Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 260 361 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Wesele Zbyszka . LItwini i Niemcy. Z rodziną w Nowopolu i przygody z koniem

niedziela, 02 marca 2008 16:21
Skocz do komentarzy
           

W miesiącu listopadzie przybyła do nas moja  siostra stryjeczna z Głębokiego – Genowefa, córka  mojego stryja Józefa Rożnowskiego  ze  swoim narzeczonym panem Józefem Różańskim -  celem wzięcia ślubu kościelnego. Ślub odbył się w kościele Św. Anny. Ślubu udzielił ksiądz Pacewicz, wielki działacz i patriota polski, a zarazem biedak, bowiem wszystkie swoje  dochody oddawał młodzieży na kształcenie  się. Sam chodził w  starej  wytartej sutannie. Odżywiał się bardzo skromnie. Był to prawdziwy uczeń Jezusa Chrystusa. Po udzieleniu ślubu wygłosił wspaniałe przemówienie do młodych, życząc im dużo szczęścia w ich życiu i by byli dobrymi patriotami dla Polski. Przyjęcie po ślubie  odbyło się u mnie, w czasie którego Zbyszek, będąc podchmielonym, nabrał chętki do ożenku. Nie czekając końca biesiady, ulotnił się  dla nas  nie wiadomo dokąd, po czem o godz. 24 – tej powrócił i nam zakomunikował, iż on zaręczył się z panna Heleną Straszyńską i że wesele odbędzie się w  lutym 1941. Postanowienie to jego nas mocno zaskoczyło, bowiem on nigdy nie wspominał o ożenku swoim i nie mówił, że ma pannę kandydatkę na żonę. Wesele Zbyszka odbyło  się nader uroczyście w kościele ostrobramskim. Na  chórze śpiewał słynny  artysta operowy Jerzy Garda. Po weselu  Zbyszek  zamieszkał u rodziców  żony, otrzymując pokój   z umeblowaniem. Należy nadmienić, że  Zbyszek zabrał wszystkie ubrania po śp. Kaziku – kilka  garniturów, moc bielizny i pościeli.  Więc był bogaty w ubrania. Żona jego Helena miała lat 22, średnie  wykształcenie i niepełne muzyczne, kilka lat konserwatorium. Naukę miała przerwaną i niedokończoną z powodu  wojny. Ojciec  jej był urzędnikiem kolejowym wyższej  rangi w  Dyrekcji Okręgowej Kolei Państwowych w  Wilnie.

 Litewscy oficerowie w  swoim klubie pokłócili  się. Między nimi  powstała bójka w której jeden oficer został zabity. Oficera tego w nocy wyrzucono na  ulicę, po czym zgłoszono Niemcom, iż Polacy zamordowali tego oficera. Niemcy nie przeprowadzając dochodzenia pochopnie wydali zgodę Litwinom na rozstrzelanie w  odwet najwybitniejszych Polaków. Litwini w nocy z łóżek wyciągnęli 10 Polaków doktorów, adwokatów, inżynierów i takowych rozstrzelali. Między rozstrzelanymi był  także słynny  adwokat Engel. Po rozstrzelaniu rodziny rozstrzelanych zwróciły się  do  wojskowych  władz niemieckich ze skargą. Niemcy przeprowadzili odchodzenie i ustalili, że oficer litewski,  został  zabity  w klubie oficerskim litewskim – do którego Polacy  wstępu nie mieli. Na ustaleniu tego faktu Niemcy poprzestali gdyż sami  mordowali Polaków  w Oświęcimiu i innych obozach.  Na początku 1942 roku samoloty bombowe wojsk sowieckich dokonały nalotu  na Wilno – rzucając bomby, wyrządziły niemało szkody w zburzeniu budynków i  zabiciu mieszkańców. Podczas jednego takiego nalotu bomba trafiła w plebanię kościoła Św. Mikołaja -  zabijając  księdza proboszcza tego kościoła Litwina i jego  matkę oraz raniąc  kilka osób Litwinów, ponadto ten sam bombowiec zrzucił  jeszcze kilka bomb, które trafiły w  Straż Ogniową, zabijając kilku  strażaków. Po tym nalocie Litwini oskarżyli Polaków, że Polacy dawali  sygnały bombardującym - gdzie znajdują  się Litwini oraz że lotnik bombardujący był Polakiem. Wszystko to było kłamstwem i oszczerstwem. W kwietniu 1942 roku podczas nocnego nalotu bombowców sowieckich – kilka bomb padło dookoła  domu w którym  mieszkaliśmy. Jedna bomba trafiła w halę targową, niszcząc wewnętrzne urządzenia i  stoiska targowe. W naszym stoisku były półki porozrzucane i towary  zmieszane. Jednak strat było nie dużo – inni handlujący, ponieśli poważne  straty.            Po tym nalocie żona była psychicznie bardzo podenerwowana. Kiedy ja  miałem sam jeden jechać do Nowopola, wiosną tego roku, to po tym nalocie żona kategorycznie oświadczyła mi, że ona w Wilnie nie  zostanie i razem ze mną i Lilą pojedzie  do Nowopola. Oczywiście  nie mogłem ich pozostawić w  Wilnie i  narazić ich  życie. Stoisko handlowe przekazaliśmy Zbyszkowi. Do prowadzenia mieszkania sprowadziliśmy siostrę Luby Żenię z mężem i córką, łącznie z ich meblami.            Wyjeżdżając do Nowopola zabraliśmy  sporo towaru tj.kurtki, płaszcze koszule i inne ubrania, pościel i w złocie 100 rubli. Podróż odbywaliśmy wozem konnym, wynajętym za opłatę zbożem na miejscu w Nowopolu. Podróż trwała trzy dni. Na trzeci dzień przybyliśmy do Nowopola i  zatrzymaliśmy się u państwa Michniewiczów, sąsiadujących z naszą działką, od których na wstępie dowiedzieliśmy się, że pozostawione nasze mienie u pana Żaka zostało przez niego zmarnowane i  zniszczone. Krowa i wieprz zdechły, kartofle rzekomo  pomarzły. Aż 70 drzew owocowych  wyrąbał, które poprzedniego  czasu częściowo  wymarzły, by tą drogą mnie uniemożliwić prowadzenie gospodarki na działce. Następnego  dnia po naszym, przyjeździe  do Nowopola, w godzinach rannych zjawił się Żak u Michniewiczów i po przywitaniu się ze mną oświadczył iż go spotkało wielkie nieszczęście, że mu koń  zdechł oraz  zdechła  nasza krowa i  wieprz, a ziemniaki  zmarzły.  Oświadczyłem mu, że to wszystko mogło się stać z niedostatecznej opieki z jego  strony, jak mógł   wyciąć 70  sztuk  drzew jako moją  własność oraz jak mógł przepisywać bez mojej  zgody działkę na swoje imię. W tym wypadku ujawnił  zachłanną i karygodna podłość godną potępienia. Tymi  słowami pan Żak mało przejął się. Stał z opuszczonymi oczami i tłumaczył się, że on żyć  także potrzebuje i rodzinę utrzymywać. Na   zakończenie powiedział, że on był pewny, że my już nie przyjedziemy na  działkę z  Wilna i dlatego przepisał na swoje imię. Zgłosił się o do Wydziału Gminy i powiedział, że ja na działkę już nie powrócę i przepisał na  swoje  imię i złożył  podanie o  wydanie mu zboża siewnego na obsadzenie pola  działki. Muszę tu  wyjaśnić, że Żak był  wdowcem, miał  dwoje małych dzieci, ojca i matkę starych, brata ułomnego i  siostrę - rodzinę składającą  się z siedmiu osób. Uważał że dochód  z jego działki  nie wystarczy mu na utrzymanie tak licznej  rodziny, przeto usiłował moją działkę posiąść  we własne władanie. Dziwić się jednak należy dlaczego on przepisał działkę na  swoje imię, skoro wiedział że ja poczyniłem odpowiednie prace nad odbudową zrujnowanych  budynków i poczyniłem  zakupy inwentarza żywego i martwego do  zagospodarowania  działki. Prawdopodobnie naumyślnie chciał zniszczyć mój inwentarz, by tą drogą mnie uniemożliwić prowadzenie gospodarki na działce. Cóż można było  uczynić  z panem Żakiem? Oczywiście mogłem go izolować od wszelkiej pracy na mojej działce, tym bardziej kiedy on nie miał na  czym pracować, jak mu koń  zdechł i usunąć  go z zajmowanej  chatki. Po naradzeniu  się z  żoną -  zdecydowaliśmy pozostawić  go nadal żyć w chatce oraz dać mu 4 ha  ziemi do obsiewu, na  wyłączną jego potrzebę, tym bardziej kiedy 24 ha ziemi posianej trudno byłoby obrobić  samemu. My na razie  do  czasu  wykończenia  domu tj.  kuchni i  jednego pokoju,  w których można będzie zamieszkać czasowo, zamieszkaliśmy u pana Stefana Goźdźiewskiego – mieszkającego obok  nas, na  działce kolegi Hofmana Wincentego. By można było gospodarzyć i żyć natychmiast kupiliśmy krowę  za 20 rubli  złota, konia  za 18 rubli,  wóz  z zaprzęgiem za 15 rubli, pług, bronę i inne  narzędzia rolnicze, także kupiliśmy  za gotówkę lub na wymianę za materiał. Zboże siewne posiadałem częściowo  w ilości otrzymanej z roku ubiegłego,  także częściowo kupiłem od  Niemców,  a  szczególne owsa siewnego. Ziemniaki do sadzenia dostaliśmy na  wymianę  za materiał. Robociznę wynajętą za orkę i prace ciężką - opłaciliśmy, lżejszą sami  wykonywaliśmy. W ten sposób obsadziliśmy gruntu ornego do 5 ha  zbożem i  ziemniakami. Ogród warzywny - warzywami. Położenie Żak było godne pożałowania. Daną mu ziemię przez  dłuższy czas nie mógł obrobić z braku konia. Po pewnym  czasie kuzyn jego przyjechał i pomógł mu w  zasiewie. Posiadane przez Żaka ciele, dość ładne -  zdechło oraz zdechł mu wieprzak. Z przywiezionego  inwentarza żywego   z majątku Lipowo, pozostały mu tylko dwie krowy, reszta wyginęła.  Nabyta przez nas krowa, maści  czerwonej, rasy polskiej,  dawała   dziennie do 8 litrów mleka tłustego jak śmietana. Mleka  starczyło na  sery, śmietanę, twaróg. Krowa była bardzo wesoła i bystra. Jednego razu kiedy ją żona doiła, a ja podszedłem blisko,  wówczas ona tak machnęła rogami mi  w głowę, że aż iskry mi  w oczach stanęły. Żona ją poiła po powrocie z pola, więc kiedy zbliżała się  do domu to biegła i ryczała by jej jak najprędzej dać  pić. Po  wypiciu  całego  ceberka,  szła  zadowolona tak pełna jak kula, spokojnie do obory. Konia kupiliśmy od pana Gintowta, w  sąsiedniej  wiosce, maści  białej lat 18 – tu. Był to koń bardzo mądry i mający wielką pamięć. Jednego razu  wszedł on do grzęd  warzywnych na podwórzu i poczynił  szkodę. Dałem mu za to kilka uderzeń  rzemieniem. W odwet ten koń, pasący się na łąkach nie dawał  się mnie  wziąć lub złapać, uciekał i  na nic  się  zdały moje  uchwyty – jak  dać mu owies i inne. Dawał  tyko żonie nałożyć chomąt i przyprowadzić do  domu. Kiedy ten koń był  młody, to mu jego gospodarz dopomagał w pracy tj. kiedy on wiózł wóz pod górkę, to  gospodarz złaził z  wozu i  tyłu popychał, lub za cugle ciągnął i szedł obok niego. Tak  do tej pomocy konia przyzwyczaił, że on jadąc  z wozem lekkim pod  górkę,  zatrzymywał  się i  czekał aż jadący nie  zlezie z wozu i mu nie pomoże. To nawet polegało na dotknięciu hołubli lub  z tyłu dotknięciu ręką do wozu, to już on dalej jechał. Więc zawsze te czynność musiałem  wykonywać. Bał on się także samochodów. Obawa jego następowała już po rozminięciu  się z samochodem. Wówczas  z całej siły wyrywał naprzód i w  bok, często  czyniąc tym  szkodę. Jednego razu jadąc  do Wilna stał na drodze  zepsuty samochód, byłem pewny, że on tego  samochodu już nie będzie  się bał, przeto go nie trzymałem mocno lejcami. Tymczasem kiedy on mijał  stojący  samochód, całą siłą, nieoczekiwanie dla mnie, rzucił  się  w bok  drogi i  wpadł do rowu z wozem. Wóz  się przewrócił i mnie przygniótł. Po drugiej stronie rowu był plot z drutu  kolczastego,  więc ja oberwałem lekko głowę, ale to tylko  dzięki posiadanej  czapce. Rana była lekka, koń także nogę poszarpał. Kiedy wylazłem z wozu byłem tak  wściekły na konia, że gdybym posiadał wówczas rewolwer, to  z pewnością bym  go zastrzelił. Tyle  miałem kłopotu,  aby wóz  wydostać  z rowu i  go  doprowadzić do porządku, by można było  dalej jechać.             Powracając z Wilna zabrałem córkę żony siostry, mającą 10 lat. Niedojeżdżajać  do Nowopola po  drodze polnej na głębokim i szerokim  rowie most był  zepsuty. Więc go rozebrano i przejeżdżano przez ten rów. Koń zatrzymał się i popatrzył w tył, czy mu będą pomagał ? Wówczas  zlazłem z wozu, stanąłem na krawędzi przyczółku mostu i zaledwie dotknąłem ręką  wozu, jak koń targnął z  całej  siły to wóz wyskoczył  z rowu, ja zaś tracąc podparcie runąłem  w błotna  wodę, zanurzając  się po  szyję. Ledwie wydostałem się z tego błota o obrzydliwym  wyglądzie. Córka  siostry śmiała się z tego  widoku do rozpuku – ja byłem zły jak pies, nie  wiem  czy na konia czy na śmiejącą  się  dziewczynę. Szczęściem było, że do  domu było blisko. Po przyjeździe widząc mnie tak zabłoconego -  wszyscy poczęli śmiać  się do upadłego i żartować, że ja w ubraniu kąpałem się w błocie,  biorąc przykład ze świni. Ponownie złość mnie pochwyciła, że konia zastrzeliłbym gdybym miał  rewolwer. Podobnych  kawałów koń mi  czynił dość dużo. Pamięć to on miał nadzwyczajną. Kiedy jechałem z powrotem do Nowopola  z Wilna do  domu to koń zatrzymywał  się przed tymi  zabudowaniami lub  zakręcał na podwórze, gdzie miałem jadąc do Wilna odpoczynek, nieraz nocleg. Kiedy jechałem powtórnie  do Wilna koń to samo czynił. Nawet zatrzymywał się na  drodze w tym miejscu, w którym przedtem odpoczywaliśmy, po wjeździe  do Wilna. Koń nie kierując go lejcami, sam szedł tymi ulicami, którymi przedtem jechaliśmy i to przez kilka ulic, po  dojechaniu  do  domu, w którym mieszkaliśmy sam wjeżdżał na podwórze. Koniem tym można było  dojechać z Wilna do Nowopola tj. na odległość 160 km nie kierując go lejcami.

Podziel się
oceń
1
0


Komentarze do wpisu

Skocz do dodawania komentarzy

Zapamiętaj Nick

Zapamiętaj Blog

Wstaw emotikona

Akceptuję regulamin i zobowiązuję się do przestrzegania jego postanowień.

wtorek, 25 lipca 2017

Licznik odwiedzin:  70 580  

Kalendarz

« lipiec »
pn wt śr cz pt sb nd
     0102
03040506070809
10111213141516
17181920212223
24252627282930
31      

O mnie

O moim bloogu

Życie i walka na kresach Rzeczpospolitej.

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:


http://blogroku.pl/_d/zestaw4/zestaw4_19.jpg Zagłosuj na mnie w konkursie Wiadomości24.pl!@import url("http://www.moikrewni

Więcej w serwisach WP

Bloog.pl

Bloog.pl