie, gdyby mnie ten Żydek nie przestrzegał. Okazał  się on szlachetnym  człowiekiem – chociaż był  komunistą. Kiedy zgłosiłem się do meldunku  wieczorem, przy  składzie innych komisarzy bolszewickich -  zapytano  mnie  skad pochodzę -  oświadczyłem, że z Oszmiany i że jestem drobnym  sklepikarzem. Kategorycznie zarządzono bym niezwłocznie powrócił  do Oszmiany i tam  zameldował  się,  zgodnie z wydaną  mi kartą drukowaną, w  której  było napisane, by mnie ujęto pod literą C. Przy tym pobrali ode mnie pisemne  zobowiązanie, iż  niezwłocznie opuszczę  Wilno. Podczas  całej procedury komisarz patrzył na mnie jak na zbója, ledwo mogłem utrzymać  jego wzrok. Wobec powyższej okoliczności na  terenie Wilna bezczynnie i bez pracy przebywać  nie mogłem. Powarać  do Oszmiany także nie  mogłem, jak i do Kucewicz. Położenie moje było rozpaczliwe. Udałem  się  do  szkoły technicznej gdzie moi  synowie kształcili  się i  gdzie  miałem  znajomego Dyrektora tej szkoły pana Gumowskiego, z  myślą że może tam  dostanę pracę i będę mógł wówczas  zameldować  się. Dyrektor Gumowski przyjął  mnie  bardzo uprzejmie i  zakomunikował, że natychmiast mnie przyjmie  na  wakujące  stanowiski intendenta o ile ja  przyniosę mu dowód  zameldowania, według nowego  zarządzenia. Współczuł mnie  w moim położeniu – jednak pomóc nie mógł. Muszę nadmienić, że podczas mego pobytu na terenie  szkoły – przybył bolszewicki oficer, starszej rangi i prosił  dyrektora o pokazanie  szkoły -  wszystkie  wydziały i gabinety naukowe. Po obejrzeniu  wychwalał, że u nich w  Mińsku, taka  sama szkoła techniczna daleko jest bogatsza i lepiej  zaopatrzona w przedmioty  naukowe. Dziwić się należy, że bolszewicy, po  zajęciu  Wilna masowo  wywozili z Wilna szkolne ławki,  stoły, szafy, tablice i inne przedmioty -  widocznie im były potrzebne. Nie mogąc  zameldować  się w  Wilnie postanowiłem udać  się do mego przyjaciela, kolegi  z czasów pracy w Straży Kresowej – Rutkowskiego. Do jego kolonii rolnej w  gminie Rudzińskiej,  znajdującej się  w lesie na ustroniu i  zamierzałem tam pobyć ukryciu  do  casu lepszego. Uczyniłem to niezwłocznie. Przyjęto mnie tam  przychylnie. Pomagałem w kopaniu kartofli i młóceniu żyta.      Bolszewicy  czasem przychodzili do pana Rutkowskiego – zapytując kto ja jestem? Odpowiadał, że jestem jego bratem, więc mnie nie ruszali i tak spokojnie  mieszkałem w ukryciu. Kiedy nastąpił układ między Rządem Kowieńskim, a  bolszewickim o tym, że bolszewicy ustępują zajęte Wilno Litwie Kowieńskiej  w  zamian za umieszczenie baz wojennych bolszewickich w  Kownie na 70 tys.wojska i w Kalwarii na granicy polskiej 50 tys.-  wówczas ja postanowiłem wrócić do Wilna, po zajęciu go przez Litwinów, co  nastapiło 18 października. Podziękowałem  serdecznie państwu Rutkowskim, za tak cenną gościnność i pomoc  w tragicznym moim położeniu i odjechałem pociągiem ze stacji Rudziszki do Wilna. W pociągu był  nadzwyczajny tłok. Przechodząc z  wagonu niechcący otarłem  się o Żyda, który wyraził się ujemnie o mnie jako Polaku. W odpowiedzi w jezyku rosyjskim  wyrugałem tego Żyda. Początkowo zamilkł, po czem tłumaczyl  się, że są wszyscy z powodu wojny podenerwowani i  z tego  powodu on tylko miał  sprzeczkę ze mną. Kiedy  nastąpił Układ między Sowietami, a Litwą Kowieńską o  wzajemnej pomocy i przyjaźni – według, którego to Układu Litwa miała  zatrzymać  Wilno ze  wschodnimi powiatami województwa wileńskiego,  w zamian  udzielono koncesji Sowietom na utrzymanie baz  w  Kownie i w  Wilnie na 70 tys. żołnierzy, a  w Kalwarii – 50 tys. Według tego Układu Litwini  mieli  zająć  Wilno 16 października i  roztoczyć  w nim  władzę Rzadu Kowieńskiego.  Układ ten,  dał możnośc powrotu do Wilna Polakom, którzy go opuścili przed  bolszewikami, między innymi i mnie także. Z Litwinami w  Wilnie żyłem w  zgodzie, tym bardziej z panem M……………..  właścicielem  domu w którym  miałem  cukiernię, bardzo porządnym i  szlachetnym  człowiekiem. W  Wilnie  w dniu 16 października Litwini  spotykali swoje  wojsko, wkraczające z Kowna przed bramą triumfalną zbudowaną przed katedrą. Ludzi było zgromadzonych nie dużo. Pierwotnie spotkano nieduży oddział  piechoty, potem  małe tankietki i czołgi. Po  wkroczeniu  wojska przy fanfarach orkiestry  wojskowej wciągnięto chorągiew litewską  na górze  zamkowej, obwieszczając tym rządy nad  Wilnem.  


Podziel się
oceń
0
1

komentarze (7) | dodaj komentarz

Do Wilna wkraczają wojska boszewickie

środa, 20 lutego 2008 16:49

Po  spożyciu śniadania u  siostry łącznie z bratem Bolesławem udaliśmy się do 6 Pułku Piechoty na Antokolu, celem wstąpienia jako ochotnicy do armii polskiej. Po drodze spotkaliśmy sporo grupek wojskowych, chodzących po ulicach. Byli to żołnierze z różnych formacji wojskowych, które to formacje przestały istnieć z powodu rozbicia ich przez Niemców lub w ucieczce przed nadchodzącymi Niemcami. Żołnierze ci sprawiali przygniatające ujemne  wrażenie. Odejmowali chęć wstąpienia  do armii, skoro ona była już w rozkładzie. Jednak przybyliśmy do biura werbunkowego,  gdzie było kilka setek ochotników,  zaciągających się do wojska.  Nawiązałem  rozmowę z pracownikiem mającym nadzór nad biurem  werbunkowym zapytując go czy  warto  czynić zaciąg do armii skoro z takowej żołnierze  luzem powracają. Czy jest broń dla uzbrojenia zgłaszających się ochotników. Porucznik odpowiedział, że żołnierze chodzący luzem po ulicach to uciekinierzy i tchórze – po  czym mnie zaprowadził do magazynu broni i pokazał tam znajdujące  się siodła, szable i niedużą ilość karabinow, mówiąc że tą bronią uzbroi kilka  setek ochotników. Broń ta nadawała  się  więcej dla konnej  formacji, lecz nie  dla pieszych i to  mnie również zasmuciło. Po zapisaniu się do listy ochotników i złożeniu podpisów chcieliśmy iśc po rowery pozostawione przed  domem mojej siostry lecz już nas nie  wypuszczono uważając za żołnierzy. Nowo upieczeni żołnierze mogli tylko  wychodzić z przepustkami,  wydanymi przez szefa biura wartowniczego, którego przez pewien czas nie było. Ponownie  nawiązałem rozmowę z porucznikiem, mającym nadzór nad zaciągiem. Dowiedziałem  się od niego, że  sformowany oddział z ochotników będzie bronił Wilna przed bolszewikami i że do obrony mają otrzymać odpowiednie uzbrojenie. Zauważyłem kilku młodych Żydków zaciągających się jako ochotnicy, miedzy którymi poznałem z  Podbrodzia  Iljusza Charkana syna aptekarza. Gratulowałem mu za jego patriotyzm. Rzeczywiście on i jego ojciec  byli  dobrymi obywatelami Polski. Za ich  wierność obywatelską  do Polski  zostali pierwsi  wysłani na Sybir przez bolszewików. Przybyły  szef biura werbunkowego, nie  chciał nam  wydać  przepustek, jednak w  późniejszym  czasie wyraził na to  zgodę tylko  dlatego, ze mieliśmy zabrać spowrotem rowery ze sobą, które były potrzebne do organizującego  się oddziału. Wychodząc  z biura werbunkowego, nałożyłem pas  z rewolwerem i paradowałem już jako żołnierz. Po drodze spotkaliśmy już  większe grupy żołnierzy, bez pasów z rozpiętymi  płaszczami i  bez broni, majcymi tylko plecaki na plecach. Wszyscy twierdzili, że oni pochodzą z odziałów już  nieistniejących  wojsk polskich  z frontu lub miejsca postojów. Nastrój  w mieście był bardzo smutny, oddziały te dawały powód tego smutku. Grupy te zdążały do miejscowości  zamieszkania województwa wileńskiego. Po  drodze  zaszliśmy  do fryzjerni żydowskiej – personel pracujący był w  bardzo dobrym  nastroju. Obsługiwali oni polskiego oficera lotnika  z Lidy. Oficer także  był w  wesołym nastroju i  wyrażał się niezbyt pochlebnie o  swoim pułku lotniczym. Chwalił  się jak  wysadził budynki lotnicze i  zniszczył maszyny lotnicze w  dniu……Zwróciłem mu  uwagę, że nie przystoi oficerowi  wojsk polskich tak  wyrażać  się w miejscu publicznym. Uwaga ta go ostudziła od dalszych wynurzeń. Po  powrocie  do  siostry Marii  do hotelu – czułem  się bardzo  zmęczonym, a tymbardziej po  całonocnej  jeździe na rowerze. Siostra dla podniesienia  sił i dla  wywołania lepszego  nastroju uraczyła nas  nalewką ze spirytusem. Rozochoceni nalewką sprowadziliśmy jeszcze wiecej napojów alkoholowych by  zabić  smutek i frasunek. Wtedy podochoceni gwarzyliśmy z myślą, że  do koszar mamy  czas  do 8 wieczorem. O godzinie  4- tej po południu wpadła koleżanka siostry z ulotką  nadzwyczajną, odbitą przez Redakcję Słowa Wileńskiego, które donosiło że Anglia, Francja, Ameryka, Turcja i inne państwa postawiły Ultimatum Rosji Sowieckiej z żadaniem  zaprzestania marszu na Polskę i  wycofania  się z zajętych miejscowości oraz że Rosja  Sowiecka zgodnie z Ultimatum marsz swoich wojsk powstrzymała i oddziały te które  wkroczyły na  terytorium  Polski   wycofują się. Ulotka ta do naszego humoru wywołanego  alkoholem była  tak  radosna i pocieszająca, że my niezwłocznie  udaliśmy się do miasta dla  zaciągnięcia dokładniejszej informacji. Na ulicach ludzie stali grupami i  czytali ulotkę. Byli uśmiechnięci i weseli -  cieszyli się ogromnie ściskając się wzajemnie. By  dowiedzieć się z jakiego źródła ta ulotka  została nadana  ośmieliłem się i poszedłem do Redakcji Głosu Wileńskiego.  W redakcji  zastałem  brata redaktora Józefa Tac -  Mackiewicza. Poinformował on mnie, że treść ulotki  pochodzi z  agencji………… z Londynu i że jest prawdziwą. Ponadto  dodał, że informacje z oddziałów Straży Granicznej potwierdzają, iż bolszewicy rzeczywiście wycofują się z zajętych miejscowości polskich i że te miejscowości ponownie   zajmowane przez wojsko polskie. Po  wyjściu  redakcji udaliśmy  się na plac przed katedrą – gdzie ogromna masa ludności słuchała nadawanych specjalnych komunikatów przez głośniki. Komunikaty  te podawały treść ulotki z komentarzami radosnymi i pocieszającymi. Wśród słuchaczy była nadzwyczajna radość, wszyscy śmieli się i cieszyli. Wznoszono okrzyki niech żyje Polska! Niech żyje Anglia, Francja itd. Podniecony tymi okrzykami  zaczęłem wznosić okrzyki : Precz  z Hitlerem ! Precz  ze  Stalinem! Burzliwe oklaski były powtarzane przez  zebranych – radość była nie do opisania. Niektórzy płakali lub tańczyli  z radości, po czym udaliśmy się  do kina „Helios” -  gdzie odbywał  się  wiec. Tam także wzniosłem okrzyk: Precz z  Hitlerem! Precz ze  Stalinem! Okrzyk ten przez dłuższy  czas nie miał końca. Poczęto mnie podrzucać, że ledwo wyrwałem się z rąk i uciekłem z kina. Po  powrocie do siostry przez rozjuszone miasto, ponownie pocieszaliśmy się wódeczką przez pewien  czas. Do punktu werbunkowego postanowiliśmy się udać dnia następnego, po czym  rozebraliśmy  się i położyli odpoczać.  Wieczorem o godz.6 – tej, przyszła  do  siostry sąsiadka i  zakomunikowała, że na Lipówce, przedmieścia  Wilna są bolszewickie  czołgi. Siostra nas obudziła i to  nam zakomunikowała.  My  zwymyślaliśmy  sąsiadkę mówiąc że jest to plotka  niewiarygodna. Po czym ponownie  położyliśmy  się spać, gdyż  byliśmy  rozespani. Po niejakim  czasie ponownie  do  hotelu  wpadli chłopcy, mówiąc że oni byli na Lipówce i  widzieli tam czołgi bolszewickie z  wojskiem. W  dalszym  ciagu nie dowierzaliśmy  temu, jednak kiedy usłyszeliśmy  strzały od  strony Lipówki i stacji kolejowej to wówczas brat mój  Bolesław prędko ubrał  się i pośpieszył  do 19 Dywizji Wojska Polskiego, mieszczącej  się niedaleko ulicy Wielkiej, aby  dowiedzieć się o sytuacji. Niezwłocznie powrócił powiadamiając, że wszyscy  wojskowi Dywizji ładuja  się  do samochodów i niebawem odjadą i  rzeczywiście  od  strony Niemna nadjeżdżaja bolszewicy na przedmieście Lipówki, dodając, że możemy z  tym  sztabem opuścić  Wilno. Prędko zeskoczyłem z łóżka i  zacząłem  się ubierać, lecz butów na okręconych onucami nogi nie mogłem wcisnąć. W pośpiechu męczyłem  się i  ani rusz nie  wchodziły buty  na  nogi. Brat mnie ponaglał, lecz bezowocnie, ja butów wciągnąć nie  mogłem. Siostra widząc moje  bezskuteczne usiłowania w ubieaniu się począła mnie nakłaniać by pozostać. Posłuchałem ją i oświadczyłem bratu, że pozostaję. Brat pożegnał  się i pośpieszył do  siedziby  sztabu 19 Dywizji, skąd odjechał  samochodem, jak się późnie okazało  do Litwy Kowieńskiej. Policja mundurowa także udała  się do granicy litewskiej – która pod  naciskiem bolszewików poddała  się i  wszyscy łacznie z  wojskiem  zostali internowani. Ja pozostałem do  dnia następnego u siostry z powodu niemożności obucia  się. Do godziny 12 – tej w  nocy trwały strzały. Pochodziły one z pancerki polskiej, jeżdżącej po torach kolejowych i  strzelającej w kierunku nadchodzących bolszewików. Kiedy strzały ustały ponownie położyłem się odpoczywać. Jednak usnąć nie mogłem. O świcie począłem  ubierać  się – nogi  wypoczęte, onuce  wysuszone, dały możność  włożyć  buty. Wyszedłem na miasto o godz. 6 – tej – bez pasa i rewolweru. Na ulicach pełno było młodych rozradowanych Żydów krzyczących „Da zdrastwój krasnaja armia” – machając czerwonymi chorągiewkami.  Wychodzącym z bram polskim żołnierzom  zabierali broń i  ciągnęli pod  ratusz, tam  oddawali oddziałowi wojska bolszewickiego. Na  stopniach Ratusza stali żydzi, przeważnie młodzi i śpiewali bolszewickie piosenki. Młodzież żydowska była rozjątrzona. W całym mieście wrzeszczała na cześć bolszewików i miała  zardzewiałe  karabiny na plecach. Ogólny widok ludności polskiej, której było bardzo mało, był bardzo  smutny. Niektóre kobiety płakały. Ostara Brama  była  zamknięta, przed którą  gromadka kobiet modliła się. Postanowiłem udać  się  do rodziców  żony na ulicę Szkaplarską. Przechodząc ulicą Ostrobramską, zatrzymałem się by popatrzeć na  bolszewicką piechotę, kroczącą  do  miasta. Była ona umundurowana bradzo żle. Miała  na  sobie  stare umundurowanie i obuwie, karabiny zawieszone  na plecach były na  szurkach. Po obu stronach ulicy stali Żydzi i  wzosili okrzyki „ Da zdrastwójcie krasna armia”. Obok maszerujących bolszewików jechał konno na oklep, bez  siodła  Żyd, w rozpiętej koszuli i trzymając karabin w ręku krzyczał wygrażąc Polakom. Tuż obok mnie stał kolejarz polski – niższej rangi i  wychwalał oddziały bolszewickie -  wyrażając się ujemnie o  wojsku polskim. Trąciłem go łokciem i w pośpiechu odszedłem. Idąc ulicą Nieświeską grupki żołnierzy  bolszewickich ciągnąc karabiny  maszynowe  zapytywali „ Gdzie palaki”, chodziło im o polskie wojsko, gdzie się ukryło. Odpowiedziałem im, że wojska polskiego w mieście nie ma, że opuścili masto w  dniu wczorajszym. Kiedy  zbliżałem  się do ulicy Szkaplarskiej rozpoczęła  się strzelanina z karabinów maszynowych. Ostrzelwali bolszewicy cmentarz prawosławny, bo im Żydzi  donosili że tam są ukryci polscy żołnierze. Na podwórzu domu mieszkalnego rodziców żony stał karabin  maszynowy wycelowany na cmentarz prawosławny, przy którym było z 10 żolnierzy  bolszewickich. Z rodzicami  zamieniłem  zaledwie kilka słów, pożegnałem się i odszełem, mówiąc że pójdę do Nowej Wilejki do siostry Bujkowej. Tak też i uczyniłem. Uważałem, że tam będzie  bezpieczniej. W Wilnie mieszkać  nie mogłem, gdyż  mnie widziano poprzedniego  dnia  chodzącego z rewolwerem oraz czyniącego okrzyki „Precz  ze  Stalinem !” -  każdej  chwili mogłem być  aresztowany.            Idąc do Nowej Wilejki -  przed Nową Wilejką o 2 km natkąłem się na patrol wojska bolszewickiego, który  mnie  zatrzymał i skierował powrotem  do Wilna. Zauważyłem, że w miescu tym po obu stronach szosy,  stały  zamaskowane  czołgi i inne  samochody wojskowe. Na pewno z tego powodu  droga  do Nowej  Wilejki była   zamknęta. Powróciłem do Wilna i  zatrzymałem  się nadal u siostry w  hotelu. Następnego  dnia  bolszewicy ogłosili, że wszyscy winni złożyć  broń posiadaną. Ponadto urzędnicy państwowi powinni  zameldować  się, jako też i osoby przybyłe  do miasta z innych miejscowości. Dotyczyło to uciekinierów z powiatów  wschodnich, którzy  schronili się przed bolszewikami w  Wilnie. Za uchylanie się od tego meldunku – groziła surowa odpowiedzialność. Setki osób wyższych i niższych urzędników państwowych jak: sędziów, prokuratorów, profesorów uniwersytetu, starostów, rejentów, adwokatów oraz urzędników  niższych, łącznie z woźnymi  stało  wówczas przed byłym Urzędem Wojewódzkim i tam czekając w kolejce na ulicy  wkraczali  do  gmachu i  meldowali  się. Poważna ilość po  wyjściu  z gmachu była  zatrzymywana i   wywieziona potem na Sybir. Sytuacja meduących się była  rozpaczliwa. Za uchylanie  się  od  meldunku groziła  niechybnie surowa kara.


Podziel się
oceń
0
1

komentarze (5) | dodaj komentarz

Z Kucewicz do Wilna

wtorek, 19 lutego 2008 13:23

Kiedy przyjechałem do Kucewicz, to posłyszałem w miejscowym kościółku śpiew suplikacje – Święty Boże, Święty Mocny ….itd. Kościół był przepełniny modlącymi  się. Zaszedłem do kościoła. Na  głównym ołtarzu paliły się świece – modlono  się i śpiewano bez księdza, gdyż księdza w Kucewiczach nie było. Kiedy  wyszedłem z  Kościoła to  za mną sporo  wyszło modlących  się, by dowiedzieć  się ode mnie, jak prędko przyjdą bolszewicy i co oni mają czynić. Wszyscy byli przestraszeni i  zaniepokojeni. Radziłem im pozostać  na  miejscu z dobytkiem i w miarę możności przeczekać. Po czem udałem  się do żony z którą usaliłem, że ja muszę nieodzownie  wyjechać i  wstapić do wojska. Żona dobrze  wiedziała o mojej działalności wojskowej i  akcji wojny z bolszewikami w  latach 1918 – 1920, więc mnie  nie  zatrzymywała. Przy tym ustaliliśmy, że  żona  z  córeczką Lili także jak najszybciej wyjedzie  do  Wilna. Po przyjściu  do Urzędu Gminy zwołałem  wszystkich pracujących i  z nimi odbyłem  naradę. Akta poufne i tajne  spalono.  Wypłacono wszystkim pobory za  trzy miesiące. Na wypłatę sołtysom i na zasiłki rezerwistom -  sumę potrzebną  zostawiono.  Resztę  z 18 000 zł otrzymanych z Kasy Skarbowej zabrałem  do  wpłacenia w kasie  starostwa. Na zakończenie  wezwałem pisemnie zastępcę wójta pana Rozwadowskiego, by objął urzędowanie po mnie. Pracownikom innych Wydziałów Gminy radziłem pozostać na miejscu o ile nie  wyjadą  gdzie indziej. Pożegnanie  z pracownikami było nader smutne. Ze łzami  ściskaliśmy  się serdecznie. Po powrocie  do  domu i spożyciu obiadu – zabrałem  się do wyjazdu. Przedtem udałem  się  do pana Ł…………….właściciela  majątku i poprosiłem  go aby on  zaopiekował się moją rodziną. Przybył  do naszego mieszkania i pocieszył płaczącą żonę obiecując roztoczyć nad  nią opiekę. Z domu  wyjechałem na rowerze, żona  z Lilą odprowadziła  mnie z kilometr  drogi. Po  czym pożegnaliśmy  się i ja pojechałem do  Oszmiany inną  drogą, przez majątek Nowosiółki hr.  Czapskiego. Po drodze spotkałem pana Michała R…… osadnika  wojskowego i  radnego Gminy, który  spieszył  do mnie  do  Gminy, po poradę co on ma  czynić – czy pozostać  czy uciekać. Poradziłem  mu  aby na razie pozostał  w  domu w  ukryciu, jak  zajdzie niebezpieczeństwo, to  wywczas by uciekał – tak on i  uczynił, w październiku przybył do Wilna i potem  wyjechał  do Łotwy. Przejeżdżając przez majątek Nowosiółki wstąpiłem  do hr. Czapskiego. Jednak go już nie  zastałem, odjechał końmi do  Wilna. Z majatku Nowosiółki prowadziła  droga przez lasy, przy  szosie wiodącej ze  stacji Soły do Oszmiany, przejeżdąjąc lasem, spostrzegłem  w lesie w oddali od  drogi konie, krowy i trzodę chlewną – które okoliczni mieszkańcy spędzili do lasu, by takowych  chronić  przed bolszewikami. Także  widziałem kilka wozów wjeżdżających do lasu z różnym dobytkiem i tobołami. Między innymi mieszkańcy  byli  ze  wsi Nowosiółki, którzy  spostrzegli mnie, podeszli i prosili o  radę, której nie mołem im udzielić. Jadąc  dalej  lasem rower zawadzał o korzenie drzew, przy tym zacinał  się w piachu. Deszcz począł padać, a niebawem  nastapiła ulewa. Przemokłem  do ostatniej nitki. Kiedy  wjechałem na  szosę jazda stała  się lepsza. Na szosie był  duży ruch samochodowy. Od  stacji Soły szybko skręcili oficerowie Straży Granicznej. Jeden  samochód udało się  zatrzymać i  dowiedziałem  się, że wojsko  bolszewickie zbliża  się do Mołodeczna. Kompania Straży Granicznej, będąc bardzo słaba wycofuje  się w kierunku Wilna i Grodna. Także dowiedziałem  się, że na stacji Soły -  zgromadzone bydło jak krowy, owce i trzoda chlewna rozdawane było powrotem właścicielom, którzy przybyli. Wydawano także bezpłatnie zboże, którego było tysiące ton, zmagazynowanego dla  wojska, aby nie dostało  się w ręce bolszewickie, tymbardziej że nie było możliwości go wywieść. Po przyjeździe  do Oszmiany, przyjechałem  do mieszkania gdzie mieszkał Kazik by przebrać się w jego suche  ubrania. Po przebraniu  się swoje  zmoczone ubranie zostawiłem. Ubrałem  się w spodnie do butów i fręcz z kołnierzenm stojącym. Ubranie było z  materiału  samodziałowego w pięknym  gatunku. Przebierając  się spostrzegłem w  szafie  stosy ułożonych koszul, skarpetek i innej bielizny oraz kilka  garniturów, płaszczy i  bucików. Nalęży nadmienić, że  syn Kazik lubił się dobrze ubrać i ubrania miał  pod dostatkiem.  Gospodyni, bardzo  zacna kobieta  wdowa – lubiła Kazika i uważała go jak  własnego  syna – była  bardzo  zmartwiona o jego losie, mówiła że kiedy  z nią żegnał  się, to był  bardzo  wzruszony i blady. Obdarzyła ona  mnie obrazkiem Matki Boskiej Ostrobramskiej – który w koperciku  schowałem do pugilaresu. Po czym pożegnałem się i odjechałem  do miasta. W mieście na ulicy  stali ludzie kupkami i radzili się -  w gronie tych stojacych  było  sporo moich znajomych -  zatrzymywali  mnie pytając  co  zmierzam z  soba robić. Odpowiedziałem, że jadę  do Wilna by tam wstapić  do wojska. W starostwie był jeden starosta i  wyżsi urzędnicy. Do kasy  wpłaciłem przeznaczone pieniądze, otrzymałem pokwitowanie osobiście od pana  starosty – bowiem kasira nie było obecnego. Starostwo  posiadało jeden tylko  samochód, więc tym samochodem nie mogli wszyscy urzednicy wyjechać, mobilizowano więc  podwody konne. Proponowano mi podróż tymi podwodami. Jednak wolałem jechać do Wilna rowerem – była to lokomocja pewniejsza. Pożegnałem  się ze  starostą i innymi urzędnikami. Jadąc zajechałem do  kasyna urzędniczego by tam posilić się, bo była już godzina 8 wieczór i byłem głodny. Jednak w kasynie już  żadnych produktów  do  sożycia  nie  było z  wyjątkiem  wody sodowej, więc pojechałem dalej  z apetytem do  jedzenia. Na szosie był duży ruch jadących powozami i pieszo w kierunku  Wilna. Jachali ziemianie  całymi rodzinami, urzędnicy z Oszmiany, Policja i inni. Po  drodze zajechałem do koloni pana Czyża, inspektora ubezpieczeń od ognia, by tam przeczekać  padający deszcz. Zastałem tam hr. Czapskiego, który jadąc  do  Wilna, także  zajechał  do pana Czyża. Był on bardzo  zmartwiony i przygnębiony. Postanowił konie odesłać  spowrotem do majątku i jechać  do Wilna z panem Czyżem autem. Po spożyciu kolacji u pana Czyża i osuszeniu się nieco – pojechałem ponownie do Wilna. Do Wilana z Oszmiany było 60 km. Droga była w niektórych miejscowościach mocno górzysta, przeto pod górę było bardzo  ciężko jechać. Natomiast z  góry rower pędził z  wielką szybkością aż  wiatr szumiał w  uszach i było chłodno. Przy tym trzeba  było  uważać w ciemności by nie  najechać na furmankę i osobę idącą pieszo. Po pewnym  czasie zaczął  padać  deszcz, który zmusił mnie do zatrzymania  się w Rukojnach i schronić się od  deszczu w piwiarni w której pełno było podróżnych uciekinierów z powiatu Oszmiańskiego do Wilna i odwrotnie z  Wilna na prowincję. Wśród obecnych toczyła  się  dyskusja na temat wymarszu wojsk bolszewickich na Polskę.Jedni byli  zdania,że Francja i Anglia uczynią ultimatum Rosji Sowieckiej, żądając utrzymania  neutralności  wobec Polski, inni  tłumaczyli że Niemcy zajma Polskę i bolszewików powstrzymają. Dyskusja była  chaotyczna i bez żadnego  znaczenia. Kobiety  płakały łącznie z  dziećmi. Nasrój był przygniatający. Turkot kół od wozów rozlegał się nieustannie  zdążających w  pośpiechu do Wilna. Napiłem się herbaty i ogrzałem się, po czym ponownie puściłem się  w  drogę. Kiedy poczęło switać zbliżałem  się  do o 7 km od Wilna, po  drodze jechały furmanki z policjantami. Niektórzy policjanci jechali na rowerach, miedzy którymi jechał  też Komendant Polcji w  Kucewiczach. Nawiązałem z nim  rozmowę, w której zakomunikował  mnie, że Policja wkupi  się do szeregu oddziałów wojskowych i będzie bronić  Wilna.  Zbliżając się  do Wilna napotkałem posterunek wojskowy, który badał przejeżdżającym dokumenty. Po przejrzeniu moich  dokumentów  i otrzymaniu ode mnie wiadomości, iż jadę  wstapić  do  armii polskiej jako ochotnik, poinformował  mnie, że biuro zaciągających  się na  Antokolu w 6 Pułku Piechoty. Jadac  dalej obserwowałem jak uczniowie kopali okopy, za którymi  stało kilka działek polowych. Widok ten podniósł ducha i nastrój we mnie. Mniemałem, że będziemy bić  się  z bolszewikami i nie  damy Wilna, a tymczasem nadejdzie jakaś pomoc  Polsce i  zmusi bolszewików do odwrotu. Po przyjeździe do Wilna wstapiłem do rodziców żony mieszkających na ul. Szkaplarnej. Byli oni przygnębieni i  zasmuceni. Do nich przybyli uciekinierzy, córka z mężem z Karszun, która to miejscowość już była zajęta przez Niemców. Córka płakała bowiem ich dwóch  synów, kształcących  się w Brześciu Litewskim tam pozostało. Teściowa moja zapłakała kiedy dowiedziała  się, że żona moja z córką Lili pozostała sama w  Kucewiczach. Po  spożyciu śniadania udałem się do siostry Marii, mieszkającej w  hotelu Nieszkowskiego w centrum miasta. Był u niej już mój brat  stryjeczny Bolesław Rożnowski, który przybył z powiatu Postawskiego by wstąpić do armii polskiej. Pozostawił on także żonę z rodzicami na  gospodarstwie rolnym obiektem do 80 ha ziemi. Ojca brata Boleslawa, a mego  stryja bolszewicy  zmordowali w 1919 roku. Kryjac się przed bolszewikami także zbierał informacje o ruchach wojsk bolszewickich, które przekazywał.  Zamordowali go nie  za tą  akcję, ale za to, że  był kułakiem i że  jego syn Bolesław  był w wojsku polskim.


Podziel się
oceń
0
1

komentarze (6) | dodaj komentarz

Wojna z Niemcami i zdradziecka napaść bolszewików

niedziela, 17 lutego 2008 15:34

Niemcy hitlerowskie w zdradziecki  sposób – dokonały zbrojnej  napaści na Polskę 1 września o godzinie 4.30 bombardując wszystkie strategiczne miejscowości polskie -  w ten sposób rozpoczęli wojnę w Polsce. Prezydent Rzeczypospolitej  Ignacy Mościcki wygłosił orędzie do narodu polskiego – ogłoszono mobilizację, powołując kilka roczników pod broń. Ogłoszono pobór koni do taborów wojskowych. Nastrój wśród powołanych rezerwistów był wspaniały i wesoły. Wszyscy pozostawili swoja pracę i rodziny i pośpieszyli z piosenkami na ustach do powiatowych  Komend. Syn Kazik łacznie z innymi  porucznikami rezerwy został  wezwany do  stawiennictwa  do 86  pp  w Mołodecznie. W pułku tym odbywał miesięczne ćwiczenia syn Zbyszek. Razem z  Kazikiem ruszyli  w  dniu 2 września na pozycje bojowe. Syn Edek, przed  wybuchem jeszcze  wojny brał czynny udział w  ćwiczeniach lotniczych  w formacjach lotniczych jako ochotnik, a później w  walkach lotniczych z  Niemcami. Ja zwróciłem  się z prośbą do wojewody  wileńskiego, prosząc o zwolnienie mnie ze  stanowiska  wójta, gdyż  także postanowiłem  wstąpić  do  armii, jako ochotnik. Wojewoda prośby mojej nie uwzględnił i polecił pozostać nadal na  stanowisku wójta na którym to  stanowisku będę miał bardzo poważne czynności do wykonania, związane z operacjami wojny.  Czynności  powierzone urzędom gminnym to: czuwanie nad rodzinami pobranych  członków  do  wojska, wypłacanie takowym zasiłku, zakup i  dostawy produktów  żywnościowych  dla  armii,  dbanie o konie, czuwanie nad akcją  samoobrony przeciwlotniczej i gazowej, nad porządkiem bezpieczeństwa publicznego oraz akcją szpiegowską itp. Wieści z frontu bojowego nadchodziły niepomyślne. Niemcy usilnie bombardowali Warszawę, wszystkie strategiczne punkty. Nasze lotnictwo, będąc siłami słabszymi nie mogło przeciwstawić się lotnictwu niemieckiemu. Westerplatte broniło się dzielnie, odpierając ataki niemieckie. Natomiast  w  kilku kierunkach strategicznych Polski – przedarły  się pancerne  dywizje niemieckie i parły naprzód klinami w  głąb Polski, z powodu  czego nasze armie zmuszone były cofać  się, by nie być okrażonymi. Od  syna Kazika otrzymałem list z  drogi  na front ze  stacji Ł………, pisał mi że  jest ze  Zbyszkiem i  z bratem  ciotecznym  Stanisławem Bujnickim w jednej kompanii oraz że nastrój w ich pułku jest bojowo podniosły.             Pracy w Urzędzie, rzeczywiście było dużo w  wyniku  wojny. Z każdej gromady zachodziła potrzeba dostarczyć żywność lub mięso oraz  zboże, paszę  dla koni. Zachodziła potrzeba obrania miejsca na  schrony oraz pouczenia  jak te schrony maja być  budowane. Przy każdej  szkole taki schron był również  budowany. Rodzinom powołanych  rezerwistów na  wojnę -  wypłacać   zasiłek pieniężny oraz  udzielanie pomocy fizycznej do prowadzenia gospodarstw rolnych. Do powiatu oszmiańskiego  skierowano kilkaset dzieci, będących na koloniach letnich  z  województw zachodnich, które już nie mogły powrócić  do  domu z powodu  zajęcia ich miejscowości przez Niemców. Do gminy Kucewicze przydzielono 60 -  cioro  dzieci  w  wieku od 8  do 12 lat. Dzieci te ulokowano w szkole powszechnej  Borunach. Pobudowano  dla nich prycze w  sali  gimnastycznej. Tam one  spały i jadły posiłek. Niektóre dzieciaki płakały ze smutku po rodzicach, przeważnie  dziewczynki. Chłopcy natomiast na podworzu bawili się w  wojnę i mnie  tęsknili  za  domem i za rodzicami. Na ogół nie wesoły był  stan tych dzieci. Więści z frontu przychodziły nadal nie pomyślne. Rząd Polski opuścił Warszawę. Było kilka  nalotów bombowych na Wilno, nie wyrządzając dużych  strat. Radiostacja  został uszkodzona i przestała działać. Hrabia Czapski był w Urzędzie  Gminy dnia 10 września - ofiarował armii 100 pudów ziemniaków, które  w tym  czasie były kopane, jednocześnie twierdził, że Związek Radziecki z pewnością  zaatakuje Polskę. Nie  wierzył Związkowi, że on umowę o nieagresji z Polska  dochowa. Ja nie podzielałem jego zdania i  sądziłem, że Związek Radziecki będzie neutralnym. Dnia 16 wrzesnia podjąłem z kasy  skarbowej w  Oszmianie 18 000  zł. na  wypłatę zasiłków  rodzinom powołanych rezerwistów i powróciłem do Kucewicz – nie słuchając komunikatów radiowych i  dziennika  nadawanego  nocy o godz.12. Położyłem się spać.             Śniło mi się, że krowa w jakimś  budynku nie może ocielić  się – leżała ona  na  ziemi i  wybijała nogami we wszystkich kierunkach. Po czym raptownie z krowy wytoczyła  się mapa Polski – mapa ta poruszyła  się i zastygła. Obudziłem  się z  wrażeniem niepokoju i przygnębienia z myślą, że sen  widziany przed chwilą był  snem niepomyślnym, szczególnie dlaczego powstała mapa  Polski, która poruszyła  się i zastygła. W trakcie rozmyślania nad tym snem Komendant miejscowego posterunku Policji Kuziewicz – począł stukać w szybę okna – budząc mnie wzywając, bym natychmiast  zgłosił się do telefonu na posterunku. Prędko ubrałem  się i kiedy  wyszedłem na podwórze – to  spostrzegłem przed posterunkiem podwody konne i  wiekszą ilość policjantów. Kiedy wszedłem do posterunku to spostrzegłem jak komendant z kasy pancernej  wyjmuje  moje akta i  dokumenty i pali w  piecu. Ze zdziwienie zapytałem po co on to  pali? Otrzymałem odpowiedź - by nie  dostały się w  ręce bolszewickie, gdyż oni już  maszerują na Polskę. Potem oświadczył, że mnie starosta kazał obudzić i powidział bym ja niezwłocznie połączył  się ze starostą celem otrzymania  zleceń.  Wszelkie moje usiłowania nie  dały możliwości w połączeniu  się telefonicznym ze starostą. Od komendanta Kuziewicza dowiedziałem się, że  wieczorem dnia ubiegłego tj. 16 września  o  godz. 12. w  nocy  w były nadane radiowe komunikaty  z  Moskwy, iż  Związek Radziecki postanowił zająć część Polski do rzeki Bug – by te  tereny uchronić  przed Niemcami oraz  w tym celu  wydał  swojej  armii rozkaz rozpoczęcia niezwłocznej operacji zajęcia  wschodnich obszarów Polski.            Po  powrocie  do mieszkania  obudziłe  żonę i opowiedziałe jej  smutna  wiadomość  o  marszu bolszewików na Polskę, dodając że  wracam zaraz  do Urzędu,  aby wydać  różne zarządzenia.             Pierwszym moim obowiązkiem było odwołać  w tym dniu na stacji Soły i z każdej  gromady dostawy żywca oraz  zboża i paszy dla koni. Odwołanie to  uskuteczniłem przez  wysłanie gońców  do sołtysów – którym poleciem  wstrzymać  dostawy w  sołectwach. Była  godzina 6 – ta  rano – do Urzedu  Gminy zaczeli nadjeżdżać mieszkańcy po  wiadomości -  wszyscy  byli  bardzo przygnębieni w tej liczbie był  hr. Czapski. Wszyscy oni  dowiedzieli  się o  marszu bolszewików o północy z  radia. Prosili  mnie o radę -  co oni  maja czynić -  zostać  czy uciekać. By im dać odpowiedź usiłowałem połaczyć  się ze  starostą, bez  skutku. Telefon  w  dalszym ciagu był  zajęty. Przeto  wszyscy musieli odjechać bez jakiejkolwiek porady jak lepiej maja uczynić,  zostać czy wyjechać i  dokąd? Przybyłe  dzieci pod przewodnictwem nauczycieli do kopania  schronów przeciwlotniczych  i  gazowych  przy  szkole rozpuściłem  do domów, gdyż  uważałem że z tych schronów nikt już nie będzie korzystał. O godzinie  7 rano  wyjechałem  do Oszmiany do starosty po  informacje. Jadąc spotykałem  dużo młodzieży uczącej  się w  średnich  szkołach Oszmiany uciekającej do  domów. Słychać  było  silne  detonacje od  wybuchu bomb w  stronie Lidy. Kiedy przybyłem do starostwa, to na podwórzu spostrzegłem duży  stos palących  się  akt pod  dozorem wice starosty. Po przywitaniu  się  ze mną wice starosta zapłakał – mówiąc jaki  smutny los dosięgnął naszą Ojczyznę. Pierwszą jego radą było, by jak najprdziej przekazać urzędowanie zastępcy wójta, a samemu   wyjechać z Kucewicz do Wilna, dokad  starostwo będzie  ewakuowane.  Znając historię  mojej  działalności – mówił, że ja nie mogę  bezpiecznie pozostać  na  stanowisku  wójta. Od  samego starosty pana Begmajera otrzymałem zlecenie, abym   wypłacił  wszystkim pracownikom  Gminy i  sołtysom  3 – miesięczne pobory oraz pozostawił potrzebną   sumę do  wypłaty  zasiłku rodzinom rezerwistów, resztę sumy  wnieść do kasy  starostwa. Po  za tym otrzymałem zlecenie spalenia  wszystkich tajnych i poufnych  dokumentów. W  starostwie był ogromny  ruch. Starosta miał zebranie  wszystkich przełożonych instytucji, dyrektorów  szkół, Naczelnika Urzędu Skarbowego, Kasy Skarbowej, Urzędu Ziemskiego, ks. proboszcza – oraz przybyłych  wójtów i burmistrzów i inych przedstawicieli społeczeństwa. Na zebraniu tym postanowiono główne akta wszystkich urzędów ewakuować  do Wilna, łacznie z przełożonymi oraz całą Policją. Niżsi urzednicy pozostaną na  miejscu, o ile  nie będą  chcieli  wyjechać  z Oszmiany. Uczacą się młodzież ze  szkół, łacznie z  harcerzami pierwotnie zamierzano także skierować do Wilna, jednak w ostateczności postanowiono pozostawić w Oszmianie, resztę odesłać  do miejsc zamieszkania do rodziców. Młodzież   ta zgromadzona przed  starostwem uporczywie  domagała się, by jej  dano możnośc  iść na piechotę  do Wilna, tak nie  chciała pozostać  w Oszmianie i dostać  się w  ręce bolszewików. W Oszmianie nie było  wiadomo czy Wilno będzie bronione przez  wojsko przed zajęciem  go przez  wojsko  bolszewickie. Urząd  Wojewódzki na  razie ma pozostać na miejscu w Wilnie i polecono  starostom   wschodnich powiatów ewakuować  się  do Wilna. Z Oszmiany   wyjechałem  wozem do Kucewicz o godz. 11 – tej. Po  drodze zatrzymywano  mnie na każdym  osiedlu z  zapytaniem co maja czynić mieszkańcy tych osiedli. Wszędzie był niepokój i  smutek. Szczególnie obawiano się o utratę inwentarza żywego. Jadąc   słyszałem od  strony Lidy  silne  wybuchy – było to wysadzane lotnisko  wojskowe i inne  budynki wojskowe. Po  drodze także  dużo osób uciekało  z Oszmiany do  domów w  różne  miejscowości i odwrotnie, niektórzy  spieszyli  do Oszmiany.


Podziel się
oceń
0
1

komentarze (14) | dodaj komentarz

Przed wybuchem wojny

piątek, 15 lutego 2008 20:27

W 1937 roku przedłożyłem wniosek na ręce  starosty o udekorowanie krzyżem   zasługi pana Aleksandra Rozwadowskiego, za zasługi kładzione w prowadzeniu  wzorowego rolnictwa w swoim folwarku o 60 ha ziemi, w którym to folwarku prowadził także mleczarnię – wyrabiając masło z własnego mleka i dostarczanego przez  sąsiednich rolników i pana rolnika Wincentego Kiedy – także dobrego  rolnika, który był także wzorowym i  sumiennym  stolarzem. Przy budowie prowadzonych przez Zarząd Gminy szkół i innych budynków,  roboty  stolarskie były prowadzone  solidnie i ładnie. Pani Zabłocka Jadwiga mieszkanka wsi Olany za wzorowe i czyste utrzymywanie  swojej  zagrody oraz izb mieszkalnych. W izbach pełno było  doniczek  kwitnących. Okna były duże, przeto w izbie pełno było światła.  Zagrodę tą zalecałem innym do obejrzenia. Wszyscy oni zostali odznaczeni krzyżami zasługi i udekorowani podczas posiedzenia. Wyżej wymienieni  wszyscy zostali  w roku 1940 wywiezieni przez bolszewików na Sybir.    W 1938 roku zostałem odznaczony Dyplomem o treści następującej: Na podstawie Ustawy z  dnia 8  stycznia 1938 roku (Dz. U. R. P. nr 3, poz 11) nadaję panu Kajetanowi Rożnowskiemu, wójtowi  gminy Kucewicze Brazowy Medal za długoletnia  służbę. Wilno dnia 20 grudnia 1938 r. podpis wojewody.  1939 rok nastapił pod groźbą wybuchu wojny. Niemcy hitlerowskie natarczywie domagały się od Polski odstąpienia im korytarza widącego z Niemiec do Prus  Wschodnich o szerokości 40 km, łacznie  z wolny miastem Gdańskiem. Nastrój ludności Polskiej  był patriotyczny i  jednolity z  Rządem Polski. Gdyby  wówczas Rząd uwzględnił żadania Niemiec to  nazwano by  go zdrajcą i byłby potępiony przez cały naród  polski. W kraju odbywały  się próby mobilizacji oraz  spis i przegląd koni zdatnych do taboru koni  wojskowych. W  związku z tymi  czynnościami Urząd Gminny dużo miał pracy. Ponadto urzadzałem tego lata ćwiczenia przy  współudziale instruktora przeciwlotnicze i przeciwgazowe, pouczając mieszkańców gminy, jak mają  się  zachować podczas nalotów bombowców i jak  maja  gasić powstające pożary. Pouczenia te odbywały się w  każdą niedzielę w  gromadach.    Dnia 6 sierpnia udałem się, łącznie z innymi kolegami i przedstawicielami władz administracyjnych i  społecznych na  Zjazd Legionistów  do Krakowa. Zjazd był imponujący. Spotkałem w  Krakowie moc koległów  z  wojska oraz  z pracy w  Straży Kresowej -  z czasów poselskich. Bardzo  serdeczne było  spotkanie ze  starostą Mydlarzem. Był starostą województwa kieleckiego – był on w  mundurze legionisty – ja zaś w mudurze Obrońców Ojczyzny Związku Rezerwistów. Odbyły się uroczystości na Błoniach. Po przemówieniu Marszałka Rydza - Śmigłego, jako  Naczelnego Wodza, w którym  to przemówieniu  wypowiedział niefortunne  słowa, że Polacy nie tylko nie oddadzą korytarza i Gdańska Niemcom, lecz nawet guzika od płaszcza. Odbyła się imponujaca defilada przybyłych na zjazd legionistów i innych organizacji oraz przedstawicieli  społeczeństwa. Defilda  trwała  do 3 godzin. Wieczorem na dziedzińcu Zamku Wawelskiego odbyła się sceny batalistyczne powtarzające dzieje historii Polski oraz powstanie Legionów pod dowództwem Piłsudskiego -  walki Legionów i  wskrzeszenia Polski w 1918 roku. Przedstawienie to trwało od godziny 6  do 12 w  nocy. Zostało  zakończone  dzwonem Zygmunta. Dnia 7  sierpnia zwiedziliśmy Kraków, Wawel – kaplicę Zygmuntowską ze zwłokami Marszałka Józefa Piłsudskiego. Trumna Marszałka tonęła w przepięknych wiązankach kwiatów przed którą tysiące uczestników Zjazdu przebywało w  skupieniu. Wieczorem tygo dnia wyjechaliśmy  spowrotem do domu. Należy nadmienić, że podczas pobyu w  Krakowie w  czasie trzech dni zjazdowych nastrój  wśród  ludności był nader spokojny i podniosły, mimo wiszącej wojny w powietrzu. Zgodność całego narodu polskiego była jednolita z Rządem, by nie oddawać Niemcom hitlerowskim ani jednej  części  ziemi polskiej  i nie  ustepować ich żądaniom do Polski. Naród Polski  chciał bronić Ojczyzny  do  ostaniej kropli krwi. W tym  czasie w Moskwie odbywały  się pertraktacje między  Związkiem Radzieckim a Rządami Anglii i Francji w  celu przeciwstawienia  się  agresji Niemiec hitlerowskich. Pertraktacje te przeciągały  się nie osiągajc porozumienia. Związek Radziecki żądał uzyskania  zgody na okupowanie państw bałtyckich jak Estonia, Łotwa, Litwa – na  co Wielka Brytania  i Francja,  zgodzić  się nie  chciały. Nieoczekiwanie przybył  do Moskwy Ribentrop ministrer spraw zagranicznych Niemiec hitlerowskich. Zdołał  nakłonić Związek Radziecki do zawarcia układu z  Niemcami. Tajna klauzula  tego układu dawała swobodną działalność Związkowi Radzieckiemu do okupowania państw nadbałtyckich i także podziału Polski na wypadek wybuchu wojny między Polska a Niemcami. Według układu tej umowy – po  wybuchu wojny, Rosja sowiecka okupowała Estonię, Łotwę i Litwę. Polskę podzielili między  sobą.  Miesiąc sierpień był  dla narodu polskiego niepokojącym -  wojny nikt nie  życzył – a  jednak  cały naród polski był  gotów stawić  czoło Niemcom. Pertraktacje, odbywające się miedzy Rządem Polski a Niemcami nie dały pozytywnych rezultatów. Obawiano  się by na  wypadek  wojny z Niemcami Związek Radziecki także nie uderzył na Polskę od tyłu. Obawy te najwięcej istniały wśród mieszkańców  wschodnich, którzy dokladnie  znali Rosję Sowiecką  z lat 1918 – 1920.  


Podziel się
oceń
0
1

komentarze (14) | dodaj komentarz

Z rodziną i ważne uroczystości

czwartek, 14 lutego 2008 22:16

Każdego lata podczas ferii w nauce przyjeżdżali do domu do Kucewicz synowie Zbyszek i Edek. Spędzali oni czas przeważnie na łodziach, pływając po rzekach i  stawie -  zabierając ze  sobą  małą Lilii. Podczas ich pobytów także i Kazik często przyjeżdżał z  Oszmiany na swoim motocyklu „Sokół”. Wówczas kolejno   wszystkich nas  woził na swoim motocyklu po kilka kilometrów. Zapraszała nas wówczas często do  majątku pani Bildziszewska, która także miała  dwie  wnuczki na   wakacjach. Panny miały po 16 – 18 lat. Ochoczo wówczas młodzież bawiła się tańcząc i odbywając spacery po wspaniałym parku i ogrodzie owocowym. Pani Bildziszewska, niejednokrotnie mi mówiła, że chętnie chciałaby mieć Kazika za  zięcia. Oddałaby za niego starszą  wnuczkę. Rodzice jej sędzia Szymkiewicz także lubili Kazika i  wyrażali chęć mieć jego za  zięcia. Lecz Kazik będąc jeszcze młodym, mając lat 21 nie  spieszył się  z żeniaczką – tym bardziej, że miał swoją Oleńkę, którą kochał w majatku Belmont, gdzie odbywał praktykę rolną.             Na  Święta Bożego  Narodzenia i Wielkanocne także przyjeżdżali. Wówczas było  w  domu gwarno i  wesoło. Urząd Gminy wówczas w  sali remizy urządzał zabawę taneczną na którą przychodzili nauczyciele, interesujące córki  zamożniejszych gospodarzy, które także odbywały  ferie  w  domu. Na  zabawach tych bawiliśmy się  wyśmienicie. Zapraszali nas  także  do  siebie nauczyciele i  gospodarze z  zamożniejszych  domów. Spotkania były połaczone z  zabawami tanecznymi. Na Boże Narodzenie urządzaliśmy kuligi i  jazdy  na  nartach. Czas upływał  bardzo  wesoło i ochoczo. W lecie 1936 i 1937 roku Zbyszek i Edek, będąc na  feriach letnich odbywali praktykę przy budowie drogi  wojewódzkiej,  Zbyszek jako pomocnik mierniczego, Edek jako dozorca pacujacych. Wynagrodzenie otrzymywali Zbyszek – 60 zł miesięcznie, Edek – 40 zł. Zarabiali na swoje potrzeby. Kazika pobory łacznie z innymi dodatkami wynosiły 600 zł miesięcznie.Kupił sobie motocykl „Sokół”, także  sporządził duży zapas ubrań bielizny i pościeli. Był jednak  bardzo  oszczędny. Prowadził zapis  najdrobniejszych  wydatków. Płacił on za bursę  Edka 35  zł miesięcznie. Była to  dla mnie ulga w  kształceniu Zbyszka i Edka, którzy uczyli  się  w  Wilnie, Zbyszek na  wydziale – miernictwo, Edek – budowy maszyn. W 1936 roku po ukończeniu szkoły technicznej Zbyszek pod  moim  wpływem został przyjęty  do Urzędu Wojewódzkiego w  Wilnie  na  Wydział Mierniczy w  charakterze mierniczego. W 1937 roku odbywał  służbę   wojskową w Podchrążówce w Modlinie w baonie  saperów, potem już pracował w  Urzędzie  Ziemskim jako  mierniczy. W 1938 roku Edek także po ukończeniu  szkoły technicznej został przyjęty  do fabryki budowy broni w  Warszawie. By  dostać  się do tej fabryki trzeba  było mieć dobrą opinię wystawioną przez władzę  administracyjną. Taka opinię mnie  łatwo  było  uzyskać w Wileńskim Urzędzie  Wojewódzkim.             W  dniu 11 listopada 1938 roku w 20 – tą rocznicę wyzwolenia Państwa Polskiego - w Kucewiczach odbyły się uroczystości poświecenia kamienia węgielnego pod  budowę  pomnika poległym ochotnikom  Wojska Polskiego w latach 1919 – 1920 z Gminy Kucewicze w  obronie  Ojczyzny oraz poświęcenia i oddanie  do użytku nowo wybudowanej  szkoły w Kucewiczach oraz  remizy Straży Ogniowej. Uroczystość odbyła  się w  obecności pana starosty powiatowego Chrzanowskiego, inspektora szkolnego, inżyniera powiatowego i komendanta Policji oraz ks. proboszcza parafi Boruńskiej. Pomnik pobudowano z kamienia  ciosanego w  postaci  krzyża ciosanego wysokości  do 6 metrów, na placu pod Urzędem Gminnym – wizawi  szkoły. Na pomniku umieszczono  tablicę z napisem „Padłym Bohaterom w walkach z  nawałą bolszewicką w 1919 – 1920 roku” z   wymienieniem 10 nazwisk poległych – u  dołu Orzeł Polski. Uroczyste odsłonięcie pomnika odbyło  się w 1939 roku w  dniu 3 maja. Remizę  Straży Ogniowej pobudowano w lecie 1938 roku kosztem 35 tysięcy zł. Remiza posiadała oprócz pomieszczenia  na rekwizyty  strażackie -  także obszerną salę na imprezy kulturalne, na  zabawy taneczne oraz  salę na  bibliotekę. Remiza ta  służyła  nie tylko potrzebom  strażackim lecz była  także i  Domem  Ludowym – była ona pobudowana obok Urzędu Gminnego, niedaleko szkoły. Przeprowadzono  światło  elektryczne z młynu  wodnego – ulicami Kucewicz do Gmachu Urzędu Gminy i oświetlono takowy. Została także oświetlona  szkoła i remiza strażacka oraz pomnik bohaterów, który w nocy wygladał majestatecznie. Wobec tego, że pomnik stał tuż obok traktu biegnącego  z Oszmiany  do P …….., na którym to trakcie odbywał się bardzo duży ruch kołowy i  samochodowy – którymi przejeżdżały wycieczki organizowane, więc przejeżdżając zatrzymywały  się przeważnie by obejrzeć  pomnik,  fotografując  go i czyniąc notatki.


Podziel się
oceń
0
2

komentarze (7) | dodaj komentarz

Niesłuszne oskarżenia.

czwartek, 14 lutego 2008 13:00

W pracy swojej na  stanowisku wójta poświęcałem  się pracy  społecznej, którą bardzo lubiłem kontynuować. Prace te były różne. Przy Zarządzie Gminy  zorganizowałem Kasę Pożyczkową bez procentu dla wolnego rzemiosła i chrześcijan. Głównym kapitałem tej Kasy były udzielane  subwencje z Komitetu Kas w  Warszawie w  wysokości 600 zł., poza tym  dotacje  Gminy w   wysokości 500  zł. Kapitał stanowił 1100  zł. Pożyczki były  udzielane od 50 do 100  zł. z terminem 6 – miesięcznej  spłaty. Korzystali z tych pożyczek rzemieślnicy na  zakup surowców jak szewcy, kowale  stolarze, krawcy itp. oraz  drobni sklepikarze na  zakup towarów. Była to pomoc niezbyt dobra, jednak pomagała ona na utrzymanie chrześcijańskich rzemieślników i  sklepikarzy. Przy pomocy tych pożyczek zostały  uruchomione 4 sklepy chrześcijańskie na terenie  Gminy Kucewicze. Kilku czeladników rzemieślniczych otworzyło własne  warsztaty pracy. Przedtem były tylko sklepy  żydowskie.            Dalszą moją pracą była Liga Morska. Byłem prezesem Koła gminnego.Koło liczyło 450 członków, którzy otrzymywali tygodniki i miesięczniki o treści morskiej.            W czasie  wyborów do  Sejmu w  Warszawie w 1937 roku będąc  członkiem B.B.R.W zachęcałem mieszkańców  swojej  Gminy do  głosowania  na listę tego bloku. Na pierwszym miejscu listy bloku figurował poseł Władysław Romanowski. Mnie łaczyły z nim przyjazne  stosunki. W czasie  akcji wyborczej na terenie powiatu oszmiańskiego na liście  ziemian figurował znany  dziennikarz i redaktor  Słowa Wileńskiego  Stanisław Mackiewicz, podpisujący się  Toc. Listę tę popierali najwięcej ziemianie, w tej  liczbie hr. Czapski u którego niejednokrotnie bywał redaktor  Mackiewicz. Hrabia Czapski inspirując akcję  wyborczą na korzyść list ziemian  zwalczał inne między innymi i listę B.B.W.R. Po ostatnim pobycie u hr. Czapskiego redaktor Mackiewicz  zamieścił w Słowie na czołowym miejscu artykuł o treści obszernej o tym, że władze administracyjne, czynnie prowadzą akcję   wyborczą na  rzecz B.B.W.R, a jednocześnie  zwalczają inne listy. W  artykule tym  zarzucił posłowi Romanowskiemu, że skłaniał  starostów do czynnego oddziaływania na powiaty  drogą  administracyjną do  nacisku  wyborców  do głosowania tylko na  listę B.B.W.R. Za te oszczerstwa kłamliwe, pociągnęliśmy redaktora Mackiewicza do odpowiedzialności sądowej. Sprawa odbyła  się w  Sądzie Okręgowym w Wilnie. Na  rozprawę sądową wezwano kilku starostów województwa wileńskiego, ponadto burmistrzów i wójtów. Sala sądowa była przepełniona po brzegi publicznością wileńską i przyjazną. Oskarżony Mackiewicz bronił  się osobiści. My zaś także osobiście popieraliśmy swoje oskarżenia. Redaktor Mackiewicz na dowód  słuszności  uczynionym  zarzutom przedłożył sędziemu pisemne   wezwanie jakie wój zastosował do  mieszkańca   wsi obywatela  Stefana Żeleńskiego wzywającego takowego do  stawienia  się w  Urzędzie  Gminy w  Sprawie Obwodowej Komisji  Wyborczej. Potem  stwierdził, że ja przybyłego  do Urzędu  Stefana Żeleńskiego namawiałem  do  głosowania na  listę B.B.W.R oraz by on nie  głosował na  ziemian jako mąż zaufania. Wyjaśniłem  sędziemu, że rzeczywiście wezwałem urzędowo do Urzędu  Gminy obywatela Stefan Żeleńskiego bowiem takowy na  ustne wezwanie nie  stawiał  się. Wezwałem  go by tylko pouczyć , że nie ma  prawa będąc członkiem Komisji Wyborczej prowadzić  na terenie tej Komisji agitacji   wyborczej. Obywatel Żeleński jako świadek złożył pod  przysięgą  zeznanie, że  rzeczywiście w  Urzędzie  Gminy pouczałem go iż jego obowiązkiem jest praca w Komisji  Wyborczej,  zwiazana  z dyżurami podczas przeglądu list  wyborczych i podczas  głosowania.   Starostowie, burmistrzowi i wójtowie zeznawali  bez przysięgi. Wszyscy oni kategorycznie  zaprzeczyli by  dawali jakiekolwiek  zlecenia swoim podwładnym do prowadzenia  akcji na rzecz B.B.W.R. Sąd po naradzie ogłosił wyrok skazujący  redaktora Mackiewicza na  miesiąc   aresztu za kłamliwe  zamieszczenie  na łamach  Dziennika Słowa Wileńskiego oskarżenia przeciwko nam. Należy nadmienić, że redaktor  Mackiewicz w  sąadzie  przegrał i  został tam moralnie ukaranym, jednak on  aresztu tego nie odbywał, bwiem przy każdej redakcji był redaktor  odpowiedzialny i ten redaktor zmuszony był odbyć  karę w  więzieniu lub  w  areszcie. Po  wyjsciu z  sądu redaktor Mackiewicz przeprosil posła Romanowskiego i mnie także  tłumaczac się, że był mylnie poinformowanym przez hr. Czapskiego i inne osoby.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (9) | dodaj komentarz

Szkoła w Nowosiółkach

niedziela, 10 lutego 2008 9:59

Jednocześnie w tymże roku,  został generalnie odremontowany gmach szkoły 4 – klasowej w majątku Nowosiółki, po nabyciu takowego na własność. Do tego  czasu był wydzierżawiony od hr. Czapskiego.Gmach ten był obszerny – posiadał aż trzy klasy duże wykładowe, obszerne korytarze, pokój nauczycielski. Po odremontowaniu, zaopatrzono go w sprzęt pomocy  szkolnej. Na mój  wniosek Rada Gminna uchwaliła nazwać tę  szkołę także imieniem Józefa Piłsudskiego. Kierownikiem tej  szkoły był Jerzy R …….. z pochodzenia ukraińskiego. Był  dobrym patriotą polskim i  dobrym  nauczycielem. Był  on  radnym Gminy. Hrabia Czapski złożył oświadczenie, że gmach w którym znajduje  się  szkoła dobrowolnie ofiaruje łącznie z 2 ha  ziemi na rzecz Gminy pod użytek  szkoły.  Protół z  tej ofiary został  spisany na posiedzeniu Rady. Wyrażono także Uchwałą  Rady podziękowanie. Jednak Uchwała o ofiarowaniu gmachu pod  szkołę nie  została  zrealizowana, bowiem hr.  Czapski wciąż odkładał termin załatwienia rejentalnego przekazania tego gmachu  gminie. Hrabia zalegał z podatkami na rzecz gminy na kwotę ponad 8 tys. zł. Przeto  zaproponowałem mu aby  sprzedał  gminie gmach  szkolny za 8 tys. zł. z tym, że  Gmina mu  wystawi pokwitowanie z odbioru od  niego podatku za 8 tys. zł., a  on jednocześnie nie płacac tego podatku i nie odbierając od Urzędu Gminy 8 tys. zł. ze  sprzedaży gmachu  wystawi pokwitowanie z odbioru 8 tys. zł. Hrabia chętnie na moją propozycję zgodził  się,  wówczas spowodowałem wyniesienie Uchwały  na Radzie Gminy na kupno tego gmachu od hr. Czapskiego za 8 tys. zł. Inspektor Samorządowy usiłował nie dopuścić do  zatwierdzenia tej Uchwały przez Wydział Powiatowy bowiem według jego mniemania  hr. Czapski oszukał Gminę i  mu nie możamy  wierzyć w jego  wszelkie zawierane transakcje. Przedtem twierdził, że pierwej mu  wyrośnie na  dłoni  włos nim Zarząd Gminy  nabędzie ten gmach od  hrabiego. Uchwałę tę jednak  Wydział Powiatowy  i  wniosek za poparciem starosty Chrzanowskiego -  zatwierdził. Wówczas udałem  się  z hr. Czapskim do rejenta w  Oszmianie celem sporządzenia przyrzeczenia aktu kupna  sprzedaży omawianego  gmachu. Po sporządzeniu tego aktu wręczyłem hrabiemu pokwitowanie z odbioru 8 tys. zł. za podatek, jak i pokwitowanie z odbioru  takieh sumy za dany gmach. Jednocześnie  został ustalony termin posiadania aktu kupna tego  gmachu. Na oznaczony termin jednak hrabia nie stawił się, tłumacząc się, że był niezdrów.Na drugi ustalony termin, także  się nie stawił – chociaż  był  zdrów. Wobec takiego stanu  rzeczy byłem w kłopotliwej  sytuacji, a  inspektor  samorządowy triumfował. Wówczas udałem  się  do Wilna do młodego adwokata pana Łuczywki, dobrze mi  znajomego z  okresu prac w  Straży Kresowej i   wyborów  do  Sejmu Wileńskiego. Był on  wówczas studentem Uniwersytetu Stefana Batorego w  Wilnie. Po  skończeniu studiów, odbywał 2 – letnia  aplikację u znajomego  mecenasa  Andrzejewskiego. Założył  własne  biuro adwokackie i okazał  się bardzo  dobrym i  biegłym  prawnikiem. Przedłożyłem mu do wglądu  akt sporządzony przyrzeczenia  sprzedaży omawianego gmachu przez hr.Czapskiego oraz pokwitowanie   wymienionego na  sumę 8 tys. zł. Ponadto  zaświadczenie, że hr. Czapski dwukrotnie nie przybył do  sporządzenia  aktu kupna, czyli uchylił  się od sporządzenia tego aktu.             Mecenas po  zapoznaniu  się z tą sprawą – oświadczył mi, że jeżeli mu  wydam plenipotencję w imieniu Gminy i  wpłacę 200 zł na  rozchody to on w  Sądzie Okręgowym poprowadzi rozprawę i uzyska tytuł własności na omawiany  gmach. Oczywiście chętnie   zgodziłem  się na tę propozycję. Wydałem mu plenipotencję i opłaciłem 200  zł na rozchody  służbowe i kancelaryjne. Po trzech miesiącach  zostałem telefonicznie powiadomiony przez Mecenasa bym przyjechał odebrać tytuł  własności na kupiony gmach od  hr. Czapskiego. Oczywiście niezwłocznie udałem  się  do Wilna i ku mojej  wielkiej  radości odebrałem  od mecenasa  przyznany przez Sąd Okręgowy tytuł  własności. Byłem bardzo wdzięczny mecenasowi Łuczywce,  zaproponowałem mu honorarium  od  Gminy – jednak odmówił, tłumacząc  się, że on niejednokrotnie miał ode mnie pomoc przy pokryciu kosztów  utrzymania podczas  studiów. Po powrocie z  Wilna okazałem panu  staroście otrzymany  akt  własności na gmach  szkolny otrzymany od  hr.  Czapskiego. Pan  starosta mocno ucieszył  się i mnie pogratulował, przy tym nadmienił, śmiejąc  się,  czy  wobec  tego  wyrosną  włosy na dłoni pana inspektora. Kiedy ten akt pokazałem inspektorowi  samorządowemu, podczas jego pobytu w Urzędzie  Gminy uśmiechnął  się tylko ironicznie nie  wmieniając  żadnego  słowa. Kiedy hr. Czapski dowiedział  się o przeprowadzeniu  sprawy przez pana Łuczywkę w  Sądzie Okręgowym i przyznaniu  aktu własności na omawiany gmach,  przybył  do Urzędu Gminy specjalnie  do  mnie, ucałował  mnie i pogratulował odniesionego  zwycięstwa i  wybawienia  go   kłopotu – bowiem on  będąc obciążony  długiem  w Banku Ziemskim, cały obszar  swojej posiadłości, łącznie  z 2 ha ziemi przeznaczonej  do  sprzedaży Urzędowi Gminnemu nie mógł  bez  zgody Banku wydać  dopóki nie  spłaci Bankowi całej należności. Jeżeli  zaś Sąd Okręgowy zarząda akt akt  własności  - to on jest w  porządku i nie ponosi żadnej odpowiedzialności.             Hrabia Czapski po ojcu odziedziczył 10 000 ha ziemi,  w tym 2 000 ha lasu.             W  czasie  zaś mego urzędowania w  Gminie w Kucewiczach posiadał już tylko 2 000 ha w tym niedużo  wyrabanego lasu mało wartościowego, 8 000 ha  ziemi  z lasem wyborowym sprzedał i roztrwonił hulaszczym  życiem. Cała była  z tego korzyśc, że ziemię  sprzedawał parcelując ją działkmi od 10 do 40 ha. Las także kupcom żydowskim sprzedał na wyrąb także rozprzedał parcelami. Parcele te nabywali zamożni włościanie i prowadzili gospodarstwa rolne  dochodowo. W ostatnich latach już hr. Czapski nie mógł dokonywać sprzedaży parcelami ziemi, bowiem takowa była objęta w całości długiem Banku Ziemskiego. Lasu także nie mógł  sprzedawać – bo  był pod ochroną Urzędową. Kredyt  z  majatku Nowosiółki zaledwie  wystarczał mu na płacenie procentów Banku Ziemskiego, przeto wynagrodzenie fornali i  administracji nie  było płacone przez kilka  lat. Fornale by móc  żyć to kradli wszystko  co  się  dało. Administracja  także kradła garściami. Hrabia wobec takiego stanu rzeczy siedział  zbiedzony  w swoim pałącu jak  szczur  w norze. Pałac  przeciekał, okna były powybijane, a nie było za co reperować. Żyto  sprzedawał Żydom na pniu i to niejednokrotnie to  samo żyto  sprzedawał podwójnie, jednemu Żydowi , a potem  drugiemu. Kiedy Żyd zażądał  zwrotu pieniędzy – hrabia już ich nie posiadał -  wydawał mu  weksle, następnie żyto – był on nie  słowny i jeżeli dał komuś  słowo honoru, na jakieś przyrzeczenie to już wszyscy dobrze wiedzieli, że tego przyrzeczenia  nie  wykona i nikt mu nie  wierzył jego słowu honoru.            W gruncie  rzeczy był on  dobrym  człowiekiem, był  dobrym i  dobrodusznym, pogladów monarchicznych, należał do ugrupowań ziemiańskich – jednak do Piłsudskiego odnosił  się przychylnie. Do Związku Radzieckiego był  nastawiony nieprzychylnie, bowiem obawiał się by nie  zagarnął on Polski. Obawa ta w 1939 roku spełniła  się.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (11) | dodaj komentarz

Szkolnictwo w Gminie Kucewicze i budowa szkoły w Gieniowcach

sobota, 02 lutego 2008 11:25

 Szkolnictwo w mojej pracy na  stanowisku wójta, dużo zajmowało czasu. Szkół było  w gminie 12 w tym jedna  szkoła 7 klasowa w Borunach, dwie czteroklasowe: jedna w  Gieniowcach, druga  w mająku Nowosiółki. Pozostałe szkoły były 2 klasowe. Szkoła w Borunach była najlepiej zaopatrzona i mniej wymagała nakładów finasowych i innych świadczeń rzeczowych. Natomiast pozostałe  szkoły miały sprzęt szkolny przestarzały i niewystarczający jak ławki tablice itp. Lokale szkolne były  zbyt ciasne i nie nadające się do użytku. Najgorzej znajdowały się  szkoły w  Gieniowcach 4 klasowa i w Kucewiczach 2 klasowa. Trzeba  było niezwłocznie pobudować w tych miejscowościach nowe lokale szkolne. W innych miejscowościach wynająć można było lokale odpowiednie lub wyremontować  dotychczasowe, ponadto wyposażyć w nowe ławki, tablice i inne przedmioty  szkolne. Wymagało to większego nakładu finansowego, który można byłu uskutecznić tylko dzięki poprawie wpływów gotówkowych Urzędu Gminy. Do budowy własnego nowego lokalu szkolnego przystąpiono najpierw w Kucewiczach. Pod budowę tej szkoły Urząd Gminy przeznaczył 2 ha ziemi, naprzeciw Urzędu Gminnego, po drugiej  stronie ulicy. Budynek  szkolny był piętrowy, na parterze dwie klasy z holem i pokojem nauczycielskim. Na budowę tej szkoły otrzymano ze Skarbu Państwa 30 tys. zł., resztę 15 tys. poniosła Gmina z własnych funduszy. W szkole tej sporządzone zostały nowe ławki, tablice i inny  sprzęt szkolny. Oddano ją do użytku w 1936 roku. Do budowy następnej  szkoły imieniem Józefa Piłsudskiego w Gieniowcach przystąpiono projektem opracowanym przez Ministerstwo Oświaty, dla  wszystkich 100 szkół, które miały być pobudowane na Wileńszczyźnie i w  województwie Nowogródzkim. Konstrukcja tej  szkoły  wynosiła 120 tys. zł. Na pokrycie tej sumy otrzymano  dotację 50%, oraz pożyczki  długoterminowej 40 000. Pozostałe 20 000 pokryła gmina. Szkołę ta pobudowano na wzniosłej górzystej miejscowości, niedaleko drogi wiodącej w  kierunku z Borunia do Oszmiany. Pod budowę przeznaczono 2 ha ziemi, otrzymanej od  włościan wsi Gieniowce, za zwolnienie ich od szarwarku na okres 5 – ciu lat. Obręb szkoły obsadzono dekoracyjnmi  drzewkami. Wyglad  szkoły był  wspaniały. Widoczna ona była z  daleka do 3 km. Szkoła posiadała  4 klasy  wykładowe, duży hol oraz gabinet nauczycielski. Przy budowie tej  szkoły poświęciłem  dużo swojego  osobistego czasu. W pierwszym okresie – zakupiono budulc w Urzędzie Skarbowym, na kredyt długoterminowy zwieziono go i przygotowano do budowy. Kloce budowlane  zostały opiłowane. Pobudowano budynek gospodarczy i ułożono w  szkole  stropy. Zaoszczędziłem na to poważny procent budulca. Szkołę pokryto  cementową czerwona dachówką, którą hr. Czapski  wykonał za zaległe  bieżące podatki. Kierownikiem tej  szkoły był Wacław  Czajka, który także dużo czasu poświęcił przy budowie tej  szkoły. Był to jeden z lepszych nauczycieli. Miał obszerny kontakt ze szkołami w województwach centralnych i poznańskim. Od szkół tych w darze otrzymał odbiornik radiowy, najnowszej marki i najlepszej jakości. Ponadto poważną ilość pomocy naukowych: globusy, mapy itp. Łączyły mnie z nim przyjazne stosunki. Nadzór techniczny budowy tej  szkoły prowadził inżynier powiatowy, który  przyjeżdżając zawsze mnie znalazł na budowie i  zawsza  chwalił moje  zarządzenie do poczęcia przebiegu budowy. Szkołę tą pobudowano  systemem gospodarczym. Najtaniej ona  wyniosła od budowanych takich samych szkół w innych  gminach o 20 tys. zł. Zaś wykonanie było najlepsze, co  stwierdził inżynier i pan starosta, którzy byli obecni przy  zakończeniu jej budowy. Odbiór był uroczysty. Byli pan  starosta, pan inżynier, pan inspektor Stankiewicz, pan  inspektor szkolny, poza tym technik powiatowy. Po dokonaniu formalnym sporządzenia protokołu przyjęcia  szkoły odbyły się ogólne zdjęcia przy udziale  wszystkich majstrów biorących udział w  budowie oraz sił pomocniczych. Po czym pan kierownik szkoły podejmował gości z Oszmiany lampka wina. Ja zaś podejmowałem pracujących 3 – ma litrami  wódki z obfitą  zakaską. Poświecenie uroczyste  tej szkoły odbyło  się we  wrześniu 1937 roku. W  dniu tym były poświecone inne szkoły pobudowane im. Józefa Piłsudskiego w powiecie oszmiańskim. Na uroczystym poświeceniu nie byłem, bowiem na kilka  dni przed tem zachorowałem na  zapalenie płuc. Po dokonanym poświęceniu szkoły oddano ją  do użytku w której  zaroiło  się  gwarną  dzieciarnią do 140 osób. Radość mieszkańców gminy wsi Geniowce i tych których dzieci uczęszczały do tej  szkoły, była  bardzo  wielka. Byli  dumni z posiadania tak pięknej  szkoły.


Podziel się
oceń
1
0

komentarze (17) | dodaj komentarz

Zdjęcia w galeriach.


wtorek, 25 lipca 2017

Licznik odwiedzin:  70 563  

Kalendarz

« luty »
pn wt śr cz pt sb nd
    010203
04050607080910
11121314151617
18192021222324
2526272829  

O mnie

O moim bloogu

Życie i walka na kresach Rzeczpospolitej.

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:


http://blogroku.pl/_d/zestaw4/zestaw4_19.jpg Zagłosuj na mnie w konkursie Wiadomości24.pl!@import url("http://www.moikrewni

Więcej w serwisach WP

Bloog.pl

Bloog.pl