Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 228 948 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Zdjęcia w galeriach.


Zakończenie

piątek, 12 grudnia 2014 18:10

Epizod z dowódcą partyzantów „Gryszą” był ostatnim opisanym przez Kajetana Rożnowskiego, tematem w jego pamiętniku. W 1965 roku Kajetan Rożnowski zmarł w  wieku  77 lat. Został pochowany na cmentarzu komunalnym w Gdyni, gdzie zamieszkiwał wraz  z żoną Lubą, córką Alicją i synem Januszem od zakończenia II  wojny światowej. Uczestnicząc jako burmistrz Podbrodzia w wycieczce do Gdyni nigdy nie przypuszczał, że po zakończeniu wojny przyjdzie mu wraz  rodziną zamieszkać w Gdyni i to na ulicy położonej bardzo blisko od ulicy Św. Abrahama, na której nocował w  namiocie  wojskowym w  czasie  wycieczki. W czasie dalszego życia Dziadek jako wielki patriota Ojczyzny nie mógł się pogodzić z faktem zawładnięcia i opanowania Polski przez komunistów, z którymi przez całe  młodzieńcze i dorosłe życie walczył. Za głoszone publicznie poglądy zostaje aresztowany i przez krótki okres  czasu przebywa w  gdańskim areszcie. Po wojnie nie udziela  się już  społecznie z  wyjątkiem uczestniczenia w Lidze Morskiej do  czasu jej zlikwidowania. Początkowo utrzymywał  się  z handlu, później był już na emeryturze. W  wieku starszym powraca do  ulubionego  zajęcia z  czasów  wczesnej młodości tj łapania ryb. W czasie świąt oraz  w lecie utrzymuje stały kontakt  z najbliższą  rodziną tj.  z  synami Zbigniewem i Edwardem oraz z ich rodzinami.    W 1964 roku przeżywa śmierć swojego  drugiego syna Zbigniewa (mojego  Ojca), który    w  wieku 47 lat, po krótkiej ciężkiej chorobie i operacji umiera w szpitalu w  Gdańsku. W tym czasie Dziadek Kajetan pisze już swój pamiętnik, którego nie udaje  się mu jednak  zakończyć. Przez długie lata pamiętnik częściowo napisany przez Dziadka na  maszynie, a częściowo jako rękopis przechowywany jest przez najbliższą rodzinę tj. żonę i  córkę  Alicję (Lilę). Przepisania treści pamiętnika napisanej odręcznie podejmuje  się moja  Mama Helena Rożnowska. Ona jako jedyna potrafiła bowiem przeczytać trudny  dla innych charakter pisma Dziadka Kajetana.

           

                                                              Z poważaniem Bogdan Rożnowski.  

 

 


Podziel się
oceń
1
0

komentarze (15) | dodaj komentarz

Spotkanie z Gryszą i powrót do Wilna.

czwartek, 06 marca 2008 21:42

Prace w obsianiu pól i ogrodów przy kładzionym wysiłku Ankudowicza i mojej pomocy posuwały się szybko naprzód. Mnie nikt nie nachodził nocami, jak to czyniono innym sąsiadom – domagając się żywności, szczególnie butów itp. Jednej nocy obudzono mnie przez okno domagając się wskazania drogi na stację Woropajewo. Kiedy wyszedłem by wskazać kierunek, to spostrzegłem dwóch osobników z karabinami, ubranych po cywilnemu. Kiedy wskazałem im drogę, to wówczas poprosili mnie o chleb i kawałek słoniny, za które mnie podziękowali i odeszli w kierunku wskazanym? Po tym wypadku ogarnął mnie pewien niepokój. Starałem się by w domu nie  nocować. Przeto w pierwszą sobotę udałem się dom państwa, Gintowtów, którzy mieszkali o trzy kilometry od Nowopola we wsi szlacheckiej Dzienniszki. U państwa Gintowt, jak przed tem byłem gościem niejednokrotnie, u nich kupiłem konia i inne potrzebne przedmioty gospodarcze. Pan Gintowt był w tej wsi najzamożniejszym, miał 20 ha  ziemi, gospodarkę wzorową i ładny dom mieszkalny. Miejscowy oddział partyzantów pod dowództwem Gryszy, już odwiedzał Gintowta kilka razy. Zabrano mu pięknego ogiera, lepsze ubrania, a także wędlinę i słoninę. Szedłem do państwa Gintowt by u nich przenocować przed  niedzielą, a także żeby podzielić  się smutnymi wrażeniami, które  nas otaczały. W  domu pana Gintowta nie było. Żona jego mnie przyjęła bardzo uprzejmie i poczęliśmy ze sobą rozmawiać. Po kilku minutach wpadła do mieszkania jakaś kobieta lamentując, że pełna wieś jest partyzantów i że partyzanci poczęli zabierać żywność i inne przedmioty. Ja postanowiłem uciekać przez ogrody, ale kiedy wyszedłem na ganek, to spostrzegłem idących dwóch partyzantów z karabinami w kierunku zakończenia ulicy. Oni mnie także spostrzegli przy ostatnim domu ulicy. Partyzanci zatrzymali się obejmując straż. Zaniechałem ucieczki ogrodami, by tą ucieczką nie pogorszyć swojej sytuacji. Prze to postanowiłem wrócić do domu, ulicą jak przyszedłem. Kiedy doszedłem do połowy ulicy, to spostrzegłem  wizawi siebie dwóch  partyzantów, jednego w kusej kurtce z pistoletem  w ręku, wiekiem  młodego i  drugiego  starszego z  karabinem w ręku. Kiedy  zbliżyłem się  do nich to krzyknęli  - „ Stój, ruki  w wierch”. Stanąłem i ręce podniosłem. Wówczas młody partyzant z pistoletem, podszedł do mnie i zapytał skąd ja jestem – odpowiedziałem, że ze wsi.(Wyjaśnić, że jestem osadnikiem z Nowopola było niepożadanym.) Wówczas zapytał do kogo ja przychodziłem do wsi Dzienniszki. Odpowiedziałem, że do Gintowtów, kiedy to słowo usłyszał, krzyknął: „wpierod ruki w  wierch i  dzierżać nad gołowoj”. Uczyniłem jego rozkaz i odwróciłem się  z rękoma  podniesionymi  do góry. Po kilku krokach takiej podróży ponownie  mnie  zapytał po co ja przychodziłem do Gintowtów? Odpowiedziałem aby pożyczyć pługa do orania. Zapytał czy prawdę  mówię. Odpowiedziałem, że prawdę. W odpowiedzi ten partyzant krzyknął głośno  na  całe gardło – „ ubierajsia  damoj i bolsze  do Gintowtów nie chadzi”. Zawróciłem i pośpieszyłem do domu. Partyzanci oboje poszli w kierunku Gintowtów. Kiedy  szedłem prędko ulicą wsi Dzienniczki, to kobiety mnie  zatrzymywały i prosiły bym ja powracając powiadomił Komendę Niemiecką o  najściu partyzantów na ich  wieś. Oczywiście tego  czynić nawet  zamiaru nie  miałem, bo do Duniłowicz droga była  do 8 km, a już nadchodził wieczór. Kiedy nieoczekiwanie powróciłem do  domu, to mój  zapaśnik Ankudowicz ogromnie się ucieszył i zdziwił, że ja powróciłem, gdyż   wychodząc mówiłem, że będę  nocował u Gintowtów. Nic nie mówiąc o partyzantach poprosiłem Ankudowicza, by pomógł mi dostać się na słomę leżącą na  strychu obory, gdzie będę spał oraz by drabinę  schował,  a także by nic nikomu nie mówił, że ja tu nocuję, jeżeli kto będzie o mnie pytał. Bałem się, że Gintowt powie, że pochodzę z Nowopola i jestem osadnikiem. Niemal przez całą noc było słychać  strzały karabinowe ze  strony  wsi Dzienniszki. Następnego dnia od godzin rannych było wiadome o najściu partyzantów oddziału Gryszy na wieś Dzienniszki i że ponownie państwo Gintowt zostali pokrzywdzeni, którym zabrano ostatnie środki żywnościowe w tym i moje 2 pudy żyta, znajdującego się u nich na przechowaniu. Po tym wypadku w Dzienniszkach postanowiłem jak najprędzej  zakończyć  zasiew pól i odjechać do Wilna, zaś na noc chodziłem spać do Duniłowicz. Wchodziłem z Nowopola pod wieczór i szedłem na przełaj dróżkami polnymi i lasem, by nie pokazywać  się na drogach ruchliwych. Kiedy już  szedłem dnia trzeciego, do Duniłowicz przez las pani Makowieckiej, to nieoczekiwanie wypadł  z  lasu  na dróżkę partyzant z karabinem i krzyknął „Stój ruki w  wierch”. Stanąłem i ręce podniosłem. W tym  czasie posłyszałem  głos z boku dróżki: „Stoj ty iwo nie trojgaj ”. Z tymi słowami,  wypadł  z lasu partyzant  w  kusej kurtce i  pistoletem w ręku, ten sam, który mnie  zatrzymał  w Dzienniszkach i powidział: „ Zdrastwój Rożnowskij, czto ty mienia nie uznajesz, a ja wot ciebia uznał od razu” - „Gdzie ty łgał szto pachodzisz z  czarnoj  wsi”, dalej powiedział: „a ty pomnisz kak mój aciec mnie bił pałkoj za zaułki, a ty mienia abronił i jabłki oddał, wot ja z derewni Jalcy, zwut minia Grysza – był ja malczykom, a tipier kamandir partyzantów. Ty charoszoj człowiek, patamu mój ociec ciebie nie trahał w Nowopolu – no ty niezmienno z Nowopola ujeżdżaj, to ja za drugich partzantow, ruczać nie magu” Po tym ścisnął mi rękę i powiedział żebym ja nikomu nie mówił o tym, że w tym lesie go widziałem.  Pośpiesznie udałem się do Duniłowicz, gdzie nikomu nie mówiłem o  spotkaniu dowódcą Gryszą, słynnym partyzancie, którego żadne  oddziały niemieckie nie mogły uchwycić ani zlikwidować. Grysza, pochodzący ze  wsi Jelcy, która położona  jest  w lesie miał  członków partyzantów w  swoim oddziale pochodzących z tej  samej wsi i innych. Oddział Gryszy w nocy formował  się i po  dokonaniu operacji tejże  samej nocy rozpraszał  się. Z tego powodu był nieuchwytny. Grysza  do moje osoby odniósł  się  szlachetnie. Uczynił  zapłatę ze  swojej strony dla mnie za jego obronę przed ojcem.Następnego dnia wszystkie wędliny posiadane odwiozłem do Daniłowicz i tam pozostawiłem na przechowaniu u państwa Zdanowiczów. W Nowopolu niektóre przedmioty cenniejsze, pochowałem na strychu, bowiem ze sobą nie mogłem  zabrać.Wszyskie zaś meble, naczynia stołowe i kuchenne przekazałem Andukowiczowi pod opiekę, łącznie z inwentarzem gospodarczym żywym i martwym i odjechałem do Wilna pociągiem. Pierwotnie zamierzałem odjechać wozem konnym,  zabierając ze sobą krowę, ale w ostateczności  zaniechałem, bowiem pozbawiłbym Andukowicza konia, który był potrzebny do pracy na roli. Krowa też im się przyda. Podróż miałem pociągiem dość uciążliwą szczególnie od stacji Łyntupy, która to  stacja już wchodziła w  skład terytorium Litwy. Litwini w pociągu usiłowali czynić różne nieprzyjemności dla osób, które nie mówiły w języku litewskim. Szczególnie odnosili się z pogardą dla Polaków. Kilku Polaków usunęli z  wagonu tłumacząc  się, że jest za ciasno. Unikając  z Litwinami jakiegoś  zajścia, ja rozmawiałem tylko w języku  rosyjskim z podróżnymi i to mnie chroniło przed ich zaczepkami. Po powrocie  do  Wilna, po paru tygodniach, doszły nas wieści z  Duniłowicz od państwa Zdanowiczów, że po moim wyjeździe z Nowopola, na drugi dzień partyzanci dokonali napadu na moją działkę zabierając konia, krowę oraz rabując pozostałą żywność. W kredensie porozbijali drzwiczki, aby  dostać się do wnętrza i z stamtąd  pozabierać naczynia i  inne przedmioty i  w ogóle dokonali  zniszczenia.Najście  to zadecydowało, że ja  postanowiłem do Nowopola nie powracać do  czasu zakończenia wojny i nastania pokoju. W ogóle nasza akcja usiłująca  zamieszkać w Nowopolu i  tam rozpocząć prowadzenie gospodarki w  czasie kiedy jeszcze trwała wojna – była  przedwczesna i niecelowa oraz poniosła  dużą  stratę gotówkową.         W Wilnie, w dalszym ciągu prowadziłem handel w hali targowej ze  Zbyszkiem, który przynosił  dostateczne  dochody do życia nam dwóm rodzinom.Woja w dalszy ciągu trwała. Jednak akcję bojową prowadzili już Rosjanie,  wypierając Niemców z zajętych terenów. Szczególnie po odniesieniu zwycięstwa pod Stalingradem Niemcom słabły siły, a Rosjanie choć powoli jednak  Niemców wypierali na  zachód.                                 


Podziel się
oceń
1
0

komentarze (8) | dodaj komentarz

Ponownie w Nowopolu

wtorek, 04 marca 2008 22:26

Wczesną wiosną 1943 roku ponownie pojechałem do Nowopola, by tam nadal prowadzić rolną gospodarkę oraz  wykończyć budowę  domu. Po przybyciu  do Nowopola – stwierdziłem, że  w okolicach    niepokoje z powodu  dokonywanych najść partyzantów sowieckich. Sporo było  dokonywanych  zabójstw na osobach pochodzenia polskiego jak  byłych  wójtów,  sekretarzy gminnych i innych urzędników i ziemian. Oddziały partyzantów operowały w powiecie Podstawskim, gdzie były ogromne lasy, należące  do hrabiego Przeździeckiego, szczególnie  w okolicach Kosian. Celem zlikwidowania tych oddziałów Niemcy ściągnęli dywizję wojsk pancernych SS. Bój ten trwał  2  dni. Partyzanci wycofali  się z tych lasów – kryjąc  się  w innym  miejscu.     W okolicach gminy duniłowickiej i innych  gmin  sąsiedzkich operował oddział partyzantów pod nazwą „Grisza”. Wszelkie usiłowania Niemców do zlikwidowania tego oddziału nie przynosiły żadnego rezultatu. Oddział  ten pewnej nocy napadł na Duniłowice – tj, na posterunek Komendy Niemieckiej. Komendant tego posterunku  z dwoma żandarmami,  zdołał  się uratować uciekając. Pięciu żołnierzy niemieckich 10 policjantów białoruskich, składających się z miejscowej ludności partyzanci uprowadzili ze  sobą. Położenie moje  było nie  wesołe, mogłem być każdej nocy lub dnia zabrany przez partyzantów jako osadnik  wojskowy i  zlikwidowany. Wobec tego postanowiłem jak najprędzej obsiać pole i powracać  do Wilna. Przyjęty przez nas  zapaśnik Ankudowicz okazał się człowiekiem sumiennym. Powierzoną mu  ziemię miał  w porządku,  wieprza  wykarmił  do 10  pudów – którego po  zabiciu  wywędził  szynki, łącznie z kiełbasami, połcie  słoniny także  wywędził. Krowę wychował doskonale. Ocieliła  się ona dając  piękną   cieliczkę. Koń też był  dopatrzony doskonale. W ogóle wszystko było we wzorowym porządku. Żak z Nowopola wyjechał  na  zapaśnika do  sąsiedniej  zagrody Stefana Urbańskiego - Komendanta  Milicji białoruskiej. Wyjazd jego z mojej  działki, przyniósł  dogodność, bowiem po nim  została wolna  chata tj. domek w którym on  mieszkał i spokój po hałasie jego licznej rodziny. Przychodził on do mnie parę  razy po pewne  drobne  pożyczki. Zawsze był  grzeczny uprzejmy, nawet  doradzając mi bym bardziej  ostrożny przed partyzantami, gdyż  jak mówił mi to partyzanci interesowali się moja osobą,  a on mnie przedstawił dobrym człowiekiem. Należy nadmienić, że czynność partyzantów sowieckich, polegała przeważnie na likwidowaniu Polaków i  zamożniejszych gospodarzy.  Działalność ich przeciwko Niemcom była  znikoma, za  wyjątkiem podłożenia kilku bomb na drodze lub na  szynach kolejowych. Bomby te narządziły dużo  strat.  Operacje bojowe na  froncie  wschodnim, rozwijały się  na korzyść  wojsk  sowieckich. Ludność miejscowa, pragnęła by jak najprędzej  wojna została ukończona i  nastąpił pokój.                                  


Podziel się
oceń
1
0

komentarze (7) | dodaj komentarz

Wesele Zbyszka . LItwini i Niemcy. Z rodziną w Nowopolu i przygody z koniem

niedziela, 02 marca 2008 16:21
           

W miesiącu listopadzie przybyła do nas moja  siostra stryjeczna z Głębokiego – Genowefa, córka  mojego stryja Józefa Rożnowskiego  ze  swoim narzeczonym panem Józefem Różańskim -  celem wzięcia ślubu kościelnego. Ślub odbył się w kościele Św. Anny. Ślubu udzielił ksiądz Pacewicz, wielki działacz i patriota polski, a zarazem biedak, bowiem wszystkie swoje  dochody oddawał młodzieży na kształcenie  się. Sam chodził w  starej  wytartej sutannie. Odżywiał się bardzo skromnie. Był to prawdziwy uczeń Jezusa Chrystusa. Po udzieleniu ślubu wygłosił wspaniałe przemówienie do młodych, życząc im dużo szczęścia w ich życiu i by byli dobrymi patriotami dla Polski. Przyjęcie po ślubie  odbyło się u mnie, w czasie którego Zbyszek, będąc podchmielonym, nabrał chętki do ożenku. Nie czekając końca biesiady, ulotnił się  dla nas  nie wiadomo dokąd, po czem o godz. 24 – tej powrócił i nam zakomunikował, iż on zaręczył się z panna Heleną Straszyńską i że wesele odbędzie się w  lutym 1941. Postanowienie to jego nas mocno zaskoczyło, bowiem on nigdy nie wspominał o ożenku swoim i nie mówił, że ma pannę kandydatkę na żonę. Wesele Zbyszka odbyło  się nader uroczyście w kościele ostrobramskim. Na  chórze śpiewał słynny  artysta operowy Jerzy Garda. Po weselu  Zbyszek  zamieszkał u rodziców  żony, otrzymując pokój   z umeblowaniem. Należy nadmienić, że  Zbyszek zabrał wszystkie ubrania po śp. Kaziku – kilka  garniturów, moc bielizny i pościeli.  Więc był bogaty w ubrania. Żona jego Helena miała lat 22, średnie  wykształcenie i niepełne muzyczne, kilka lat konserwatorium. Naukę miała przerwaną i niedokończoną z powodu  wojny. Ojciec  jej był urzędnikiem kolejowym wyższej  rangi w  Dyrekcji Okręgowej Kolei Państwowych w  Wilnie.

 Litewscy oficerowie w  swoim klubie pokłócili  się. Między nimi  powstała bójka w której jeden oficer został zabity. Oficera tego w nocy wyrzucono na  ulicę, po czym zgłoszono Niemcom, iż Polacy zamordowali tego oficera. Niemcy nie przeprowadzając dochodzenia pochopnie wydali zgodę Litwinom na rozstrzelanie w  odwet najwybitniejszych Polaków. Litwini w nocy z łóżek wyciągnęli 10 Polaków doktorów, adwokatów, inżynierów i takowych rozstrzelali. Między rozstrzelanymi był  także słynny  adwokat Engel. Po rozstrzelaniu rodziny rozstrzelanych zwróciły się  do  wojskowych  władz niemieckich ze skargą. Niemcy przeprowadzili odchodzenie i ustalili, że oficer litewski,  został  zabity  w klubie oficerskim litewskim – do którego Polacy  wstępu nie mieli. Na ustaleniu tego faktu Niemcy poprzestali gdyż sami  mordowali Polaków  w Oświęcimiu i innych obozach.  Na początku 1942 roku samoloty bombowe wojsk sowieckich dokonały nalotu  na Wilno – rzucając bomby, wyrządziły niemało szkody w zburzeniu budynków i  zabiciu mieszkańców. Podczas jednego takiego nalotu bomba trafiła w plebanię kościoła Św. Mikołaja -  zabijając  księdza proboszcza tego kościoła Litwina i jego  matkę oraz raniąc  kilka osób Litwinów, ponadto ten sam bombowiec zrzucił  jeszcze kilka bomb, które trafiły w  Straż Ogniową, zabijając kilku  strażaków. Po tym nalocie Litwini oskarżyli Polaków, że Polacy dawali  sygnały bombardującym - gdzie znajdują  się Litwini oraz że lotnik bombardujący był Polakiem. Wszystko to było kłamstwem i oszczerstwem. W kwietniu 1942 roku podczas nocnego nalotu bombowców sowieckich – kilka bomb padło dookoła  domu w którym  mieszkaliśmy. Jedna bomba trafiła w halę targową, niszcząc wewnętrzne urządzenia i  stoiska targowe. W naszym stoisku były półki porozrzucane i towary  zmieszane. Jednak strat było nie dużo – inni handlujący, ponieśli poważne  straty.            Po tym nalocie żona była psychicznie bardzo podenerwowana. Kiedy ja  miałem sam jeden jechać do Nowopola, wiosną tego roku, to po tym nalocie żona kategorycznie oświadczyła mi, że ona w Wilnie nie  zostanie i razem ze mną i Lilą pojedzie  do Nowopola. Oczywiście  nie mogłem ich pozostawić w  Wilnie i  narazić ich  życie. Stoisko handlowe przekazaliśmy Zbyszkowi. Do prowadzenia mieszkania sprowadziliśmy siostrę Luby Żenię z mężem i córką, łącznie z ich meblami.            Wyjeżdżając do Nowopola zabraliśmy  sporo towaru tj.kurtki, płaszcze koszule i inne ubrania, pościel i w złocie 100 rubli. Podróż odbywaliśmy wozem konnym, wynajętym za opłatę zbożem na miejscu w Nowopolu. Podróż trwała trzy dni. Na trzeci dzień przybyliśmy do Nowopola i  zatrzymaliśmy się u państwa Michniewiczów, sąsiadujących z naszą działką, od których na wstępie dowiedzieliśmy się, że pozostawione nasze mienie u pana Żaka zostało przez niego zmarnowane i  zniszczone. Krowa i wieprz zdechły, kartofle rzekomo  pomarzły. Aż 70 drzew owocowych  wyrąbał, które poprzedniego  czasu częściowo  wymarzły, by tą drogą mnie uniemożliwić prowadzenie gospodarki na działce. Następnego  dnia po naszym, przyjeździe  do Nowopola, w godzinach rannych zjawił się Żak u Michniewiczów i po przywitaniu się ze mną oświadczył iż go spotkało wielkie nieszczęście, że mu koń  zdechł oraz  zdechła  nasza krowa i  wieprz, a ziemniaki  zmarzły.  Oświadczyłem mu, że to wszystko mogło się stać z niedostatecznej opieki z jego  strony, jak mógł   wyciąć 70  sztuk  drzew jako moją  własność oraz jak mógł przepisywać bez mojej  zgody działkę na swoje imię. W tym wypadku ujawnił  zachłanną i karygodna podłość godną potępienia. Tymi  słowami pan Żak mało przejął się. Stał z opuszczonymi oczami i tłumaczył się, że on żyć  także potrzebuje i rodzinę utrzymywać. Na   zakończenie powiedział, że on był pewny, że my już nie przyjedziemy na  działkę z  Wilna i dlatego przepisał na swoje imię. Zgłosił się o do Wydziału Gminy i powiedział, że ja na działkę już nie powrócę i przepisał na  swoje  imię i złożył  podanie o  wydanie mu zboża siewnego na obsadzenie pola  działki. Muszę tu  wyjaśnić, że Żak był  wdowcem, miał  dwoje małych dzieci, ojca i matkę starych, brata ułomnego i  siostrę - rodzinę składającą  się z siedmiu osób. Uważał że dochód  z jego działki  nie wystarczy mu na utrzymanie tak licznej  rodziny, przeto usiłował moją działkę posiąść  we własne władanie. Dziwić się jednak należy dlaczego on przepisał działkę na  swoje imię, skoro wiedział że ja poczyniłem odpowiednie prace nad odbudową zrujnowanych  budynków i poczyniłem  zakupy inwentarza żywego i martwego do  zagospodarowania  działki. Prawdopodobnie naumyślnie chciał zniszczyć mój inwentarz, by tą drogą mnie uniemożliwić prowadzenie gospodarki na działce. Cóż można było  uczynić  z panem Żakiem? Oczywiście mogłem go izolować od wszelkiej pracy na mojej działce, tym bardziej kiedy on nie miał na  czym pracować, jak mu koń  zdechł i usunąć  go z zajmowanej  chatki. Po naradzeniu  się z  żoną -  zdecydowaliśmy pozostawić  go nadal żyć w chatce oraz dać mu 4 ha  ziemi do obsiewu, na  wyłączną jego potrzebę, tym bardziej kiedy 24 ha ziemi posianej trudno byłoby obrobić  samemu. My na razie  do  czasu  wykończenia  domu tj.  kuchni i  jednego pokoju,  w których można będzie zamieszkać czasowo, zamieszkaliśmy u pana Stefana Goźdźiewskiego – mieszkającego obok  nas, na  działce kolegi Hofmana Wincentego. By można było gospodarzyć i żyć natychmiast kupiliśmy krowę  za 20 rubli  złota, konia  za 18 rubli,  wóz  z zaprzęgiem za 15 rubli, pług, bronę i inne  narzędzia rolnicze, także kupiliśmy  za gotówkę lub na wymianę za materiał. Zboże siewne posiadałem częściowo  w ilości otrzymanej z roku ubiegłego,  także częściowo kupiłem od  Niemców,  a  szczególne owsa siewnego. Ziemniaki do sadzenia dostaliśmy na  wymianę  za materiał. Robociznę wynajętą za orkę i prace ciężką - opłaciliśmy, lżejszą sami  wykonywaliśmy. W ten sposób obsadziliśmy gruntu ornego do 5 ha  zbożem i  ziemniakami. Ogród warzywny - warzywami. Położenie Żak było godne pożałowania. Daną mu ziemię przez  dłuższy czas nie mógł obrobić z braku konia. Po pewnym  czasie kuzyn jego przyjechał i pomógł mu w  zasiewie. Posiadane przez Żaka ciele, dość ładne -  zdechło oraz zdechł mu wieprzak. Z przywiezionego  inwentarza żywego   z majątku Lipowo, pozostały mu tylko dwie krowy, reszta wyginęła.  Nabyta przez nas krowa, maści  czerwonej, rasy polskiej,  dawała   dziennie do 8 litrów mleka tłustego jak śmietana. Mleka  starczyło na  sery, śmietanę, twaróg. Krowa była bardzo wesoła i bystra. Jednego razu kiedy ją żona doiła, a ja podszedłem blisko,  wówczas ona tak machnęła rogami mi  w głowę, że aż iskry mi  w oczach stanęły. Żona ją poiła po powrocie z pola, więc kiedy zbliżała się  do domu to biegła i ryczała by jej jak najprędzej dać  pić. Po  wypiciu  całego  ceberka,  szła  zadowolona tak pełna jak kula, spokojnie do obory. Konia kupiliśmy od pana Gintowta, w  sąsiedniej  wiosce, maści  białej lat 18 – tu. Był to koń bardzo mądry i mający wielką pamięć. Jednego razu  wszedł on do grzęd  warzywnych na podwórzu i poczynił  szkodę. Dałem mu za to kilka uderzeń  rzemieniem. W odwet ten koń, pasący się na łąkach nie dawał  się mnie  wziąć lub złapać, uciekał i  na nic  się  zdały moje  uchwyty – jak  dać mu owies i inne. Dawał  tyko żonie nałożyć chomąt i przyprowadzić do  domu. Kiedy ten koń był  młody, to mu jego gospodarz dopomagał w pracy tj. kiedy on wiózł wóz pod górkę, to  gospodarz złaził z  wozu i  tyłu popychał, lub za cugle ciągnął i szedł obok niego. Tak  do tej pomocy konia przyzwyczaił, że on jadąc  z wozem lekkim pod  górkę,  zatrzymywał  się i  czekał aż jadący nie  zlezie z wozu i mu nie pomoże. To nawet polegało na dotknięciu hołubli lub  z tyłu dotknięciu ręką do wozu, to już on dalej jechał. Więc zawsze te czynność musiałem  wykonywać. Bał on się także samochodów. Obawa jego następowała już po rozminięciu  się z samochodem. Wówczas  z całej siły wyrywał naprzód i w  bok, często  czyniąc tym  szkodę. Jednego razu jadąc  do Wilna stał na drodze  zepsuty samochód, byłem pewny, że on tego  samochodu już nie będzie  się bał, przeto go nie trzymałem mocno lejcami. Tymczasem kiedy on mijał  stojący  samochód, całą siłą, nieoczekiwanie dla mnie, rzucił  się  w bok  drogi i  wpadł do rowu z wozem. Wóz  się przewrócił i mnie przygniótł. Po drugiej stronie rowu był plot z drutu  kolczastego,  więc ja oberwałem lekko głowę, ale to tylko  dzięki posiadanej  czapce. Rana była lekka, koń także nogę poszarpał. Kiedy wylazłem z wozu byłem tak  wściekły na konia, że gdybym posiadał wówczas rewolwer, to  z pewnością bym  go zastrzelił. Tyle  miałem kłopotu,  aby wóz  wydostać  z rowu i  go  doprowadzić do porządku, by można było  dalej jechać.             Powracając z Wilna zabrałem córkę żony siostry, mającą 10 lat. Niedojeżdżajać  do Nowopola po  drodze polnej na głębokim i szerokim  rowie most był  zepsuty. Więc go rozebrano i przejeżdżano przez ten rów. Koń zatrzymał się i popatrzył w tył, czy mu będą pomagał ? Wówczas  zlazłem z wozu, stanąłem na krawędzi przyczółku mostu i zaledwie dotknąłem ręką  wozu, jak koń targnął z  całej  siły to wóz wyskoczył  z rowu, ja zaś tracąc podparcie runąłem  w błotna  wodę, zanurzając  się po  szyję. Ledwie wydostałem się z tego błota o obrzydliwym  wyglądzie. Córka  siostry śmiała się z tego  widoku do rozpuku – ja byłem zły jak pies, nie  wiem  czy na konia czy na śmiejącą  się  dziewczynę. Szczęściem było, że do  domu było blisko. Po przyjeździe widząc mnie tak zabłoconego -  wszyscy poczęli śmiać  się do upadłego i żartować, że ja w ubraniu kąpałem się w błocie,  biorąc przykład ze świni. Ponownie złość mnie pochwyciła, że konia zastrzeliłbym gdybym miał  rewolwer. Podobnych  kawałów koń mi  czynił dość dużo. Pamięć to on miał nadzwyczajną. Kiedy jechałem z powrotem do Nowopola  z Wilna do  domu to koń zatrzymywał  się przed tymi  zabudowaniami lub  zakręcał na podwórze, gdzie miałem jadąc do Wilna odpoczynek, nieraz nocleg. Kiedy jechałem powtórnie  do Wilna koń to samo czynił. Nawet zatrzymywał się na  drodze w tym miejscu, w którym przedtem odpoczywaliśmy, po wjeździe  do Wilna. Koń nie kierując go lejcami, sam szedł tymi ulicami, którymi przedtem jechaliśmy i to przez kilka ulic, po  dojechaniu  do  domu, w którym mieszkaliśmy sam wjeżdżał na podwórze. Koniem tym można było  dojechać z Wilna do Nowopola tj. na odległość 160 km nie kierując go lejcami.


Podziel się
oceń
1
0

komentarze (7) | dodaj komentarz

Z Edkiem w Nowopolu oraz o handlu

sobota, 01 marca 2008 16:44

W Wilnie ponownie drobny handel pozwolono prowadzić, dało to nam możność wykupić świadectwo handlowe i otwarcie w hali targowej boksu z przedmiotami jak farby do farbowania ubrań, drobnych naczyń kuchennych, gwoździ szewskich, pończoch, skarpetek, chustek na głowę, guzików itp. Handel z każdym dniem  rozwijał się, szczególnie  szła farba, którą kupowaliśmy od kolejarzy przywożących  ją z  Warszawy i Niemiec. Wogóle cały towar nabywaliśmy od osób handlujących legalnie lub nielegalnie. W sierpniu 1941 roku nieoczekiwanie przyjechał Edek. Bardzo ucieszyliśmy się z jego przybycia, a szczególnie, że on wyszedł z wojny  żywym. Opowiadał nam wstrząsające momenty jego przeżyć w walce  z Niemcami w  obronie Warszawy w 1939 roku, kiedy toczył boje będąc w lotnictwie z przeważającymi siłami lotnictwa niemieckiego.  Z walk tych wyszedł żywym. Po latach opowiadał również o udziale w powstaniu warszawskim. W czasie powstania zmagając  się z Niemcami oddział jego przedarł się do puszczy kampinoskiej, skąd atakowali Niemców aż do upadku powstania.   We wrzesniu1941 roku postanowiłem z bratem i Edkiem wybrać się do Nowopola na  swoją osadę  wojskową, celem objęcia własności nad takową. Uczyniłem to na skutek wezwania przez  władze niemieckie, by  wszyscy  właściciele powrócili do swoich posiadłości opuszczonych przed bolszewikami i roztoczyli należytą opiekę nad tymi posiadłościami. W Wilnie żona przy pomocy Zbycha  prowadziła handel. Do Mołodeczna dojechaliśmy transportem wojskowym nielegalnie. Od Mołodeczna do Królewszczyzny na mocy  wydanej przepustki przez Komendanta Stacji Mołodeczno. W Królewszczyźnie zatrzymaliśmy się u  stryjenki Marii Rożnowskiej – która nadal mieszkała we własnym  domu. Będący pod jej opieką, brat cioteczny Janek Koszyk – który ze mną współdziałał w walce z bolszewikami umarł na zapalenie płuc w 1940 roku. Bardzo mi było żal Janka, chłopak 18 – letni musiał umrzeć z braku lekarza i dostatecznych środków  wyżywienia. Przyczynił się on niemało do  odniesienia  zwycięstwa nad bolszewikami podczas ofensywy naszych wojsk, kiedy to brzóskami dekorował transporty bolszewickie. Cześć jego pamięci!  Z Królewszczyzny przybyliśmy do Głębokiego  do stryja Józefa Rożnowskiego, który  miał  dwa  domy przy stacji oraz dwa  czworaki nabyte w  majątku Głębokie. W  czworakach bolszewicy uruchomili fabrykę  waty opatrunkowej, łącznie z urządzeniem fabryki. Oczywiście, że  stryj tą  watę i fabrykę  zabrał, jako znajdującą  się w  czworakach. Stał się raptownie  bardzo bogatym  człowiekiem – posiadaczem fabryki i  całego składu  załadowanego  watą. Stryj  zamiast milczeć i watę przewieść  do domów znajdujących się przy stacji, począł  chodzić  po mieście, chwaląc  się że on jest bardzo bogatym  człowiekiem, bowiem pozostała mu po bolszewikach fabryka wyrobu  waty oraz samej  waty ogromna  masa i co on będzie robił z tym bogactwem. Tak  długo  się chwalił aż Żydzi przyprowadzili Niemców do fabryki wskazując ją. Niemcy watę z fabryka wywieźli, pozostawiając puste czworaki stryjowi. Stryj był bogatym, zaledwie parę miesięcy, jako posiadacz fabryki i  waty – nie umiał z  tej fabryki  skorzystać. Po odpoczynku u  stryja -  udaliśmy się piechotą  do Nowopola, oddalonego od Głębokiego o 35 km. W Nowopolu  zastaliśmy tylko  stary  domek, który  służył  za  warzywnię oraz stary chlew tj.oborę. Dom o czterech pokojach został przez bolszewików rozebrany, łącznie z odryna i wywieziony w inne miejsce z przeznaczeniem na  szkołę do  wsi Lipowo.            Gospodarkę rolą  na działce uprawiał były fornal z majątku Lipowo nazwiskiem Żak, który po  wywiezieniu mojej byłej żony -  zajął smoprawnie działkę i począł na  niej  gospodarzyć. Z majątku przyprowadził jako  własne trzy krowy, dwa konie i sporo narzędzi rolniczych.  Z inwentarza żywego i martwego, po  wywiezieniu  mojej j  żony nic nie pozostało. Dwa konie, 4 krowy, 8 owiec i 3 wieprze oraz sporo ptactwa wszystko bolszewicy wywieźli i  zabrali, pozostawiając zrujnowanie i kamienie po  fundamentach  domu i odryny. Cały mój wysiłek pracy i skromny wkład  gotówkowy, położony swego czasu poszedł na  marne. Pola  częściowo były obsadzane jarzyną przez Żaka. Żyto było posadzone przez żonę. Wszystko to sprzątnął Żak, łącznie z sianem z łąki. Według  rozporządzenia Niemców, winien on był  wydać mnie jako właścicielowi jedną trzecią części zboża zebranego łącznie z ziemniakami oraz  siana 50 %.  Zboże, ziemniaki i siano jemu odebrałem. Władze niemieckie wydały  zarządzenie wójtowi  gminy duniłowieckiej by niezwłocznie zarządził zwrotu zabranego  mego  domu i  odryny  z dostarczeniem  na  miejsce w Nowopolu. Dom pod szkołę jeszcze  dostatecznie nie był  wykonany,  więc go rozebrano i okoliczni  włościanie, z wieźli do Nowopola, aczkolwiek za tą zwózkę nie  byłem zobowiązany płacić, jednak ja zapłaciłem. Odrynę także  zwieziono  na miejsce  do Nowopola. Wynająłem cieśli, którzy jak dom tak i odrynę jeszcze  w 1941 roku pobudowali pod dach. Z ostatecznym wykończeniem powstrzymałem się do zakończenia wojny. Wyremontowałem  tylko  stary  domek i przekazałem dla pana Żaka na mieszkanie, którego przyjąłem na  zapaśnika do uprawy gospodarstwa na  działce w lecie 1942 roku. Po przyjeździe do Nowopola po pierwszych  dwóch tygodniach Edek pomagał mnie w  dozorowaniu  zwózki  domu i odryny oraz  zakupie  wapna i  cementu na fundamenty. Po czym odjechał odwiedzić kuzynów po matce, skąd powrócił  do Wilna, a po jakimś  czasie wyjechał  do Warszawy,  by zająć  pracę w fabryce jako technik.            Po  dokonaniu młócki zboża przez pana Żaka – ja otrzymałem jako jedną trzecią  część do 20 pudów oraz  ziemniaków  do 80 pudów,  siana do 0.8puda, poza tym słomy po zbożu do 60 pudów. Wobec tego, że paszy było pod  dostatkiem jak  dla krowy tak i dla wieprza, przeto kupiłem krowę i  wieprza, powierzając panu Żakowi do karmienia  do  wiosny i wieprza  do utuczenia na ubój.    Kiedy  w domu  budującym  się roboty  zostały  zakończone pod  dach, okna i  drzwi zostały zabite  deskami oraz zboże  zostawiłem na przechowanie u pana Machnickiego, sąsiadującego z Nowopolem, ziemniaki ukryłem w kopcach na  zimę, odjechałem do  Wilna, pozostawiając pana Żaka jako  zapaśnika na  działce i  dozorującego z mego ramienia nad  całością mienia na  działce  wojskowej.            Muszę nadmienić, że nas osadników  wojskowych było  w Nowopolu czterech. Oprócz mnie byli: Wincenty Hofman, Gabryel Jankiewicz i Kazimierz Leszczyk. Wszyscy oni  po  wkroczeniu bolszewików w 1939 roku opuścili Nowopol – kryjąc się przed bolszewikami, a po przyjściu Niemców żaden z nich nie powrócił na swoją  działkę z  wyjątkiem mnie jednego. Po powrocie z Nowopola, w  dalszym ciągu prowadziliśmy handel w hali targowej drobnymi towarami. Głównym towarem naszego handlu była farba do  wełny. Zyski handel przynosił dość dobre. Starczyło na dostatnie  wyżywienie i można było jeszcze coś zaoszczędzić. Stosunki Polskie z Litwinami ponownie  zaczęły się pogarszać. Litwini mając swoją Policję oraz zajmując stanowiska w urzędach, także w handlu czynili Polakom różne trudności. Dla  handlujących Polaków sporządzali  często protokóły  za rzekome pobieranie wysokich cen. Mocją takich protokołów Niemcy wymierzali karę, lub po daniu łapówki Litwini te protokóły niszczyli. Łapownictwo Litwini uprawiali na szeroka skalę. Za łapówkę daną kierownikowi  sklepu – można było bez kolejki  dostać towar i to lepszy, szczególnie mięso, słoninę i masło. Policjanci litewscy czynili na drogach zasadzki na powracających mieszkańców  miasta, a  szczególnie  chodzących  po  zakupy po  masło, słoninę, jaja itp. Spotkanych  rewidowano i jeśli ktoś nie dał łapówki wówczas odbierali mu artykuły, przy czym niejednokrotnie w tym wypadku dochodziło do bójek, zwykle kończących  się na szkodę Polaka, bowiem nie tylko zostali pobici, lecz jeszcze odebrano im niesione przedmioty.  Akcje te Litwinów były podobne do akcji prowadzonej przez Niemców w  czasie  wojny w latach 1916 – 1918.                                           


Podziel się
oceń
1
1

komentarze (7) | dodaj komentarz

Bolszewicy wywożą z Wilna tysiące Polaków, wkraczają Niemcy

piątek, 29 lutego 2008 17:08

Kiedy jeszcze nasz stan materialny był ciężki, po wyjściu moim ze szpitala,  wydzierżawiliśmy jeden pokoik litewskiemu policjantowi nazwiskiem Jan Pakonas. Okazał  się on w  czasie późniejszym komunistą litewskim i ogromnym przeciwnikiem Polaków. Nadużywał swojej władzy policjanta. Często bił kobiety po głowie pałką bezpodstawnie, nawet  ciężarne. Często  z nim  wieczorami prowadziłem dysputy na temat Polsko – Litewskiej historii Unii Lubelskiej oraz o tym, że Polacy nigdy Litwinów nie uciemiężali, że na przyszłość nigdy Litwini nie będą wrogami narodu polskiego. Pakunas twierdził odwrotnie, że Polacy przemocą Litwinów spolonizowali i nadal będą polonizować i że to było tylko z powodu Unii Lubelskiej, bo gdyby  nie Unia Lubelska to państwo litewskie istniało by dotychczas z narodem  rozmawiającym czystym językiem litewskim. Ja mu twierdziłem, że gdyby nie Unia Lubelska, to  ziemie litewskie zostały by zagarnięte przez Rosję i ujarzmione, bez żadnych  swobód  narodowościowych – jak to  czynił carat wobec Polaków i Litwinów  w rozbiorze Polski do 1905 roku Stan aprowizacyjny Wilna  był dobry. Litwini  dostarczali z Kowieńszczyzny w  dostatecznej ilości produktów żywnościowych. Czynili to propagandowo i dla tego, że tych artykułów z powodu  wojny nie mogli  wysłać  za granicę,  więc rzucali na rynek  wewnętrzny. Będące w Wilnie wojsko bolszewickie, było skoszarowane w  koszarach. Oddziały były przewożone  na autach ciężarowych ulicami  na  spacer. Kontaktu z mieszkańcami miasta nie posiadali. W lecie 1940 roku sowieci oskarżyli Litwinów o zamordowanie dwóch krasnoarmiejców, zarzucając Rządowi litewskiemu, iż on  zerwał tym układ zawarty o  wzajemnej przyjaźni i pomocy w 1939 roku. Opierając  się na  tym zajęli  całą Litwę swoim  wojskiem, łącznie z Wilnem. Po  zajęciu Wilna i całej Litwy Kowieńskiej, zarządzone były wybory przedstawicieli mieszkańców Litwy  do Zgromadzenia celem  wyniesienia Uchwały o wkupieniu  się Litwy, jako państwa do ZSRR.  Wobec tego, że mieszkańcy nie  chcieli iść do głosowania – przeto głosowanie  przeciągało się do trzech  dni w którym to  czasie młodzi Żydzi chodzili do  wyborców i groźbą  zmuszali ich do głosowania. Przedstawicielami  zostali  wybrani szowiniści litewscy żołnierze oraz osobnicy nie cieszący się dobrą opinią. Wybrani przedstawiciele wynieśli Uchwałę o przyłączeniu dobrowolnym Litwy do Związku Radzieckiego. Należy nadmienić, że przed zajęciem Litwy – Prezydent Smetona z  większą ilością osób z Rządu Kowieńskiego uciekł z dwoma pułkami kawalerii do Niemiec. Pozostałe wojska zostały obięte władzą  wojskową Sowietów.  Od czasu zajęcia przez Sowietów Litwy, stosunki Polsko – Litewskie poprawiły się. Litwini pozbawieni władzy już nie posiadali takiej siły jaka mieli za czasów swoich rzĄadów, co im utrudniało czynić  napaści na Polaków. Sowieci po zajęciu Wilna – poczęli przestawiać handel prywatny, zmniejszając handlujących i tworząc kooperatywy. Na handlujących nakładali wygórowane podatki i tą drogą  zmuszali do likwidowania handlu. Do kooperatyw wstąpiła  znikoma ilość ludzi. Jednak drobny handel w niedużej ilości pozostawał.  Ja także go prowadziłem, lecz w ograniczonej ilości. Stosunek polityczny sfederowanej Litwy ze Związkiem Sowieckim, żadnych praw samodzielnych dla Litwy nie  dawał. Sowieci  wprowadzili całkowicie swój ustrój jak poityczny tak i gospodarczy, likwidując prywatny przemysł, rzemiosło i  handel z  czym ludność  Litwy Kowieńskie  ani Wileńszczyzny  zgodzić  się nie mogła, opierając  się temu ustrojowi. Sowieci na terenie sfederowanej Litwy i Wileńszczyzny rozpoczęli  masową   wywózkę ludności na Syberię i Kazachstanu. W Wilnie  wyłapywali  byłych polskich urzędników łacznie z wójtami, sołtysami, handlarzami i wywozili takowych z rodzinami i małymi  dziecimi, w  nieogrzanych  wagonach towarowych, w których po  drodze większość umierała z głodu i  chłodu.   Sytuacja moja była dośc groźna. Enkawudziści mogli mnie w każdej chwili  aresztować i  wywieźdź,  co mnie  zmuszało do większej  czujności i przebywania poza domem. Największe nasilenie  wywózki nastąpiło  wiosną 1941 roku, kiedy to tysiące  osób dziennie wywożono z Wilna, nawet handlarzy spod hali handlowej.   Pierwszą ofiarą  wywózki była moja pierwsza żona Felicja Rożnowska, którą  wywieziono z działki Nowopole na Sybir. Całe mienie żywe i marwe, zostało skonfiskowane. Pozwolono tylko zabrać  ze  sobą trochę bielizny i  ciepłe ubranie.  Po mnie kilkakrotnie przyjeżdżali, lecz  szczęśliwie mnie  nie było w  domu.Na  drugi  dzień po powrocie ze  szpitala – 21 czerwca w  niedzielę – Niemcy zaatakowali nieoczekiwanie bombardując Wilno. Schroniliśmy się do schronu w  domu  znajdującym się wizawi  naszego  domu, na tej  samej ulicy. Kiedy  znajdowałem się w  schronie, to jeszcze Enkawude przyjeżdżało po  mnie i  sąsiada -  sekretarza Związku Kolejowego. Dnia 22 czerwca  - Wilno  zostało  zajęte przez Niemców. Zajęcie Wilna przez Niemców uratowało tysiące mieszkańców od  wywiezienia w głąb Rosji. W liczbie uratowanych byłem i ja. Litwini ogromnie ucieszyli  się  z zajęcia Wilna przez Niemców. Oddziały wojska litewskiego, którym  udało się pozostać lub  w  drodze uciec z  szeregów bolszewickich chętnie oddali  się  zwierzchnictwu niemieckiemu.  Niemcy po  zajęciu Litwy łacznie z Wileńszczyzną -  nadali tylko samorządowe prawo Litwinom to jest  w  sprawach gospodarczych i bezpieczeństwa kraju,  a zwierzchnią  władzę zatrzymali w  swoich rękach. Litwini mieli  także w urzędach swój jezyk litewski.  Policja była litewska pod zwierzchnią władzą Niemiecką i jej nadzorem.  Na  żywność zostały wprowadzone kartki. Wydawana żywność nie  starczała na życie. Trzeba było więc  nabywać  nielegalnie.            Przez  cały dzień 21  czerwca, kiedy już Niemcy maszerowali, to jeszcze Enkawudziści usiłowali z Wilna wywieść ludność. Pozostawili moc  armat i karabinów, których nie mogli  wywieźć z powodu zatamowania  ruchu. Sowieci mieszkający w  Wilnie pozostawili swoje  rodziny na pastwę  losu, a  sami uciekli. Na  dwocu towarowym ładowali jeszcze dnia 21 ogromne transporty uwięzionych Polaków w ilości kilku tysięcy osób i usiłowali takowe  wywieźdź. Jednak dzięki nalotowi bombowców transporty te  kolejarze wileńscy odczepili od lokomotywy, pozostawiając kilka  wagonów  z bolszewikami.  W  wagonach nieodczepionych od lokomotywy wywieziono najwięcej działaczy polskich.   Kiedy otwarto  wagony pozostałe, to ludzie z nich  wypadali jak  snopy, ledwie żywi. Bowiem całą noc,  stali  natłoczeni jak śledzie w  beczkach, spoceni z  nogami w  swoim kale.


Podziel się
oceń
1
0

komentarze (12) | dodaj komentarz

Śmierć Kazika w obronie Ojczyzny i ........................

czwartek, 28 lutego 2008 14:43

            Po dokonaniu opatrunku w Pogotowiu Ratunkowym skierowano mnie do Szpitala Św. Jakuba, bowiem miałem kość pogruchotaną niżej kolana i część odłamka kuli była w  nodze. W szpitalu nastepnego dnia po dokonaniu prześwietlenia  nogi – nogę zagipsowano i ułożono mnie w łóżku. W szpitalu przebywałem  więcej jak miesiąc, to jest do czasu zdjęcia gipsu z nogi. W  szpitalu czas upływał pierwotnie dość ciężko – noga mnie bardzo bolała, jednak  z  chwilą gojenia  się nogi było weselej. Mogłem czytać gazety i książki. Z gazety dowiedziałem się o walkach toczących  się między bolszewikami a  Finlandią. Finlandia dłuższy czas stawiała opór bolszewikom nacierającym na linii Mejharda nie  zwracając uwagi na ogromne  straty swego wojska. Ostatecznie przełamali linię Mejharda.Wówczas został podpisany pokój, mocą którego  przeszła na  własność Rosji Sowieckiej.   Na liniach bojowych tj.na  zachodzie między Niemcami, a  Francją i Anglią walk nie było. Po powrocie ze szpitala, mogłem chodzić tylko bardzo po malutku, oparty o ramię innej osoby lub na szczudłach. Stan taki trwał kilka miesięcy – poczem już zacząłem  chodzić o lasce. Stan materialny z każdym dniem stawał się gorszy. Dochodów  nie mieliśmy żadnych -  zapasy żywnościowe przywiezione z Kucewicz wyczerpały się. Posiadane pieniądze także zostały  wydane. Co prawda Zbyszek został pracownikiem i nam nieco pomagał, lecz jego pobory zaledwie  starczały na jego utrzymanie. Wobec tego żona  zaczęła  szyć ubranka dla swego brata, który posiadał w  halach targowych sklepik. Ponadto brat prowadził ruchomy handel ubraniem na zewnątrz hali, to jest na placu przed halą, wychodzać na tym handlu dość dobrze. Ja zachęcony handlem brata żony oraz innych osób, którzy poczeli handlować i  zarabiać na życie, postanowiłem również rozpocząć handel.    Niestety nie posiadałem środków finansowych ku temu. Wobec czego żona przenicowała moją  stara czarna marynarkę, którą sprzedałem za 20 litów, za które to  rozpoczełem handel. Kupiłem kortu z którego żona uszyła dwie pary  spodni, za które otrzymałem 40 litów i tak poczełem handlować spodniami, zwiększając swój kapitał każdego dnia o100 %  więcej, co nam  dawało zysku w przeciągu miesiąca kilkaset litów. Taki stan pozwolił nam czynić zakupy materiałów w większej ilości i lepszym gatunku, jak na spodnie tak i na bluzy  robocze i koszule, które żona  szyła, a ja na rynku sprzedawałem. Muszę nadmienić, że nasz towar był na rynku najlepszym, bowiem żona szyła te ubrania  solidnie i mocno. Wówczas kiedy Żydzi  szyli tandetkę. Przeto moje ubrania prędko sprzedawałem i zdobywałem coraz więcej kupujących, a nawet  zamawiających. Z biegiem czasu żona już niezdążała  sama  szyć ubrań,  wobec czego oddawaliśmy szyć krawcowi Żydkowi spodnie – które już  skrojone przedtem przez żonę, szył pod nadzorem żony. Żona szyła  do 8 par spodni dziennie i Żydek do 7 par, razem 15 par spodni ja  sprzedawałem w jednym dniu,  zarabiając po 3 lity na parze. Kapitał nasz obrotowy rósł  z każdym dniem, co dawało nam żyć pod dostatkiem.  Handel  wówczas odbywał  się na  rynku Tyszkiwiczowskim przy ulicy Ponarskiej. Rynek ten istniał i przed  wojną tj.za  czasów carskich.  Kiedy ja jażdżac na stację towarową po wykup waganów z papierem w latach 1913 – 1915 podziwiałem chodzących handlarzy na tym rynku,  sprzedających najróżniejsze przedmioty. Litowałem się nad tymi handlarzami i ich marnym  zarobkiem. Nie przypuszczałem wówczas, iż mnie przyjdzie się na  Na rynku tym w 1940 roku tysiące osób handlowało – kto  czym mógł, przeważnie żony  wojskowych oficerów i innych urzędników polskich. Początkowo sprzedawały  swoje przedmioty, poczym już  handlowały już różnymi przedmiotami -  zarabiając na życie  swoich rodzin, których stan materialny był  ciężki, gdyż  mężowie byli w niewoli niemieckiej lub bolszewickiej,  albo uciekli na  zachód do Francji. W lecie 1940 roku Polski Czerwony Krzyż z Warszawy nadesłał powiadomienie urzędowe pod adres  zamieszkania Kazika w Oszmianie –, że Kazik w  dniu 6 września 1939 roku poległ w  walce z  Niemcami i jest pochowany w  zbiorowej mogile pod krzyżem przy wylocie ulicy Grzymowskiej w Piotrkowie.  Wiadomość  ta była dla mnie tak i  dla  wszystkich nadar  bolesna i  smutna. Ogromny żal było Kazika, byliśmy  zarazem  dumni, że on poległ w obronie Ojczyzny. CZEŚĆ I CHWAŁA JEGO BOHATERSKIEJ ŚMIERCI.       W pierwszym półroczu 1940 roku Polacy żyli spokojnie przed bolszewikami – natomiast  szowiniści litewscy dawali  się we  znaki, narzucając przemocą język litewski jak w urzędach, handlu i w  kościołach. Na tym tle dochodziło do różnych kłótni, a nawet bójek, szczególnie w kościołach. Podczas nabożeństwa w kościołach odbywających  się w języku polskim,  wchodziły gromadki młodzieży litewskiej, przeszkadzając w odbywaniu się nabożeństwa, rozpoczynając śpiewać hymn litewski. Miedzy tą młodzieżą litewską, a modlącymi  się Polakami – następowały sprzeczki i bójki – często likwidowane przez Policję litewską -  zwykle aresztując kilkudziesięciu Polaków. W jedną niedzielę byłem w kaplicy Św. Kazimierza w  Katedrze na nowennie o godz. 4 –tej po południu. W pewnym  czasie wtargnęła  do kaplicy litewska grupa młodzieży – śpiewając hymn litewski, bez przerwy. W kaplicy było modlących się Polaków z kilkaset osób. Kiedy Polacy zaczeli śpiewać Anioł Pański – słowami  wieczne  spoczywanie racz im da Panie – to Litwini jeszcze ochrypłymi już głosami  śpiewali swój hymn. Wówczas ja po odśpiewaniu 3 zwrotek – wiecznego odpoczywania, ponownie zainicjowałem śpiew „Wieczne odpoczywanie” podchwycony przez  cała ludność i śpiewano to bez przerwy w kółko. Nam Polakom było lekko śpiewać bez przerwy,  w kóło,  a Litwinom ochrypłym od nadmiernego  wyciłku bezustannym  śpiewaniem swojego hymnu już  tchu  zabrakło, tak że  w ostateczności zmuszeni byli przestać  śpiewać, a my  wciąż w kółko śpiewaliśmy   „Wieczne odpoczywanie….” aż puki Litwini nie opuścili kaplicy – grożąc nam  śpiewającym kułakami.


Podziel się
oceń
1
0

komentarze (7) | dodaj komentarz

Z wojny i niewoli powraca syn Zyszek, ja zostaję .........

środa, 27 lutego 2008 18:31

            Operacje wojenne w 1939 roku zakończyły się dla Polski jak wiadomo wszystkim niepomyślnie i bardzo smutno. Wiadomości o synach żadne nie  dochodziły -  wszelkie moje usiłowania doosiągnięcia jakiejkolwiek wiadomości o nich nie  dawały rezultatu. Nieoczekiwanie w miesiącu październiku 1939 roku powrócił  do Wilna Zbyszek, który uciekając od niewoli bolszewickiej szedł piechotą przez Oszmianę,  gdzie  dowiedział  się, że ja z Kucewicz wyjechałem z  rodziną. W Wilnie od  siostry Marii dowiedział się o  moim powrocie i  zamieszkaniu w Wilnie. Była to bardzo wileka radość z jego powrotu. Był on z Kazikiem w  jednym batalionie 86 Pułku Piechoty. Pod Piotrkowem Trybunalskim 6 -tego września rano oboje oni z  batalionem  wyruszyli na pozycje, przeciwko  kroczącym Niemcom. Kazik dowodził plutonem z  dwoma  ciężkimi karabinami maszynowymi. Zbyszek plutonem  saperów.       Z nacierającymi  Niemcami, rozgorzał  się zaciekły bój. Piechota Polska brawurowo odpierała ataki Niemców. Koło godziny 12 – tej  Zbyszka odwołano z pozycji  do minowania  mostu. Tabory polskie  stały w lesie, niedaleko toczących  się  walk. Tabory te  zdradziły swój postój w  lesie – przez strzelanie z  karabinów do  niemieckich samolotów atakujących wojska polskie. Tą swoją strzelaniną spowodowali, że duża ilość  samolotów bojowych niemieckich, zaatakowała las rzucając  ogromną ilość  bomb, które  wyrządziły ciężkie  straty w taborach, w ludziach, koniach i  wozach. Bataliony piechoty na  niektórych pozycjach walczyły do późnego dnia. O  zmroku resztki ocalonego 3 – go  batalionu wycofały się z linii bojowej. Zbyszek od cofających się  żołnierzy usiłował zasięgnąć wiadomości o  Kaziku. Niestety zapytani twierdzili, że widzieli go prowadzącego do ataku kompanię, nad którą obiął  dowództwo po poległych kolegach, jednak wśród cofających  się jego nie zauważono. Dziewiętnasta Dywizja piechoty powstrzymująca pochód Niemców  na Piotrków,  zmuszona była  wycofać  się  z pod  Piotrkowa  z powodu okrążenia pozycji bojowych przez Niemców.  Dalsze jej boje były także nie pomyślne, chociaż odstępując zadawała ogromne straty dla  Niemców. Dotarła ona w  odwrocie pod  Brześć Litewski, gdzie łącznie z innymi wojskami Polskimi  dostała  się do niewoli bolszewickiej. Zbyszek przed wyruszeniem z Mołodeczna na front, został mianowany podporucznikiem, wobec czego, będąc oficerem w  Brześciu Litewskim pierwotnie usiłował  zataić  swoja  rangę, ostatecznie przyłączył się  do grupy oficerów, myśląc że  lepiej będzie w niewoli. Kiedy ich  załadowano  do wagonów  towarowych i  wieziono w  stronę Mińska,  zoriętowali  się po nazwach  stacji, które  wypatrywali  w szparach w oknach, że ich  wiozą  do Rosji -  wówczas  Zbyszek postanowił uciekać.  Namówił kolegę  do  wyłamania  drzwi i ucieczki, jednak  zaledwie jeden kolega  zgodził  się, inni nie pozwolili  drzwi  wysadzić. Wówczas Zbyszek z kolegą otorzyli rękami zakratowane u góry okno wagonu i kiedy pociąg jechał wolniej pod górę wyskoczyli z pociągu niedaleko stacji  Niegoreło i nocami  szli w kierunku Polski. Po drodze byli niejednokrotnie świadkami – już na terytorium Polski, jak Ukraińcy i Białorusini  zatrzymywali  żołnierzy Polskich, celem przekazania ich bolszewikom lub obrabowania.  W jednej  większej  wsi Zbyszek z kolegą  postanowili  zakupić  żywności i kiedy  weszli do pierwszej  chaty niezwłocznie z tejże  chaty pobiegł  chłopak  do  wsi i przyprowadził uzbrojonego młodego chłopaka, wiekiem około 20 lat. Tenże chłopiec pod groźą wymierzonego karabina usiłował aresztować i  zabrać  Zbyszka  z kolegą.    Wyszli oni z chałupy na powietrze, ale dalej iść nie chcieli. Wówczas uzbrojony młodzieniec posłał  chłopca  po pomoc. Zyszek z całej siły wymierzył cios uzbrojonemu młodzieńcowi w zęby. Młodzieniec ten runął na ziemię. Zbyszek  wyrwał mu z ręki karabin i  pośpiechu opuścili  wieś. Karabin  w pierszym lesie porzucili. Nim wkroczyli na terytorium województwa wileńskiego mieli  szereg innych przygód od  chłopów białoruskich i ukraińskich,  a  także i od  wojska bolszewickiego. Tłumacząc  się, że są żołnierzami zwykłymi, powracającymi do  domu – byli puszczani. Bardzo ucieszyliśmy  się  z powrotu Zbyszka. Po jego powrocie żona z nim pojechała do Oszmiany, by z tamtąd zabrać ubrania Kazika. Właścicielka mieszkania, chętnie oddawała ubrania, ale jej syn, który powrócił do domu z więzienia usiłował ubrania zatrzymać. W ostateczności ubrania zabrano za   wyjątkiem butów, kurtki i mniejszej ilości koszul i skarpetek. Widomości o Kaziku i  Edku w  dalszym ciągu nie  mieliśmy. Nadchodziły słuchy od żołnierzy z 19 Dywizji, że Kazik zginął – jednak tych  wiadomości nikt jako naoczny świadek swierdzić nie mógł. Zbyszek także nie miał konkretnych  wiadomości o Kaziku. Ponownie  począł  pracować w Urzędzie Ziemskim jako mierniczy pod zwierzchnictwem władz litewskich. Na  swoje utrzymanie zarabiał i nieco nam rodzicom dopomagał.  Stosunki Polaków, mieszkańców Wilna i województwa wileńskiego z  Litwinami zaogniły  się. Młodzież polska, ucząca się w  szkołach średnich, tak i na Uniwersytecie  Stefana Batorego niechętnie garnęła  się  do nauki  języka litewskiego, który to język Litwini usilnie  narzucali do nauki. Na tym tle zachodziły nieustanne skandale między młodzieżą polską, a mieszkańcami litewskimi.  W  dniu 1 listopada w święto Wszystkich Świętych -  młodzież polska zgromadzona  udała  się  na grób Józefa Piłsudskiego na  cmentarzu Rossa,  gdzie śpiewano polskie patriotyczne piosenki. Litewska Policja młodzież rozpędzała – jednak ponownie młodzież  gromadziła się w innym miejscu i nadal śpiewała. Uganianie  się młodzieży z Policją trwało  do późnej nocy. Następnego dnia w  Dzień Zaduszny, cała ludność polska miasta Wilna udała  się na cmentarz Rossa i na grobie Piłsudskiego składała  ogromną ilość  kwiatów. Młodzież szkolna i  studenci z  Uniwersytetu poszli w  szeregach  w ilości kilku tysięcy – zajęli miejsca na  wzgórzu przy  grobie Józefa Piłsudskiego i poczęli śpiewać patriotyczne piosenki polskie. Litwini  wyczuwając demonstrację ściągnęli z Kowna posiłki wojskowe, piechotę i kawalerię oraz Policję. Wszystkie ulice w kierunku  cmentarza Rossa, obsadzili  wojskiem i Policją. Pod samym  cmentarzem ustawili kilka szwadronów   wojska konnego. Kiedy masa narodu  cywilnego i uczącej się młodzieży usiłował uliczkami przebić  się  do cmentarza obstawionego  wojskiem -  wówczas  wojsko poczęło rozpędzać nie tylko idących na  cmentarz – lecz także i tych, którzy byli na cmentarzu. Powstało kotłowanie, lamenty  dzieci i płacz kobiet.     Wojsko  coraz groźniej nacierało na tysiące ludzi bijąc szablami. Wówczas młodzież i studenci poczęli bronić nacierajacą ludność. Wywiązała  się walka. Wojsko płazowało szablami, a młodzież rzucała  kamieniami  wojsko. Ludność w pośpiechu zaczęła uciekać ogrodami. Ja także powróciłem  do domu okolicznymi ulicami. W domu  zastałem przy radiu słuchających żonę i córkę, także zaczęłem przysłuchiwać  się  audycji radiowej. W czasie tym, wpadła  do mieszkania moja  siostra Maria z krzykiem, że na ulicy Piwnej przed naszym  domem wojsko  szablami rąbie młodzież, a  z  naszego podwórza studenci rzucają kamieniami w wojsko. Ja wybiegłem na podwórze i rzeczywiście  stwierdziłem, że studnci wybierają kamienie z bruku dziedzinca i rzucają  przez mur na głowy żołnierzom. Brama z furtka wejściową na podwórze była  zamknęta. Więc piechota litewska nie mogła na podworze wejść. Ja także kilka głazów kamiennych rzuciłem na ulicę – lecz kiedy piechota zaczęła salwami strzelać w  kierunku naszego  domu i kule poczęły  gwizdać,  wezwałem  studentów by  schronili się w moim mieszkaniu. Drzwi otworzyłem i 12 studentów wpuściłem do przedpokoju swojego  mieszkania w  ostatniej  chwili. Kiedy  zamykałem drzwi  kula  karabinowa, przebijając  drzwi  ugodziła mnie niżej kolana lewej nogi. Osunęłem się na podłogę, wówczas mnie  wniesiono  do pokoju i ułożono na  tapczanie. But ściągnięto, a lewą nogę, wyżej kolana ściśnięto ręcznikiem, by nieodpuścić  do upływu krwi. Po zabandażowaniu nogi  sprowadzono  z miasta dorożkę i żona  w towarzystwie kilku  studentów odwiozła mnie do Pogotowia Ratunkowego. Przejżając placem przed Ostrą Bramą na którym stało  wojsko litewskie poczęłem  wznosić  okrzyki –„Precz z Litwą” , „Niech Żyje Polska”. By  zagłuszyć te okrzyki żona zamknęła mnie usta chusteczką, czem zmusiła  do milczenia.


Podziel się
oceń
1
0

komentarze (8) | dodaj komentarz

Powrót żony i wiadomości o losie bogatych gospodarzy, hr. Czapskiego, wójtów oraz policjantów

sobota, 23 lutego 2008 23:09

            W mieście objęła posterunki Policja litewska. Bolszewicy żadnej funkcji  administracyjnej już nie  spełniali.  Ludność  polska na razie odetchnęła, bowiem  groźba  aresztów i wywózka  na  Sybir już ustała. Pierwsze dwa tygodnie administracja litewska obsadała kierownicze  stanowiska w  różnych  byłych urzędach polskich samorządowych. Wprowadzono język litewski. Wobec tego, że mieszkańcy Wilna w 95 % nie znali języka  litewskiego, przeto w urzędach niektórzy urzędnicy nie chcieli mówić po polsku,  Polacy nie umieli mówić po litewsku. Szukano  wówczas tłumacza litewskiego i było z tym dużo kłopotów. Naczelną władzą na Wilno  był Komisarz delegowany przez Litewskiego Prezydenta pana Smetony. Komisarz ten znał język polski, jako też i jego sekretarka. Odnosili się oni  do Polaków dość uprzejmie.  Natomiast napływający urzędnicy z Litwy i władze uniwersyteckie, byli  nastawieni bardzo  szowinistycznie względem Polaków. Usiłowali oni Polaków  w krótkim czasie zlitwinizować, co im całkowicie się nie udało, bowiem Polacy  szczególnie  w  wieku  starszym nie życzyli  sobie uczyć się  jezyka  litewskiego.   Młodzież polska uczeszczająca do powszechnych szkół i do gimnazjum, niechętnie  się uczyła tego języka, urządzając demonstracyjne  wybryki w  szkołach, jak to  miało  miejsce  w dniu imienin Prezydenta Smetony.              W jednym z gimnazjum w sali  wykładowej profesorowie znaleźli portret Prezydenta zasmarowany śmietaną, a  godło litewskie przedstawiające rycerza na  koniu z tarczą postawiono na podłodze oparte o ścianę. Przed  godłem położono  siano dla konia. W ten sposób nakarmiono Prezydenta śmietaną,  a konia sianem. Na  dodatek portret i godło sfotografowano i fotografie te były rozwieszone  na  mieście. Był to  wyczyn bardzo  brzydki i  nie  szlachetny. Młodzież tłumaczyla  się, że uczyniła to jako protest przeciwko nauczycielom  szowinistom litewskim, którzy przemocą usiłowali ich litwinizować.  Po  powrocie od  państwa Rutkowskich z  Rudziczek do  Wilna  wysłałem żony  siostrę z bratem do  Kucewicz, by  stamtąd zabrali i przywieźli do Wilna moją  żonę z córką. Wobec tego, że w Kucewiczach Komitet miejscowy nie chciał  wypuścić żony  do  Wilna, to wówczas większą część  mebli i rzeczy przewieziono do Żupan do  ciotecznej  siostry  żony, gdzie pozwolono żonie zamieszkać.  Z Żupan żona przyjechała na kilka  dni do Wilna, odwiedzić mnie. Ja już  miałem wynajęte mieszkanie przy ulicy  Piwnej nr 1, składające  się z czterech  dużych pokoi, kuchni i przedpokoju. W jednym pokoju mieszkał sublokator pan Woronowicz, były urzędnik kolejowy - emeryt.  Po  paru dniach pobytu żony w  Wilnie, odjechała ona z bratem, ponownie do Żupran, by  stamtąd zabrać wszystkie  rzeczy i  nadać na kolej, celem przywiezienia  do Wilna, co  się urzeczywistniło.  W Kucewiczach ponownie Komitet, usiłował niedać zabrać pozostałych rzeczy, jednak dzięki energicznej postawy brata żony w  ostateczności uległ i  wydał. W  Żupranach żona pozostawiła kilka  skrzyń z  książkami, między innymi dziesięć dzieł Józefa Piłsudskiego oraz kilka olejnych obrazów. Przedmoty te  miała w późniejszy  czasie zabrać, jednak pozostały one  tam na zawsze, gdyż wkrótce została  ustalona granica między Litwą a Białorusią i dokąd  już nie można było  wyjechać.  Po odebraniu z kolei nadanych  mebli i innych przedmiotów i przywiezieniu do mieszkania, byliśmy uszczęśliwieni, że uratowaliśmy się  od  szykan bolszewickich i że możemy nareszcie spokojnie żyć w Wilnie. Żona opowiedziała  dużo  szczegółów,  co  się działo w Kucewiczach po mojej ucieczce, a mianowicie: następnego  dnia w  poniedziałek, bolszewicy wkroczyli do Kucewicz. Między wkraczającymi oddziałami piechoty – nadjechał  samochód,  zatrzymał  się przed  Gminą, z którego wysiadł starszy rangą oficer lub Komisarz. Zarządził by mu wezano z Urzędu Gminy wójta. Kiedy mu odpowiedziano, że wójt  wyjechał z  Kucewicz i nie powrócił,  wówczas z ironicznym  uśmiechem powiedział  „Udrał  sukinsyn, my iwo  najdziom”.             Kiedy bolszewicy nawiązali  rozmowę z kobietami i męższczyznami – na  wstępie zapytali  dlaczego oni tak odświętnie    ubrani „Szto u was jesc praznik? Odpowiedziani im, że na razie żadnego święta nie ma, wówczas oni zdziwieni, poczęli pytać: „To paczemu wy tak krasiwo adiety po prazniczymu?”. Należy zauważyć, że mieszkańcy Kucewicz byli ubrani, jak każdego dnia roboczego – jednak ten ubiór był  stosunkowo lepszy od  noszonego przez luność bolszewicką, dlatego bolszewikom okazał się świątecznym.   Następnego dnia mieszkańcy Kucewicz, ubrali się w najgorsze podziurkowane ubrania i byli na bosaka z czego już bolszewicy nie  czynili  zachwytu. Byli oni tego dnia wezwani przez politruków  bolszewickich do Urzędu Gminy -  zjawili się  najgorzej ubrani. Na pytania politruków niemal wszyscy skarżyli się na ciężkie warunki materialne. Wówczas politrucy ze zdziwieniem zapytali – „To paczemu wy nie rozkułaczycie kułakow i paczemu wy nie wazmieicie ich imieszczostwo i nie  zabieraicie?” Przy tym nakazal zebranym, żeby natychmiast kułaków i pamieszczykow rozkułaczyli. Hasło to dane, niezwłocznie wprowadzono  w czyn.         Chłopi rzucili się gromadnie na  zamożnych gospodarzy i majątki – rozgrabili inwentarz  żywy i  martwy. U  zastępcy  wójta pana Rozwadowskiego,  rozgrabili do ostateczności -  zabrali 20  sztuk   bydła i 6  koni,  wszystką trzodę  chlewną,  a  nawet wszystkie  garki, tak że następnego  dnia nie miał w  czym ugotować sobie parę  ziemniaków. Taki  sam los,  spotkał i innych  zmożniejszych gospodarzy. W majątku  Kucewicze miejscowy Komitet biedoty spisał inwentarz żywy i  martwy i nie pozwolił takowy rozbierać. Jednak kiedy powrócił  z  więzienia  starszy syn Lowa Łaskow  komunista -  wóczas on wbrew woli ojca, rozdał majątek darmo między pracownikami ojca. Biednemu ojcu nic nie pozostawił, tak że ojciec zmuszony został  zamieszkać w innej  wsi i tam żyć z młodszym  synem. Podczas tego podziału jeszcze żona była w tymże  majątku, Lew Łaskow obiecał jej krowę i mieszkanie o ile zechce żyć nadal w Kucewiczach. Żona jednak mu podziękowała za tą ofiarę.   W majatku Nowosiółki u hr. Czapskiego służba rozdzieliła między  sobą żywy inwentarz i martwy. Rozdzieliła i rzeczy i  wszystko,  co było  droższego – pozostały tylko puste pokoje. Tymczasem hr. Czapski nie mogąc  zmeldować  się w Wilnie w  domu siostry na ul. Wileńskiej, gdzie czasowo  zamieszkał po ucieczce z Nowosiółek – zmuszony był  wracać do  swojego majątku. Przybył  z Wilna na stację Soły i  szedł do majątku piechotą. Po drodze przed majątkiem na 8 km spotkał  swoją kucharkę -  zapytując co  słychać w majątku ? Kucharka ta mając na  sumieniu popełnione kradzieże i by nie trzeba  było zwrócić  zrabowanych przedmiotów – nastraszyła hrabiego - by do majatku nie  wracał, gdzie na niego  czekają bolszewicy i odeszła.         Pozostawiony hrabia Czapski, nastraszony i nie  wiedząc co z  sobą  zrobić - na pasku od  spodni powiesił  się na przydrożnym  drzewie, gdzie go  znaleziono nie żywego. Pochowano  go na tym  samym  miejscu w   wykopanym  dole, bez trumny i tak  zakończył swój los życia. Synek jego trzyletni Andrzej, pozostał pod opieką  siostry hrabiego, która  z nim uciekła przed bolszewikami  do Warszawy. Żal mi było ogromnie hr. Czapskiego, był on dobrym dla ludności i otoczenia. Nikomu żadnej krzywdy nie  czynił.  Były Komendant Posterunku Policji w Kucewiczach – Kiziewicz, potajemnie w nocy powrócił do domu,  gdzie zatajony mieszkał przez  dwa tygodnie.  Kiedy jednego dnia do jego mieszkania przybył Komisarz bolszewicki i  w rozmowie z żoną wyraził  zdziwienie, dlaczego jej mąż nie  wraca do domu – gdyż nic mu nie grozi z ich strony, podając że inni policjanci powrócili i są na wolności – Komendant, będąc  w  drugim pokoju i słysząc tę rozmowę,  wszedł  do pokoju, gdzie  rozmawiał Komisarz z żoną i przedstawił  się jako Komendant. Komisarz go zapewnił, że on może  śmiało w domu mieszkać i że  władze bolszewickie przeciwko jego pobytowi  Kucewiczach nic  nie  mają. Potem pożegnał  się i odszedł do Urzędu Gminy, gdzie natychmiast zarządał podwody do Oszmiany. Jednocześnie przysłał  do Komendanta Kiziewicza posłańca by ten niezwłocznie przybył  do  Gminy,  w celu  wymienienia kilku słów w sprawie Komendantury.  Kiziewicz nic złego nie przypuszczając, w  jednej marynarce pośpieszył do  Gminy, gdzie  został wrzucony do  aresztu, w  którym już  siedział  Dyrektor Szkoły Rolniczej Jacek Jeleniewski. Obydwu ich niezwłocznie na podwodzie  dostarczonej wieczorem, pod  konwojem odesłano do więzienia w Oszmianie. Tak Komendant Kiziewicz dał  się  złapać – los ten  sam  spotkał i innych posterunkowych, którzy  powrócili z Wilna  do  domu.   Z powiatu Oszmiańskiego z nas kolegów wójtów uciekło trzech, ja  i wójt Karczewski i z K…………. Kisielewicz. Reszta wójtów pozostała na miejscu. Wszyscy oni  zostali  aresztowani -  sądzeni na 10 – 15 lat ciężkiego  więzienia i  wywózkę w  głąb Rosji. Kolegę  wójta Karczewskiego złapali Żydzi i wieźli do Stalina, po  drodze rozstrzelali. Kolegę wójta Kisielewicza złapano i także rozstrzelano. Ja jeden dzieki mojej czujności ocalałem i uratowałem swoje życie.


Podziel się
oceń
3
1

komentarze (9) | dodaj komentarz

Szlachetny Szapiro i brat Rutkowski

czwartek, 21 lutego 2008 22:16

            Meldować się, groziło  aresztowaniem. Te  meldunki odbywały się przez kilka dni. Na twarzach meldujących  się, widać było rozpacz i przygnębienie, jednak stali i  meldowali się. Na ulicy  Świętojańskiej w  gmachu  Klubu  Chrześcijańskiego Związku Zawodowego składano broń – gdzie i ja oddałem  swój  rewolwer, tłumacząc  się, że ten rewolwer, jest mojego  syna  wojskowego. Po  spisaniu  ankiety  mego pochodzenia i zawodu, wypuszczono mnie, niektórych zatrzymując. Kiedy  wychodziłem z gmachu spostrzegłem stojacą drożkę z pokaźną ilością  zardzewiałych karabinów, przenoszonych przez Żydów, chwalących się, że te karabiny przechowywali u   siebie przed Polakami,  a  taraz oddają swojej władzy.   Nastepnego  dnia poszedłem  się  zameldować. Ogon meldujących  się  był  duży. Podszedł do mnie młody Żydek z  Podbrodzia, komunista nazwiskiem  Szapiro, poznajać mnie jako byłego burmistrza, poradził  mnie, by do  godziny 12 – tej nie  meldować się, że będzie to dla mnie lepiej. Po czem poszedł na górę gdzie meldowano się. Widocznie jako komunista z Urzędem współdziałał. Posłuchałem  go i oddaliłem  się z Biura  Meldunkowego. Okazało  się, że poważna ilość meldujących  się, a zajmujących państwowe  stanowiska lub  samorządowe , byli tego dnia   aresztowani,  co  spotkałoby i mnie, gdyby mnie ten Żydek nie przestrzegał. Okazał  się on szlachetnym  człowiekiem – chociaż był  komunistą. Kiedy zgłosiłem się do meldunku  wieczorem, przy  składzie innych komisarzy bolszewickich -  zapytano  mnie  skad pochodzę -  oświadczyłem, że z Oszmiany i że jestem drobnym  sklepikarzem. Kategorycznie zarządzono bym niezwłocznie powrócił  do Oszmiany i tam  zameldował  się,  zgodnie z wydaną  mi kartą drukowaną, w  której  było napisane, by mnie ujęto pod literą C. Przy tym pobrali ode mnie pisemne  zobowiązanie, iż  niezwłocznie opuszczę  Wilno. Podczas  całej procedury komisarz patrzył na mnie jak na zbója, ledwo mogłem utrzymać  jego wzrok. Wobec powyższej okoliczności na  terenie Wilna bezczynnie i bez pracy przebywać  nie mogłem. Powarać  do Oszmiany także nie  mogłem, jak i do Kucewicz. Położenie moje było rozpaczliwe. Udałem  się  do  szkoły technicznej gdzie moi  synowie kształcili  się i  gdzie  miałem  znajomego Dyrektora tej szkoły pana Gumowskiego, z  myślą że może tam  dostanę pracę i będę mógł wówczas  zameldować  się. Dyrektor Gumowski przyjął  mnie  bardzo uprzejmie i  zakomunikował, że natychmiast mnie przyjmie  na  wakujące  stanowiski intendenta o ile ja  przyniosę mu dowód  zameldowania, według nowego  zarządzenia. Współczuł mnie  w moim położeniu – jednak pomóc nie mógł. Muszę nadmienić, że podczas mego pobytu na terenie  szkoły – przybył bolszewicki oficer, starszej rangi i prosił  dyrektora o pokazanie  szkoły -  wszystkie  wydziały i gabinety naukowe. Po obejrzeniu  wychwalał, że u nich w  Mińsku, taka  sama szkoła techniczna daleko jest bogatsza i lepiej  zaopatrzona w przedmioty  naukowe. Dziwić się należy, że bolszewicy, po  zajęciu  Wilna masowo  wywozili z Wilna szkolne ławki,  stoły, szafy, tablice i inne przedmioty -  widocznie im były potrzebne. Nie mogąc  zameldować  się w  Wilnie postanowiłem udać  się do mego przyjaciela, kolegi  z czasów pracy w Straży Kresowej – Rutkowskiego. Do jego kolonii rolnej w  gminie Rudzińskiej,  znajdującej się  w lesie na ustroniu i  zamierzałem tam pobyć ukryciu  do  casu lepszego. Uczyniłem to niezwłocznie. Przyjęto mnie tam  przychylnie. Pomagałem w kopaniu kartofli i młóceniu żyta.      Bolszewicy  czasem przychodzili do pana Rutkowskiego – zapytując kto ja jestem? Odpowiadał, że jestem jego bratem, więc mnie nie ruszali i tak spokojnie  mieszkałem w ukryciu. Kiedy nastąpił układ między Rządem Kowieńskim, a  bolszewickim o tym, że bolszewicy ustępują zajęte Wilno Litwie Kowieńskiej  w  zamian za umieszczenie baz wojennych bolszewickich w  Kownie na 70 tys.wojska i w Kalwarii na granicy polskiej 50 tys.-  wówczas ja postanowiłem wrócić do Wilna, po zajęciu go przez Litwinów, co  nastapiło 18 października. Podziękowałem  serdecznie państwu Rutkowskim, za tak cenną gościnność i pomoc  w tragicznym moim położeniu i odjechałem pociągiem ze stacji Rudziszki do Wilna. W pociągu był  nadzwyczajny tłok. Przechodząc z  wagonu niechcący otarłem  się o Żyda, który wyraził się ujemnie o mnie jako Polaku. W odpowiedzi w jezyku rosyjskim  wyrugałem tego Żyda. Początkowo zamilkł, po czem tłumaczyl  się, że są wszyscy z powodu wojny podenerwowani i  z tego  powodu on tylko miał  sprzeczkę ze mną. Kiedy  nastąpił Układ między Sowietami, a Litwą Kowieńską o  wzajemnej pomocy i przyjaźni – według, którego to Układu Litwa miała  zatrzymać  Wilno ze  wschodnimi powiatami województwa wileńskiego,  w zamian  udzielono koncesji Sowietom na utrzymanie baz  w  Kownie i w  Wilnie na 70 tys. żołnierzy, a  w Kalwarii – 50 tys. Według tego Układu Litwini  mieli  zająć  Wilno 16 października i  roztoczyć  w nim  władzę Rzadu Kowieńskiego.  Układ ten,  dał możnośc powrotu do Wilna Polakom, którzy go opuścili przed  bolszewikami, między innymi i mnie także. Z Litwinami w  Wilnie żyłem w  zgodzie, tym bardziej z panem M……………..  właścicielem  domu w którym  miałem  cukiernię, bardzo porządnym i  szlachetnym  człowiekiem. W  Wilnie  w dniu 16 października Litwini  spotykali swoje  wojsko, wkraczające z Kowna przed bramą triumfalną zbudowaną przed katedrą. Ludzi było zgromadzonych nie dużo. Pierwotnie spotkano nieduży oddział  piechoty, potem  małe tankietki i czołgi. Po  wkroczeniu  wojska przy fanfarach orkiestry  wojskowej wciągnięto chorągiew litewską  na górze  zamkowej, obwieszczając tym rządy nad  Wilnem.  


Podziel się
oceń
0
1

komentarze (7) | dodaj komentarz

Do Wilna wkraczają wojska boszewickie

środa, 20 lutego 2008 16:49

Po  spożyciu śniadania u  siostry łącznie z bratem Bolesławem udaliśmy się do 6 Pułku Piechoty na Antokolu, celem wstąpienia jako ochotnicy do armii polskiej. Po drodze spotkaliśmy sporo grupek wojskowych, chodzących po ulicach. Byli to żołnierze z różnych formacji wojskowych, które to formacje przestały istnieć z powodu rozbicia ich przez Niemców lub w ucieczce przed nadchodzącymi Niemcami. Żołnierze ci sprawiali przygniatające ujemne  wrażenie. Odejmowali chęć wstąpienia  do armii, skoro ona była już w rozkładzie. Jednak przybyliśmy do biura werbunkowego,  gdzie było kilka setek ochotników,  zaciągających się do wojska.  Nawiązałem  rozmowę z pracownikiem mającym nadzór nad biurem  werbunkowym zapytując go czy  warto  czynić zaciąg do armii skoro z takowej żołnierze  luzem powracają. Czy jest broń dla uzbrojenia zgłaszających się ochotników. Porucznik odpowiedział, że żołnierze chodzący luzem po ulicach to uciekinierzy i tchórze – po  czym mnie zaprowadził do magazynu broni i pokazał tam znajdujące  się siodła, szable i niedużą ilość karabinow, mówiąc że tą bronią uzbroi kilka  setek ochotników. Broń ta nadawała  się  więcej dla konnej  formacji, lecz nie  dla pieszych i to  mnie również zasmuciło. Po zapisaniu się do listy ochotników i złożeniu podpisów chcieliśmy iśc po rowery pozostawione przed  domem mojej siostry lecz już nas nie  wypuszczono uważając za żołnierzy. Nowo upieczeni żołnierze mogli tylko  wychodzić z przepustkami,  wydanymi przez szefa biura wartowniczego, którego przez pewien czas nie było. Ponownie  nawiązałem rozmowę z porucznikiem, mającym nadzór nad zaciągiem. Dowiedziałem  się od niego, że  sformowany oddział z ochotników będzie bronił Wilna przed bolszewikami i że do obrony mają otrzymać odpowiednie uzbrojenie. Zauważyłem kilku młodych Żydków zaciągających się jako ochotnicy, miedzy którymi poznałem z  Podbrodzia  Iljusza Charkana syna aptekarza. Gratulowałem mu za jego patriotyzm. Rzeczywiście on i jego ojciec  byli  dobrymi obywatelami Polski. Za ich  wierność obywatelską  do Polski  zostali pierwsi  wysłani na Sybir przez bolszewików. Przybyły  szef biura werbunkowego, nie  chciał nam  wydać  przepustek, jednak w  późniejszym  czasie wyraził na to  zgodę tylko  dlatego, ze mieliśmy zabrać spowrotem rowery ze sobą, które były potrzebne do organizującego  się oddziału. Wychodząc  z biura werbunkowego, nałożyłem pas  z rewolwerem i paradowałem już jako żołnierz. Po drodze spotkaliśmy już  większe grupy żołnierzy, bez pasów z rozpiętymi  płaszczami i  bez broni, majcymi tylko plecaki na plecach. Wszyscy twierdzili, że oni pochodzą z odziałów już  nieistniejących  wojsk polskich  z frontu lub miejsca postojów. Nastrój  w mieście był bardzo smutny, oddziały te dawały powód tego smutku. Grupy te zdążały do miejscowości  zamieszkania województwa wileńskiego. Po  drodze  zaszliśmy  do fryzjerni żydowskiej – personel pracujący był w  bardzo dobrym  nastroju. Obsługiwali oni polskiego oficera lotnika  z Lidy. Oficer także  był w  wesołym nastroju i  wyrażał się niezbyt pochlebnie o  swoim pułku lotniczym. Chwalił  się jak  wysadził budynki lotnicze i  zniszczył maszyny lotnicze w  dniu……Zwróciłem mu  uwagę, że nie przystoi oficerowi  wojsk polskich tak  wyrażać  się w miejscu publicznym. Uwaga ta go ostudziła od dalszych wynurzeń. Po  powrocie  do  siostry Marii  do hotelu – czułem  się bardzo  zmęczonym, a tymbardziej po  całonocnej  jeździe na rowerze. Siostra dla podniesienia  sił i dla  wywołania lepszego  nastroju uraczyła nas  nalewką ze spirytusem. Rozochoceni nalewką sprowadziliśmy jeszcze wiecej napojów alkoholowych by  zabić  smutek i frasunek. Wtedy podochoceni gwarzyliśmy z myślą, że  do koszar mamy  czas  do 8 wieczorem. O godzinie  4- tej po południu wpadła koleżanka siostry z ulotką  nadzwyczajną, odbitą przez Redakcję Słowa Wileńskiego, które donosiło że Anglia, Francja, Ameryka, Turcja i inne państwa postawiły Ultimatum Rosji Sowieckiej z żadaniem  zaprzestania marszu na Polskę i  wycofania  się z zajętych miejscowości oraz że Rosja  Sowiecka zgodnie z Ultimatum marsz swoich wojsk powstrzymała i oddziały te które  wkroczyły na  terytorium  Polski   wycofują się. Ulotka ta do naszego humoru wywołanego  alkoholem była  tak  radosna i pocieszająca, że my niezwłocznie  udaliśmy się do miasta dla  zaciągnięcia dokładniejszej informacji. Na ulicach ludzie stali grupami i  czytali ulotkę. Byli uśmiechnięci i weseli -  cieszyli się ogromnie ściskając się wzajemnie. By  dowiedzieć się z jakiego źródła ta ulotka  została nadana  ośmieliłem się i poszedłem do Redakcji Głosu Wileńskiego.  W redakcji  zastałem  brata redaktora Józefa Tac -  Mackiewicza. Poinformował on mnie, że treść ulotki  pochodzi z  agencji………… z Londynu i że jest prawdziwą. Ponadto  dodał, że informacje z oddziałów Straży Granicznej potwierdzają, iż bolszewicy rzeczywiście wycofują się z zajętych miejscowości polskich i że te miejscowości ponownie   zajmowane przez wojsko polskie. Po  wyjściu  redakcji udaliśmy  się na plac przed katedrą – gdzie ogromna masa ludności słuchała nadawanych specjalnych komunikatów przez głośniki. Komunikaty  te podawały treść ulotki z komentarzami radosnymi i pocieszającymi. Wśród słuchaczy była nadzwyczajna radość, wszyscy śmieli się i cieszyli. Wznoszono okrzyki niech żyje Polska! Niech żyje Anglia, Francja itd. Podniecony tymi okrzykami  zaczęłem wznosić okrzyki : Precz  z Hitlerem ! Precz  ze  Stalinem! Burzliwe oklaski były powtarzane przez  zebranych – radość była nie do opisania. Niektórzy płakali lub tańczyli  z radości, po czym udaliśmy się  do kina „Helios” -  gdzie odbywał  się  wiec. Tam także wzniosłem okrzyk: Precz z  Hitlerem! Precz ze  Stalinem! Okrzyk ten przez dłuższy  czas nie miał końca. Poczęto mnie podrzucać, że ledwo wyrwałem się z rąk i uciekłem z kina. Po  powrocie do siostry przez rozjuszone miasto, ponownie pocieszaliśmy się wódeczką przez pewien  czas. Do punktu werbunkowego postanowiliśmy się udać dnia następnego, po czym  rozebraliśmy  się i położyli odpoczać.  Wieczorem o godz.6 – tej, przyszła  do  siostry sąsiadka i  zakomunikowała, że na Lipówce, przedmieścia  Wilna są bolszewickie  czołgi. Siostra nas obudziła i to  nam zakomunikowała.  My  zwymyślaliśmy  sąsiadkę mówiąc że jest to plotka  niewiarygodna. Po czym ponownie  położyliśmy  się spać, gdyż  byliśmy  rozespani. Po niejakim  czasie ponownie  do  hotelu  wpadli chłopcy, mówiąc że oni byli na Lipówce i  widzieli tam czołgi bolszewickie z  wojskiem. W  dalszym  ciagu nie dowierzaliśmy  temu, jednak kiedy usłyszeliśmy  strzały od  strony Lipówki i stacji kolejowej to wówczas brat mój  Bolesław prędko ubrał  się i pośpieszył  do 19 Dywizji Wojska Polskiego, mieszczącej  się niedaleko ulicy Wielkiej, aby  dowiedzieć się o sytuacji. Niezwłocznie powrócił powiadamiając, że wszyscy  wojskowi Dywizji ładuja  się  do samochodów i niebawem odjadą i  rzeczywiście  od  strony Niemna nadjeżdżaja bolszewicy na przedmieście Lipówki, dodając, że możemy z  tym  sztabem opuścić  Wilno. Prędko zeskoczyłem z łóżka i  zacząłem  się ubierać, lecz butów na okręconych onucami nogi nie mogłem wcisnąć. W pośpiechu męczyłem  się i  ani rusz nie  wchodziły buty  na  nogi. Brat mnie ponaglał, lecz bezowocnie, ja butów wciągnąć nie  mogłem. Siostra widząc moje  bezskuteczne usiłowania w ubieaniu się począła mnie nakłaniać by pozostać. Posłuchałem ją i oświadczyłem bratu, że pozostaję. Brat pożegnał  się i pośpieszył do  siedziby  sztabu 19 Dywizji, skąd odjechał  samochodem, jak się późnie okazało  do Litwy Kowieńskiej. Policja mundurowa także udała  się do granicy litewskiej – która pod  naciskiem bolszewików poddała  się i  wszyscy łacznie z  wojskiem  zostali internowani. Ja pozostałem do  dnia następnego u siostry z powodu niemożności obucia  się. Do godziny 12 – tej w  nocy trwały strzały. Pochodziły one z pancerki polskiej, jeżdżącej po torach kolejowych i  strzelającej w kierunku nadchodzących bolszewików. Kiedy strzały ustały ponownie położyłem się odpoczywać. Jednak usnąć nie mogłem. O świcie począłem  ubierać  się – nogi  wypoczęte, onuce  wysuszone, dały możność  włożyć  buty. Wyszedłem na miasto o godz. 6 – tej – bez pasa i rewolweru. Na ulicach pełno było młodych rozradowanych Żydów krzyczących „Da zdrastwój krasnaja armia” – machając czerwonymi chorągiewkami.  Wychodzącym z bram polskim żołnierzom  zabierali broń i  ciągnęli pod  ratusz, tam  oddawali oddziałowi wojska bolszewickiego. Na  stopniach Ratusza stali żydzi, przeważnie młodzi i śpiewali bolszewickie piosenki. Młodzież żydowska była rozjątrzona. W całym mieście wrzeszczała na cześć bolszewików i miała  zardzewiałe  karabiny na plecach. Ogólny widok ludności polskiej, której było bardzo mało, był bardzo  smutny. Niektóre kobiety płakały. Ostara Brama  była  zamknięta, przed którą  gromadka kobiet modliła się. Postanowiłem udać  się  do rodziców  żony na ulicę Szkaplarską. Przechodząc ulicą Ostrobramską, zatrzymałem się by popatrzeć na  bolszewicką piechotę, kroczącą  do  miasta. Była ona umundurowana bradzo żle. Miała  na  sobie  stare umundurowanie i obuwie, karabiny zawieszone  na plecach były na  szurkach. Po obu stronach ulicy stali Żydzi i  wzosili okrzyki „ Da zdrastwójcie krasna armia”. Obok maszerujących bolszewików jechał konno na oklep, bez  siodła  Żyd, w rozpiętej koszuli i trzymając karabin w ręku krzyczał wygrażąc Polakom. Tuż obok mnie stał kolejarz polski – niższej rangi i  wychwalał oddziały bolszewickie -  wyrażając się ujemnie o  wojsku polskim. Trąciłem go łokciem i w pośpiechu odszedłem. Idąc ulicą Nieświeską grupki żołnierzy  bolszewickich ciągnąc karabiny  maszynowe  zapytywali „ Gdzie palaki”, chodziło im o polskie wojsko, gdzie się ukryło. Odpowiedziałem im, że wojska polskiego w mieście nie ma, że opuścili masto w  dniu wczorajszym. Kiedy  zbliżałem  się do ulicy Szkaplarskiej rozpoczęła  się strzelanina z karabinów maszynowych. Ostrzelwali bolszewicy cmentarz prawosławny, bo im Żydzi  donosili że tam są ukryci polscy żołnierze. Na podwórzu domu mieszkalnego rodziców żony stał karabin  maszynowy wycelowany na cmentarz prawosławny, przy którym było z 10 żolnierzy  bolszewickich. Z rodzicami  zamieniłem  zaledwie kilka słów, pożegnałem się i odszełem, mówiąc że pójdę do Nowej Wilejki do siostry Bujkowej. Tak też i uczyniłem. Uważałem, że tam będzie  bezpieczniej. W Wilnie mieszkać  nie mogłem, gdyż  mnie widziano poprzedniego  dnia  chodzącego z rewolwerem oraz czyniącego okrzyki „Precz  ze  Stalinem !” -  każdej  chwili mogłem być  aresztowany.            Idąc do Nowej Wilejki -  przed Nową Wilejką o 2 km natkąłem się na patrol wojska bolszewickiego, który  mnie  zatrzymał i skierował powrotem  do Wilna. Zauważyłem, że w miescu tym po obu stronach szosy,  stały  zamaskowane  czołgi i inne  samochody wojskowe. Na pewno z tego powodu  droga  do Nowej  Wilejki była   zamknęta. Powróciłem do Wilna i  zatrzymałem  się nadal u siostry w  hotelu. Następnego  dnia  bolszewicy ogłosili, że wszyscy winni złożyć  broń posiadaną. Ponadto urzędnicy państwowi powinni  zameldować  się, jako też i osoby przybyłe  do miasta z innych miejscowości. Dotyczyło to uciekinierów z powiatów  wschodnich, którzy  schronili się przed bolszewikami w  Wilnie. Za uchylanie się od tego meldunku – groziła surowa odpowiedzialność. Setki osób wyższych i niższych urzędników państwowych jak: sędziów, prokuratorów, profesorów uniwersytetu, starostów, rejentów, adwokatów oraz urzędników  niższych, łącznie z woźnymi  stało  wówczas przed byłym Urzędem Wojewódzkim i tam czekając w kolejce na ulicy  wkraczali  do  gmachu i  meldowali  się. Poważna ilość po  wyjściu  z gmachu była  zatrzymywana i   wywieziona potem na Sybir. Sytuacja meduących się była  rozpaczliwa. Za uchylanie  się  od  meldunku groziła  niechybnie surowa kara.


Podziel się
oceń
0
1

komentarze (5) | dodaj komentarz

Z Kucewicz do Wilna

wtorek, 19 lutego 2008 13:23

Kiedy przyjechałem do Kucewicz, to posłyszałem w miejscowym kościółku śpiew suplikacje – Święty Boże, Święty Mocny ….itd. Kościół był przepełniny modlącymi  się. Zaszedłem do kościoła. Na  głównym ołtarzu paliły się świece – modlono  się i śpiewano bez księdza, gdyż księdza w Kucewiczach nie było. Kiedy  wyszedłem z  Kościoła to  za mną sporo  wyszło modlących  się, by dowiedzieć  się ode mnie, jak prędko przyjdą bolszewicy i co oni mają czynić. Wszyscy byli przestraszeni i  zaniepokojeni. Radziłem im pozostać  na  miejscu z dobytkiem i w miarę możności przeczekać. Po czem udałem  się do żony z którą usaliłem, że ja muszę nieodzownie  wyjechać i  wstapić do wojska. Żona dobrze  wiedziała o mojej działalności wojskowej i  akcji wojny z bolszewikami w  latach 1918 – 1920, więc mnie  nie  zatrzymywała. Przy tym ustaliliśmy, że  żona  z  córeczką Lili także jak najszybciej wyjedzie  do  Wilna. Po przyjściu  do Urzędu Gminy zwołałem  wszystkich pracujących i  z nimi odbyłem  naradę. Akta poufne i tajne  spalono.  Wypłacono wszystkim pobory za  trzy miesiące. Na wypłatę sołtysom i na zasiłki rezerwistom -  sumę potrzebną  zostawiono.  Resztę  z 18 000 zł otrzymanych z Kasy Skarbowej zabrałem  do  wpłacenia w kasie  starostwa. Na zakończenie  wezwałem pisemnie zastępcę wójta pana Rozwadowskiego, by objął urzędowanie po mnie. Pracownikom innych Wydziałów Gminy radziłem pozostać na miejscu o ile nie  wyjadą  gdzie indziej. Pożegnanie  z pracownikami było nader smutne. Ze łzami  ściskaliśmy  się serdecznie. Po powrocie  do  domu i spożyciu obiadu – zabrałem  się do wyjazdu. Przedtem udałem  się  do pana Ł…………….właściciela  majątku i poprosiłem  go aby on  zaopiekował się moją rodziną. Przybył  do naszego mieszkania i pocieszył płaczącą żonę obiecując roztoczyć nad  nią opiekę. Z domu  wyjechałem na rowerze, żona  z Lilą odprowadziła  mnie z kilometr  drogi. Po  czym pożegnaliśmy  się i ja pojechałem do  Oszmiany inną  drogą, przez majątek Nowosiółki hr.  Czapskiego. Po drodze spotkałem pana Michała R…… osadnika  wojskowego i  radnego Gminy, który  spieszył  do mnie  do  Gminy, po poradę co on ma  czynić – czy pozostać  czy uciekać. Poradziłem  mu  aby na razie pozostał  w  domu w  ukryciu, jak  zajdzie niebezpieczeństwo, to  wywczas by uciekał – tak on i  uczynił, w październiku przybył do Wilna i potem  wyjechał  do Łotwy. Przejeżdżając przez majątek Nowosiółki wstąpiłem  do hr. Czapskiego. Jednak go już nie  zastałem, odjechał końmi do  Wilna. Z majatku Nowosiółki prowadziła  droga przez lasy, przy  szosie wiodącej ze  stacji Soły do Oszmiany, przejeżdąjąc lasem, spostrzegłem  w lesie w oddali od  drogi konie, krowy i trzodę chlewną – które okoliczni mieszkańcy spędzili do lasu, by takowych  chronić  przed bolszewikami. Także  widziałem kilka wozów wjeżdżających do lasu z różnym dobytkiem i tobołami. Między innymi mieszkańcy  byli  ze  wsi Nowosiółki, którzy  spostrzegli mnie, podeszli i prosili o  radę, której nie mołem im udzielić. Jadąc  dalej  lasem rower zawadzał o korzenie drzew, przy tym zacinał  się w piachu. Deszcz począł padać, a niebawem  nastapiła ulewa. Przemokłem  do ostatniej nitki. Kiedy  wjechałem na  szosę jazda stała  się lepsza. Na szosie był  duży ruch samochodowy. Od  stacji Soły szybko skręcili oficerowie Straży Granicznej. Jeden  samochód udało się  zatrzymać i  dowiedziałem  się, że wojsko  bolszewickie zbliża  się do Mołodeczna. Kompania Straży Granicznej, będąc bardzo słaba wycofuje  się w kierunku Wilna i Grodna. Także dowiedziałem  się, że na stacji Soły -  zgromadzone bydło jak krowy, owce i trzoda chlewna rozdawane było powrotem właścicielom, którzy przybyli. Wydawano także bezpłatnie zboże, którego było tysiące ton, zmagazynowanego dla  wojska, aby nie dostało  się w ręce bolszewickie, tymbardziej że nie było możliwości go wywieść. Po przyjeździe  do Oszmiany, przyjechałem  do mieszkania gdzie mieszkał Kazik by przebrać się w jego suche  ubrania. Po przebraniu  się swoje  zmoczone ubranie zostawiłem. Ubrałem  się w spodnie do butów i fręcz z kołnierzenm stojącym. Ubranie było z  materiału  samodziałowego w pięknym  gatunku. Przebierając  się spostrzegłem w  szafie  stosy ułożonych koszul, skarpetek i innej bielizny oraz kilka  garniturów, płaszczy i  bucików. Nalęży nadmienić, że  syn Kazik lubił się dobrze ubrać i ubrania miał  pod dostatkiem.  Gospodyni, bardzo  zacna kobieta  wdowa – lubiła Kazika i uważała go jak  własnego  syna – była  bardzo  zmartwiona o jego losie, mówiła że kiedy  z nią żegnał  się, to był  bardzo  wzruszony i blady. Obdarzyła ona  mnie obrazkiem Matki Boskiej Ostrobramskiej – który w koperciku  schowałem do pugilaresu. Po czym pożegnałem się i odjechałem  do miasta. W mieście na ulicy  stali ludzie kupkami i radzili się -  w gronie tych stojacych  było  sporo moich znajomych -  zatrzymywali  mnie pytając  co  zmierzam z  soba robić. Odpowiedziałem, że jadę  do Wilna by tam wstapić  do wojska. W starostwie był jeden starosta i  wyżsi urzędnicy. Do kasy  wpłaciłem przeznaczone pieniądze, otrzymałem pokwitowanie osobiście od pana  starosty – bowiem kasira nie było obecnego. Starostwo  posiadało jeden tylko  samochód, więc tym samochodem nie mogli wszyscy urzednicy wyjechać, mobilizowano więc  podwody konne. Proponowano mi podróż tymi podwodami. Jednak wolałem jechać do Wilna rowerem – była to lokomocja pewniejsza. Pożegnałem  się ze  starostą i innymi urzędnikami. Jadąc zajechałem do  kasyna urzędniczego by tam posilić się, bo była już godzina 8 wieczór i byłem głodny. Jednak w kasynie już  żadnych produktów  do  sożycia  nie  było z  wyjątkiem  wody sodowej, więc pojechałem dalej  z apetytem do  jedzenia. Na szosie był duży ruch jadących powozami i pieszo w kierunku  Wilna. Jachali ziemianie  całymi rodzinami, urzędnicy z Oszmiany, Policja i inni. Po  drodze zajechałem do koloni pana Czyża, inspektora ubezpieczeń od ognia, by tam przeczekać  padający deszcz. Zastałem tam hr. Czapskiego, który jadąc  do  Wilna, także  zajechał  do pana Czyża. Był on bardzo  zmartwiony i przygnębiony. Postanowił konie odesłać  spowrotem do majątku i jechać  do Wilna z panem Czyżem autem. Po spożyciu kolacji u pana Czyża i osuszeniu się nieco – pojechałem ponownie do Wilna. Do Wilana z Oszmiany było 60 km. Droga była w niektórych miejscowościach mocno górzysta, przeto pod górę było bardzo  ciężko jechać. Natomiast z  góry rower pędził z  wielką szybkością aż  wiatr szumiał w  uszach i było chłodno. Przy tym trzeba  było  uważać w ciemności by nie  najechać na furmankę i osobę idącą pieszo. Po pewnym  czasie zaczął  padać  deszcz, który zmusił mnie do zatrzymania  się w Rukojnach i schronić się od  deszczu w piwiarni w której pełno było podróżnych uciekinierów z powiatu Oszmiańskiego do Wilna i odwrotnie z  Wilna na prowincję. Wśród obecnych toczyła  się  dyskusja na temat wymarszu wojsk bolszewickich na Polskę.Jedni byli  zdania,że Francja i Anglia uczynią ultimatum Rosji Sowieckiej, żądając utrzymania  neutralności  wobec Polski, inni  tłumaczyli że Niemcy zajma Polskę i bolszewików powstrzymają. Dyskusja była  chaotyczna i bez żadnego  znaczenia. Kobiety  płakały łącznie z  dziećmi. Nasrój był przygniatający. Turkot kół od wozów rozlegał się nieustannie  zdążających w  pośpiechu do Wilna. Napiłem się herbaty i ogrzałem się, po czym ponownie puściłem się  w  drogę. Kiedy poczęło switać zbliżałem  się  do o 7 km od Wilna, po  drodze jechały furmanki z policjantami. Niektórzy policjanci jechali na rowerach, miedzy którymi jechał  też Komendant Polcji w  Kucewiczach. Nawiązałem z nim  rozmowę, w której zakomunikował  mnie, że Policja wkupi  się do szeregu oddziałów wojskowych i będzie bronić  Wilna.  Zbliżając się  do Wilna napotkałem posterunek wojskowy, który badał przejeżdżającym dokumenty. Po przejrzeniu moich  dokumentów  i otrzymaniu ode mnie wiadomości, iż jadę  wstapić  do  armii polskiej jako ochotnik, poinformował  mnie, że biuro zaciągających  się na  Antokolu w 6 Pułku Piechoty. Jadac  dalej obserwowałem jak uczniowie kopali okopy, za którymi  stało kilka działek polowych. Widok ten podniósł ducha i nastrój we mnie. Mniemałem, że będziemy bić  się  z bolszewikami i nie  damy Wilna, a tymczasem nadejdzie jakaś pomoc  Polsce i  zmusi bolszewików do odwrotu. Po przyjeździe do Wilna wstapiłem do rodziców żony mieszkających na ul. Szkaplarnej. Byli oni przygnębieni i  zasmuceni. Do nich przybyli uciekinierzy, córka z mężem z Karszun, która to miejscowość już była zajęta przez Niemców. Córka płakała bowiem ich dwóch  synów, kształcących  się w Brześciu Litewskim tam pozostało. Teściowa moja zapłakała kiedy dowiedziała  się, że żona moja z córką Lili pozostała sama w  Kucewiczach. Po  spożyciu śniadania udałem się do siostry Marii, mieszkającej w  hotelu Nieszkowskiego w centrum miasta. Był u niej już mój brat  stryjeczny Bolesław Rożnowski, który przybył z powiatu Postawskiego by wstąpić do armii polskiej. Pozostawił on także żonę z rodzicami na  gospodarstwie rolnym obiektem do 80 ha ziemi. Ojca brata Boleslawa, a mego  stryja bolszewicy  zmordowali w 1919 roku. Kryjac się przed bolszewikami także zbierał informacje o ruchach wojsk bolszewickich, które przekazywał.  Zamordowali go nie  za tą  akcję, ale za to, że  był kułakiem i że  jego syn Bolesław  był w wojsku polskim.


Podziel się
oceń
0
1

komentarze (6) | dodaj komentarz

Wojna z Niemcami i zdradziecka napaść bolszewików

niedziela, 17 lutego 2008 15:34

Niemcy hitlerowskie w zdradziecki  sposób – dokonały zbrojnej  napaści na Polskę 1 września o godzinie 4.30 bombardując wszystkie strategiczne miejscowości polskie -  w ten sposób rozpoczęli wojnę w Polsce. Prezydent Rzeczypospolitej  Ignacy Mościcki wygłosił orędzie do narodu polskiego – ogłoszono mobilizację, powołując kilka roczników pod broń. Ogłoszono pobór koni do taborów wojskowych. Nastrój wśród powołanych rezerwistów był wspaniały i wesoły. Wszyscy pozostawili swoja pracę i rodziny i pośpieszyli z piosenkami na ustach do powiatowych  Komend. Syn Kazik łacznie z innymi  porucznikami rezerwy został  wezwany do  stawiennictwa  do 86  pp  w Mołodecznie. W pułku tym odbywał miesięczne ćwiczenia syn Zbyszek. Razem z  Kazikiem ruszyli  w  dniu 2 września na pozycje bojowe. Syn Edek, przed  wybuchem jeszcze  wojny brał czynny udział w  ćwiczeniach lotniczych  w formacjach lotniczych jako ochotnik, a później w  walkach lotniczych z  Niemcami. Ja zwróciłem  się z prośbą do wojewody  wileńskiego, prosząc o zwolnienie mnie ze  stanowiska  wójta, gdyż  także postanowiłem  wstąpić  do  armii, jako ochotnik. Wojewoda prośby mojej nie uwzględnił i polecił pozostać nadal na  stanowisku wójta na którym to  stanowisku będę miał bardzo poważne czynności do wykonania, związane z operacjami wojny.  Czynności  powierzone urzędom gminnym to: czuwanie nad rodzinami pobranych  członków  do  wojska, wypłacanie takowym zasiłku, zakup i  dostawy produktów  żywnościowych  dla  armii,  dbanie o konie, czuwanie nad akcją  samoobrony przeciwlotniczej i gazowej, nad porządkiem bezpieczeństwa publicznego oraz akcją szpiegowską itp. Wieści z frontu bojowego nadchodziły niepomyślne. Niemcy usilnie bombardowali Warszawę, wszystkie strategiczne punkty. Nasze lotnictwo, będąc siłami słabszymi nie mogło przeciwstawić się lotnictwu niemieckiemu. Westerplatte broniło się dzielnie, odpierając ataki niemieckie. Natomiast  w  kilku kierunkach strategicznych Polski – przedarły  się pancerne  dywizje niemieckie i parły naprzód klinami w  głąb Polski, z powodu  czego nasze armie zmuszone były cofać  się, by nie być okrażonymi. Od  syna Kazika otrzymałem list z  drogi  na front ze  stacji Ł………, pisał mi że  jest ze  Zbyszkiem i  z bratem  ciotecznym  Stanisławem Bujnickim w jednej kompanii oraz że nastrój w ich pułku jest bojowo podniosły.             Pracy w Urzędzie, rzeczywiście było dużo w  wyniku  wojny. Z każdej gromady zachodziła potrzeba dostarczyć żywność lub mięso oraz  zboże, paszę  dla koni. Zachodziła potrzeba obrania miejsca na  schrony oraz pouczenia  jak te schrony maja być  budowane. Przy każdej  szkole taki schron był również  budowany. Rodzinom powołanych  rezerwistów na  wojnę -  wypłacać   zasiłek pieniężny oraz  udzielanie pomocy fizycznej do prowadzenia gospodarstw rolnych. Do powiatu oszmiańskiego  skierowano kilkaset dzieci, będących na koloniach letnich  z  województw zachodnich, które już nie mogły powrócić  do  domu z powodu  zajęcia ich miejscowości przez Niemców. Do gminy Kucewicze przydzielono 60 -  cioro  dzieci  w  wieku od 8  do 12 lat. Dzieci te ulokowano w szkole powszechnej  Borunach. Pobudowano  dla nich prycze w  sali  gimnastycznej. Tam one  spały i jadły posiłek. Niektóre dzieciaki płakały ze smutku po rodzicach, przeważnie  dziewczynki. Chłopcy natomiast na podworzu bawili się w  wojnę i mnie  tęsknili  za  domem i za rodzicami. Na ogół nie wesoły był  stan tych dzieci. Więści z frontu przychodziły nadal nie pomyślne. Rząd Polski opuścił Warszawę. Było kilka  nalotów bombowych na Wilno, nie wyrządzając dużych  strat. Radiostacja  został uszkodzona i przestała działać. Hrabia Czapski był w Urzędzie  Gminy dnia 10 września - ofiarował armii 100 pudów ziemniaków, które  w tym  czasie były kopane, jednocześnie twierdził, że Związek Radziecki z pewnością  zaatakuje Polskę. Nie  wierzył Związkowi, że on umowę o nieagresji z Polska  dochowa. Ja nie podzielałem jego zdania i  sądziłem, że Związek Radziecki będzie neutralnym. Dnia 16 wrzesnia podjąłem z kasy  skarbowej w  Oszmianie 18 000  zł. na  wypłatę zasiłków  rodzinom powołanych rezerwistów i powróciłem do Kucewicz – nie słuchając komunikatów radiowych i  dziennika  nadawanego  nocy o godz.12. Położyłem się spać.             Śniło mi się, że krowa w jakimś  budynku nie może ocielić  się – leżała ona  na  ziemi i  wybijała nogami we wszystkich kierunkach. Po czym raptownie z krowy wytoczyła  się mapa Polski – mapa ta poruszyła  się i zastygła. Obudziłem  się z  wrażeniem niepokoju i przygnębienia z myślą, że sen  widziany przed chwilą był  snem niepomyślnym, szczególnie dlaczego powstała mapa  Polski, która poruszyła  się i zastygła. W trakcie rozmyślania nad tym snem Komendant miejscowego posterunku Policji Kuziewicz – począł stukać w szybę okna – budząc mnie wzywając, bym natychmiast  zgłosił się do telefonu na posterunku. Prędko ubrałem  się i kiedy  wyszedłem na podwórze – to  spostrzegłem przed posterunkiem podwody konne i  wiekszą ilość policjantów. Kiedy wszedłem do posterunku to spostrzegłem jak komendant z kasy pancernej  wyjmuje  moje akta i  dokumenty i pali w  piecu. Ze zdziwienie zapytałem po co on to  pali? Otrzymałem odpowiedź - by nie  dostały się w  ręce bolszewickie, gdyż oni już  maszerują na Polskę. Potem oświadczył, że mnie starosta kazał obudzić i powidział bym ja niezwłocznie połączył  się ze starostą celem otrzymania  zleceń.  Wszelkie moje usiłowania nie  dały możliwości w połączeniu  się telefonicznym ze starostą. Od komendanta Kuziewicza dowiedziałem się, że  wieczorem dnia ubiegłego tj. 16 września  o  godz. 12. w  nocy  w były nadane radiowe komunikaty  z  Moskwy, iż  Związek Radziecki postanowił zająć część Polski do rzeki Bug – by te  tereny uchronić  przed Niemcami oraz  w tym celu  wydał  swojej  armii rozkaz rozpoczęcia niezwłocznej operacji zajęcia  wschodnich obszarów Polski.            Po  powrocie  do mieszkania  obudziłe  żonę i opowiedziałe jej  smutna  wiadomość  o  marszu bolszewików na Polskę, dodając że  wracam zaraz  do Urzędu,  aby wydać  różne zarządzenia.             Pierwszym moim obowiązkiem było odwołać  w tym dniu na stacji Soły i z każdej  gromady dostawy żywca oraz  zboża i paszy dla koni. Odwołanie to  uskuteczniłem przez  wysłanie gońców  do sołtysów – którym poleciem  wstrzymać  dostawy w  sołectwach. Była  godzina 6 – ta  rano – do Urzedu  Gminy zaczeli nadjeżdżać mieszkańcy po  wiadomości -  wszyscy  byli  bardzo przygnębieni w tej liczbie był  hr. Czapski. Wszyscy oni  dowiedzieli  się o  marszu bolszewików o północy z  radia. Prosili  mnie o radę -  co oni  maja czynić -  zostać  czy uciekać. By im dać odpowiedź usiłowałem połaczyć  się ze  starostą, bez  skutku. Telefon  w  dalszym ciagu był  zajęty. Przeto  wszyscy musieli odjechać bez jakiejkolwiek porady jak lepiej maja uczynić,  zostać czy wyjechać i  dokąd? Przybyłe  dzieci pod przewodnictwem nauczycieli do kopania  schronów przeciwlotniczych  i  gazowych  przy  szkole rozpuściłem  do domów, gdyż  uważałem że z tych schronów nikt już nie będzie korzystał. O godzinie  7 rano  wyjechałem  do Oszmiany do starosty po  informacje. Jadąc spotykałem  dużo młodzieży uczącej  się w  średnich  szkołach Oszmiany uciekającej do  domów. Słychać  było  silne  detonacje od  wybuchu bomb w  stronie Lidy. Kiedy przybyłem do starostwa, to na podwórzu spostrzegłem duży  stos palących  się  akt pod  dozorem wice starosty. Po przywitaniu  się  ze mną wice starosta zapłakał – mówiąc jaki  smutny los dosięgnął naszą Ojczyznę. Pierwszą jego radą było, by jak najprdziej przekazać urzędowanie zastępcy wójta, a samemu   wyjechać z Kucewicz do Wilna, dokad  starostwo będzie  ewakuowane.  Znając historię  mojej  działalności – mówił, że ja nie mogę  bezpiecznie pozostać  na  stanowisku  wójta. Od  samego starosty pana Begmajera otrzymałem zlecenie, abym   wypłacił  wszystkim pracownikom  Gminy i  sołtysom  3 – miesięczne pobory oraz pozostawił potrzebną   sumę do  wypłaty  zasiłku rodzinom rezerwistów, resztę sumy  wnieść do kasy  starostwa. Po  za tym otrzymałem zlecenie spalenia  wszystkich tajnych i poufnych  dokumentów. W  starostwie był ogromny  ruch. Starosta miał zebranie  wszystkich przełożonych instytucji, dyrektorów  szkół, Naczelnika Urzędu Skarbowego, Kasy Skarbowej, Urzędu Ziemskiego, ks. proboszcza – oraz przybyłych  wójtów i burmistrzów i inych przedstawicieli społeczeństwa. Na zebraniu tym postanowiono główne akta wszystkich urzędów ewakuować  do Wilna, łacznie z przełożonymi oraz całą Policją. Niżsi urzednicy pozostaną na  miejscu, o ile  nie będą  chcieli  wyjechać  z Oszmiany. Uczacą się młodzież ze  szkół, łacznie z  harcerzami pierwotnie zamierzano także skierować do Wilna, jednak w ostateczności postanowiono pozostawić w Oszmianie, resztę odesłać  do miejsc zamieszkania do rodziców. Młodzież   ta zgromadzona przed  starostwem uporczywie  domagała się, by jej  dano możnośc  iść na piechotę  do Wilna, tak nie  chciała pozostać  w Oszmianie i dostać  się w  ręce bolszewików. W Oszmianie nie było  wiadomo czy Wilno będzie bronione przez  wojsko przed zajęciem  go przez  wojsko  bolszewickie. Urząd  Wojewódzki na  razie ma pozostać na miejscu w Wilnie i polecono  starostom   wschodnich powiatów ewakuować  się  do Wilna. Z Oszmiany   wyjechałem  wozem do Kucewicz o godz. 11 – tej. Po  drodze zatrzymywano  mnie na każdym  osiedlu z  zapytaniem co maja czynić mieszkańcy tych osiedli. Wszędzie był niepokój i  smutek. Szczególnie obawiano się o utratę inwentarza żywego. Jadąc   słyszałem od  strony Lidy  silne  wybuchy – było to wysadzane lotnisko  wojskowe i inne  budynki wojskowe. Po  drodze także  dużo osób uciekało  z Oszmiany do  domów w  różne  miejscowości i odwrotnie, niektórzy  spieszyli  do Oszmiany.


Podziel się
oceń
0
1

komentarze (14) | dodaj komentarz

Przed wybuchem wojny

piątek, 15 lutego 2008 20:27

W 1937 roku przedłożyłem wniosek na ręce  starosty o udekorowanie krzyżem   zasługi pana Aleksandra Rozwadowskiego, za zasługi kładzione w prowadzeniu  wzorowego rolnictwa w swoim folwarku o 60 ha ziemi, w którym to folwarku prowadził także mleczarnię – wyrabiając masło z własnego mleka i dostarczanego przez  sąsiednich rolników i pana rolnika Wincentego Kiedy – także dobrego  rolnika, który był także wzorowym i  sumiennym  stolarzem. Przy budowie prowadzonych przez Zarząd Gminy szkół i innych budynków,  roboty  stolarskie były prowadzone  solidnie i ładnie. Pani Zabłocka Jadwiga mieszkanka wsi Olany za wzorowe i czyste utrzymywanie  swojej  zagrody oraz izb mieszkalnych. W izbach pełno było  doniczek  kwitnących. Okna były duże, przeto w izbie pełno było światła.  Zagrodę tą zalecałem innym do obejrzenia. Wszyscy oni zostali odznaczeni krzyżami zasługi i udekorowani podczas posiedzenia. Wyżej wymienieni  wszyscy zostali  w roku 1940 wywiezieni przez bolszewików na Sybir.    W 1938 roku zostałem odznaczony Dyplomem o treści następującej: Na podstawie Ustawy z  dnia 8  stycznia 1938 roku (Dz. U. R. P. nr 3, poz 11) nadaję panu Kajetanowi Rożnowskiemu, wójtowi  gminy Kucewicze Brazowy Medal za długoletnia  służbę. Wilno dnia 20 grudnia 1938 r. podpis wojewody.  1939 rok nastapił pod groźbą wybuchu wojny. Niemcy hitlerowskie natarczywie domagały się od Polski odstąpienia im korytarza widącego z Niemiec do Prus  Wschodnich o szerokości 40 km, łacznie  z wolny miastem Gdańskiem. Nastrój ludności Polskiej  był patriotyczny i  jednolity z  Rządem Polski. Gdyby  wówczas Rząd uwzględnił żadania Niemiec to  nazwano by  go zdrajcą i byłby potępiony przez cały naród  polski. W kraju odbywały  się próby mobilizacji oraz  spis i przegląd koni zdatnych do taboru koni  wojskowych. W  związku z tymi  czynnościami Urząd Gminny dużo miał pracy. Ponadto urzadzałem tego lata ćwiczenia przy  współudziale instruktora przeciwlotnicze i przeciwgazowe, pouczając mieszkańców gminy, jak mają  się  zachować podczas nalotów bombowców i jak  maja  gasić powstające pożary. Pouczenia te odbywały się w  każdą niedzielę w  gromadach.    Dnia 6 sierpnia udałem się, łącznie z innymi kolegami i przedstawicielami władz administracyjnych i  społecznych na  Zjazd Legionistów  do Krakowa. Zjazd był imponujący. Spotkałem w  Krakowie moc koległów  z  wojska oraz  z pracy w  Straży Kresowej -  z czasów poselskich. Bardzo  serdeczne było  spotkanie ze  starostą Mydlarzem. Był starostą województwa kieleckiego – był on w  mundurze legionisty – ja zaś w mudurze Obrońców Ojczyzny Związku Rezerwistów. Odbyły się uroczystości na Błoniach. Po przemówieniu Marszałka Rydza - Śmigłego, jako  Naczelnego Wodza, w którym  to przemówieniu  wypowiedział niefortunne  słowa, że Polacy nie tylko nie oddadzą korytarza i Gdańska Niemcom, lecz nawet guzika od płaszcza. Odbyła się imponujaca defilada przybyłych na zjazd legionistów i innych organizacji oraz przedstawicieli  społeczeństwa. Defilda  trwała  do 3 godzin. Wieczorem na dziedzińcu Zamku Wawelskiego odbyła się sceny batalistyczne powtarzające dzieje historii Polski oraz powstanie Legionów pod dowództwem Piłsudskiego -  walki Legionów i  wskrzeszenia Polski w 1918 roku. Przedstawienie to trwało od godziny 6  do 12 w  nocy. Zostało  zakończone  dzwonem Zygmunta. Dnia 7  sierpnia zwiedziliśmy Kraków, Wawel – kaplicę Zygmuntowską ze zwłokami Marszałka Józefa Piłsudskiego. Trumna Marszałka tonęła w przepięknych wiązankach kwiatów przed którą tysiące uczestników Zjazdu przebywało w  skupieniu. Wieczorem tygo dnia wyjechaliśmy  spowrotem do domu. Należy nadmienić, że podczas pobyu w  Krakowie w  czasie trzech dni zjazdowych nastrój  wśród  ludności był nader spokojny i podniosły, mimo wiszącej wojny w powietrzu. Zgodność całego narodu polskiego była jednolita z Rządem, by nie oddawać Niemcom hitlerowskim ani jednej  części  ziemi polskiej  i nie  ustepować ich żądaniom do Polski. Naród Polski  chciał bronić Ojczyzny  do  ostaniej kropli krwi. W tym  czasie w Moskwie odbywały  się pertraktacje między  Związkiem Radzieckim a Rządami Anglii i Francji w  celu przeciwstawienia  się  agresji Niemiec hitlerowskich. Pertraktacje te przeciągały  się nie osiągajc porozumienia. Związek Radziecki żądał uzyskania  zgody na okupowanie państw bałtyckich jak Estonia, Łotwa, Litwa – na  co Wielka Brytania  i Francja,  zgodzić  się nie  chciały. Nieoczekiwanie przybył  do Moskwy Ribentrop ministrer spraw zagranicznych Niemiec hitlerowskich. Zdołał  nakłonić Związek Radziecki do zawarcia układu z  Niemcami. Tajna klauzula  tego układu dawała swobodną działalność Związkowi Radzieckiemu do okupowania państw nadbałtyckich i także podziału Polski na wypadek wybuchu wojny między Polska a Niemcami. Według układu tej umowy – po  wybuchu wojny, Rosja sowiecka okupowała Estonię, Łotwę i Litwę. Polskę podzielili między  sobą.  Miesiąc sierpień był  dla narodu polskiego niepokojącym -  wojny nikt nie  życzył – a  jednak  cały naród polski był  gotów stawić  czoło Niemcom. Pertraktacje, odbywające się miedzy Rządem Polski a Niemcami nie dały pozytywnych rezultatów. Obawiano  się by na  wypadek  wojny z Niemcami Związek Radziecki także nie uderzył na Polskę od tyłu. Obawy te najwięcej istniały wśród mieszkańców  wschodnich, którzy dokladnie  znali Rosję Sowiecką  z lat 1918 – 1920.  


Podziel się
oceń
0
1

komentarze (14) | dodaj komentarz

Z rodziną i ważne uroczystości

czwartek, 14 lutego 2008 22:16

Każdego lata podczas ferii w nauce przyjeżdżali do domu do Kucewicz synowie Zbyszek i Edek. Spędzali oni czas przeważnie na łodziach, pływając po rzekach i  stawie -  zabierając ze  sobą  małą Lilii. Podczas ich pobytów także i Kazik często przyjeżdżał z  Oszmiany na swoim motocyklu „Sokół”. Wówczas kolejno   wszystkich nas  woził na swoim motocyklu po kilka kilometrów. Zapraszała nas wówczas często do  majątku pani Bildziszewska, która także miała  dwie  wnuczki na   wakacjach. Panny miały po 16 – 18 lat. Ochoczo wówczas młodzież bawiła się tańcząc i odbywając spacery po wspaniałym parku i ogrodzie owocowym. Pani Bildziszewska, niejednokrotnie mi mówiła, że chętnie chciałaby mieć Kazika za  zięcia. Oddałaby za niego starszą  wnuczkę. Rodzice jej sędzia Szymkiewicz także lubili Kazika i  wyrażali chęć mieć jego za  zięcia. Lecz Kazik będąc jeszcze młodym, mając lat 21 nie  spieszył się  z żeniaczką – tym bardziej, że miał swoją Oleńkę, którą kochał w majatku Belmont, gdzie odbywał praktykę rolną.             Na  Święta Bożego  Narodzenia i Wielkanocne także przyjeżdżali. Wówczas było  w  domu gwarno i  wesoło. Urząd Gminy wówczas w  sali remizy urządzał zabawę taneczną na którą przychodzili nauczyciele, interesujące córki  zamożniejszych gospodarzy, które także odbywały  ferie  w  domu. Na  zabawach tych bawiliśmy się  wyśmienicie. Zapraszali nas  także  do  siebie nauczyciele i  gospodarze z  zamożniejszych  domów. Spotkania były połaczone z  zabawami tanecznymi. Na Boże Narodzenie urządzaliśmy kuligi i  jazdy  na  nartach. Czas upływał  bardzo  wesoło i ochoczo. W lecie 1936 i 1937 roku Zbyszek i Edek, będąc na  feriach letnich odbywali praktykę przy budowie drogi  wojewódzkiej,  Zbyszek jako pomocnik mierniczego, Edek jako dozorca pacujacych. Wynagrodzenie otrzymywali Zbyszek – 60 zł miesięcznie, Edek – 40 zł. Zarabiali na swoje potrzeby. Kazika pobory łacznie z innymi dodatkami wynosiły 600 zł miesięcznie.Kupił sobie motocykl „Sokół”, także  sporządził duży zapas ubrań bielizny i pościeli. Był jednak  bardzo  oszczędny. Prowadził zapis  najdrobniejszych  wydatków. Płacił on za bursę  Edka 35  zł miesięcznie. Była to  dla mnie ulga w  kształceniu Zbyszka i Edka, którzy uczyli  się  w  Wilnie, Zbyszek na  wydziale – miernictwo, Edek – budowy maszyn. W 1936 roku po ukończeniu szkoły technicznej Zbyszek pod  moim  wpływem został przyjęty  do Urzędu Wojewódzkiego w  Wilnie  na  Wydział Mierniczy w  charakterze mierniczego. W 1937 roku odbywał  służbę   wojskową w Podchrążówce w Modlinie w baonie  saperów, potem już pracował w  Urzędzie  Ziemskim jako  mierniczy. W 1938 roku Edek także po ukończeniu  szkoły technicznej został przyjęty  do fabryki budowy broni w  Warszawie. By  dostać  się do tej fabryki trzeba  było mieć dobrą opinię wystawioną przez władzę  administracyjną. Taka opinię mnie  łatwo  było  uzyskać w Wileńskim Urzędzie  Wojewódzkim.             W  dniu 11 listopada 1938 roku w 20 – tą rocznicę wyzwolenia Państwa Polskiego - w Kucewiczach odbyły się uroczystości poświecenia kamienia węgielnego pod  budowę  pomnika poległym ochotnikom  Wojska Polskiego w latach 1919 – 1920 z Gminy Kucewicze w  obronie  Ojczyzny oraz poświęcenia i oddanie  do użytku nowo wybudowanej  szkoły w Kucewiczach oraz  remizy Straży Ogniowej. Uroczystość odbyła  się w  obecności pana starosty powiatowego Chrzanowskiego, inspektora szkolnego, inżyniera powiatowego i komendanta Policji oraz ks. proboszcza parafi Boruńskiej. Pomnik pobudowano z kamienia  ciosanego w  postaci  krzyża ciosanego wysokości  do 6 metrów, na placu pod Urzędem Gminnym – wizawi  szkoły. Na pomniku umieszczono  tablicę z napisem „Padłym Bohaterom w walkach z  nawałą bolszewicką w 1919 – 1920 roku” z   wymienieniem 10 nazwisk poległych – u  dołu Orzeł Polski. Uroczyste odsłonięcie pomnika odbyło  się w 1939 roku w  dniu 3 maja. Remizę  Straży Ogniowej pobudowano w lecie 1938 roku kosztem 35 tysięcy zł. Remiza posiadała oprócz pomieszczenia  na rekwizyty  strażackie -  także obszerną salę na imprezy kulturalne, na  zabawy taneczne oraz  salę na  bibliotekę. Remiza ta  służyła  nie tylko potrzebom  strażackim lecz była  także i  Domem  Ludowym – była ona pobudowana obok Urzędu Gminnego, niedaleko szkoły. Przeprowadzono  światło  elektryczne z młynu  wodnego – ulicami Kucewicz do Gmachu Urzędu Gminy i oświetlono takowy. Została także oświetlona  szkoła i remiza strażacka oraz pomnik bohaterów, który w nocy wygladał majestatecznie. Wobec tego, że pomnik stał tuż obok traktu biegnącego  z Oszmiany  do P …….., na którym to trakcie odbywał się bardzo duży ruch kołowy i  samochodowy – którymi przejeżdżały wycieczki organizowane, więc przejeżdżając zatrzymywały  się przeważnie by obejrzeć  pomnik,  fotografując  go i czyniąc notatki.


Podziel się
oceń
0
2

komentarze (7) | dodaj komentarz

Niesłuszne oskarżenia.

czwartek, 14 lutego 2008 13:00

W pracy swojej na  stanowisku wójta poświęcałem  się pracy  społecznej, którą bardzo lubiłem kontynuować. Prace te były różne. Przy Zarządzie Gminy  zorganizowałem Kasę Pożyczkową bez procentu dla wolnego rzemiosła i chrześcijan. Głównym kapitałem tej Kasy były udzielane  subwencje z Komitetu Kas w  Warszawie w  wysokości 600 zł., poza tym  dotacje  Gminy w   wysokości 500  zł. Kapitał stanowił 1100  zł. Pożyczki były  udzielane od 50 do 100  zł. z terminem 6 – miesięcznej  spłaty. Korzystali z tych pożyczek rzemieślnicy na  zakup surowców jak szewcy, kowale  stolarze, krawcy itp. oraz  drobni sklepikarze na  zakup towarów. Była to pomoc niezbyt dobra, jednak pomagała ona na utrzymanie chrześcijańskich rzemieślników i  sklepikarzy. Przy pomocy tych pożyczek zostały  uruchomione 4 sklepy chrześcijańskie na terenie  Gminy Kucewicze. Kilku czeladników rzemieślniczych otworzyło własne  warsztaty pracy. Przedtem były tylko sklepy  żydowskie.            Dalszą moją pracą była Liga Morska. Byłem prezesem Koła gminnego.Koło liczyło 450 członków, którzy otrzymywali tygodniki i miesięczniki o treści morskiej.            W czasie  wyborów do  Sejmu w  Warszawie w 1937 roku będąc  członkiem B.B.R.W zachęcałem mieszkańców  swojej  Gminy do  głosowania  na listę tego bloku. Na pierwszym miejscu listy bloku figurował poseł Władysław Romanowski. Mnie łaczyły z nim przyjazne  stosunki. W czasie  akcji wyborczej na terenie powiatu oszmiańskiego na liście  ziemian figurował znany  dziennikarz i redaktor  Słowa Wileńskiego  Stanisław Mackiewicz, podpisujący się  Toc. Listę tę popierali najwięcej ziemianie, w tej  liczbie hr. Czapski u którego niejednokrotnie bywał redaktor  Mackiewicz. Hrabia Czapski inspirując akcję  wyborczą na korzyść list ziemian  zwalczał inne między innymi i listę B.B.W.R. Po ostatnim pobycie u hr. Czapskiego redaktor Mackiewicz  zamieścił w Słowie na czołowym miejscu artykuł o treści obszernej o tym, że władze administracyjne, czynnie prowadzą akcję   wyborczą na  rzecz B.B.W.R, a jednocześnie  zwalczają inne listy. W  artykule tym  zarzucił posłowi Romanowskiemu, że skłaniał  starostów do czynnego oddziaływania na powiaty  drogą  administracyjną do  nacisku  wyborców  do głosowania tylko na  listę B.B.W.R. Za te oszczerstwa kłamliwe, pociągnęliśmy redaktora Mackiewicza do odpowiedzialności sądowej. Sprawa odbyła  się w  Sądzie Okręgowym w Wilnie. Na  rozprawę sądową wezwano kilku starostów województwa wileńskiego, ponadto burmistrzów i wójtów. Sala sądowa była przepełniona po brzegi publicznością wileńską i przyjazną. Oskarżony Mackiewicz bronił  się osobiści. My zaś także osobiście popieraliśmy swoje oskarżenia. Redaktor Mackiewicz na dowód  słuszności  uczynionym  zarzutom przedłożył sędziemu pisemne   wezwanie jakie wój zastosował do  mieszkańca   wsi obywatela  Stefana Żeleńskiego wzywającego takowego do  stawienia  się w  Urzędzie  Gminy w  Sprawie Obwodowej Komisji  Wyborczej. Potem  stwierdził, że ja przybyłego  do Urzędu  Stefana Żeleńskiego namawiałem  do  głosowania na  listę B.B.W.R oraz by on nie  głosował na  ziemian jako mąż zaufania. Wyjaśniłem  sędziemu, że rzeczywiście wezwałem urzędowo do Urzędu  Gminy obywatela Stefan Żeleńskiego bowiem takowy na  ustne wezwanie nie  stawiał  się. Wezwałem  go by tylko pouczyć , że nie ma  prawa będąc członkiem Komisji Wyborczej prowadzić  na terenie tej Komisji agitacji   wyborczej. Obywatel Żeleński jako świadek złożył pod  przysięgą  zeznanie, że  rzeczywiście w  Urzędzie  Gminy pouczałem go iż jego obowiązkiem jest praca w Komisji  Wyborczej,  zwiazana  z dyżurami podczas przeglądu list  wyborczych i podczas  głosowania.   Starostowie, burmistrzowi i wójtowie zeznawali  bez przysięgi. Wszyscy oni kategorycznie  zaprzeczyli by  dawali jakiekolwiek  zlecenia swoim podwładnym do prowadzenia  akcji na rzecz B.B.W.R. Sąd po naradzie ogłosił wyrok skazujący  redaktora Mackiewicza na  miesiąc   aresztu za kłamliwe  zamieszczenie  na łamach  Dziennika Słowa Wileńskiego oskarżenia przeciwko nam. Należy nadmienić, że redaktor  Mackiewicz w  sąadzie  przegrał i  został tam moralnie ukaranym, jednak on  aresztu tego nie odbywał, bwiem przy każdej redakcji był redaktor  odpowiedzialny i ten redaktor zmuszony był odbyć  karę w  więzieniu lub  w  areszcie. Po  wyjsciu z  sądu redaktor Mackiewicz przeprosil posła Romanowskiego i mnie także  tłumaczac się, że był mylnie poinformowanym przez hr. Czapskiego i inne osoby.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (9) | dodaj komentarz

Szkoła w Nowosiółkach

niedziela, 10 lutego 2008 9:59

Jednocześnie w tymże roku,  został generalnie odremontowany gmach szkoły 4 – klasowej w majątku Nowosiółki, po nabyciu takowego na własność. Do tego  czasu był wydzierżawiony od hr. Czapskiego.Gmach ten był obszerny – posiadał aż trzy klasy duże wykładowe, obszerne korytarze, pokój nauczycielski. Po odremontowaniu, zaopatrzono go w sprzęt pomocy  szkolnej. Na mój  wniosek Rada Gminna uchwaliła nazwać tę  szkołę także imieniem Józefa Piłsudskiego. Kierownikiem tej  szkoły był Jerzy R …….. z pochodzenia ukraińskiego. Był  dobrym patriotą polskim i  dobrym  nauczycielem. Był  on  radnym Gminy. Hrabia Czapski złożył oświadczenie, że gmach w którym znajduje  się  szkoła dobrowolnie ofiaruje łącznie z 2 ha  ziemi na rzecz Gminy pod użytek  szkoły.  Protół z  tej ofiary został  spisany na posiedzeniu Rady. Wyrażono także Uchwałą  Rady podziękowanie. Jednak Uchwała o ofiarowaniu gmachu pod  szkołę nie  została  zrealizowana, bowiem hr.  Czapski wciąż odkładał termin załatwienia rejentalnego przekazania tego gmachu  gminie. Hrabia zalegał z podatkami na rzecz gminy na kwotę ponad 8 tys. zł. Przeto  zaproponowałem mu aby  sprzedał  gminie gmach  szkolny za 8 tys. zł. z tym, że  Gmina mu  wystawi pokwitowanie z odbioru od  niego podatku za 8 tys. zł., a  on jednocześnie nie płacac tego podatku i nie odbierając od Urzędu Gminy 8 tys. zł. ze  sprzedaży gmachu  wystawi pokwitowanie z odbioru 8 tys. zł. Hrabia chętnie na moją propozycję zgodził  się,  wówczas spowodowałem wyniesienie Uchwały  na Radzie Gminy na kupno tego gmachu od hr. Czapskiego za 8 tys. zł. Inspektor Samorządowy usiłował nie dopuścić do  zatwierdzenia tej Uchwały przez Wydział Powiatowy bowiem według jego mniemania  hr. Czapski oszukał Gminę i  mu nie możamy  wierzyć w jego  wszelkie zawierane transakcje. Przedtem twierdził, że pierwej mu  wyrośnie na  dłoni  włos nim Zarząd Gminy  nabędzie ten gmach od  hrabiego. Uchwałę tę jednak  Wydział Powiatowy  i  wniosek za poparciem starosty Chrzanowskiego -  zatwierdził. Wówczas udałem  się  z hr. Czapskim do rejenta w  Oszmianie celem sporządzenia przyrzeczenia aktu kupna  sprzedaży omawianego  gmachu. Po sporządzeniu tego aktu wręczyłem hrabiemu pokwitowanie z odbioru 8 tys. zł. za podatek, jak i pokwitowanie z odbioru  takieh sumy za dany gmach. Jednocześnie  został ustalony termin posiadania aktu kupna tego  gmachu. Na oznaczony termin jednak hrabia nie stawił się, tłumacząc się, że był niezdrów.Na drugi ustalony termin, także  się nie stawił – chociaż  był  zdrów. Wobec takiego stanu  rzeczy byłem w kłopotliwej  sytuacji, a  inspektor  samorządowy triumfował. Wówczas udałem  się  do Wilna do młodego adwokata pana Łuczywki, dobrze mi  znajomego z  okresu prac w  Straży Kresowej i   wyborów  do  Sejmu Wileńskiego. Był on  wówczas studentem Uniwersytetu Stefana Batorego w  Wilnie. Po  skończeniu studiów, odbywał 2 – letnia  aplikację u znajomego  mecenasa  Andrzejewskiego. Założył  własne  biuro adwokackie i okazał  się bardzo  dobrym i  biegłym  prawnikiem. Przedłożyłem mu do wglądu  akt sporządzony przyrzeczenia  sprzedaży omawianego gmachu przez hr.Czapskiego oraz pokwitowanie   wymienionego na  sumę 8 tys. zł. Ponadto  zaświadczenie, że hr. Czapski dwukrotnie nie przybył do  sporządzenia  aktu kupna, czyli uchylił  się od sporządzenia tego aktu.             Mecenas po  zapoznaniu  się z tą sprawą – oświadczył mi, że jeżeli mu  wydam plenipotencję w imieniu Gminy i  wpłacę 200 zł na  rozchody to on w  Sądzie Okręgowym poprowadzi rozprawę i uzyska tytuł własności na omawiany  gmach. Oczywiście chętnie   zgodziłem  się na tę propozycję. Wydałem mu plenipotencję i opłaciłem 200  zł na rozchody  służbowe i kancelaryjne. Po trzech miesiącach  zostałem telefonicznie powiadomiony przez Mecenasa bym przyjechał odebrać tytuł  własności na kupiony gmach od  hr. Czapskiego. Oczywiście niezwłocznie udałem  się  do Wilna i ku mojej  wielkiej  radości odebrałem  od mecenasa  przyznany przez Sąd Okręgowy tytuł  własności. Byłem bardzo wdzięczny mecenasowi Łuczywce,  zaproponowałem mu honorarium  od  Gminy – jednak odmówił, tłumacząc  się, że on niejednokrotnie miał ode mnie pomoc przy pokryciu kosztów  utrzymania podczas  studiów. Po powrocie z  Wilna okazałem panu  staroście otrzymany  akt  własności na gmach  szkolny otrzymany od  hr.  Czapskiego. Pan  starosta mocno ucieszył  się i mnie pogratulował, przy tym nadmienił, śmiejąc  się,  czy  wobec  tego  wyrosną  włosy na dłoni pana inspektora. Kiedy ten akt pokazałem inspektorowi  samorządowemu, podczas jego pobytu w Urzędzie  Gminy uśmiechnął  się tylko ironicznie nie  wmieniając  żadnego  słowa. Kiedy hr. Czapski dowiedział  się o przeprowadzeniu  sprawy przez pana Łuczywkę w  Sądzie Okręgowym i przyznaniu  aktu własności na omawiany gmach,  przybył  do Urzędu Gminy specjalnie  do  mnie, ucałował  mnie i pogratulował odniesionego  zwycięstwa i  wybawienia  go   kłopotu – bowiem on  będąc obciążony  długiem  w Banku Ziemskim, cały obszar  swojej posiadłości, łącznie  z 2 ha ziemi przeznaczonej  do  sprzedaży Urzędowi Gminnemu nie mógł  bez  zgody Banku wydać  dopóki nie  spłaci Bankowi całej należności. Jeżeli  zaś Sąd Okręgowy zarząda akt akt  własności  - to on jest w  porządku i nie ponosi żadnej odpowiedzialności.             Hrabia Czapski po ojcu odziedziczył 10 000 ha ziemi,  w tym 2 000 ha lasu.             W  czasie  zaś mego urzędowania w  Gminie w Kucewiczach posiadał już tylko 2 000 ha w tym niedużo  wyrabanego lasu mało wartościowego, 8 000 ha  ziemi  z lasem wyborowym sprzedał i roztrwonił hulaszczym  życiem. Cała była  z tego korzyśc, że ziemię  sprzedawał parcelując ją działkmi od 10 do 40 ha. Las także kupcom żydowskim sprzedał na wyrąb także rozprzedał parcelami. Parcele te nabywali zamożni włościanie i prowadzili gospodarstwa rolne  dochodowo. W ostatnich latach już hr. Czapski nie mógł dokonywać sprzedaży parcelami ziemi, bowiem takowa była objęta w całości długiem Banku Ziemskiego. Lasu także nie mógł  sprzedawać – bo  był pod ochroną Urzędową. Kredyt  z  majatku Nowosiółki zaledwie  wystarczał mu na płacenie procentów Banku Ziemskiego, przeto wynagrodzenie fornali i  administracji nie  było płacone przez kilka  lat. Fornale by móc  żyć to kradli wszystko  co  się  dało. Administracja  także kradła garściami. Hrabia wobec takiego stanu rzeczy siedział  zbiedzony  w swoim pałącu jak  szczur  w norze. Pałac  przeciekał, okna były powybijane, a nie było za co reperować. Żyto  sprzedawał Żydom na pniu i to niejednokrotnie to  samo żyto  sprzedawał podwójnie, jednemu Żydowi , a potem  drugiemu. Kiedy Żyd zażądał  zwrotu pieniędzy – hrabia już ich nie posiadał -  wydawał mu  weksle, następnie żyto – był on nie  słowny i jeżeli dał komuś  słowo honoru, na jakieś przyrzeczenie to już wszyscy dobrze wiedzieli, że tego przyrzeczenia  nie  wykona i nikt mu nie  wierzył jego słowu honoru.            W gruncie  rzeczy był on  dobrym  człowiekiem, był  dobrym i  dobrodusznym, pogladów monarchicznych, należał do ugrupowań ziemiańskich – jednak do Piłsudskiego odnosił  się przychylnie. Do Związku Radzieckiego był  nastawiony nieprzychylnie, bowiem obawiał się by nie  zagarnął on Polski. Obawa ta w 1939 roku spełniła  się.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (11) | dodaj komentarz

Szkolnictwo w Gminie Kucewicze i budowa szkoły w Gieniowcach

sobota, 02 lutego 2008 11:25

 Szkolnictwo w mojej pracy na  stanowisku wójta, dużo zajmowało czasu. Szkół było  w gminie 12 w tym jedna  szkoła 7 klasowa w Borunach, dwie czteroklasowe: jedna w  Gieniowcach, druga  w mająku Nowosiółki. Pozostałe szkoły były 2 klasowe. Szkoła w Borunach była najlepiej zaopatrzona i mniej wymagała nakładów finasowych i innych świadczeń rzeczowych. Natomiast pozostałe  szkoły miały sprzęt szkolny przestarzały i niewystarczający jak ławki tablice itp. Lokale szkolne były  zbyt ciasne i nie nadające się do użytku. Najgorzej znajdowały się  szkoły w  Gieniowcach 4 klasowa i w Kucewiczach 2 klasowa. Trzeba  było niezwłocznie pobudować w tych miejscowościach nowe lokale szkolne. W innych miejscowościach wynająć można było lokale odpowiednie lub wyremontować  dotychczasowe, ponadto wyposażyć w nowe ławki, tablice i inne przedmioty  szkolne. Wymagało to większego nakładu finansowego, który można byłu uskutecznić tylko dzięki poprawie wpływów gotówkowych Urzędu Gminy. Do budowy własnego nowego lokalu szkolnego przystąpiono najpierw w Kucewiczach. Pod budowę tej szkoły Urząd Gminy przeznaczył 2 ha ziemi, naprzeciw Urzędu Gminnego, po drugiej  stronie ulicy. Budynek  szkolny był piętrowy, na parterze dwie klasy z holem i pokojem nauczycielskim. Na budowę tej szkoły otrzymano ze Skarbu Państwa 30 tys. zł., resztę 15 tys. poniosła Gmina z własnych funduszy. W szkole tej sporządzone zostały nowe ławki, tablice i inny  sprzęt szkolny. Oddano ją do użytku w 1936 roku. Do budowy następnej  szkoły imieniem Józefa Piłsudskiego w Gieniowcach przystąpiono projektem opracowanym przez Ministerstwo Oświaty, dla  wszystkich 100 szkół, które miały być pobudowane na Wileńszczyźnie i w  województwie Nowogródzkim. Konstrukcja tej  szkoły  wynosiła 120 tys. zł. Na pokrycie tej sumy otrzymano  dotację 50%, oraz pożyczki  długoterminowej 40 000. Pozostałe 20 000 pokryła gmina. Szkołę ta pobudowano na wzniosłej górzystej miejscowości, niedaleko drogi wiodącej w  kierunku z Borunia do Oszmiany. Pod budowę przeznaczono 2 ha ziemi, otrzymanej od  włościan wsi Gieniowce, za zwolnienie ich od szarwarku na okres 5 – ciu lat. Obręb szkoły obsadzono dekoracyjnmi  drzewkami. Wyglad  szkoły był  wspaniały. Widoczna ona była z  daleka do 3 km. Szkoła posiadała  4 klasy  wykładowe, duży hol oraz gabinet nauczycielski. Przy budowie tej  szkoły poświęciłem  dużo swojego  osobistego czasu. W pierwszym okresie – zakupiono budulc w Urzędzie Skarbowym, na kredyt długoterminowy zwieziono go i przygotowano do budowy. Kloce budowlane  zostały opiłowane. Pobudowano budynek gospodarczy i ułożono w  szkole  stropy. Zaoszczędziłem na to poważny procent budulca. Szkołę pokryto  cementową czerwona dachówką, którą hr. Czapski  wykonał za zaległe  bieżące podatki. Kierownikiem tej  szkoły był Wacław  Czajka, który także dużo czasu poświęcił przy budowie tej  szkoły. Był to jeden z lepszych nauczycieli. Miał obszerny kontakt ze szkołami w województwach centralnych i poznańskim. Od szkół tych w darze otrzymał odbiornik radiowy, najnowszej marki i najlepszej jakości. Ponadto poważną ilość pomocy naukowych: globusy, mapy itp. Łączyły mnie z nim przyjazne stosunki. Nadzór techniczny budowy tej  szkoły prowadził inżynier powiatowy, który  przyjeżdżając zawsze mnie znalazł na budowie i  zawsza  chwalił moje  zarządzenie do poczęcia przebiegu budowy. Szkołę tą pobudowano  systemem gospodarczym. Najtaniej ona  wyniosła od budowanych takich samych szkół w innych  gminach o 20 tys. zł. Zaś wykonanie było najlepsze, co  stwierdził inżynier i pan starosta, którzy byli obecni przy  zakończeniu jej budowy. Odbiór był uroczysty. Byli pan  starosta, pan inżynier, pan inspektor Stankiewicz, pan  inspektor szkolny, poza tym technik powiatowy. Po dokonaniu formalnym sporządzenia protokołu przyjęcia  szkoły odbyły się ogólne zdjęcia przy udziale  wszystkich majstrów biorących udział w  budowie oraz sił pomocniczych. Po czym pan kierownik szkoły podejmował gości z Oszmiany lampka wina. Ja zaś podejmowałem pracujących 3 – ma litrami  wódki z obfitą  zakaską. Poświecenie uroczyste  tej szkoły odbyło  się we  wrześniu 1937 roku. W  dniu tym były poświecone inne szkoły pobudowane im. Józefa Piłsudskiego w powiecie oszmiańskim. Na uroczystym poświeceniu nie byłem, bowiem na kilka  dni przed tem zachorowałem na  zapalenie płuc. Po dokonanym poświęceniu szkoły oddano ją  do użytku w której  zaroiło  się  gwarną  dzieciarnią do 140 osób. Radość mieszkańców gminy wsi Geniowce i tych których dzieci uczęszczały do tej  szkoły, była  bardzo  wielka. Byli  dumni z posiadania tak pięknej  szkoły.


Podziel się
oceń
1
0

komentarze (17) | dodaj komentarz

Drogi w gminie Kucewicze.

sobota, 26 stycznia 2008 14:07

            Od strony Kucewicz, na początku rozpoczętej budowy drogi zostały  wykopane odwadniające rowy po lewej i po prawej stronie na  długości  do 500 m. Rowami tymi woda poczęła szybko opadać od miejsca  budowy, wobec  czego błoto stawało się mniej grząskie  i łatwiej było kopać rowy po bokach budującej  się  drogi. Tak każdego  dnia, budowa posuwała  się narzód na kilka  metrów. Była to praca nader ciężka. Kopacze rowów musieli pracować w  wodzie  wyżej kolan -  wyrzucając ziemie na drogę. Na błoto nadal kładziono  faszynę z belkami i  zasypywano żwirem. Żwir ten ugniatał faszynę do twardego gruntu. Był sypany wysokością do 1,5 m. Po  wybudowaniu  drogi  do 500 metrów,  woda  szybko ustąpiła z  błota  do rowów. Dawało to możliwość budowy  dalszej  drogi. Po środku tego błota przebiegał kiedyś  wybudowany rów odwadniający, który był już  całkiem  zamulony i nie  przynosił należytej korzyści. Kiedy doprowadziliśmy budowę do tego rowu, pobudowaliśmy most przepustny na tej  drodze, po czym rów został oczyszczony z błota na  długości 500 m. Woda z furkotem poczęła przepływać i ustepowć z  błota. Błoto osuszało się  szybko co dawało łatwiejsze budowanie  drogi. W nastepnych latach kiedy kupcy leśni poczęli masowo przewozić przez tę   drogę materiał drzewny na stację kolejową wówczas Rada Gminy  ustaliła opłatę  za nadmierne zużycie tej drogi. Opłaty te pobierano w  wysokości 400 zł. dochodów gminy rocznie. Przy tym nadmieniam, że kiedy ta droga była już  wybudowana – nadeszło powiadomienie z Wydziału Powiatowego, że Uchwała Rady Gminy,  dotycząca budowy tej  drogi nie  została  zatwierdzona. Powodem niezatwierdzenia tej Uchwały było to, że Zarząd Gminy nie nabył własności tego gruntu. Uchwała Wydziału Powiatowego została powzieta na  wniosek inspektora  samorządowego. Wobec tego, że droga już była  pobudowana i oddana  do użytku – oraz że grunta pod  budowę tej  drogi, jak wyżej opisałem, zostały nabyte formalnie na mocy pisemnych umów – przeto uznałem budowę tej drogi za zakończoną.             Kiedy przyjechał nowomianowany starosta pan Chrzanowski, celem ustalenia miejsca pod budowę szkoły im.Marszałka Józefa Piłsudskiego we  wsi S……….., to  wówczas pojechałem razem z panem starostą w  aucie przez nowo  wybudowaną drogę. Jadąc poinformowałem pana starostę, że  jedziemy nowo wybudowaną drogą, której budowy Wydział Powiatowy nie zatwierdził. Pan starosta ogromnie się  zdziwił, że ta droga jest już pobudowana. Poinformowałem wówczas pana starostę o  sposobie nabycia gruntu pod tą drogę i o technicznych  warunkach budowy drogi. Pan starosta wyraził podziw z mojej inicjatywy i złożył mi gratulacje z tak pomyślnego przebiegu pobudowania tej drogi. Przejeżdżając tą drogą dobry był już jej wyglad estetyczny. Posadzono po obu stronach drzewka, ułorzono kamienie pobielane, a rowy   wypełnione  wodą nadawały  wspaniały  widok. Pan  starosta  zachwycał się tą drogą, wówczas zaproponowałem by starosta  wyraził zgodę na mianowanie, jego imieniem Chrzanowskiego, tym bardziej,że  droga ta będzie łaczyć Zarząd Gminy ze szkołą im. Józefa Piłsudskiego, pan Starosta wyraził  zgodę na ta prośbę. Muszę nadmienić, że pan  starosta był ogromnym przeciwnikiem nadmiernych formalności, lubił inicjatywy i ich realne realizowanie, bez żadnych przewlekłych formalności i przepisów małowartościowych. Było też i moim życzeniem unikanie bezusznych formalności i przepisów, które poważnie utrudniały  wszelka pracę samorządową i  administracyjną. Jednocześnie należy wymienić i inne odcinki dróg pobudowanych lub dobrukowanych, przebiegających przez gminę Kucewicze. Trakt  wojewódzki przebiegający od Oszmiany przez terytorium Gminy Kucewicze o długości 28 km. był  w  większości nieuporządkowany. Zachodziła potrzeba przestrzeń tego traktu  zniwelować, okopać  rowami i pobrukować. Zarząd  Gminy Kucewicze dostarczył robociznę szarwarkiem, zwiezieniem żwiru i kopaniem rowów. Przestrzeń tej drogi, w  przeciągu kilku lat została  całkowicie pobudowana, tylko  dzieki temu że  Zarząd Gminy udzielił pomocy  w wykonywaniu robót. Trakt ten był w  większej  części wybrukowany – obsadzony klonami, pobielanymi kamieniami upiększającymi po obu stronach traktu. Przejazd  tym traktem do Oszmiany trwał tylko 6 – 7 godzin, a przebudową wynosił do 10 godzin. W niektórych miejscowościach w porze wiosennej i jesiennej niedoprzebycia z powodu grzązkiej i lepkiej gliny – odcinki  zostały okopane rowami i obsadzone drzewami. Ponadto  zostały na  skrzyżowaniach dróg ustawione drogowskazy.  Budując te  drogi i mosty w 1938 – 1939 roku miałem  złe przeczucia, że z tych dróg Polska nie będzie korzystać i tak  się  stało, bo po  wybuchu wojny 17 września 1939 roku gmina Kucewicze już przestała wchodzić w granice państwa Polskiego.  Posadzone drzewka przydrożne oraz drogowskazy i rowy były niszczone przez przejeżdżających, a także i mieszkańców wsi i osad. Była to nie łatwa  walka ze  szkodnikami. Czynili oni  zniszczenia świadomie i bezmyślnie. Drzewka niszczyli w obrebie  swoich gruntów, by po  wyrośnięciu nie zaciemniały im  ziemi. Niszczyli rowy. Drogowskazy dzieciaki niszczyły kamieniami. Trudno  było przełapać szkodników w ich akcji niszczenia. By zapobiec temu wandalizmowi przeprowadziłem Uchwałę Rady Gminnej mocą której mieszkańcy wsi i osad byli  zbiorowo odpowiedzialni za zniszczenia o ile nie wydadzą winowajców.  Skutek był nieoczekiwany i bardzo dodatni. Jeżeli ktoś zniszczył  drzewka orząc  lub  w inny sposób, natychmiast do Urzędu Gminy donoszono kto to uczynił. Winowajca obowiązny był zapłacić karę za jedno  drzewko zniszczone od 10 zł. Przejeżdżający którzy niszczyli  drzewka byli łapani przez mieszkańców, na terenie drogi biegnącej przez ich osiedle i ujawniali Urzędowi  Gminy. Byli karani grzywną i administracyjnym  aresztem. Tą  metodą  walki ze  szkodnikami, uchroniłem trwałośc  drzewek, przydrożnych rowów i drogowskazów.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (6) | dodaj komentarz

Budowa drogi

czwartek, 24 stycznia 2008 13:18

W miesiącu wrześniu tego roku nadeszły dwa  wagony siewnego żyta na  stacji Soły dla  gmny Kucewicze. By nie zwozić żyta  ze stacji do Urzędu Gminy powiadomiłem tych gospodarzy, którym  przypadała większa ilość  żyta, by przybyli po obsiew  żyta na  stację. Tam im  żyto  wydano za pokwitowaniem. Żyto z drugiego wagonu, niepełnego zwieziono do Gminy. Drugiego dnia to żyto było rozdawane mniej poszkodowanym gospodarzom w mniejszej ilości. W czasie rozdawania tego żyta – przybył do Urzędu Gminy pan  starosta Konarzewski, syn generała Konarzewskiego, wiceministra wojsk polskich. Serdecznie ze mną przywitał  się, gdyż on był razem z ojcem na  święcie 23  Pułku Ułanów Grodzieńskich w  Podbrodziu, gdzie  już ze mną zapoznał  się. Ucieszył  się, że miał będzie ze mnie  dobrego pacownika  samorządowego. Zażyły stosunek  pana starosty  do mnie – nie podobał się inspektorowi Stankiewiczowi. Począł on wynajdywać drobiazgowe  sprawy i to przeważnie w załatwieniu spraw kancelaryjnych, uważając, że za opieszale są takowe załatwiane. Na zkończenie  zapytał mnie czy ja otrzymane  żyto ubezpieczyłem. Odpowiedziałem, że nie, bo już  większą połowę   wydałem na  stacji, prosto z  wagonu, a resztę przewiezionego żyta rozdam  w  dniu  dzisiejszym. Wówczas inspektor oświadczył, że ja byłem zobowiązany przed tem żyto zwieźć  do Urzędu i ubezpieczyć, a potem rozdać.Ja ze  swojej strony tłumaczyłem, że skoro żyto zostało w  większości rozdane z wagonu – to po co je  zwozić do  magazynu i ubezpieczać, ponosząc zbędne   wydatki. Inspektor obstawał na  swoim – że  żyto mogło  się spalić  w magazynie nie ubezpieczone i Urząd Gminy musiałby płacić. Ja ze  swojej strony opierałem  się, że ja  to żyto, natychmiast po nadejściu oddałem – by go nie magazynować i nie ubezpieczać. Na zakończenie inspektor oświadczył, że ja postapiłem nie zgodnie z przepisami i będę pociągniety do odpowiedzialności. Kiedy posłanka  pana  starosty chciała  łagodzić  ten konflikt, inspektor  stanowczo orzekł, że wszystkie inne gminy żyto ubezpieczyły, przeto i ja obowiązany byłem to uczynić.  Należy nadmienić, że starosta Konarzewski nie był kompetentny w  sprawach administracyjnych. Dostał on się na stanowisko starosty dzieki  wysokiemu  stanowisku ojca, przeto nie mógł przeciwstawić się twierdzeniu inspektora o potrzebie ubezpieczenia żyta. Po kilku dniach otrzymałem w poufnym piśmie upomnienie od pana  starosty za uchylenie  się od ubezpieczenia żyta. Oczywiście to upomnienie nastapiło tylko pod naciskiem inspektora Stankiewicza. Od kolegów wójtów, którzy także otrzymali żyto do rozdziału, dowiedziałem  się, że zaledwie dwóch z nich żyto  zwiozło do magazynu i ubezpieczyło. By nie dać się głupim zachciankom inspektora Stankiewicza – od upomnienia odwołałem się do pana wojewody, za pośrednictwem pana starosty, drogą służbową. W odwołaniu umotywowałem, że żądanie  inspektora nie było słuszne i że żaden przepis istniejący nie nakazuje ubezpieczyć przedmiot nieistniejący. Po otrzymaniu mego odwołania pan starosta Konarzewski, we własnym zakresie odwołał to upomnienie - prosząc mnie bym uważał tą sprawę za nieistniejacą. Oczywiście to uczyniłem, jednak sądzę, że pan starosta poinformował inspektora o odwołaniu upomnienia, bowiem on był nadal cierpkim w  stosunku do mnie. Wkrótce likwidowanie skutków gradobicia zakończyło  się. Mieszkańcy wsi Strofuny oświadczyli, że już więcej nie będą świętować czwartego  dnia Zielonych Świąt. Na terenie gminy Kucewicze istniał teren błotnisty obszarem  długości do 8 km., a szerokości do 2 km. Teren ten był tak błotnisty, że można było po nim poruszać  się tylko w porze  zimowej, kiedy był on  zamarznięty. Był on całkiem bezużytecznym. Na pastwisko także się nie nadawał, bo bydło na nim topiło  się i grzęzło. Ponadto teren ten był wielką trudnością mieszkańców  gminy. By przybyć  do Urzędu Gminy z przeciwległej  strony tego błota, trzeba  było okrężna  drogą jechać 8 km, a z innych miejscowości to do 12 km. Poprzednie Zarządy Gminy  wnosiły uchwały o pobudowanie drogi przez to błoto. Jednak te uchwały nie były realizowane. Ja ponownie przeprowadziłem uchwałę Rady Gminnej w 1936 roku by ta  drogę pobudować. Lato 1936 roku było dość suche. Z błota  wody opadły, przeto nie było ono tak grząskie. Żeby zabudować tą  drogę trzeba  było uzyskać  zgodę właścicieli tych błot to jest hrabiego Czapskiego oraz mieszkańców wsi …………… Hrabia Czapski bardzo chętnie aktem  sporządzonym między nim, a Urzędem Gminy – ustąpił bezpłatnie potrzebny obszar pod  drogę. Uczynił to  chętnie bowiem z błota tego całkowicie nie korzystał. Z drugiej strony od  wsi O…….. Zarząd Gminy także  zawarł umowę z mieszkańcami tej  wsi, jako właścicielami tego błota  - mocą której mieszkańcy odstąpili potrzebny obszar pod drogę. Zarząd Gminy ze swojej strony zwolnił mieszkańców jako rekompensatę od szarwarku, przypadającego na tę wieś na okres 2 lat. Tą  drogą Zarząd Gminy uzyskał prawna podstawę do budowania tej  drogi. Plan techniczny budowy tej  drogi bejmował odległość od  siedziby Kucewicz do  wsi O………. Budowę dokonywano  szarwarkiem. Zwożono faszynę z sęków dużych wyrabanych krzaków łozy. Z faszyną układano i na  nia  sypano żwir zwożony wozami – po  stronach równolegle kopano rowy.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (8) | dodaj komentarz

O rozwoju rolnictwa i hodowli, wystawach rolniczych i gradobiciu w gminie Kucewicze.

sobota, 19 stycznia 2008 12:38

Zaszła potrzeba jeszcze zachęcać i  zmuszać rolników do odchwaszczania pól z róznego rodzaju chwastów. W tym celu udzielono rolnikom pomocy przy oczyszczaniu ziarna od  chwastów. Kamieniste grunty, których w  gminie Kucewicze było do 20%, zostały oczyszczone z kamieni. Błotniste łąki zostały  zniwelowane i osuszone.Na łąkach po zasianiu trawy  szlachetnej rosły trawy słodkie i obfitsze o 200% stanu poprzedniego. Stwarzało to możliwość zwiększenia utrzymania pogłowia bydła  rogatego i trzody  chlewnej. W każdej gromadzie gminy Kucewicze przeprowadziłem Uchwałę Rady Gromadzkiej – mocą której opodatkowano po 1  zł. od  posiadanej krowy na  nabycie buhaja zarodowego rasy polskiej.  Pokrywane krowy tym buhajem dawały  większe cielęta w lepszej jakości pod względem mleczności. Mocą Uchwały Rady Gminnej wszystkie ogiery nielicencjonowane były przymusowo kastrowane. Klacze pokrywano ogierami licencjonowanymi.Tą drogą w gminie podniesiono lepszy przychów rasowych koni, przeważnie rasy szweckiej. Rok rocznie odbywały się pokazy ogierów i klaczy na  spędzie powiatowym, gdzie najlepsze ogiery i klacze były nagradzane od 200  do 500  zł. Zachęcało to gospodarzy do hodowli  rasowych koni. Wydział Rolny przy Wydziale Powiatowym pod przewodnictwem mego syna Kazika dokładał poważną pracę nad podniesieniem rolnictwa w powiecie przy  zasiewaniu lepszych nasion siewnych i lepszych odmian. Rok rocznie organizowano na jesieni wystawy płodów  rolnych i trzody  chlewnej. Na  wystawach tych były  stoiska indywidualnych gospodarzy oraz  zbiorowych organizacji i zespołów młodzieżowych. Na  stoiskach były  wystawiane ogromne głowy kapusty, buraków, marchwi i innych  warzyw. Ponadto  w klatkach  ukazywano wspaniałe  maciory, kury i prosięta, owce ze  wspaniałą   wełną i ptactwo  domowe. Po otwarciu  wystawy, po  dokonaniu przez Komisję przeglądu wystawionych plonów i  zwierząt zostały  ustalone i  rozdane nagrody dla okazalszych  stoisk, a potem  właściciele rozsprzedawali  swoje okazy. Po skończonej wystawie odbywały się zbiorowe  obiady, urozmaicone   artystycznymi występami przez zespoły młodzieżowe.  Takie  wystawy rolne ogromnie zachęcały rolników, szczególnie młodzież zorganizowaną w zespołach, do kontynuowania postępowej hodowli trzody  chlewnej i uprawy   warzyw. Tą pracą podnoszono ekonomiczny  stan gospodarki rolnej,  szczególnie małorolnych, posiadających od 2 do 5 ha. ziemi. Wobec poprawienia  się  rasy krów i  wskutek wydajności  mleka – pozakładano  spółdzielnie mleczarskie, które  wyrabiały masło,  dostarczając towarów na  rynek większych miast i osiągając poważne  zyski.  Na terenie gminy Kucewicze było  sporo  wsi nie  skomasowanych, posiadających grunta rozbite, sznurami  wąskimi ciągnącymi  się do 3 – 5 km.   Na tych sznurach nie można było prowadzić postępowej  gospodarki rolnej oraz hodowli  bydła i trzody  chlewnej. Niektórzy gospodarze na takich  wsiach mając 18 ha  ziemi mieli po trzy krowy i  jednego konia. Zebrany urodzaj z tej  ziemi nie  dawał im potrzebnej ilości plonów do wyżywienia  się. Podobnych gospodarzy było nie mało. By stan rolnictwa tych wsi był ekonomiczniejszy zachodziła potrzeba przeprowadzenia komasacji tych wsi. Pierwszą wieś jaką skomasowano były Gieniowce, mające  do 100 gospodarzy, którzy posiadali gruntu od 3  do 20 ha.   Po komasacji  stan rolnictwa poważnie podniósł  się. Każdy gospodarz otrzymał ziemię posiadana w jednym kawałku na którym pobudował się i gospodarzył każdy na swojej kolonii, uprawiał już gospodarkę postępową – przynoszącą poważne plony rolne. Pierwsze gospodarstwo role o 18 ha  ziemi, mące 3 krowy i jednego konia z którego nie mogli wyżywić  się trzej bracia z  rodzinami.   Obecnie to gospodarstwo  zostało  skomasowane w trzech koloniach po 6 ha. na każdej kolonii. Gospodarz miał  już po 3 krowy z koniem i pokaźna ilośc trzody  chlewnej – przynoszące wieksze dochody od zasianych roślin zbożowych. Po  skomasowaniu wsi Gieniowce inne  wsie także komasowały  się. Tą drogą ogólny stan rolnictwa w gminie podnosił  się – osiągając dobrobyt i  zamożnośc gospodarstw rolnych.          

  Rząd Polski za pośrednictwem Izby Rolniczej – Sejmików Powiatowych i Rad Gminnych, chętnie udzielał pomocy finasowej jak na komasację tak i na  zagospodarowanie  się i inne postępowe potrzeby rolnictwa.   Z podniesieniem  się zamożności  mieszkańców gminy  wpływy podatkowe poważnie wzrosły, a  stan finasowy Urzędu Gminy poprawił  się. Co  dało możność wydajniejszej pracy nad podniesieniem  szkolnictwa.          

   Przejeżdżając czwartego dnia po Świętach Zielonych tj. Zesłaniu Ducha  Świętego, przez  wieś  Stryfuny spostrzegłem  mieszkańców tej wsi  siedzących przy izbach i  rozmawiających między  sobą. Zapytałem dlaczego oni nie pracuja w polu, kiedy już jest  wielki  czas kończyć  zasiewy. Odpowiedzieli mi, że świętują 4 – ty dzień Zielonych  Świąt, na intencję uniknięcia  gradobicia i że jak oni ten dzień  świętują to  zawsze ich wieś jest omijana przez burze gradowe.    Jednak w  jedną niedzielę, tego  samego lata w  miesiącu lipcu, nadciągnęła ogromna burza  z południa i przeszła przez część terytorium gminy, obejmując tereny położone w pobliżu lasu. Burza ta trwała przez godzinę czasu -  szalała  ona, miotając we wszystkie strony gradem wielkości włoskiego orzecha -  z jednoczesnym ulewnym  deszczem. Po  drodze przesuwania  się burzy  wszystkie  szyby w oknach  zostały gradem wybite. Na polu ptactwo i  zające  zostały  zabite, zboże, warzywa w ogrodach zostały  zniszczone od 50 – 100 %. Burza ta przeszła przez  wieś  Stryfuny i  dokonała tam ogromnego  zniszczenia w  zasiewach – na  nic im  zdał  się 4 – ty dzień świętowania.    Burza gradowa objęła sporo gmin powiatu oszmiańskiego -  czyniąc spustoszenia w  zasiewach. Wobec  czego został powołany Komitet  Powiatowy do ustalenia poczynionych  strat przez burzę i pilne udzielenie pomocy poszkodowanym. Komisja kolejno przejeżdżała gminy notując   starty. W każdej  gminie  do tej Komisji wchodził wójt z  urzędu i z nim dwóch radnych. W gminie Kucewicze pięć  wsi i  większych  sporo osiedli, Komisja uznała plony  zniszczone  w 100 %, w innch osiedlach od 20 do 80%. W majątku Nowosiółki hr. Czapskiego ustalono  zniszczenia na 50%. Hr. Czapski był bardzo niezadowolony z takiego małego procentu, jednak procent ten był  zgodny ze  stratami. Gospodarze, którzy mieli szacunek ustalony strat ponad 80 % byli  całkowicie  zwolnieni od  wszystkich podatków, ponadto  dostarczono im żyta na potrzeby gospodarcze. Gospodarze którym Komisja ustaliła zniszczenia  mniejsze – także otrzymali ulgi w podatkach i żyto na potrzeby.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (7) | dodaj komentarz

Rozwój rolnictwa w powiecie oszmiańskim.

środa, 16 stycznia 2008 19:20

Po ukończeniu przez syna Kazika podchorążówki i odbyciu  służby  wojskowej 6 cio-miesięcznej w 6 Pułku Legionów dostał on awans na  sierżanta i został przeniesiony  w  stan  rezerwy. Na moją prośbę  chętnie przyjęto go na  agronoma rejonowego przy Wydziale Powiatowym Urzędu Oszmiańskiego. Rejon ten obejmował trzy  gminy. Początkowo mieszkał u nas w Kucewiczach. Jednak w  czasie późniejszym zamieszkał w Oszmianie, gdzie mieścił  się jego Wydział Rolny. Do pracy swojej Kazik przystąpił bardzo energicznie. W prędkim czasie zorganizował na swoim terenie mleczarnię, kółka rolnicze, poletka doświadczalne, zespoły  wzorowej hodowli, plany uprawy rolnictwa. Postęp jego pracy wywołał uznanie u jego przełożonych jako i pana  starosty powiatowego, skutkiem czego mianowano  go na  zastępcę inżyniera agronoma powiatowego. Po  dwuletniej pracy jego na  stanowisku agronoma i  zastępcy agronoma powiatowego, kiedy odszedł agronom powiatowy do Urzędu Wojewódzkiego, Wydział Powiatowy na  swoim posiedzeniu powziął Uchwałę mianując Kazika stałym Kierownikiem Wydziału Rolnego powiatu oszmiańskiego z  wynagrodzeniem miesięcznym 600  zł., jaka  przysługujacą inżynierowi  agronomowi.             Kazik na stanowisku agronoma powiatowego ze swoich obowiązków  wywiazywał się bardzo dobrze. Byli  z niego  zadowoleni jak przełożeni tak i jego koledzy rejonowi  agronomowie, których z każdym  rokiem przybywało, tak że już   w 1937 roku w każdej gminie był  angażowany agronom  gminny. Prace w podniesieniu na wyższy poziom rolnictwa poważnie postępowału ku lepszemu. Na błotnistych łakach przeprowadzano meliorację i łąki zadchwaszczono obsiewając trawami, które były dostarczane bezpłatnie dla niezamożnych rolników. Z przykrością trzeba nadmienić, że pewna ilość rolników uchylała się od pobierania tych traw i rozsiewania po łąkach. Kiedy jednak łaki obsiane trawami zaczęły przynosić piękne plony słodkiej trawy wynoszącej ponad 300 % poprzedniej  dzikiej trawy, wówczas włościanie wszyscy chętnie pobierali nasiona trawy i obsiewali łaki z dobrymi  wynikami.   Przytoczę przykład jak  z  dzikiej i  zaniedbanej zagrody mającej 7 ha  ziemi – uczyniono  zagrodę wzorcową i przynoszącą dobre plony. Zagroda ta była  w pierwotnym  stanie bardzo  zaniedbana. Budynek  składał  się z jednej izby. Przy tym budynku była przybudówka w której mieściła się krowa no i koń.  Właściciel  zagrody uprawiał  zawsze 2  do 3 ha. Reszta ziemi leżała odłogiem zarośnięta dzikimi krzakami i kępami oraz posiadając moc kamieni. Na łące rosła  duża trawa tak  zwana „świniucha”.  Rola uprawiana była żytem, jęczmieniem, owsem i gryką. Plony  zbierano bardzo marne, tak że nie było  czym karmić bydło, lecz i sami  właściciele nie mieli  czym  wyżywić  rodziny. Ponadto nie mieli  w co  się ubrać. Podatków także nie mogli płacić, które rosły z roku na rok i które trzeba było umorzyć z powodu ich nieosiągalności. Sam  zaś właściciel wiekszą część  czasu  wylegiwał się na łóżku skleconym  z desek i  suszył  machorkę lub kręcił  wiśniowe liście.  W  domu bieda przemawiała aż  strach o tym mówić. Trzeba było takiego ospałego rolnika zmuszać  do pracy pokazowej i pouczajacej.    Na  jesieni temu gospodarzowi dano pomoc, przez przydzielenie kilku sąsiadów  rolników do pracy, którzy łacznie z spodarzem pod kierownictwem  agronoma usunęli  z gruntu kamienie, poskładali takowe na kupę jako ogrodzenie.  Po czym  dzikie krzewy, kępy i trawy jako odłogi zaorano pługami. Ziemię leżacą pod kępami, jako odłogi  zaorano. Łąkę także oczyszczono z chwasów i  dzikiej trawy przez wykarczowanie. Na wiosnę, na rolę i łąkę dano oborniku i  nawozu  sztucznego. Rolę  zasiano w  większości ziemniakami i burakami pastewnymi w  niedużej ilości żyta i jęczmienia. Ponadto  zasiano warzywa jak marchew, buraki, fasolę, kapustę itp. W  czasie letnim nie jednemu rolnikowi udzielono pouczenia jak ma te rośliny pielęgnować. Wynik na jesieni był nadzwyczaj  dobry. Urodzaj był  wspaniały,  wszysto  wyrosło jak  kartofle, zborze i  warzywa. Także na łące  wyrosła  słodka trawa, której zebrano  kilka  wozów. Gospodarz tylko miał kłopot, gdzie złożyć   zebrany plon. Gospodarzowi temu udzielono dalszej pomocy, przez danie mu pożyczki długoterminowej z Kasy Gminnej na wzniesienie obory i  stodoły i pieniądze na  zakup konia. Ponadto  udzielono mu pomocy fachowej w prowadzeniu postępowej gospodarki jak rolnej tak i warzywnej. Pod wskazówkami sadził większość okopowych roślin – mniej  zbożowych, co mu dawało możność w  trzymaniu mlecznych krów i trzody  chlewnej. Tą drogą osiągano większość dochodów z  gospodarstwa. Po trzech latach postępowej  gospodarki gospodarz ten  miał trzy krowy, jednego konia i sporo trzody  chlewnej. Pobudowal  dom jednolity, obszerny z dwoma oknami w którym  zamieszkał.   Gospodarz ten stał się pracowitym rolnikiem, był wzorem dla innych  gospodarzy.Tak  dzieki mojej motywacji i pomocy  agronomów pod kierownictwem syna Kazika – nie tylko jedna została przeorażona   zagroda ze  stanu  dzikiego  do  stanu rozkwitu -  lecz  dziesiątki takich zagród. Uczono rolników do postępowej pracy na roli – przykładami pokazowymi. W tym celu uruchomiono w  każdej  wsi poletka  doświadczalne, które były prowadzone przez młodzież pod kierownictwem  agronomów. Na tych poletkach plony były obfite, które to zachęciły już wszystkich rolników do pracy polnej w  myśl  wskazówek  agronomów. Rezultat był owocny.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (7) | dodaj komentarz

Stan sanitarny gminy w Kucewiczach.

niedziela, 13 stycznia 2008 11:43

Stan sanitarny gminy przedstwiał się w  bardzo złym stanie. Mieszkańcy gminy wciąż zapadali na choroby zakaźne jak tyfus plamisty itp. W całej  gminie na wszystkich osiedlach nie było  szaletów.  Dla załatwiania potrzeb fizjologicznych chodzono na tyły budynków do  chlewów lub obór. Po powrocie  zdejmując obuwie wybrudzone kałem ludzkim, brudnymi rękoma spożywali posiłki, zarażali się tasiemcem – który zarażał trzodę  chlewną i tak w kółko  chorowano na przemian.             Wobec czego wydano przepis  wybudowania klozetów, które były budowane  bardzo opornie i przewlekle. Jednak po kilku latach cel osiągnięto i klozety były niemal  wszędzie pobudowane.     W niektórych osiedlach górzystych nie  było studzien, wobec czego mieszkańcy wodę do spożycia brali z  sadzawek błotnistych i zanieczyszczonych. Mieszkańcy tych osiedli chorowali na tyfus brzuszny i inne  choroby. Rada gminy uchwaliła  pewne  sumy na pomoc budowy  studzien oraz uzyskała  dotację także na budowę  z  studzien z województwa. Przy pomocy tych kredytów wybudowano  studnie jak we wsi Borundy i w Giemowicach oraz w innych miejscowościach. Cembrowiny cementowych  studni istniejące w  stanie  złym zasypano i pobudowano nowe, także z cembrowin  cementowych.  Dla przykładu  przytoczę jakie studnie  stare istniały. Otóż w Kozicach radnego gminy,  Kozakiewicza studnia miała zrąb drewniany, zgniły, zarośnięty  mchem i grzybami. Dookoła  studni rozpościerało  się błoto w którym kąpały  się  świnie i  z tego błota woda ściekała do  studni. Ponadto była ta  studnia tuż obok obory z której  gnojówka ściekała także  do tej  studni. Ze  studni tej brano  wodę do spożycia. Takich  studni było kilkadziesiąt na terenie  gminy, które zostały  zasypane, a na ich miejsce pobudowano  studnie z cembrowin cementowych. Na budowę  studzien, Zarząd Gminy udzielił pożyczki długoterminowej lub pomocy bezzwrotnej. W osiedlach były ulice błotniste i nie  zabrukowane. Podwórza były także błotniste i zanieczyszczone  gnojem tj. nawozem. Po takich błotnistych i  zanieczyszczonych podwórzach chodziło bydło i bawiły  się  dzieci. Wewnątrz chałupy także były brudne, powietrze stęchłe, posłanie ze zgniłej  słomy, zabrudzone przez dzieci kałem i moczem. W takich brudnych izbach starzy ludzie dożywali  swego wieku, duszać  się w  smrodliwym powietrzu, a  dzieci wyrastały z  anemią i krzywymi nóżkami. Takiemu przerażającemu  brudowi  wydałem  wojnę – z dużo ogromnym  wysiłkiem pracy.   Po zwołaniu  zebrań  mieszkańców, na których pouczałem, jak mają usunąć nieczystości. Dla zachęcenia mieszkańców do pracy nad podniesieniem  czystości i estetycznego wyglądu osiedli  całych oraz poszczególnych – przeznaczyłem nagrody tym, którzy swe osiedla doprowadza  do  stanu  czystości i  wygladu  estetycznego. Nagrody  stanowiły pługi żelazne, żelazka do pasowania, inne.  Wobec  tego, że mieszkańcy nie umieli należycie  doprowadzić do  czystości  swoich zagród i izb, przeto wykorzystałem  brygady do pokazania prac przy  czyszczeniu zagród  i izb. Taka brygada zjeżdżała  do  wsi,  wybierała najładniejsza osadę. Po czym przystępowała do pracy z mydłem i z wapnem. Oczyszczone podwórze z gnoju, błota, różnych rupieci i nieczystości -  zasypywano  żwirem lub piaskiem. Z izby  wynoszono  wszystko – stoły, łóżka, pościel itp. Okna otwierano, ściany wybielano,  gdzie nie było podłogi, ubijano glinę i  zasypywano  piaskiem.  Na podwórzu  stały, łóżka i  wszelki inwentarz z mydłem czyszczono z  brudu, po czym wnoszono  do izby. Sienniki  wypchane świeżą  słomą – układano na łóżkach, przykrywano czystymi wpranymi kapami. Na oknach zawieszano firanki papierowe i  ustawiano  doniczki z rozkwitłymi kwiatami. Od ulicy, przed zagrodą budowano ogrodzenie i ogródek z kwiatami. Po doprowadzeniu takiej  zagrody i  izby do stanu należytej  czystości i  wygladu  estetycznego zwoływano mieszkańców  całej  wsi,  szczególnie młodzież i im okazywano czystą i piękna  zagrodę, łacznie z izbą. Wszyscy podziwiali, że z takiej biednej  zagrody i  izby można było  osiągnąć tak czystą i piekną. Takie brygady przeprowadzały w  większych osiedlach pokazowe prace. Wynik tych prac był  dodatni -  bowiem mieszkańcy wzorując  się na tych pracach doprowadzali w  swoich  zagrodach i  izbach własciwą  czystość i stan  estetyczny. Postępowanie takie poważnie podniosło stan  zdrowotny ludności. Ponadto zmieniło wygląd  tych osiedli. Za pracę tą dostałem podziękowanie i 100  zł. nagrody z  Urzędu Wojewódzkiego.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (8) | dodaj komentarz

O płaceniu podatków, drogach i mostach w gminie w Kucewiczach.

piątek, 11 stycznia 2008 19:24

W pierwszych dniach listopada 1936 roku  w niedzielę zadzwonił do mnie do Urzędu Gminy pan starosta Chrzanowski, który zajął miejsce po  staroście…………….  mówiąc, że są u niego w gabinecie pan kapitan Waligórski   i Dyrektor Owsiany i że oni chcą zapłacić Urzędowi Gminy 50% z podatku zaległego, a z 50% Gmina może jakiś  czas zaczekać. Prosił abym  się na to zgodził. W odpowiedzi oświadczyłem panu staroście, że 50 % podatku chętnie przyjmę, natomiast co do prolongowania dalszych 50% tej sumy, a   wynoszącej ponad 7 000  zł. to ta czynność może zostać powzięta tylko na Uchwałę Zarządu Gminy – bowiem jako wójt mogę tylko w dalszym  zakresie prolągować tylko  do 500 zł. Wówczas pan  starosta  prosił mnie usilnie abym  zwołał Zarząd  o powzięcie Uchwały o odwrocie płatności podatku. Telefonicznie panu staroście zakomunikowałem, po czym niezwłocznie pisemnie zwołałem na posiedzenie ekstra  zastepcę wójta pana Rozwadowskiego i ławnika Daszewskiego. Przybyłym  członkom Zarządu poinformowałem o prośbie  starosty, a  szczególnie o  wyniesieniu Uchwały na odroczenie 50% podatku na 6 – miesięcy. Członkowie Zarządu zgodzili się o czym telefonicznie powiadowmiłem pana  starostę.  Po pół godzinie  czasu autem pana  starosty do Urzędu Gminy przyjechali pan kapitan Waligórski i  dyrektor Owsiany. Po  wejściu do mojego  gabinetu bardzo uprzejmie ze mną przywitali się. Kapitan  Waligórski mocno mnie przepraszał za niegrzeczny list, napisany do mnie, tłumaczac się tym, że był bardzo podenerwowanym, kiedy  dostał  moje  wezwanie. Prosił o  wybaczenie mu tego.  Zakomunikowałem przybyłym, że Zarząd powziął Uchwałę o  wpłaceniu przez nich 50 % zaległej sumy, a pozostałą kwotę odroczyć na 6 miesięcy. Bardzo uprzejmie podziękowali Zarządowi za powziętą Uchwałę, po czym obiecali przesłać  do kasy 6 000  zł., 50 % przypadającej  sumy dla Zarządu Gminy, bowiem  sumę bieżącą Wydział Powiatowy Starostwa zgodził  się na odroczenie. Po czym poprosili  mnie żebym ja im  dał  zaświadczenie Zarządu  Gminy o  zdjęciu  sekwestru zajęcia poborów pana kapitana Waligórskiego i  z mebli pana dyrektora Owsianego. Prośba tą mnie zaskoczyli, bowiem pan  starosta prosił mnie tylko o prolongatę płatności, a nie o zdjęcie  sekwestru. Przeto im oświadczyłem, że Zarząd  Gminy nie  może  zdjąć sekwestru do czasu zapłacenia całej sumy podatku bieżącego.  Moje oświadczenie wywołało oburzenie u pana kapitana Waligórskiego, który ponownie począł czynić mi  zarzuty, że ja nie respektuję ich prośby o takowe i  swego przełożonego pana  starosty – tym bardziej kiedy oni już wpłacili 50% bieżącej  sumy. Wobec czego połaczyłem się telefonicznie z panem starostą i poinformowałem o moim rzekomo nie  słuchaniu pana  starosty i ich obu tj. Waligórskiego i  dyrektora o zdjęciu  sekwestru, przy czym powiedziałem panu staroście, że  zgodnie z  jego prośbą Zarząd Gminy podjął tą Uchwałę tylko na odroczeni pozostałych 50 % zaległości na 6 miesięcy, lecz nie na  zdjęciu  sewestru natychmiast, na  co ja nie   wyraże  zgody do  czasu  zapłacenia tej  sumy.             Po  czym pan Waligórski dłuższy czas rozmawiał z panem starostą czyniąc mi  zarzuty z nieustępliwego mego postępowania względem jego jako oficera i pana dyrektora. Odjechali nadęci nie żegajac  się ze  mną. Lecz  wojnę przegrali -  bo  w kilka dni wpłacili na druki P.K.O  Zarządu Gminy cała  sumę zaległą podatku. Uczynili to ze  wstydu, że były pobory zajęte kapitanowi wojska polskiego, a meble pana dyrektora fabryki.  Po zlikwidowaniu należności podatkowych na majątku N……….. przybył  do mnie pan Konstanty Waligórski, serdecznie podziękował za ściągnięte sumy zaległego podatku  na majatku, jednak nie wspomniał, że z jego części 40%,  a ciążący na  nim. Po tem już  panowie  Waligórscy płacili bieżace podatki terminowo, majac nauczkę, że ich tytuły kapitańskie i dyrektorskie nie mogą ich chrononić przed obowiązkami wobec państwa. Dzięki powyższej akcji ściagania ciągnacych się zaległości podatkowych – finanse Urzędu Gminy znacznie  się poprawiły. Spłacony  został niedobór budżetowy z 1934 roku oraz uregulowane zostały niemal wszystkie ciążące zaległości na  gminie. Stan dróg gminnych był opłakany, stan dróg powiatowych oraz  wojewódzkich, przebiegających przez terytorium gminy pozostawiał wiele do życzenia. Wiosną i późna jesienią niektórymi odcinkami dróg gminnych i powiatowych zupełnie przejechać nie było możliwością. Wozy grzęzły w  błocie, konie  zapadały  się po brzuch tak że na tych grzązkich odcinkach zachodziła nie żadko konieczność wyciągać wozy i konie z błota. Ponadto przejeżdżający usiłowali te odcinki omijać jadąc po łakach, a nieraz po  zasianych oziminach -  czyniąc tym poważne straty właścicielom tych gruntów. Stan taki dróg, jak opowiadali mieszkańcy starzy  gminy - istniał od lat niepamiętnych. Dotychczasowe poczynania naprawy tych dróg przez Zarząd Gminy kończyły się na  niczym, bowiem mieszkańcy gminy nie  godzili się na  zwiekszenie  szarwarku  do budowy i reperacji  dróg. Na tym Zarząd Gminy poprzestawał. Drogomistrzem gminnym był obywatel Madej. Cieszył  się on dobrą opinią u inżyniera drogowego powiatu. Jednak po  pewnym czasie ja przekonałem  się, że drogomistrz Madej nie   zasługuje na dobrą opinię. Wykonywał on  swoje obowiązki lekceważąco. Uchybienia jego polegały na tym, że na początku wystawiał kwity z  wykończenia, wówczas kiedy  wykonawca wykonywał od 10  do 25 % wymienionego szawarku. Przykładowo  wykonawca obowiązany był zwieźć na oznaczony odcinek  drogi żwiru 10 metrów. Zwiózł tylko 1 metr, a w wykonaniu  napisał na 10 metrów. Oszustwo dokonano na 9  metrów  żwiru. Ponadto  zwieziony żwir na  drodze pozostawał tak długo, aż go  wody po  deszczu nie znosły. Przytoczę jeszcze kilka podobnych przykładów. Pewnego razu jadąc do Oszmiany o godzinie 10 – tej spostrzegłem bronującego drogę od  wsi N …..do majątku  Nowosiółki przez zamożnego  właściciela pana Dulki, posiadającego 40 ha.  ziemi. Przedstawiłem  się i  zacząłem z nim rozmowę. Dowiedziałem się,że on ten odcinek  drogi brukuje już od ponad 10 lat. Szarwark jego był wymieniony wartością robocizny 80 zł. Kiedy wróciłem  z  Oszmiany i godzinie 14.00, to też spotkałem obywatela Dulki już maszerującego z Urzędu z otrzymanym pokwitowaniem z  wykonanie szarwarku za 80 zł. Sądziłem, że drogomistrz  wydał pokwitowanie  awansem tj. przed wykonaniem  szuwaru, przeto zapytałem pana Dulki kiedy on przyjedzie  wykończyć  całkowicie szarwark. W odpowiedzi pan Dulki oświadczył, że on  całkowicie szarwark ukończył na  zabrukowanie odcinka  drogi wyżej  wymienonego, za  co mu  zaliczono w  całości  szarwark wymieniony w wysokości 80 zł.rocznie. Na moje pytanie ile on godzin bornował odcinek tej drogi broną parokonną, odpowiedział że 3 godziny. Muszę tu nadmienić, że według ustalonej sumy robocizny, przy wybrukowaniu szarwarku końmi było 8 zł. za godzinę, rocznie 24  zł.,  pokwitowanie pobrał za 80 zł. Czyli darowanona  mu 56  zł. nie  wykonanego szawarku. Drogomistrz tłumaczył  się, że za wkonanie tego odcinka drogi rocznie  wystawiono panu Dulce 80 zł. Drugi przykład: Jadąc do  wsi S…… przed majatkiem pani Budziszowskiej zauważyłem zakończoną budowę mostu na  drodze przejeżdżającej. Most ten był  sklecony z obrzynek tartacznych. Przyczółek mostu zbudowano przez wbijanie kołków w  ziemię, poczym zasypywano ziemią, a na to położono belki i przysypano  piaskiem.  Po obu  stronach mostu przeciągnięte zostały żerdzie umieszczone na palikach. Patrzyłem  się na tem most jak na jaki  dziwoląg i nie mogłem  zrozumieć żeby ktoś mógł dzisiaj  wykonać na drodze taka  budowę mostu, podobną do  zabawki dziecinnej. Kiedy przypatrywałem się temu mostowi podeszło do mnie dwóch rolników z łopatami i oświadczyli, że oni ten most ukończyli z polecenia pana Sawickiego. Zapytałem dlaczego oni taki most pobudowali. Odpowiedzieli, ze za 20  złotych oni nie mogli leszego mostu pobudować. Przy tym nadmienili, że od nich drogomistrz tem most pobudowany już przyjął i nie  ganił  budowy. Wówczas rozniewany tym mostem i rozmową z tymi robotnikami podeszłem do mostu i go gołymi rękami rozwaliłem wraz z przyczółkami mostowymi. Kiedy powróciłem do  gminy i spytałem drogomistrza o  warunkach budowy tego mostu pani Budziszowskiej i techniczne  wymagania. Odpowiedział mi że za   wykonanie tego mostu pani Budziszowskiej wystawiono kwit  za   wykończenie  za 280  zł. Co zaś  do jakości to most  został wykonany  solidnie  i on już za robotników  pani Budziszowskiej  przyjął kwit za  wykonaie  szarwarku, ciążącego na majątku pani Budziszowskiej  w   wysokości  280  zł.  wystawi na ręce jej zięcia plenipotenta pana Sawińskiego. Oświadczyłem wówczas panu  drogomistrzowi że most ten rozwaliłem gołymi rękami – przy tym zabroniłem wystawiać  kwitu za jego  wykonanie z  aak  wygórowana  sumę 280  zł. Drogomistrz  tłumaczył  się, że za taką  budowę mostu na tym miejscu zawsze wystawiano pani Budziszowskiej kwit na 280 zł. Kiedy  nastepnego dnia przybył do Urzędu Gminy pan Sawicki  w celu otrzymania kwitu na  wykonanie szarwarku  zapytałem go ile on zapłacił robotnikom za  wykonanie tego  mostu i ile kosztują kołki nabyte do budowy tego mostu? Zapytanie moje było  zaskarżające dla pana Sawickiego, jakając się wypowiedział, że za robociznę  zapłacił 50 zł., że kołki i bale to były jego  własne  -  mniej  więcej w  sumie  do 50  zł., czyli  razem most ten mu kosztował 100  zł. Wówczas go  zapytałem dla czego on pobrał od Gminy kwit na sumę 280 zł. tj.  za wykonanie całego szarwarku, wymienionego na majątku pani Budziszowskiej.  Pan  Sawicki powiedział, że kwit pobierał  za  wykonanie szarwarku  na  sumę 280 zł. wystawionym na budowę tego mostu, jako ostecznej ceny uzgodnionej z  drogomistrzem. Kiedy oznajmiłem panu Sawickiemu, że most rozwaliłem gołymi rękami, jako  zabudowę dla  zabawy,  szopkę i że  żadnego kwitu Zarząd Gminy mu nie  wystawi za trzy lata budowy tego  mostu i że na razie musi być odjęta z tej  sumy kwota 280  zł. pan  Sawicku uniósł się  gniewem, i powiedział, że napisze  skargę  do pana starosty – bowiem on  zawsze taki most budował i  zawsze Zarząd Gminy  wystawiał  mu pokwitowanie na  sumę 280 zł.  Skargę taką pan Sawicki oczywiście panu  starości  złożył i na  skutek  czego  zjechał pan inżynier zbadać na miejscu  rozwalony most i jego ratować. Wynik badania był niekorzystny dla pana Sawickiego. Pan inżynier oświadczył, że takiej  budowy mostu n e można  przyjąć i że most winien być pobudowany  z  solidnego budulca z przyczółkami mostowymi,  zbudowanymi z trawałego budulca  jak cement i kamień itp. Poza tym sumę żadaną 280  zł. za most  rozwalony, także uważa za  wysoką i nie podlegajacą zapłacie.  Takie opisane przykłady można było mnożyć dziesiątki i tak wówczas szarwark był rocznie wypłacany na sumę 18 000  zł., a  drogi i mosty pozostawały opłakanym  stanie. Wobec czego  zaszła potrzeba dokonania radykalnej  zmiany tylko umownego  szarwarku, by on przynosł korzyść. W tym celu został  zwolniony  dotychczasowy drogomistrz, jako nie nadający się do wykonywania tej  czynności – i  zaangażowano innego drogomistrza.   Dalsze prace szarwarkowe szły dośc opornie bowiem mieszkańcy  gminy, będąc od dłuższego czasu przyzwyczajeni do ugadywania szarwarku, tanim kosztem -  usiłowali nadal tak je wykonywać - lecz  wobec nowej kontroli  drogomistrza i technice jego wymogów i cenom ustalnym -  zmuszeni byli w ostateczności  podporządkować  się wymogom Urzędu Gminy, co spowodowało, że w latach następnych  drogi i mosty zostały odbudowane i  doprowadzone do stanu dobrego w  zupełności.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (6) | dodaj komentarz

Spotkanie z wojewodą wileńskim panem Bociańskim i redaktorem Melchiorem Wańkowiczem.

środa, 09 stycznia 2008 22:15

            Kiedy Konstanty Waligórski sprzedał las i gmina usiłowała położyć sekwestr za zaległe podatki za wyrabane  sztuki drzewa  - to kupcy Żydzi okazali pokwitowanie rejentalne i że jest możliwość w zakupie drzewa  przez nich i za nie  zapłacono. Kiedy usiłowałem  sekwestr nałożyć na umowę  dzierżawną za wydzierżawiony majątek nowemu dzierżawcy to dzierżawca okazał umowę  dzierżawną według której płacił dzierżawę Konstantemu Waligórskiemu w  naturze masłem i innymi artykułami żywnościowymi – płaconymi z góry. Po czym drogą nieuczciwą i  wykrętną Waligórscy  nie płacili podatków żadnych od 1919 roku i nie było żadnej możliwości prawnej wyegzekwowania tego podatku.   Jednak Konstanty  Waligórski dał się złapać. Przybył on  do Urzędu Gminnego z prośbą o poświadczenie wierzytelności odpisów. Odpisy były  dokonane z aktu  Sądu  Okręgowego w  Wilnie o podziale  majątku, według którego to aktu byli  właścicielami majątku w  równych częściach po 40% obszaru Konstanty Waligórski i Kapitan Waligórski – oraz w 20% siostra Owsiana. Z aktu  tego sądowego kazałem także zrobić odpis dla Urzędu Gminy, który miał nam  służyć za dowód kto jest  właścicielem  majątku. Prze to  wystosowałem do nich w pierwszej  formie upomnienie by zapłacili  cała   sumę  zaległego podatku gminnego i  samorządowego do 17 000  zł. -  nadmieniając, że Urząd Gminy zmuszony będzie  w przeciwnym  razie wystapić na  drogę egzekucyjną.   W odpowiedzi kapitan Waligórski nadesłał list w który on w sposób wulgarny zwymyślał mnie jako wójta, że jakie ja mam prawo pisać do niego jako oficera polskiego podobne  wezwanie  do płacenia podatków i że on sobie  wyprasza na przyszłość otrzymywania podobnych  wezwań. Nastapiła wojna pomiędzy mną jako  wójtem, a kapitanem oficerem wojska polskiego. Ja uczyniłem pierwszy atak natarcia. Złożyłem Urzędowi Skarbowemu w Oszmianie akta zaległego podatku na  sumę 17 000 zł. na majątku oraz akta Sądu Okręgowego w Wilnie, kto jest  właścicielem tego majątku, prosząc Urząd Skarbowy o  wyegzekwowanie tej sumy należnej, przez zajęcie poborów kapitana Waligórskiego. Urząd Skarbowy  zgodnie  z  naszą prośbą nałożył  sekwestr  na pobory Kapitana Waligórskiego, jako   Szefa  Wydziału Zdrowia D.O.K i  sekwestr na  meble dyrektora Owsianego – Fabryki Opakowań w Poznaniu. Muszę tu nadmienić, że aczkolwiek Konstany Waligórski  był prawym  właścicielem majątku  - jednak wobec  tego, że od niego nic nie można było  wyegzekwować, to  wtedy według przepisów, można było wspólnie zaległości ściągać od  tej osoby, która była  zamożniejsza i od  której można było zaległości odzyskać. Przeto wówczas sekwestr został  dokonany na kapitanie  Waligórskim i  dyrektorze  Owsianym  z pominięciem Konstantego Waligórskiego.    W październiku 1936 roku wizytował gminy i powiat oszmiański Wojewoda Wileński. Będąc u mnie w Urzędzie Gminnym zainteresował się jak wygladają opłaty podatków. Poinformowałem go, że najlepiej płacą właściciele  średni, małorolni także płacą. Niektórym zachodzi potrzeba podatek umorzyć. Natomiast nagorzej płacą więksi właściciele,w  dowód czego pokazałem pismo kapitana Waligórski w którym kapitan mnie  wymyśla, że ja ośmielam  się go zmuszać do płacenia podatków.    Pan wojewoda po przeczytaniu tego listu,  zapytał  mnie  co ja uczyniłem dalej? Poinformowałem pana  wojewodę, ze  wystapiłem na drogę  egzekucyjną przez Urząd Skarbowy, który  zajął pobory kapitana Waligórskiego i  meble dyrektora Owsianego. Pan  wojewoda ogromnie ucieszył  się z  moje  energii  i gratulował mi mojej odwagi. Po  dokonanej inspekcji  działu gospodarczego i  stwierdzeniu, że finanse Gminy  znacznie poprawiły  się od  chwili  rozpoczęcia mego urzędowania  na stanowisku wójta pan  wojewoda w księdze protokołów napisał, że stan stan  gospodarczy  dzieki  wójtowi  jest dobry. Obejście czyste. Podpisał: Wojewoda Bociański. Był to okres kiedy Prezes Rady Ministrów Sławoj Składkowski -  wymagał by były budynki bielone i ogrodzenia  znajdowały się przy  drogach. Przeto pan  wojewoda jeżdżąc sprawdzał czy to jest  wprowadzone  w życie? A  że ogrodzenie Urzędu Gminy od traktu przebiegającego  z Oszmiany  było  czyste i  wybielone, jako też i budynki, przeto pan  wojewoda nadmienił  w  książce inspekcyjnej „Obejście  czyste”. Z panem wojewodą  był w towarzystwie dziennikarz Melchior Wańkowicz, który interesował się stanem narodowościowym i religijnym ludności gminy. W Gminie Kucewicze  była sekta badająca Pismo Święte pod  przewodnictwem pana Michalkiewicza, posiadającego osadę rolną o kilometr od Urzędu Gminy. Kiedy powiedziałem o istnieniu takiej sekty pan redaktor Wańkowicz wyjawił chęć osobiście pojechania i poznania przewodniczącego sekty pana Michalkiewicza. Wojewoda  zgodził  się i redaktor autem pana  wojewody w towarzystwie dozorcy gminy odjechał  do pana Michalkiewicza. Pan  wojewoda wyszedł ze mna na  ganek Urzędu Gminy na którym usiedliśmy na ławkach i  rozmawialiśmy o sprawach gminy i powiatu. W trakcie tej rozmowy pan wojewoda nadmienił, że  mnie  gdzieś widział i że ja jestem mu  znanym. W odpowiedzi powiedziałem, że ja byłem na balu oficerskim 86 Pułku Pichoty w  Mołodecznie  i adiutant pana pułkownika mój brat  cioteczny Arkadiusz Koszyk mnie wowczs przedstawił panu wojewodzie. Wółwczas pan wojewoda przypomniał  sobie ten moment, dodając że brata mego Koszyka lubił jako gorliwego służbistę.   W czasie naszej rozmowy na ganku, służbowo zameldował się przybyły Komendant Posterunku Policji pan Kisiewicz, którego  wojewoda wypytywał się o bezpieczeństwo. Wobec tego, że redaktor Wańkowicz nie wracał od Michalkiewicza, przeto pan wojewoda poprosił pana komendanta  by ten na rowerze podjechał i poprosił pana Wańkowicza o przyspieszenie powrotu. Kiedy powrócił redaktor  autem od Michalkiewicza to powiedział panu  wojewodzie  dużo ciekawych rzeczy słyszanych od przewodniczącego  sekty. Miedzy innymi  mówił, że on rozmawiał  z Panem Bogiem w  sprawch  sekty. Pan redaktor  wyraził  swoje  niezadowolenie, że nie udało mu  się  dokonać zdjęcia fotograficznego pana przewodniczącego, łącznie z jego oblubienicą podstarzała panną, którzy już byli przygotowani  do zdjęcia pod  rozpiętym  dywanem. Lecz kiedy komendant posterunku nadjechał i powiedział, że pan  wojewoda go  oczekuje,  zasłyszawszy te  słowa pan Michalkiewicz nie  zgodził  się na  zrobienie  zdjęcia i uciekli z pod rozwieszonego dywanu. Opowiadanie to  rozbawiło pana wojewodę, który na pożegnanie życzył mi  dalszej takiej pracy i po trzech godzinach odjechał do Oszmiany.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (6) | dodaj komentarz

Budżet 1935 roku w Kucewiczach.

poniedziałek, 07 stycznia 2008 13:25

             Na Święta Wielkanocne otrzymałem tygodniowe zezwolenie celem pojechania do Podbrodzia po rodzinę i umeblowanie. Po przyjeździe  do Podbrodzia wszystkie posiadane meble opakowałem i nadałem na stacji kolejowej Soły najbliżej od Kucewicz. Dom nasz oddałem w dzierżawę Rudzińskiemu za zapłatą po 30 zł. miesięcznie. Z ksiąg protokołów Uchwał Rady Miejskiej w Magistracie otrzymałem wyciąg o tresci następującej:,, Z protokołu prawomocnego posiedzenia Rady Miejskiej miasta Podbrodzia odbytego  w dniu 28  czerwca 1934 roku na którym to posiedzeniu między innymi Rada Miejska wniosła Uchwałę nr 27 o treści  następującej:1.      Dzieki włożonej usilnej i gorliwej pracy Zarząd pod przewodnictwem burmistrza Kajetana Rożnowskiego oraz współudziale członków pana Józefa Łabunia i pana Abrama Rola w okresie sześcioletniej ich kadencji został  osiągnięty dla naszego miasta tak pokaźny i piękny dorobek, poz tym podniesiono  go ku lepszemu  rozkwitowi.2.      Rada Miejska stwierdza także, że Zarząd w powyższym  składzie położył ważne zasługi w obronie interesów mieszkańców miasta Podbrodzia w  niesieniu tymże pomocy materialnej.  Rada Miasta biorąc pod uwagę powyższe zasługi Członków Zarządu stwierdza, że zsłużyli się na  uznanie przed  całym Społeczeństwem miasta Podbrodzia. Oryginał Uchwały należycie  podpisany.  Za  zgodność. Za  Zarząd Miejski miasta Podbrodzia niniejszym zaświadcza. Podbrodzie  dnia 7 wrzesnia 1934 roku. Podpisy.    Po złożeniu  wizyty pożegnalnej w  Podbrodziu dla Dowódcy i grona oficerów 23 Pułku Ułanów Grodzieńskich oraz ksiedzu prefektowi i burmistrzowi nowomianowanemu, kierownikowi  szkoły i niektórym  radnym - wyjechałem z rodziną, zabierając  ze  sobą psinę Lorę, do Wilna  na Świeta  Wielkanocne  do rodziców żony. Podczas Świat w  wiekszym gronie osób udaliśmy  się do Nowej Wilejki  do  siostry Janiny, dokad  także przybyli moi  synowie Kazik,  Zbyszek i  Edek. U siostry bawiliśmy się  bardzo  wesoło. Trzeciego  dnia wieczorem na kolację  zedliśmy wszystkie  smakołyki i  zapasy świąteczne, tak że nazajutrz rano zaszła potrzeba czynić zakupy na  śniadanie.  Z Podbrodzia przywiozłem wiele dobrych i miłych wspomnień z mojej tam położonej owocnej pracy – a zarazem   wywiozłem niemało i gorzkiego  osadu na sercu, doznanego od  swoich przeciwników, którym  nic złego nie uczyniłem, tylko że broniłem  się przed ich napaścią niełaski. Po przyjeździe do Kucewicz zamieszkałem z rodziną w  Urzedzie Gminy -  zajmując dwa pokoje i kuchnię wspólnie z  sekretarzem. Pomieszczenie to było  wystarczające i dość  wygodne, tylko że było ono już od dłuższego czasu nie odnwiane i potrzebowało  malowania ścian,  sufitów i podłogi.            Pomieszczenie kancelaryjne Urzędu Gminnego było  za ciasne. Składało  się z  jednego dużego pokoju i gabinetu  wójta. Był natomiast ogromny hol w którym odbywały  się wieksze zgromadzenia, a  nawet i  zabawy publiczne, które były nie pożądane ponieważ po takich zabawach pozostawało zanieczyszczenie całego budynku Urzędu  Gminnego. Były one tolerowane, gdyż nie  było innego  miejsca na te zabawy. Stan materialny i finasowy Urzędu Gminnego był opłakany. Bilans i  wykonanie budżetu  naszego na 1934 rok  zamykało  się niedoborem 17 000 zł. Urząd  zalegał z oplatą poborów dla pracowników Urzędu Gminy, z dopłatą na  mieszkania dla nauczycieli, komornego za lokale  wynajęte pod  szkołę. Zachodziła potrzeba energicznego ściągnięcia zaległych podatków, by pokryć zadłużenia i  wypłacić pobory urzędnikom. Ponadto trzeba było opracować budżet administracyjny na rok 1935 i  uchwalić go przez Radę  Gminna i  wójta. Sekretarz Bieliński usiłował przyjąć na  siebie ten obowiązek, jednak ja na to nie  zgodziłem się i  sam w   większości go opracowałem rzeczowo i  w oparciu o realne  wpływy, które  stanowiły tylko dochody z podatków.   Na opacowanie planu kwartalnego na rok 1935 posiłkowałem się już wskazówkami częściowo  sekretarza i organisty pana Madeja. Na pierwsze posiedzenie Rady Gminy pod moim przewodnictwem, na którym miał być zatwierdzony budżet i plan kwartalny na rok 1935 zaprosiłem pana starostę Suszyńskiego, który przybył w towarzystwie inspektora samorządowego Stankiewicza. Podczas obrad nad budżetem inspektor Stankiewicz usiłował udowodnić, że budżet jest nierealny, gdyż on po  stronie  dochodów wyniósł wieksze  wpływy podatkowe od większych wydatków, co według jego zdania było nie  realne, co w rzeczywistości tak i było do roku 1935.   Ja zaś broniłem  swego budżetu z tą nadzieją, że położę większy nacisk  na  ściaganie podatku bieżącego i  zaległego od  większych  właścicieli i tą drogą budżet po  stronie dochodu zrealizuję.  Radni byli wszyscy zgodni  z moim projektem, nawet łacznie z hr. Czapskim, największym obszarnikiem w Gminie. Pan starosta także swoim głosem poparł budżet,  wiec  takowy mimo niechęci inspektora został uchwalony i przez Wydział powiatowy zatwierdzony. Budżet wynosił tak jak po  stronie dochodów jak i  wydatków 35 680 zł.   Stan finansowy Gminy i gospodarczy, był jak już pisałem opłakany. Po  względem sanitarnym zaniedbany i  znajdujący  się w rozpaczliwym  stanie. Większość dróg była  błotnista, mosty stare  walące  się. Szkoły  znajdowały  się w lokalach ciasnych i nie odpowiednich  - za  wyjątkiem szkoły w Borunach. Położenie takie gminy było z powodu tego, iż poprzedni  wójtowie byli mało gorliwi w  swoich pracach, nie  ściągali  podatków energicznie, a  w szczególnosci od większych  właścicieli. Ostatni  wójt gminy kapitan Leoniewski konkretnie prawie nic nie  robił.  Usiłował tylko  wszystkim przypodobać się i być lubianym, przeto nic  dziwnego, że przyjąłem gminę w tak opłkanym  stanie i niedoborem 17 000  zł.By dźwignąć  gminę  z ubóstwa  i z ruiny ze stanu  sanitarnego zaszła potrzeba przystapienia do energicznej pracy we  wszystkich jej dziedzinach. Osobiście obiechałem wszystkich właścicieli ziemskich, którzy  zalegali  podatkami. Hrabia Czapski zalegajacego podatku gminnego miał ponad 9 000 zł. Konstanty Walijewski – od 1919 roku podatku  do 13 000 zł., który w ogóle uchylal  się od płacenia podatków  gminnych i innych. Siostry Szampanowiczówny zalegały z podatkiem do 7000  zł.Wszędzie mnie przyjmowano gościnnie i uprzejmie. Goszcząc obficie – upominając  się, że oni zalegaja  małymi sumami podatki i że są zdania tego, że ja jak poprzedni wójt będę  wyrozumiały i nie będę od nich żądał zapłaty tych podatków. Ja  zaś ze  swojej strony grzecznie i uprzejmie dziękując za przyjęcie przedstawiałem rozpaczliwe położenie  gminy udawadniąc iż to  powstało  z niepłacenia podatków przez  większych  ziemian i że ja  z wielka przykrością zmuszony będę przystapić do  energicznego ściągania zaległych i bieżących podatków -  dlatego  uprzejmie ich proszę by uniknąć  zbędnych przykrości byli oni łaskawi  dobrowolnie  spłacać  ratami podatki. Obiazd mój okazal  się pożyteczny. Już  w nastepne  dni poczęli spłacać  zaległe podatki więksi  właściciele. Spłacali choć nie  duże  sumy na początku i tak  wpłynęło do kasy przez kilka dni 9 000  zł. Dało to możliwość   wypłacić zaległe pobory ludziom  gminy,  sołtysowi i nauczycielom za mieszkania. Ci sami płatnicy już  w  nastepnych miesiącach opłacali podatki na bieżąco, jako też i  drobni włościanie zaczeli płacić podatki. Położenie finasowe gminy znacznie  się poprawiło. Jedynym ofiarnym płatnikiem pozostał Konstanty Walijewski w majatku , który nie płacil podatków od 1920 roku, usprawiedliwiajc się, że on jest tylko plenipotentem swojego brata kapitana Waligórskiego,będącego Szefem Wydziału Zdrowia w D. O. K i  siostry  zamężnej z dyrektorem Owsianym z Poznania i że oni pobierają dzierzawną za  wydzieżawiony  majątek i że on jest u nich na  łaskawym  chlebie.  Wystawionego wezwania do Kapitana Waligórskiego  i Dyrektora Owsianego w  Poznaniu  o wpłacenie podatku  zaległego – takowego nie przyjęli, tłumacząc się że oni  nie  sa  właścicielami majątku i że jest  właścicielem wyłącznie Konstanty Walijewski  i który jest obowiązany płacić w  całości podatek. Konstanty Walijewski w  dalszym  ciagu twierdził, ze on jest tylko plenipotentem, a nie  właścicielem majątku. Podatek od  chwili powstania Państwa Polskiego 1919 r. nie był płacony. Wszelkie usiłowania jak  gminy tak i Urzędu Skarbowego pozostawały na niczym.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (8) | dodaj komentarz

Początki pracy w Kucewiczach.

niedziela, 06 stycznia 2008 14:29

            Wybory  wójta gminy Kucewicze odbyły się w  dniu 1 marca 1935 roku. Podczas wyborów była zgłoszona, tylko moja jedyna kandydatura i która jednogłośnie  została  wybrana. Po posiedzeniu  wyborczym zamierzałem  zaprosić wszystkich radnych, łącznie z panem inspektorem Stankiewiczem na wódkę, lecz pan inspektor nie pozwolił  tego uczynić. Skład Rady Gminy był dobry pod  względem uświadomienia ogólnego, między którymi był: hrabia Czapski oraz dyrektor nauczyciel Jelenowski, czterech osadników wojskowych wyższych, pozostali  gospodarze rolni zamożności średniej byli na poziomie  wyższym niżeli  radni w  Podbrodziu. Cieszyło mnie, że będę miał pracę. Komendant miejscowego Posterunku Policji pan Kiziewicz poprosił mnie i pana dyrektora Szkoły Rolniczej z  Antonowa, który był także radnym gminy na obiad do siebie. Pan komendant był prawosławnym, synem popa. Żonę miał też prawosławną, byli bezdzietni. Komendant był chory na płuca i lubił pić dobrze wódeczkę. Natomiast był dobrym służbistą. Wybór mój na  wójta został  zatwierdzony przy Wydziale Sejmiku Oszmiańskiego. Dnia 28 marca 1935 roku złożyłem przysięgę służbową na ręce pana starosty. Akta odbiorcze przyjąłem od zastępcy wójta.   Stanowisko objąłem  dnia 7 kwietnia 1935 roku. W  drugim  dniu  urzędowania złożyłem służbową wizytę panu staroście Suszyńskiemu, panu inspektorowi Stankiewiczowi i  wszystkim urzędnikom Starostwa. Przyjęty byłem przez  wszystkich bardzo  serdecznie i przychylnie z  wyjątkiem pana inspektora Stankiewicza, który w  dalszym  ciągu  wykazywał rezerwę i chłód, co na mnie robiło niemiłe  wrażenie.     Powracając z Oszmiany złożyłem  wizytę po drodze panu hrabiemu Czapskiemu w majątku. Hrabia  Czapski miał młodą  żonę, sam zaś miał  co najmniej lat 60. Był pierwszy rok po ślubie. Żona pochodziła z rodziny niezamożnej podupadłej majątkowo. Przyjęto mnie z moją pierwszą wizytą bardzo uprzejmie. Dużo rozmawialiśmy na tematy polityczne, był zwolennikiem Piłsudskiego. O mojej  działalności politycznej i  społecznej słyszał  z pracy. Obiecał mnie, że będzie moim przyjacielem we wszystkich moich pracach na stanowisku  wójta. Przy tym prosił bym ja poczekał pewien  czas na zaległe  od niego podatki.  W późniejszych dniach mojego urzędowania złożyłem wizytę panu Dyrektorowi Jeleniewskiemu  w Szkole Rolniczej w  Antonowie, gdzie byłem bardzo   serdecznie przyjęty. Pan dyrektor miał młodą, piękną i miłą  żonę. Miał także synka lat -12. Muszę tu nadmienić, że z panem dyrektorem ja znałem  się  wcześniej -  spotykając się na różnych zjazdach politycznych ja B. B. W. R i Kółek Rolniczych. Dyrektor był  dobrze poinformowany o mojej  działalności politycznej i społecznej,  co go skłoniło  do przychylnego ustosunkowania  się  do mnie.  Powracając od dyrektora Jeleniewskiego złożyłem także wizytę nauczycielstwu z 7 klasy szkoły powszechnej w B. Kierownikiem  szkoły był bardzo miły i  sympatyczny  młody  człowiek. Nauczycieli było 5 -  ciu, między którymi  był osadnik wojskowy, radny z Rady Gminy – Olszewski. Wizyta moja w  gronie tego nauczycielstwa była bardzo miła. Całe  grono  nauczycieli było na wysokim poziomie i zapowiedzieli mi, że z moich prac oświatowo – społecznych będą chętnie korzystali. Szkoła mieściła się w gmachu poklasztornym. Miała  duże sale  wykładowe, dużą salę gimnastyczna, gabinet kierownika, jeden pokój archiwalny z pomocami nauczycielskimi i pokój  stołowy, dla  woźnego i  gospodarczy. W B. był piękny poklasztorny kościół z VI wieku, była też z 1088 roku cerkiew, gmach na  Seminarium Nauczycielskie rosyjski.                   W pierwszych dniach mojego urzędowania zaprosiłem na czele z  sekretarzem gminy wszystkich urzędników do swojego gabinetu na konferencję zapoznawczą. Podczas takowej zgłosiłem prośbę do wszystkich urzędników by pełnil swoje obowiązki sumiennie,  starannie by tą drogą osiągnąć między mną a  nimi najlepsza atmosferę, przyjazną  we  wspólnej naszej pracy. Sekretarza zaś poprosiłem by on jak szef kancelarii dbał  o  załatwianie  w wszystkich prac kancelaryjnych terminowo i  solidnie i miał nadzór nad pozostałymi urzędnikami. Po skończonej konferencji powrócił  sekretarz do mojego gabinetu i oświadczył, że my jako gospodarze gminy musimy uzgadniać wspólnie pracę między sobą. Ostatecznie to mnie zdziwiło o jakich to mówi  dwóch gospodarzach  gminy. Przeto  zapytałem go, kto jest ten  drugi gospodarz gminy? Sekretarz odpowiedział, że on jest drugim gospodarzem.   Odpowiedziałem mu, że nowa Ustawa z 1933 r. Samorządu  Gminnego głosi, że tylko wójt jest gospodarzem gminy i jego zwierzchnictwu podlegają wszyscy  pracownicy gminy łącznie z  sekretarzem. Moja  odpowiedź zaskoczyła  sekretarza, tłumaczył  się, że do obrania mnie na  wójta wszyscy poprzedni  wójtowie darzyli go jako równoległego gospodarza gminy i że on brał udział w ich pracach. Na   zkończenie naszej rozmowy podziękowałem mu za jego chęci i zleciłem tonem  zwierzchnika by tylko gorliwie  dbał o pracę  sekretarza w kancelarii. Odszedł  chmurny i  skwaszony, pozostawiając w sobie niechęć  do mnie jaką  czas później ujawnił. Był on  chory na gruźlicę, pracy  sekretarza nie lubił, przeto usiłował  w  godzinach urzędowania kancelarię opuszczać i wtrącać się  do spraw gospodarczych kontynuowanych na terenie gminy przy budowie mostu, remontach i budowie  szkoły. Wobec tego, że jego  wtracanie  się  do tych prac niejednokrotnie odnosiło skutek ujemny, przeto  drogą służbową zakazałem mu  czynić inną pracę.  Po objęciu urzędowania  zamieszkałem w lokalu Urzedu Gminnego. Pewnej nocy posłyszałem gwałtowne  dobijanie  się do drzwi  wejściowych. Wobec tego, że to gwałtowne  dobijanie do  drzwi trwało, narzuciłem płaszcz i  wyszedłem  do  holu i u drzwi wejściowych zapytałem kto tam łomocze i dobija się. W odpowiedzi posłyszałem  głosy - to  my  aresztowani, powracamy  do aresztu. Po  wpuszczeniu ich  do holu zobaczyłem ich czterech brodatych. Zapytałem dlaczego oni tu siedza w  areszcie  Odpowiedzieli, ze oni  chodzili do  domu spać,  teraz powracaja do  aresztu i że to  czynią każdej nocy. Aresztowanych  wpuściłem do  aresztu do którego było   wejście z holu.  Po czym wezwałem  dozorcę gminnego i kazałem areszt zamknąć na klucz.Poczem  zapytałem dlaczego on aresztowanych bezprawnie wypuszcza do  domu na  spoczynek  w nocy. Odpowiedział, że on to  czyni na rządanie   sekretarza i że aresztowani już od  dłuższego czasu chodza  spać do domu. Nakazałem by  aresztowani od  dzisiaj byli  zamkneci w  areszcie przez cała  dobę łacznie z nocą i że będą  wychodzić tylko w  czasie ustalonym.   Zapytany  sekretarz w tej sprawie powiedział, że on nie dawał żadnego zezwolenia na puszczenie aresztowanych, a  tym bardziej na noc. Po czym  twierdził, że taki  stan trwał już  za  zgodą byłych  wójtów. Uznałem, że skazani na karę winni tą karę odbywać w areszcie,  zamknięci  tam, inaczej kara ta nie byłaby karą. Dawało by to przestępcom ochotę do ponownego popełniania przestępstw. Wobec czego telefonicznie zwróciłem się do Starostwa o instrukcję dla aresztowanych. Starostwo nie posiadało takich opracowanych instrukcji i poleciło taka instrukcję opacować we  własnym  zakresie. Przeto taką instrukcję opracowałem, w myśl której aresztowani obowiązni byli dni  aresztu spędzać w  areszcie  zamkniętym. Dwa razy w tygodniu mogą korzystać ze spaceru na wolnym powietrzu. Ponadto pracować, jak będą sobie życzyć przy pracach gospodarczych gminy z  wynagrodzeniem ¼ wysokości pracy  zarobkowej dla  zatrudnionych.   Z instrukcji tej aresztowani byli bardzo niezadowoleni, szczególnie młodzi chłopcy w wieku 20 -25 lat, którzy za pijackie  awantury byli  sądzeni przeważnie do 14 dni  aresztu i w  aresztach nie  zamkniętych odbywali karę. Matki lub żony przynosiły im żywność, a na  noc oni szli  do  domu  spać. Taka kara nie tylko była  dla nich karą lecz zachętą do  dalszych  awantur i przestępstw.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (10) | dodaj komentarz

Zostaję wójtem gminy w Kucewiczach.

sobota, 05 stycznia 2008 21:30

             Do listopada 1934 roku obejmowałem stanowisko burmistrza miasta Podbrodzia. W miesiącu tym wojewoda z urzędu mianował na  stanowisko burmistrza miasta Podbrodzia pana Dobratyńskiego uchodźcę z Litwy Kowieńskiej. Po przekazaniu urzędowania nowemu burmistrzowi przez 6  m – cy pobierałem  zasiłek z Kasy Chorych,  więc miałem zapewniony stan  materialny na okres tych miesięcy – prze to odpoczywałem przez te miesiące bowiem byłem bardzo  wyczerpany nerwowo z ostatniego roku pracy jako burmistrza. W  styczniu 1935 roku odbyły  się wybory na burmistrza w Święcianach i Mołodecznie.  Wydział Samorządowy Okręgu Bezpartyjnego Bloku Współpracy z Rządem  zaproponował mnie kandydować na to  stanowisko lecz ja nie zgodziłem  się. W grudniu 1934 roku będąc w  Wydziale Samorządowym zapoznał mnie pan Żyłko ze starostą Oszmiańskim panem Suszyńskim, który  zaproponował mi żebym  zgodził  się kandydować na wójta powiatu oszmiańskiego w którym  miały odbyć  się  wybory. Pan  starosta Suszyński ucieszył  się, że mnie poznał osobiście, bo jak mówił to dotychczas znał mnie z pracy i opowiadań swojego brata Suszyńskiego doktora w  Wilnie z którym ja byłem w  dobrych  stosunkach. Muszę tu nadmienić, że siostra Suszyńskiego była żoną mego brata Aleksandra Rożnowskiego rejenta w  Wilnie – przeto  zachodziło i moje dalekie pokrewieństwo z  Suszyńskimi.            Starosta oszmiański prosił mnie, że bardzo  chciałby mnie  mieć  w  swoim powiecie, na razie na  stanowisku  wójta, a  później na  stanowisku burmistrza.  Wyraziłem  zgodę na  kandydowanie na  stanowisko  wójta, a po obejrzeniu tych miejscowości Kucewicz i  Polan  obrałem jedną gminę z tych  dwóch. Zgodziłem  się, bowiem brałem wciąż  zasiłek z  Kasy Chorych, a który już  się kończył,  trzeba było żyć z rodziną i kształcić synów. Innego stanowiska do objęcia nie było – i to mnie także zmusiło  do objęcia pracy jakiejkolwiek  zarobkowej  Po obejrzeniu  Urzędu gmin Kucewicze i Polańskiej i  po zapoznaniu się z ich  stanem materialnym obrałem gminę Kucewicze, aczkolwiek  stan gospodarki tej gminy był gorszy od gminy Polańskiej. Natomiast miejscowość Kucewicze była  piękna. Kucewicze leżały na trakcie Oszmiańskim, prawie wśród sosnowego  lasu   o  dwóch niedużych  wioskach. Oświetlenie elektryczne także było. Wszystko to skłaniało do obrania tej  gminy. Dotychczasowy wójt  tej  gminy, inwalida kapitan Leśniewski został obrany burmistrzem miasta Smorgoń,  więc stanowisko  wójta wakowało. Jednak by być obranym musiałem być obrany przez radnych. W tym celu Bezpartyjny Blok Współpracy z Rządem polecił Powiatowemu Zarządowi     w  Oszmianie zwołać  zebranie  Radnych Gminy. Na tym zebraniu był  także delegat z Wojewódzkiego Związku Osadników, celem poparcia mojej kandydatury na  stanowisko  wójta. Wśród  radnych gminy było 4 – ch osadników  wojskowych. Było to bardzo korzystne dla mnie. Wówczas na tym  zebraniu, kiedy delegat Związku Osadników zaproponował moja kandydaturę  na wójta -  wszyscy radni sążnistymi oklaskami zaakceptowali propozycję i poczęli kolejno podchodzić do mnie by uściskać rękę. Był to moment miły i radosny dla mnie.            Wszyscy radni po moim przemówieniu do nich oświadczyli, że oddadzą swoje  głosy na mnie – bo wiem dobrze mnie znają z pracy i opowiadań. Oświadczyli, że ubiegających  się na  wójta kandydatów  Sadowskiego i  Jamroza – nie  będą braćpod uwagę. Po  zebraniu  złożyłem  wizytę panu staroście  Suszyńskiemu, który mnie przedstawił wszystkim urzędnikom starostwa, między inny i  zastępcę starosty, byłego naczelnika  wydziału, który  mnie  dobrze znał. Przedstawił także inspektora sanitarnego z którym odbyłem małą konferencję na której inspektor Stankiewicz usiłował nadać ton tej konferencji wyższości swego  stanowiska i pouczał mnie jako przyszłego  wójta.    Przed wyborami mnie na  wójta w  gminie Kucewicze mieszkałem nadal w Podbrodziu, już   swoim  domu, który był  już w możliwości zamieszkania. Syn Edek także  został umieszczony w  Szkole Technicznej  Wilnie na Wydziale Budowy Maszyn. Mieszkał razem ze Zbyszkiem w Bursie Związku Osadników. Kazik syn najstarszy był już w Podchorążówce  5 - tego pułku  w Wilnie. Postępowanie w   nauce i  sprawowaniu  mieli  dobre. Nauka Zbyszka nie była  zbyt dobra 3 i 2 z języka niemieckiego. Powodem tego było, że dużo czasu poświęcał  sportowi. Był on     w  bursie przewodniczącym Koła  Sportowego, co mu dużo czasu zabierało. Żona Luba z  mała Lili wyjechała  do mojej  siostry Eli do Pils, gdzie była  kilka miesięcy. Wówczas ja byłem sam jeden w  domu. Mając  dużo czasu  wolnego graliśmy u mnie w proferansa w towarzystwie panów Młynarczyka nauczyciela, Łujanowskiego    i por. Narodołowskiego, będącego w stanie  spoczynku pełniącego obowiązki  weterynaryjne w  rzeźni w Podbrodziu. Kolejno graliśmy u por. Narodołowskiego u Młynarczyka i u Łujanowskiego. Proferans zawsze był  zakrapiany wódeczka i koniakiem.    

        Na Święta Bożego Narodzenia i Nowego Roku byłem u  siostry Janki i  szwagra Bujków w  Nowej Wilejce – gdzie czas bardzo mile i  wesoło upłynął – gościnność była bardzo uprzejma i  serdeczna. Siostra Janina jako też i szwagier Bolesław mnie lubili -  czyli  wzajemnie kochaliśmy  się. Szwagier grał na gitarze i śpiewał dość ładnie, szczególnie będąc w  stanie podchmielonym. Mieli dwóch  synów Grzegorza lat 16 i młodszego Czesia lat 14. Starszy  chodził  do gimnazjum, młodszy do  szkoły powszechnej. Chłopcy bardzo byli mili grzeczni i kulturalni. Młodszy  Cześ świetnie już grał na gitarze i ładnie śpiewał. Miał duże zdolności muzyczne, w którym to kierunku mieli go  kształcić.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (5) | dodaj komentarz

Wycieczka do Gdyni.

piątek, 04 stycznia 2008 15:57

             W 1933 roku była zorganizowana wycieczka zbiorowa do Gdyni przez Powiatowy Zarząd Obrońców Ojczyzny powiatów święciańskiego i postawskiego. Mieliśmy  specjalny pociąg,  służący dla  wycieczki. Ja  w pełnym  składzie  swojego Koła brałem udział  w tej  wycieczce. Na czele powiatu święciańskiego był jako powiatowy przewodniczący Związku Obrońców Ojczyzny wice-starosta  Wacław Jeśmian. Na czele powiatu Postawy był wice-starosta Pietrusiewicz. Obaj lubili  wypić. Przeto podczas wycieczki także upijali się. Wice-starosta Jeśmian będąc pijanym  stawał  się  wulgarnym grubianinem – usiłował  wtedy nas  musztrować jako  wojskowych i żądał od nas  rygorystycznego posłuszeństwa. Natomiast wice-starosta powiatu Postaw, stawał  się wesołym i kazał grać orkiestrze marsze i tańce i nas zapraszał do tanga. Obaj usiłowali na  stacjach dłuższego postoju – czynić  swoje ulubione popisy. Nasz wice-starosta musztry wojskowe. Wice-starosta postawski – tańce łącznię z  mazurem. Oczywiście dużo było uczestników tańca czy  musztry  wojskowej, łącznie z  biegiem. Ja uchyliłem się od musztry i dołączyłem  do tańca. Kiedy to spostrzegł nasz wice-starosta w  stanie nietrzeźwym wezwał mnie przed siebie i począł publicznie wulgarnie mnie wymyślać za uchylanie  się od jego zarządzeń. By niknąć  dalszej zniewagi przed ludnością będącą na  stacji w  Wilnie  i przyglądającej  się naszym  wyczynom – pośpiesznie odszedłem, mimo  wezwań  wice-starosty, do stania przed nim. Okazało  się, że nie ja jeden byłem przeciwnikiem  musztry  wojskowej lecz również kilku innych – którym także  wulgarnie  wymyślał  wice-starosta i obrażał. Wobec  czego, niektórzy opuścili wycieczkę i  wrócili do domu.             W  dalszej podróży do Gdyni, już nam wice-starosta nie  czynił zbiorowych ćwiczeń – lecz zawsze żądał od nas  stawania na baczność, kiedy on przychodził. Ja temu zarządzeniu  sprzeciwiałem  się, nie  stawałem na  baczność – wywoływało to  w nim wściekłość, lecz  mnie nie zaczepiał. Po przybyciu  do Gdyni, braliśmy udział we wszystkich uroczystościach, jakie  odbywały się w  Gdyni z  okazji Dnia Święta Morza. Organizacje  Związku Rezerwistów Obrońców Ojczyzny,  brały udział ze  wszystkich województw Polski. Wszyscy byli umundurowani. Razem liczebnie stanowiło to 2000  osób. Strzelców także było kilka tysięcy.            Po odprawionym uroczystym nabożeństwie na molo, przez biskupa polowego – pierwszym mówcą był Prezydent Rzeczpospolitej Polskiej   Ignacy Mościcki. Potem przemawiało kilku ministrów – między innymi minister Duchnowski, którego przemówienie wywołało burzę oklasków. Poczym odbyła  się  defilada przez miasto. Na czele  maszerowało kilka pułków piechoty i kawaleria regularnego  wojska. Za wojskiem maszerowały powiatami Związki Rezerwistów Obrońców Ojczyzny, potem Strzelcy i różne inne organizacje cywilne przybyłe z  całej Polski na  zlot z okazji Święta Morza. Dla Rezerwistów i Strzelców był  wydany  obiad  wojskowy na polu między koleją a ul. Św. Abrahama . Po obiedzie trwały różne  zabawy i koncerty  do  późnej nocy. Miasto było  wspaniale udekorowane  - uroczystość została zakończona o 12 –tej w nocy sztucznymi ogniami. Przez cała noc były otwarte wszystkie restauracje, przepełnione gośćmi. W takowych  wszystko  wypito i  zjedzono.    Nocowaliśmy  w namiotach wojskowych – rozstawionych także między koleją a ul. Św. Abrahama. Po spożyciu  śniadania  wydanego z kuchni  wojskowej, udaliśmy  się  zwiedzać miasto. Czyniliśmy to pojedynczo. Z naszego powiatu święciańskiego zebrało  się  do 20 kolegów i udaliśmy  się  statkiem na Hel – który zwiedziliśmy  dokładnie z latarnia morską. Po powrocie z Helu kapaliśmy się  w morzu oraz  zwiedzaliśmy miasto. Tego  samego  dnia wyjechaliśmy z Gdyni o godzinie 12 w nocy. Po drodze przejeżdżając przez większe  stacje jak Bydgoszcz, Toruń, Warszawa tańczyliśmy na peronach tych stacji pod  dźwięki własnej orkiestry dętej powiatu postawskiego. Inicjatorem tych tańców był  jak  zwykle wice-starosta powiatu Pietrusiewicz. Był on  w drodze powrotnej trzeźwy – lecz będąc amatorem tańca – takowe kontynuował. Tańczono przeważnie  mazura – oklaskiwanego przez publiczność, znajdującą  się na peronach  stacji.            Z naszego powiatu wice-starosty prawie nie  widzieliśmy w drodze powrotnej. Siedział on w  wagonie  bufetowym i tam popijał lub spał. Po powrocie będąc w  Święcianach pan Starosta Mydlarz mnie  zapytał  czy to prawdą jest, że wice-starosta  mnie  zwymyślał stojąc przed nim na  stacji w Wilnie oraz czy  wice-starosta był nie trzeźwym. O czym pan starosta już był poinformowanym. Oczywiście, że zmuszony byłem powiedzieć prawdę. Pan starosta pierwotnie postanowił złożyć o tym raport dla pana  wojewody, lecz na usilną moja prośbę zaniechał to uczynić z tego że wice-staroście udzielił odpowiedniego upomnienia. Od tego czasu wice-starosta Jeśman był bardzo nieprzychylnie ustosunkowany do  mnie, jak w  sprawach służbowych tak i  w sprawach mojego Koła  Związku Rezerwistów Obrońców Ojczyzny. Był przeciwnikiem  wszystkich moich poczynań, chociaż jak najlepszych. Uchwał Koła nie  zatwierdzał bez żadnych przyczyn lub  całkowicie bez żadnego powodu.            Było to ze strony wice-starosty bardzo nieszlachetne aby w ten sposób postępować w  stosunku do mnie i innych osób. Swoje  osobiste niesłuszne obrazy narzucać na mnie jako na przewodniczącego Koła Związku z pośrednictwem czego uniemożliwiał prace organizacyjno -  społeczne. Niestety nie jeden pan wice-starosta to  czynił,  czyniły  i inne osoby tego rodzaju popisy. Rzucali kłody pod nogi i tą drogą hamowali pracę  dla  dobra miasta -  czynili to , bez żadnych skrupułów i   wstydu.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (13) | dodaj komentarz

Z rodziną.

środa, 02 stycznia 2008 15:33

Za osiągnięte oszczędności przez żonę 1000 zł. zakupiliśmy plac budowlany o  powierzchni  520 m²przy ulicy Bandurskiego na którym za otrzymaną pożyczkę z Banku Gospodarstwa Krajowego w wysokości 5 000 zł. pobudowaliśmy domek objętością 12 x 8 m o czterech pokojach, kuchni i przedpokoju. Ogólny  koszt domku  wynosił do 6 500  zł. Domek ten leżał w bardzo malowniczym położeniu leśnym, blisko  szkoły. Projekt pobudowania tego domku nie był obmyślonym, bo przeciwnicy moi rozpowszechniali  wersję, że ja pobudowałem ten  dom kosztem Magistratu. Ponadto koszt tego  domu ponad 5000  zł. otrzymanej pożyczki w sumie 1 500  zł. zmuszony byłem pokrywać z otrzymywanych poborów, co zmuszało do  czynienia oszczędności kosztem żywienia i innymi  wydatkami. Odbijało to się niepomyślnie i ekonomicznie w naszym życiu.

            W 1930 roku żona urodziła córeczkę, której dano imię Alicja. Żona przestała pracować w  szkole, co także pociągnęło za  sobą pogorszenie  się naszego stanu materialnego, a tym bardziej kiedy jeszcze po ukończeniu  szkoły Podbrodzkiej syn Zbyszek  został umieszczony w  Technicznej Szkole w  Wilnie. Aczkolwiek on  został przyjęty do bursy  Związku Osadników kosztem 35 zł. miesięcznie – do czego  doszły koszty opłaty 50% samej  szkoły i inne  wydatki, jednak  wszystko  pociągnęło za  sobą cięższy stan  materialny. Koszta nauki syna Kazimierza odpadły po ukończeniu przez niego  szkoły rolniczej w Żyrowicach. Już po rozpoczęciu praktyki rolnej, począł zarabiać na siebie. Kazik i Zbyszek z Edkiem pokochali swoją  siostrzyczkę małą, śliczną Liii.            Chodziliśmy w  dni świąteczne i  wolne  do lasu i tam spędzaliśmy  czas bardzo wesoło, wszyscy razem z mała Lili. Ja z chłopakami brałem udział w popisach gimnastycznych, w gonitwach i w szeregu innych rozrywkach. Żona bawiła małą Lili i  cieszyła się nią – były to bardzo miłe chwile przeżyte z rodziną. Każdego dnia  spędzaliśmy  wolny  czas w prześlicznych lasach -  czytając tam książki lub  zbierając   grzyby albo jagody. Dookoła Podbrodzia były  wspaniałe  sosnowe lasy. 

 

. 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (14) | dodaj komentarz

Rozwój Podbrodzia.

środa, 02 stycznia 2008 12:22

Najżywotniejszy okres mojej pracy na stanowisku burmistrza był od 1928  do 1932 roku. W okresie tym jak już  wyżej opisałem miasto nabyło na  własność  dom  tak  zwany murowanką, plac  rynkowy, wybudowano rzeźnię  miejską, uruchomiono Przedsiębiorstwo Elektryczne. Obiekty te wraz z nieruchomościami, przedsiębiorstwami natychmiast poczęły przynosić zyski miastu. Ponadto  został uruchomiony wspaniały gmach szkoły imieniem Pierwszego Marszałka Polski Józefa Piłsudskiego, który kosztował 300 000 zł.            Rada Miejska w  dniu 11 listopada 1030 r. jako w  dniu obchodu rocznicy zakończenia wojny, na  swym uroczystym posiedzeniu ufundowała  stypendium przy tej  szkole w   wysokości 300 zł. rocznie dla niezamożnego i  zdolnego ucznia na  dalsze  studia. Oprócz powyższego wybudowano Dom Ludowy kosztem 41 000  zł. Rozpoczęto budowę boiska sportowego, budowę którego  wykonano. Ulice błotniste, przedtem nie  do przebycia zostały  wybrukowane. Na głównych ulicach zostały  wyłożone  chodniki z płyt betonowych. Miasto zostało oświetlone elektrycznością. Dzięki  staraniom  Magistratu  i przychylnemu ustosunkowaniu  się Marszałka Piłsudskiego zostały wybudowane koszary dla 23 Pułku Ułanów.            Ogólna  wartość nabytego majątku wynosiła 451 000 zł. Po potrąceniu  zadłużenia 115 000 zł. majątek czysty  wynosił 336 000  zł. Czysty zysk z przedsiębiorstw przynosił  rocznie 35 966 zł. Po potrąceniu rat  spłaty  zadłużenia zaciągniętego na budowę szkoły i rzeźni miejskiej 11 866 zł. pozostawało Magistratowi zysku  czystego 24 100 zł. Budżety Magistratu w poprzednich latach tj. do 1927 roku wynosiły tylko -  zwyczajny 43 475 zł., nadzwyczajny 90 000  zł.. Budżet ten został  zrealizowany w 99 %. W roku 1929/30 budżet zwyczajny - 63 210 zł., nadzwyczajny 135 000 zł. Budżet ten  został  zrealizowany w 90 %. W 1930/31 budżet zwyczajny  wynosił 69 627 zł., nadzwyczajny 130 000  zł.            Powyższe  zestawienie  cyfrowe jako też z dorobku majątku komunalnego daje obraz pożyteczny i korzystny przez Zarządu Magistratu. Według planu na  najbliższe trzy lata przed Zarządem Magistratu było:

  1. Sporządzenie planu regulacyjnego.
  2. Wybudowanie łaźni miejskiej.
  3. Dalsza rozbudowa sieci elektrycznej.
  4. Dalsze wybrukowanie ulic i  wybrukowanie chodników.

            Poza tym jak już  wyżej opisałem przyłączenie do miasta zaprojektowanych 10  osiedli okolicznych i sporządzenie planu regulacyjnego. Po urzeczywistnieniu których  to miasto będzie mogło na podstawie Ustawy budowlanej leżące tereny państwowe włączyć na korzyść miasta.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (6) | dodaj komentarz

Podbrodzie w latach 1928-1933.

niedziela, 30 grudnia 2007 13:28

W lecie 1932 r. na terenie m. Podbrodzia rozpoczęły się akcje  dywersyjno – napadowe. Dywersanci  byli nieuchwytni. Na terenie  samej  stacji rzucili dwie bomby  zabijając  dwie osoby i raniąc maszynistę pociągu pośpiesznego. Na komendancie Posterunku Policji  dokonano  napadu  w nocy kiedy  szedł on ulicą - nieznajomy osobnik zadał mu  cios ostrym narzędziem po  szyi i o  mały  włos nie odciął mu głowy, od czego uchroniła go sztywna czapka. Komendant po  wyleczeniu się nie mógł poruszać  głową -  szyja  stała  się  sztywna. Został on przeniesiony do Wilna do III Komisariatu. Pan Starosta po napadzie na komendanta radził mnie  wyjechać na  dłuższy czas. Do Podbrodzia zjechały  władze policyjne wojewódzkie i powiatowe celem  wykrycia  dywersantów. Były przeprowadzane  różne  badania do  wykrycia dywersantów, jednak bezskutecznie – tyle tylko, że ustalono iż  dywersanci chronili  się na terytorium Litwy, które graniczyło z Podbrodziem o 12 km. By zapobiec  dalszym napadom w Podbrodziu  zwiększona  została liczba policjantów, szczególnie w nocy patrolujących miasto i okolice. Na stacji  stale dyżurowało  dwóch policjantów. Zarządzenie to uniemożliwiało  swobodne poruszanie  się dywersantów po  Podbrodziu i odtąd napady  ustały.            Po  zlikwidowaniu tartaku i  elektrowni, która przedtem oświetlała  miasto – plac nad  rzeką Żejmianą pozostał wolny. Mieszkańcy miasta Podbrodzia  twierdzili, że miasto od niepamiętnych czasów korzysta  z tego placu. Wobec czego ja  zwróciłem  się  do Sądu przedkładając plan tego placu z prośbą  o przyznanie tytułu własności. Sąd Okręgowy w Wilnie przyznał tytuł własności  dla Magistratu miasta Podbrodzia. Wówczas począłem czynić  starania o  pobudowanie łaźni miejskiej na tym placu. Do osiągnięcia potrzebnych sum na budowę tej łaźni zamierzałem  zasięgnąć  długotrwałą pożyczkę   z Banku Komunalnego w  Warszawie. W tym celu musiałem pojechać do Warszawy. Przed  wyjazdem będąc  w  sekretariacie w  Wilnie  w  Bloku Bezpartyjnym otrzymałem od  dobrze mi  znanego posła z Sejmu, pana Stanisława Dobosza – pismo polecające  do Sekretariatu Generalnego B.B.W.R o treści następującej: „Do Sekretariatu Generalnego w  Warszawie B.B.W.R. Okaziciel niniejszego pisma Działacz, burmistrz miasta Podbrodzia  pan Kajetan Rożnowski, udaje  się do Warszawy w  celu wyjednania pożyczki dla  miasta. Uprzejmie prosimy o możliwe  załatwienie odnośnych stron i okazanie poparcia w tej  sprawie.                        Z poważaniem. Kierownik Sekretariatu Wojewódzkiego – Stanisław Dobosz – poseł na Sejm.            Przed  wyjazdem do Warszawy Magistrat otrzymał wezwanie  do Sądu  Apelacyjnego w  Wilnie w  sprawie  skargi złożonej przez Okręgowe Nadleśnictwo o  anulowanie  decyzji Sądu Okręgowego o przyznanie tytułu  własności dla  Magistratu na plac. Wstrzymałem się   z  wyjazdem do rozpatrzenia  sprawy – która  zapadła na niekorzyść Magistratu – bowiem Nadleśnictwo przedłożyło ogólny plan lasów do którego  także wchodził i plac Magistratowi przyznany  przez Sąd Okręgowy, wobec czego Magistrat  sprawę przegrał , a z nią projekt budowy łaźni.            Do roku 1930 na rzece Żemiana był most prowizoryczny przebiegającej ulicy Wileńskiej, a  także i traktu Wojewódzkiego. W 1930 roku Urząd Wojewódzki rozpoczął budowę mostu o konstrukcji żelazno – betonowej z  dwoma  bocznymi filarami. Budowę mostu zakończono w lecie 1931 roku i oddano pod nadzór Magistratowi miasta Podbrodzia. Od tego czasu miasto już posiadało na  swoim terenie 4 mosty, w tym 3 na  rzece Żemiana i 1 na rzece Dubienko. Most pobudowany przez  wojsko łączył lewy brzeg miasta z prawym brzegiem oraz  koszarami wojskowymi, pobudowanymi po prawej  stronie rzeki. Most ten bardzo udogodniał komunikację dla mieszkańców żyjących w pobliżu  stacji kolejowej,  także zamieszkujących po  prawej  stronie rzeki, którzy pierwotnie  by  dostać  się  do stacji kolejowej musieli jechać  przez całe  miasto drogą okrężną  do 4 km., a przez most  wojskowy odległość od  stacji  wynosiła  tylko  do 1 km. Pobudowany most drewniany przez Żemianę Urząd  Wojewódzki  zamierzał rozebrać po wybudowaniu nowego traktu ulicy Wileńskiej. Jednak  dzięki moim  staraniom oddano go bezpłatnie na korzyść miasta Podbrodzia. Most ten łączył śródmieście ulicy Wileńskiej z Pocztową i był  dogodny do połączenia  się tych ulic i innych leżących w śródmieściu miasta.            Dzięki temu  mostowi rozpoczęto zabudowywać próżne  działki wspaniałymi domami i  willami na brzegiem rzeki Żemiany. Także dzięki istnieniu mostu wojskowego po prawej  stronie rzeki poczęto wznosić  domy nad brzegiem rzeki jak również za koszarami wojskowymi przy trakcie Wileńskim przy którym hrabia Tyszkiewicz rozparcelował  swoje grunta na  działki budowlane i które odsprzedał,  długoletnim kredytem, co ułatwiało nabycie tych działek i wznoszenie na  swoim  domów mieszkalnych i sklepów  handlowych.            Miasto Podbrodzie posiadając 4 mosty miało  dobra komunikację. Służyło to  rozwojowi budownictwa w  mieście i rozwojowi całego miasta. W 1933 roku odbył  się ogólny  spis ludności w Polsce. Mnie mianowano Naczelnym Komisarzem spisowym na miasto Podbrodzie. Przeprowadzony  spis ujawnił ogólną ilość mieszkańców 4 124 osoby. Wówczas kiedy ja obejmowałem stanowisko burmistrza w1928 roku było mieszkańców  do 2800 osób. A więc za okres 3 lat przybyło mieszkańców do 1 300 osób. Przyrost nastąpił przeważnie z przybycia  do miasta Podbrodzia napływowej ludności w poszukiwaniu pracy. Ponadto miasto Podbrodzie miało teren zdrowotno - letniskowy i ludzi bogatszych, którzy zamieszkali i pobudowali własne  domy lub wille. Z tymi Magistrat nie miał żadnych trudności. Odwrotnie miasto miało  z nich korzyść. Natomiast z poszukującymi pracy  zarobkowej  było gorzej, jak już opisałem trzeba  było im  w porze  zimowej iść z pomocą -  albo  walczyć z dzikim budownictwem, które oni  wznosili  stawiając  szopy.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (15) | dodaj komentarz

Problemy burmistrza.

niedziela, 16 grudnia 2007 11:44

Miał tylko słabość w  czynieniu mu pochlebstwa, czego ja nie tylko nie czyniłem, bo  odwrotnie ja ostrzegałem go przed jego pochlebnikami – od których on miał później  dużo przykrości. Kiedy byłem jeszcze kierownikiem Towarzystwa Straży Kresowej w latach 1920 – 1923 to instruktorem w moim powiecie był pan Wiktor Jankowski. Pod moim zwierzchnictwem w 1928 roku pan Jankowski był już  inspektorem samorządowym w powiecie Racławskim. Na  życzenie pana starosty Mydlarza został przeniesiony do powiatu święciańskiego i od tego czasu stał  się jego uległym pochlebcą. Jako inspektor, jeżdżąc po urzędach gminnych w sprawach inspekcyjnych przywoził dla pan starosty najnowsze plotki i pochlebstwa – imponował tym panu staroście - to była  wada pana  starosty, że takimi sprawami był  zainteresowany. Niejednokrotnie  demaskowałem pana inspektora w jego  akcji, a tym bardziej, że on będąc u mnie na inspekcji w protokołach poinspekcyjnych  wypisywał różnego rodzaju bzdury, a  słownie panu  staroście jeszcze te bzdury upiększał. Na  skutek czego niejednokrotnie pan starosta telefonicznie zwracał  się do mnie o  wyjaśnienia. Wysyłając odpisy tych poinspekcyjnych protokołów do Wydziału powiatowego zwykle ujmowane  zarzuty niesłuszne dementowałem  w  swoich wyjaśnieniach pisemnych, co kompromitowało pana inspektora Jankowskiego z czego on był niezadowolony ze mnie, a po niejakim czasie stał  się moim przeciwnikiem. A było to tak: Spółdzielnia Rolniczo – Handlowa sprowadzał większymi partiami  słoninę soloną  do  sprzedaży. Często była to słonina nie świeża i  zjełczała. By uniknąć sprzedawania takiej słoniny, szkodliwej dla  zdrowia ludności na posiedzeniu Rady Miejskiej wniosłem wniosek o uchwalenie potrzeby przedstawiana tej słoniny po jej nadejściu do kontroli sanitarnej będącej w rzeźni miejskiej m. Podbrodzia. Będąc na tym posiedzeniu pan inspektor Jankowski oświadczył radnym, że  Spółdzielnia nie jest  zobowiązana do przedstawiana jej  słoniny po jej  nadejściu do kontroli. Na  skutek tego świadczenia radni uchylili  się od powzięcia uchwały i Spółdzielnia nadal sprzedawał słoninę szkodliwą  dla  zdrowia.         Po przestudiowaniu przepisów sanitarno -  weterynaryjnych  stwierdziłem, że słonina po przywiezieniu podlega na  miejscu kontroli jej przydatności. Ponadto ustaliłem, że Magistrat miasta Wilna zawsze taką sprowadzoną  słoninę przedkłada ponownej kontroli, pobierając opłatę za taka kontrolę. Przeto ponownie przedłożyłem  wniosek na posiedzeniu Rady Miejskiej o powzięcie uchwały, wyznaczającej wysokość pobieranej opłaty od kilogramów słoniny za kontrolę. Rada Miejska ustaliła 10 groszy od kilograma za kontrolę tej słoniny. Należy nadmienić, że przewodniczący spółdzielni Ernest Kowalczyk usiłował słoninę nie poddawać kontroli, tłumacząc kupującym, że wprowadzono podatek od słoniny, przy tym twierdził iż inspektor samorządowy oświadczył radnym, że nie można pobierać żadnych opłat od słoniny. To jego tłumaczenie znalazło oddźwięk i miało uświadomić ludności, która poczęła narzekać na mnie, że ja jako burmistrz pobieram podatek od słoniny i tak spowodowałem podrożenie jej w sprzedaży. Przeprowadzona pierwsza kontrola  słoniny ujawniła do 20 % słoniny nie zdolnej  do spożycia i taką przeznaczono  do zniszczenia. Dalsza przeprowadzona  rewizja przez Komisję sanitarną w  spółdzielni  ujawniła do 42kg słoniny nie zdatnej do użytku, którą skonfiskowano i  zniszczono.         Za uchylanie  się od przedkładania  słoniny do kontroli weryfikacyjno – sanitarnej przewodniczący spółdzielni pan Kowalczyk został ukarany grzywną co  go  doprowadziło do wściekłości  do mnie jako burmistrza.            Epilog sprawy słoninowej skończył się także dla pana inspektora samorządowego Jankowskiego nie pomyślnie – bo od pana Starosty dostał upomnienie za fałszywe tłumaczenie afery sanitarno-weterynaryjnej  na posiedzeniu Rady Miejskiej w Podbrodziu. To upomnienie także go uczyniło moim przeciwnikiem. Ja jako przewodniczący Komisji zdrowotno – sanitarnej obowiązany byłem dbać o  zdrowotność mieszkańców, należało to do moich obowiązków. Przeto nie mogłem tolerować sprzedaży słoniny  zjełczałej i nie nadającej  się do spożycia.       Przysporzyłem  sobie jednak nieprzyjaciół, do czego mu Polacy jesteśmy bardzo skłonni.W Święcianach był burmistrzem Stanisław Kulesza mój kuzyn. Jego matka i moja były stryjecznymi  siostrami. Byłem z nim w  bardzo  wielkiej przyjaźni - łączyło nas pokrewieństwo oraz zajmowane stanowiska. Miał on żonę Marię, bardzo  sympatyczną i miła oraz dwóch  synów i jedną  córeczkę  wesołego usposobienia                i  dobrze uczącą  się. Będąc  służbowo w  Święcianach zawsze do nich zachodziłem, gdzie byłem uprzejmie i radośnie przyjmowanym. Matka p. Stanisława – żyła przy nich – miła i  wesoła  staruszka, opowiadała nam jak ona się bawiła w młodych latach z moją matką. Żona  Stanisława lubiła tańczyć  szczególnie mazura. Więc na  wszystkich balach i  zabawach tanecznych zawsze  ją angażowano do tańca, a  do mazura nieodzownie. Kuzyn Stanisław był człowiekiem spokojnym i miłego usposobienia, był lubianym przez mieszkańców Święcian. Jednak  stosunek jego ze  Starostą Mydlarzem nie był  dobry. Starosta go nie  lubił, że on z Żydami żył                    w  dobrej komitywie i że nie ujawniał  większej żywotności na  stanowisku burmistrza, to znaczy nie objawiał nowych inicjatyw i nie  brał udziału  w  życiu politycznym. Starosta niejednokrotnie mnie namawiał, bym się  zgodził przejść na burmistrza do Starych Święcian – odmawiałem nie  wypadało mi ze  względu na  nasze pokrewieństwo, a po  wtóre że mnie było dobrze  w Podbrodziu gdzie byłem zaangażowany w tyle prac  społecznych i samorządowych.             Państwo Kuleszowie często bywali u nas w Podbrodziu, my zaś u nich szczególnie kiedy były bale w Podbrodziu lub w  Święcianach oraz na  większe święta jak Boże Narodzenie czy Nowy Rok i  Wielkanoc -  zawsze bawiliśmy  się bardzo  wesoło. Była  między nami wzajemna przyjaźń i życzliwość.            Do Podbrodzia  stale przybywało nowych obywateli. Reperowali oni lub budowali i na  stałe zamieszkiwali. Byli to  emeryci lub ziemianie, którzy sprzedawali gospodarstwa rolne i na  starość szukali  spokojnego życia w mieście, a że Podbrodzie było terenem bardzo zdrowotnym i blisko Wilna przeto ono przyciągało nowych mieszkańców. W roku 1932 pan  Łojanowski kupił dom  w Podbrodziu po sprzedaniu swojej posiadłości rolnej. Pan Łojanowski od razu począł zaskarbiać  sobie ambitniejszych mieszkańców m.Podbrodzia i nauczycielstwo z zamiarem kandydowania na burmistrza. W tym celu urządzał u siebie przyjęcia i obfite poczęstunki. Mniej więcej  w tym  samym czasie osiedlił  się w Podbrodziu Jabłoński – były tajny policjant. Usiłował on dostać  się  do |Magistratu na  stanowisko kancelisty lub poborcy podatków lecz  z powodu braku  wolnego miejsca nie mogłem  go przyjąć. Renta jego była nie wystarczająca na utrzymanie, żył więc skromnie i  chętnie korzystał z udzielonej pomocy.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (10) | dodaj komentarz

Podbrodzie. O kupnie tartaku, wojewodzie Władysławie Raczkiewiczu i staroście Stefanie Mydlarzu.

sobota, 01 grudnia 2007 11:52

            Po odprawieniu byłego kominiarza i rakarza z lokalu Magistratu Komisja pozostała w celu dokonania inspekcji całej gospodarki i celowości wydatków Magistratu. W dniu tymże była  zwołana Rada  Miejska celem rozpatrzenia  sprawy kupna tartaku i uruchomienia miejskiej łaźni. Na posiedzenie to zaprosiłem Komisję, która przez cały czas posiedzenia Rady Miejskiej z uwagą przysłuchiwała się obradom. Na porządku dziennym była sprawa kupna istniejącego tartaku w Podgrodziu, łącznie z 2 – hektarami lasu  sosnowego nad  brzegiem rzeki Żemiany. W tartaku tym zamierzano uruchomić łaźnię publiczną, której Magistrat nie posiadał. Z właścicielami tartaku Duńczykami przeprowadziłem już przedtem pertraktacje i ustaliłem, że za tartak, łącznie z  ziemią 2 – ha i lasem Magistrat ma  zapłacić 50 000  zł. w ratach 5 –cio letnich, rocznie po 10 000 zł. Warunki te zapodałem na  posiedzeniu Radnym. Potem zreferowałem, że w tartaku Magistrat uruchomi łaźnię z której rocznie osiągnie  dochód do  zapłacenia raty. W pozostałej  części tartaku Magistrat może utworzyć willę letniskową lub jakiś inny układ  dochodowy. Ponadto Magistratowi pozostanie 2 ha. lasu  sosnowego nad  rzeką Żemianą z którego to obszaru można będzie uruchomić park i przystań wioślarską. Transakcja była nadal pomyślna dla Magistratu, jednak niektórzy panowie radni nie doceniali jej należycie, przy tym by nie dopuścić do kupna tegoż  tartaku kredytem  straszyli innych radnych Magistratu iż miasto Podgrodzie i tak ma ogromne  zadłużenie zaciągnięte na budowę rzeźni miejskiej i budowę szkoły  i że pod  żadnym  względem nie można  czynić dalszych  zadłużeń. Moje  wywody, że jeżeli Magistrat kupi kredytem tartak, to dochody roczne z tego kupna sam pokryje - płatną ratę  długu i jeżeli  dług wzrośnie, to  majątek  w  sumie wzrośnie znacznie więcej od  długu. Ponadto będzie posiadał park miejski, a z użytego częściowo budulca sosnowego i  sprzedaniu takowego uruchomi  łaźnię publiczna itp. Za kupnem tego tartaku głosowało 5 – ciu radnych, przeciwko 7 radnych, w tej liczbie 4 Żydów. Wobec czego projekt kupna tartaku odpadł, a  z tym projektem otwarcie publicznej łaźni, parku miejskiego itp.  Na tym posiedzeniu radny Duchowicz  naczelnik poczty z Podbrodzia wniósł nagły  wniosek do rachunku  zapłaty na 5 zł. za  zgubiony i  dorobiony klucz do aresztu i obciążyć  mnie jako burmistrza, bowiem poleciłem  wypłacić  za ten klucz bez uchwały zarządu Magistratu.      Po  wyczerpaniu obrad  porządku  dziennego posiedzenia Rady Miejskie zabrał głos Pan inspektor wojewódzkiego Urzędu. W swoim przemówieniu nadmienił, że jest mocno  zdziwiony z tych radnych, którzy  głosowali przeciwko kupnie tartaku, i że nie  docenili tak dogodnego  nabycia tartaku z którego by to  miasto osiągnęło  tyle dobrych urządzeń: jak łaźnia publiczna, park miejski itp. Ta transakcja nie potrzebowała od Magistratu własnego nakładu. Na zakończenie swojego przemówienia zaapelował do panów radnych  by w  przyszłości więcej  doceniali takie prace wnoszone na porządek obrad przez burmistrza. Natomiast żeby nie  zajmowali  się takimi błahostkami jak 5  zł. zapłacone za zagubiony klucz. Po kilku  dniach nadeszły od Pana Wojewody zarządzenia z których pouczono Panów  radnych z Podbrodzia o zaniechanie na przyszłość obstrukcyjnej  działalności,  dowodem czego było nie uchwalenie tak  dogodnej transakcji kupna tartaku – oraz by Rada Miejska doceniała tak pożyteczne poczynania przedkładane przez pana burmistrza. Zarządzenie to polustracyjne, zostało odczytane na następnym posiedzeniu. przez cały czas mego urzędowania na stanowisku burmistrza byłem członkiem  sejmiku powiatowego w  Święcianach  oraz  członkiem Rady Nadzorczej Powiatowej Kasy Komunalnej także w  Święcianach. W instytucjach tych często brałem udział w posiedzeniach i Komisjach. W Kasie Komunalnej Magistrat często korzystał z kredytu do 3000  zł., ja osobiści do 1000  zł. Ponadto brałem czynny udział w następujących instytucjach i organizacjach jak na terenie miasta Podbrodzia  tak i  w powiecie święciańskim. W Podgrodziu byłem:  przewodniczącym 1) Koła rezerwistów  byłych obrońców Ojczyzny 2) Prezesem Związku Strzeleckiego 3 ) Prezesem Straży Ochotniczej 4) Członkiem Kasy Spółdzielczej 5) Członkiem Spółdzielni Rolniczo – Handlowej 6) Członkiem Macierzy szkolnej - na terenie powiatu, 7) Członkiem organizacji Młodzieży Wiejskiej itp.            Organizacje i instytucje powyższe rozwijały  się  i przynosiły poważne korzyści w  pracach gospodarczo- społecznych, tak i kulturalno – oświatowych.    Stosunki moje służbowe i osobiste były bardzo  dobre z  Wojewodą Panem Władysławem Raczkiewiczem. Pan Wojewoda uwzględniał  zawsze moje prośby dotyczące interesów miasta Podbrodzia, szczególnie w uzyskiwaniu subwencji na budowę szkoły. Pewnego razu poprosiłem o pomoc w uzyskaniu 40 000 zł. subwencji na budowę szkoły. Pan Wojewoda poradził mi bym osobiści  zwrócić się do Ministerstwa Skarbu. Zgodnie z tą porada uzyskałem ta sumę w prędkim czasie, a  jednocześnie upomnienie od Starosty za to, że zwróciłem się bezpośrednio osobiście  do Ministerstwa Skarbu z pominięciem  drogi służbowej. W rozmowie ze Starostą na temat tego upomnienia – nadmieniłem, że  wszak Pan Wojewoda Wł. Raczkiewicz sam mnie poradził o  zwrócenie  się z tą  subwencją co uczyniłem. Prawdopodobnie Starosta treść naszej rozmowy zakomunikował Panu Wojewodzie – bo  w prędkim czasie Pan Wojewoda odwołał także za pośrednictwem Starosty  swoje udzielone  dla mnie upomnienie. Za nadanie Honorowego Obywatelstwa, za położone  zasługi w obronie Ziemi  Wileńskiej po wojnie Panu Wojewodzie Raczkowskiemu przez Radę Miejską miasta Podbrodzia, pod  moim przewodnictwem i na mój  wniosek Pan Wojewoda złożył podziękowanie o treści  następującej: „ Pan Kajetan Rożnowski , burmistrz miasta Podbrodzia  Wilno, dnia 4 grudnia 1930 roku.   Wzruszony Uchwała Rady Miejskiej m. Podbrodzia nadającej mnie Honorowe Obywatelstwo tego miasta ślę Panu Burmistrzowi z radnymi miasta, moje serdeczne podziękowanie. Przy tej  sposobności,  chciałbym podkreślić  owocną  działalność  społeczeństwa Podbrodzia, co jest najlepszym zadatkiem pięknej przyszłości Waszego Miasta. Wł. Raczkiewicz -  wojewoda.    Stosunek  z Panem Starostą Stefanem Mydlarzem był niemal rodzinny i przyjacielski, tym bardziej że nas łączyła praca wspólna od 1920 roku w  Towarzystwie Straży Kresowej, Rad Ludowych i Związku Młodzieży Wiejskiej oraz Kółek Rolniczych. Pan Starosta był  człowiekiem bardzo dobrym i uczynnym, był  wielkim patriotą polskim, był  społecznikiem, był legionistą. Na jego  wniosek ja także otrzymałem Krzyż Legionów za udział  w  wojnie  1918 – 1920 r. uwalniającej Polskę  z niewoli.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (11) | dodaj komentarz

O sierżańcie, kominiarzu i rakarzu.

niedziela, 25 listopada 2007 10:35

Stosunek mój z nauczycielstwem od początku do 1933 roku był dobry. Wspólnie urządzaliśmy różnego rodzaju imprezy narodowościowe, kulturalno – oświatowe. Świadczenia naukowe dla szkoły  starałem  się zawsze dostarczać  w czasie oraz umeblować  szkołę. Przy pomocy Magistratu dzieci w szkole  biedniejsze były  dożywiane i częściowo ubierane. Żona będąc instruktorką w szkole była traktowana przez nauczycieli bardzo dobrze i była lubiana przez  wszystkich. Od roku 1933 stosunki moje z niektórymi nauczycielami poczęły  się psuć. Jeden z  nauczycieli Skonieczny, zajadły endek począł uprawiać na terenie szkoły wśród uczącej się młodzieży akcje  wrogie i nieprzyjazne  pod adresem Marszałka Polski Józefa Piłsudskiego jako też i przeciwko Rządowi Państwa. Oczywiście przeciwko takiej akcji zmuszony byłem przeciwstawić  się. Nauczycielowi temu kilkakrotnie zostało udzielone pouczenie i upomnienie przez Inspektorat Szkolny o  zaniechanie takiej akcji. Wówczas ten nauczyciel Skonieczny począł mnie oskarżać kłamliwie o różne  rzeczy, a pewnego razu gdy byłem w  szkole rzucił  się na  mnie usiłując mnie  wypchnąć ze  szkoły. Oskarżyłem go w Kuratorium Szkolnym o tę napaść i skutkiem tej  skargi został dyscyplinarnie  zwolniony i przeniesiony do  wiejskiej jednoklasowej szkoły do wsi P………gminy Parafinowo, gdzie  w późniejszym czasie usiłował spalić  swoją żonę w stodole. Pomimo, że byłem zwalniany przez jednostki to jednak większość społeczeństwa miasta Podbrodzia odnosiła  się do mnie z pewnym uznaniem. Także moje władze  zwierzchnie, jak  Starostwo tak i  Województwo  darzyły mnie zaufaniem i uznaniem za moją motywację  w pracy  samorządowej taki i  społecznej. Za pracę  tą zostałem odznaczony  Srebrnym Krzyżem Zasługi, który  został mi  wleczony przez Pana  Prezydenta  w  dniu 16 czerwca 1930 roku, zgodnie z zaproszeniem pana Wojewody Wileńskiego o treści następującej:             „Do Pana Kajetana Rożnowskiego – Burmistrza miasta Podbrodzia. W związku z odznaczeniem Pana Srebrnym Krzyżem Zasługi, uprzejmie proszę Pana o przybycie w poniedziałek r.b. o godz. 8.30 rano na dziedziniec pałacowy              (ul. Uniwersytecka), gdzie nastąpi uroczyste wręczenie Panu w obecności Pana Prezydenta Rzeczpospolitej Polski, nadesłanej na moje ręce odznaki Srebrnego Krzyża Zasługi. Podpisano : Wojewoda Wł. Raczkiewicz. – strój  wizytowy.Treść Dyplomu. Krzyż Zasługi. Nr 21178/0r. Do Pana Kajetana Rożnowskiego. Na  zasadzie  art. 5, Ustawy z dnia 23 czerwca 1923 r. (Dz. Us. R. P. Nr 62, poz. 458) nadaję Panu po raz pierwszy Srebrny Krzyż  Zasługi  za  zasługi na polu pracy  społecznej i samorządowej. Warszawa dn. 13 czerwca 1930 r. Prezes Rady Ministrów . pieczę/-/ W. Sławek             W pracach Bezpartyjnego Bloku z Rządem brałem czynny udział wygłaszając referaty i odczyty na temat ideologii z prac kontynuowanych w uzdrowieniu  stosunków  w Polsce przez Blok Bezpartyjny oraz brałem  czynny udział  w akcjach  wyborczych prowadzonych przez tenże Blok. Za pracę tą otrzymywałem podziękowania o następującej treści: „Do Pana Kajetana Rożnowskiego  Podbrodziu. Po  zakończeniu akcji  wyborczej do Izb Ustawodawczych prowadzonej  w okresie wrzesień–listopad 1933 w której  wykonał Pan  wiele owocnej i pełnej obywatelskiego poświęcenia pracy na rzecz listy Bezpartyjnego Bloku Współpracy Rządem Marszałka Józefa Piłsudskiego  składamy niniejszym najserdeczniejsze podziękowania. Prezes Dr. W. Malinowski . Sekretarz F. Świderski.             Na terenie miasta Podbrodzia i okolicznych osiedli letniskowych był kominiarzem zdemobilizowany  sierżant Wojska Polskiego nazwiskiem Świetlikowski.             Udawał  dzielnego bohatera ze swego stopnia  sierżanta, przeto go nazwano  sierżant kominiarz. Został zaangażowany przez Magistrat do  czynności kominiarza, przez co był odpowiedzialny przed Magistratem za wszelkie czynności  wchodzące  w zakres kominiarstwa, które  w myśl przepisów  wykonywał. Tymczasem urządził on  się  według swego  widzimisię - lekceważąc zarządzenia Magistratu. Za czyszczenie kominów pobierał wyższe  stawki. Kto nie chciał płacić  większych stawek, zatykał tym kominy tak, że dym  walił na mieszkanie. On zaś tłumaczył  się tym, że komin zawalił  się  cegłami i że trzeba te cegły  usunąć. Za usunięcie tych cegieł pobierał wygórowane wynagrodzenie. Czyniłem mu upomnienia, żeby  zaprzestał podobne popisy. Zawsze tłumaczył  się, że on jest w porządku, a mieszkańcy    złośliwi i bezpodstawnie się jego czepiają. Na terenie m. Podbrodzia wałęsała  się masa bezdomnych psów, a po każdym targu tych psów przybywało, gdyż  chłopi  zostawiali umyślnie lub nie umyślnie. Rakarza do  wyłapywania psów Magistrat nie posiadał.             Wówczas sierżant kominiarski naprosił się by go  zatrudnić jako rakarza. Magistrat zgodził  się na jego życzenie. Zawarł z nim umowę, że za każdego złapanego psa będzie mu płacił 1 zł. od sztuki. W  dowód złapanego psa nowo zaangażowany rakarz miał przedkładać odcięty i  zasuszony nos psa zabitego.                              W pierwszych miesiącach on przedkładał prawdziwe nosy, ku zadowoleniu Magistratu, lecz w następnych miesiącach począł przedkładać tygodniowo od 20 do 30 sztuk nosów. Na mieście zaś psy jak biegały tak i biegają. Skąd on tyle nosów mógł mieć po zabitych psach. Zapytałem więc wiceburmistrza jak jest z tymi  nosami, skąd kominiarz te nosy bierze kiedy  psy biegają po mieście. Vice burmistrz będąc upoważnionym do odbierania tych nosów i płacenia za takowe twierdził, że kominiarz przedkłada mu prawdziwe nosy i  dlatego za takie płaci. Poleciłem Vice burmistrzowi by mnie je pokazał. Kiedy mi te nosy pokazano  stwierdziłem, że to wcale nie nosy psów lecz nosy z kawałków skóry spreparowane, to jest z kawałków pociętej skóry wielkością do pyska psa, powycinane były  dziureczki i takie kawałeczki przedstawiały  nosy psów. Z powodu niedołęstwa vice burmistrza odróżnienia fałszywych nosów psów od prawdziwych kominiarz pobrał za fałszywe nosy z Magistratu 200 zł. Za te oszustwa i  wobec tego, że wciąż  wpływały skargi na kominiarza, że ten rozbija kominy zamiast je czyścić i przynosi  szkody mieszkańcom – przeto Magistrat zwolnił pełnić obowiązki kominiarza i rakarza Świetlikowskiego z jego czynności.            Tenże kominiarz po jego  zwolnieniu nadał depeszę  do Pana Wojewody, że ja jako burmistrz przywłaszczyłem sobie 1500  zł. wpłacanych przez wojsko za komorne   zajmowania mieszkania na ulicy B……….. W depeszy nadmienił, że za prawdziwość  swojego meldunku, jako były  sierżant Wojska Polskiego odpowiada.            Oczywiście na skutek takiej depeszy Pan Wojewoda oddelegował inspektora Wydziału Samorządowego, który łącznie z inspektorem samorządowym Hankowskim przybyli do Magistratu na inspekcję. Zaledwie oni podjechali pod Magistrat to już zjawił się sierżant Świetlikowski – były kominiarz i przedstawił  się jako nadawca depeszy. Kazano mu jednak zaczekać przed Magistratem. Po wejściu delegacji                   i przywitaniu się ze mną - zapytano  czy kasa jest w porządku oraz czy Magistrat otrzymywał jakieś sumy od wojska do zapłaty za kwaterunek. Natychmiast skarbnik Wiceburmistrz był  wezwany  do okazania kasy. Ja zaś zakomunikowałem, że Okręg Wojskowy z Grodna przekazał Magistratowi 1500 zł. do  zapłaty mieszkańcom ul. B………. za  zajmowane przez wojsko mieszkania i że Magistrat z tej  sumy  chwilowo wydał 1000  zł. na  wykup nadeszłego  cementu na  stacji Podbrodzie  dla Magistratu. Czynił to by nie płacić osiowego za postój wagonów, aczkolwiek  Magistrat posiadał  własne fundusze to jednak po takowe trzeba by było jechać  do kasy skarbowej do Święcian i tracić  czas do  dnia następnego. Przy tym okazano ze  zbiorowego wezwania, do mieszkańców ul. B…….., że oni byli wezwani do przybycia do Magistratu, dnia następnego po odbiór pieniędzy w godzinach wieczornych. Dokonana kontrola kasy nie ujawniła żadnych niedokładności tyle tylko, że 1500 nie było zaksięgowane i częściowo  wydane  na potrzeby Magistratu. Wobec takiego stanu rzeczy Komisja kontrolna uznała, ze depesza byłego kominiarza Świetlikowskiego byłego sierżanta Wojska Polskiego okazała  się kłamliwa i oszczercza dla mnie jak burmistrza.  Wówczas  wezwano tego sierżanta do mojego gabinetu i zakomunikowano mu o wyniku kontroli i że jego depesza jest  zgoła kłamliwa i oszczercza i że mu jako byłemu  sierżantowi Wojska Polskiego nie godzi  się takich depesz nadawać i  wprowadzać  władze państwowe w błąd. Mnie zaś polecono jako burmistrzowi do pociągnięcia tego Świetlikowskiego do odpowiedzialności sądowej – który  w czasie późniejszym na skutek mojego oskarżenia otrzymał 1 m-c aresztu. Tak  zakończył swoją karierę kominiarz,  sierżant  i rakarz z Magistratu miasta Podbrodzia. 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (13) | dodaj komentarz

Służba zdrowia w Podbrodziu.

niedziela, 11 listopada 2007 22:40

             Miasto Podbrodzie posiadało jednego doktora internistę nazwiskiem Rejzarski. Oprócz praktyki fachowej prowadził on Przechodnię w  Kasie  Chorych. Był często wywożony do  chorych do sąsiednich gmin, gdzie brak było lekarzy. Był nieustannie zajęty z powodu czego chorzy musieli czekać na wizytę do niego przez długi czas, co bardzo ujemnie odbijało  się na  zdrowiu ludności. Doktór Rejzarski był w dużej komitywie z  aptekarzem Charkinem, także Izraelitą. Oboje oni byli radnymi miasta Podbrodzia. Stosunek ich poprzednio do mnie jako burmistrza był dobry. Z biegiem czasu zostało ustalone, że między doktorem Rejzarskim a aptekarzem Charkinem była poufna zmowa. Doktór pisał chorym obszerne drogie recepty, potem z aptekarzem Charkinem dzielił  się z nadmiernie osiągalnych  zysków na receptach.        Muszę nadmienić, że cena lekarstw w aptekach była bardzo  wysoka - 300%  zysku dla  aptek. Takie ceny  wysokie były ustalone by apteki nie czyniły nadużyć w pobieraniu cen na leki. By położyć kres bogacenia się doktora Rajzarskiego i  aptekarza Charkina kosztem biednych mieszkańców Podbrodzia oraz przyjść mieszkańcom z pomocą natychmiastową i po cenie  dostępnej  według zamożności chorych, ponadto otrzymywania lekarstw w składnikach niezbędnych po cenie ulgowej, lub bezpłatnie  dla biednych – postanowiłem otworzyć Miejską Przechodnię Lekarską oraz Miejską Aptekę. Doktór Rajzarski chętnie podpisał projekt otwarcia Miejskiej Przechodni – na Posiedzeniu Rady Miejskiej głosował za tym projektem, natomiast aptekarz Charkin starał się  wszelkimi sposobami nie dopuścić do otwarcia przez Magistrat apteki miejskiej. Kiedy jego  usiłowania nie odniosły skutku, kiedy w porządku dziennym posiedzenia Rady Miejskiej znalazł się punkt  dotyczący otwarcia  apteki miejskiej – przybył do mnie i uprzejmie zaproponował zaniechania apteki miejskiej, bo on gotów jest zawrzeć  z Magistratem umowę na mocy której będzie udzielał  dla mieszkańców m. Podbrodzia -biednych o 50% taniej na lekarstwa od cen ustalonych, zaś bardzo  biednym bezpłatnie. Propozycja ta mnie się podobała tym bardziej, że Magistrat nie posiadał  dostatecznych środków na otwarcie miejskiej apteki. Wówczas projekt aptekarza Charkina przedstawiłem na  posiedzeniu Rady Mieskiej i po szczegółowym rozważeniu takowego  - postanowiono czasowo wstrzymać się z otwarciem  apteki miejskiej, natomiast  zawrzeć umowę z aptekarzem Charknem o treści przedłożonej przez niego, że dla biednej ludności będzie udzielał zniżki do 50%. Należy nadmienić, że aptekarz Charkin umowę wykonywał sumiennie. Wszelkie recepty przedkładane do kontroli miały zniżkę 50% lub bezpłatnie. Magistrat z umowy tej był zadowolony, bowiem biedna ludność miasta korzystała ze zniżki na lekarstwa lub otrzymywała je  bezpłatnie. Aptekarz Charkin także był zadowolony, że on na razie nie ma konkurenta.             Natomiast inaczej przedstawiała się  sprawa z doktorem Rajzarskim, kiedy uchwalono przez Radę Miejską otwarcie Przechodni Lekarskiej, on usiłował by go  zaangażowano do tej przechodni jako lekarza. Tą drogą usiłował nie dopuścić by w przechodni był jeszcze jeden lekarz. Chciał utrzymać  monopol w  swoim posiadaniu, leczyć  w Podgrodziu i okolicznych gminach. Taki  stan nie odpowiadał intencjom ani Magistratu ani też mieszkańcom Podgrodzia, gdyż  chodziło właśnie o  zwiększenie liczby lekarzy. Kiedy Magistrat uzgodnił uruchomienie przechodni  wspólnie z wiejska  gminą Podbrodzia i kiedy  rozpisali konkurs na  zaangażowanie lekarza, doktór Rajzarski wpadł  do mnie  wściekły z  wymówką dlaczego ja go nie życzę mieć w przechodni jako lekarza, dlaczego ja usiłuję mu  czynić konkurencję, tym bardziej, że on zadawalał  wszystkich chorych w  zupełności. Odpowiedziałem, że spełniam nie tylko  swoje życzenie lecz także  całej ludności miasta Podbrodzia. Wówczas doktór Rajzarski przypomniał mi, że przed  wyborami mnie na burmistrza ja przyrzekłem, że będę traktował Żydów na równi z Polakami, dlatego radni żydowscy głosowali za moja kandydaturą. Po wyborach ja nie spełniłem swojego przyrzeczenia, nie czyniłem  zakupów u Żydów a obecnie jemu jako doktorowi tylko dlatego że on jest Żydem nie daję możności objęcia  stanowiska lekarza w Przechodni. Wyjaśniłem ,że  stoję w obronie interesów miasta i nie mogę także popierać  Żydów kosztem ludności chrześcijańskiej oraz jeżeli jest jeden lekarz Żyd w  Podgrodziu na 1000 Żydów, to może być drugi lekarz Polak na 2000 chrześcijan. W tym  wypadku żadnej krzywdy dla Żydów jak też i jemu jako lekarzowi nie uczynię. Odszedł nie podając ręki i od tego czasu stał  się moim nieprzejednanym  wrogiem.  Tak  się złożyło, że do Przechodni przyjęliśmy jednego młodego lekarza, syna gospodarza gminy Podbrodzkiej z  wynagrodzeniem miesięcznym w  wysokości 300  zł, płaconym przez Magistrat 150 zł i przez gminę  wiejską Podgrodzia także 150 zł. Ponadto doktór pobierał od chorego ustaloną kwotę 5  zł., a biednym udzielał pomocy bezpłatnie. Przechodnia lekarska miała powodzenie. Ludność miasta Podgrodzia, także z okolicznych gmin chętnie  spieszyła o pomoc  lekarską. W  dni targowe przed Przechodnią  stały kolejki. Oczywiście, że Przechodnia Lekarska  stała  się dla doktora Rajzarskiego konkurencją. Zmuszony był obniżyć honorarium pobierane od chorych z 20 na 10  zł. Aptekarz Charkin natomiast był  zadowolony, bo  w jego  aptece z dniem otwarcia Przechodni powstał ruch, obrót znacznie  się  zwiększył, gdyż miał już  sporo  chorych z receptami z Przechodni.             Zdrowotność mieszkańców poczęła  stopniowo poprawiać  się, bowiem biedniejsi zaczęli korzystać z pomocy lekarskiej z której przedtem nie mogli, z powodu  dużego honorarium doktora Rajzarskiego, co uniemożliwiało leczenie się.     Starzy i  chorzy nie byli odwiedzani przez doktora. Natomiast doktór z Przechodni odwiedzał ich i udzielał pomocy lekarskie bezpłatnie. Ponadto lekarz z Przechodni miał opiekę nad  dziatwą  szkolną, według umowy bezpłatną.

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (12) | dodaj komentarz

Dom Ludowy w Podbrodziu.

sobota, 10 listopada 2007 14:11

W 1930 roku uzyskałem od starosty Mydlarza 40 000 zł. na budowę domu  sportowego. Tę sumę uzyskałem jeszcze dlatego, że Magistrat Podbrodzki, dzięki moim staraniom uzyskał pierwszy teren pod budowę tego domu w obszarze 2 ha. na budowę domu tak i boiska sportowego. Teren ten wydzierżawiłem od Nadleśnictwa Wileńskiego, terminem tak zwanym wieczystym na 99 lat. Teren ten graniczył ze  szkolnym terenem, tak już tedy miasto posiadało do swego użytku 3 ha. gruntu  wydzierżawionego na dogodnych warunkach. Dom  P.W.W.F pobudowałem kosztem 45 tysięcy  złotych. Magistrat dołożył 500 zł. Natomiast projekt domu został rozszerzony, od projektu podanego był większy o kilka izb, z kabiną kinową, tak by można było uruchomić kino, które w późniejszym czasie zostało zainstalowane w tym  domu. Ponadto wszelkie prace kulturalno – oświatowe w tym domu były kontynuowane, jako też i życie towarzyskie mieszkańców Podgrodzia, wszelkie uroczystości narodowe, przedstawienia teatralne oraz zabawy taneczne. W tym  domu umieszczono też bibliotekę oraz Związek Strzelecki. Dom ten nazywał  się  Domem Ludowym. Boisko sportowe za czasu mojego urzędowania pobudowałem w 50%, na którym jednak już się odbywały wszelkie imprezy sportowe. Poświęcenie i otwarcie Domu Ludowego odbyło  się nader uroczyście, przy udziale Wicewojewody, Starosty, Dowódcy 23 Pułku Ułanów Grodzieńskich, posłów  z bloku WyzwoleniaI Odrodzenia, hrabiego Tyszkiewicza i szerokiego społeczeństwa. Po uroczystości i akademii odbył  się obiad na miejscu, potem zabawa taneczna. Po otwarciu Domu Ludowego życie kulturalno –oświatowe w mieście poważnie podniosło  się. Bibliotekę miejską połączono z biblioteką  szkolną i umieszczono w Domu Ludowym. Była ona już czynna  codziennie zamiast trzy  dni w tygodniu. Każdego miesiąca przyjeżdżał zespół teatru z Wilna i  wystawiał bardzo poważne  sztuki teatralne. Scena  w  Domu Ludowym była temu odpowiednia. Ponadto w Domu Ludowym odbywały się co niedziela odczyty na  różne tematy. Do kontynuowania prac kulturalno – oświatowych powołano komitet społeczno - wychowawczy z udziałem grona nauczycieli i  wybitniejszych osób miasta Podbrodzia. Jak już wyżej  wspomniałem to w Domu Ludowym odbywały się wszelkie uroczystości. Ponadto wyświetlano filmy, urządzano bale i inne imprezy. Dom Ludowy przynosił pewne zyski, które były obracane  na potrzeby tego domu. Prace P.W.W.F były kontynuowane w Domu Ludowym już z  większym powodzeniem i lepszym rezultatem, tym bardziej że Dom Ludowy był połączony z boiskiem sportowym i  strzelnicą. W Podgrodziu w każdą zimę odbywały  się biegi i skoki narciarskie, gdyż teren ku temu odpowiadał. W tych  biegach brały udział różne organizacje sportowe z całego powiatu Święciańskiego  i innych powiatów.            Po wybudowaniu nowej szkoły budynki starej szkoły były już zbędne, przeto takowe  zostały przeniesione na plac szkolny i  z nich pobudowano duży  dom i gospodarcze budynki. Do domu został przeniesiony Urząd Magistratu, który był przedtem w  wynajętym ciasnym lokalu. Ponadto w domu tym w 3 – pokojowym mieszkaniu  zamieszkałem ja, płacąc komorne Magistratowi 30 zł. miesięcznie. Magistrat uzyskał z budowania tego domu oszczędności 720 zł. na komornym uprzednio płaconym za lokal pod Magistrat, oraz dochodu 360 zł. ode mnie komornego, za lokal mieszkalny – razem 1080 zł.            W 1030 roku powołano Koło Federacji Polskiego Związku Obrony Ojczyzny – byłem przewodniczącym tego Koła. Przy szkole powołano Drużynę Harcerską. Obie te organizacje pomyślnie rozwijały  się i pracowały. W tym czasie w Podbrodziu  już istniało 13 organizacji gospodarczo – społecznych i kuluralno – oświatowych, a mianowicie:1.      Związek Strzelecki.2.      Koło Federacji Polskich Obrońców Ojczyzny,3.      Drużyna Harcerska,4.      Koło Macierzy Szkolnej,5.      Biblioteka Miejska,6.      Stowarzyszenie Młodzieży Polskiej,7.      Straż Ogniowa,8.      Kasa Spółdzielcza,9.      Spółdzielnia Rolniczo – Handlowa,10. Żydowski Bank Handlowy,11. Żydowski Dom Dobroczynny,12. Żydowska Biblioteka Społeczna,13. Związek Kupców.             Organizacje te, oddawały dla mieszkańców miasta i okolicznych osiedli poważne usługi w jego rozwoju gospodarczym tak i kulturalno – oświatowym. Żydowskie Instytucje przeważnie  służyły pomocą ludności żydowskiej jako też przedsiębiorstwom handlowym w udzielaniu kredytu itp. Kupcy żydowscy, nieustannie proponowali mnie swoje usługi w dostawie różnych przedmiotów, szczególnie materiałów budowlanych. Mając gorzkie doświadczenie z lat poprzednich z transakcji z firmami żydowskimi z usług ich teraz nie  chciałem korzystać, tym bardziej że materiały budowlane sprowadzałem z pierwszych źródeł ich pochodzenia. W Poddrodziu było dość duże Przedsiębiorstwo Handlowe z materiałami budowlanymi należące  do Epsztejna i Syna. Ten Epsztejna usilnie  zabiegał by u niego Magistrat czynił zakupy,  wyrażając zgodę  dostarczać towar po cenach fabrycznych, jaki Magistrat płacił oraz kredytem na weksle. Ławnik Magistratu oraz wiceburmistrz  swoimi prośbami skłonili mnie  do zakupu cementu. Marki wysokiej u Epsztejna, który Magistrat sprowadzał z fabryki. Epsztejn pisemnie  zobowiązał się ten cement dostarczać, po cenie fabrycznej z kredytem 3 – miesięcznym na weksle, to jest na warunkach takich, jakie Magistrat posiadał w  fabryce. Wówczas zamówiłem u Epsztejna 2  wagony cementu pierwszej jakości w beczkach po 200 kg. Cement ten Magistrat otrzymał w porządku. Zapytałem Epsztejna jaką on ma korzyść, bez zarobku  dostarczać Magistratowi cement? Odpowiedział, że to  czyni dla reklamy swego interesu handlowego, przed fabryką cementu i  swoich klientów, szczególnie przed 23 Pułkiem Ułanów Grodzieńskich, bo ten Pułk wzorem Magistratu, począł sprowadzać  potrzebne przedmioty z pierwszych źródeł. Do odbioru nadchodzących towarów był upoważniony wiceburmistrz  pan Łobuć, toteż on przyjmował cement z Kolei nadsyłany przez Epsztejna. Cement Magistrat  sprowadzał do budowy szkoły i płyt chodnikowych, miesięcznie do 4  wagonów, w każdym  wagonie po 100 beczek. U Epsztejna były zamawiane beczki cementu 200 kilogramowe, pierwszej jakości i za takie płacono. Jednak jednego  razu będąc na budowie szkoły, spostrzegłem próżną beczkę po cemencie o  wadze 180 kg. i  drugiej jakości. Po powrocie do Magistratu zapytałem więc wiceburmistrza jaki on cement otrzymuje od Epsztejna. Odpowiedział, że w beczkach 200 kg. i pierwszej jakości. Zaprowadziłem go na miejsce cementu i pokazałem, że cement zużyty pochodził z beczek 180 kg. i drugiego gatunku i że w składzie znajduje  się w  takich samych beczkach – wówczas kiedy Magistratowi Epsztejn rachunki przedstawiał na 200 kg. beczka i pierwszej jakości. Wiceburmistrz tłumaczył  się, że on nie wiedział, że są beczki po 180 kg. i drugiej jakości. Przyjmował tylko liczebnością beczek, nie podejrzewając Epsztejna o jakiekolwiek oszustwo. Wiceburmistrz był człowiekiem uczciwym tylko mało doświadczonym do prowadzenia kontroli nad  sprawami mu powierzonymi. Wezwany Epsztejn twierdził, że cement wysyłano Magistratowi w beczkach 200 kg. pierwszej jakości. Kiedy go  zaprowadzono na miejsce cementu i  wskazano beczki próżne o wadze 180 kg. drugiej jakości i taki sam cement w  całych beczkach na  składzie – wówczas on krzyknął, że to jest  wina jego syna, który przez pomyłkę na pewno,  wysłał jeden wagon w beczkach 180 kg. drugiej jakości. Potem zaklinał się, że wszystkie poprzednie  wagony były  wysłane w beczkach 200 kg. pierwszej jakości. Nie dając Epsztejnowi  wiary zwróciłem się pisemnie  do fabryki  z  zapytaniem ile Epsztejn wysłał Magistratowi cementu w beczkach 180 kg. drugiej jakości. Otrzymałem odpowiedź,  że pierwsze dwa wagony były wysłane w beczkach po 200 kg. pierwszej jakości. Następnych sześć wagonów było wysłanych w beczkach 180 kg. drugiej jakości. Epsztejn na tej operacji uzyskał do 1600 zł. korzyści na  stratę Magistratu. Okazana korespondencja z fabryki, pokazana Epsztejnowi nie uczyniła na nim żadnej skruchy. W dalszy ciągu  składał  winę na  syna i groził, że go wyrzuci ze  spółki i ich interesu handlowego. Mało mnie to pocieszało – oświadczyłem Epsztejnowi, że za 6 wagonów cementu w beczkach po 180 kg. drugiej jakości winien jest zwrócić Magistratowi różnicę większą pobraną do 1600  zł. Epszejn kategorycznie zgodzić  się nie  chciał, twierdząc, że on nie może ponosić  straty na bezzarodkowym dostarczaniu cementu Magistratowi – gdyż on pokrywał koszty korespondencji z  fabryką i koszta blankietów wekslowych. Zagroziłem mu wówczas, że sprawę skieruję na drogę sądową - to go uspokoiło i  doprowadziło  do pokoju. Prosił o przebaczenie i ustąpienie o 50 % żądanego zwrotu od całej  sumy. W obronie Epsztejna usilnie  zabiegał ławnik magistratu Ar. Król jako Izraelita, któremu zrobiłem gorzką wymówkę za popieranie Epsztejna. By uniknąć sprawy sądowej Epsztejn  zgodził  się w  ostateczności na potracenie mu 1600 zł. z należnej  sumy za cement. Nie udało mu się  zrobić reklamy koszem Magistratu, a co jeszcze to stracił dostawę 23 Pułku Ułanów po wydaniu oszukańczej afery z cementem. Kiedy budowa szkoły dobiegała końca i zachodziła potrzeba okucia drzwi i okien -  syn Epsztejna złożył ofertę na dostawę okuć drzwiowych i okiennych łącznie z  zamkiem. Nie mając już zaufania do Epsztejnów  oraz, że uzyskałem już w  Warszawie w fabryce zamków najdogodniejszą ofertę na  zamki i okucia z ustępstwem na tanią cenę fabryczną- ze  względu na budowę  szkoły imieniem „ Marszałka Piłsudskiego”, przeto w tej fabryce uczyniłem zamówienie. Epsztaejnowi zaś odmówiłem przyjęcia jego oferty. Kiedy już dobiegało końca okucie w drzwi i okna w  szkole nieoczekiwanie  zjawiła  się Komisja Śledczo -  Sądowa – celem przeprowadzenia  dochodzenia, na  skutek złożonego  donosu przez Epsztejna, że nibym ja dostarczył złej jakości okuć i po cenie ugodowej. Dla tej Komisji okazałem wszystkie złożone oferty na zamki i okucia, łącznie z Epsztejnem oraz z załączanymi próbkami - zamkami i okuciami. Ponadto okazałem rachunki od fabryki  zamków. Komisja Śledcza po przejrzeniu ofert i jakości zamków i okuć stwierdziła, że najtańszą ofertą była oferta fabryki zamków w  Warszawie i jakość zamków i okuć fabryki jest  znacznie lepsza od innych. Najgorsza oferta była Epsztejna. Do Komisji Śledczej wchodziły osoby z Urzędu Wojewódzkiego oraz Powiatowego i sędzia śledczy. Kiedy Komisja Śledcza zajechała przed Magistrat i jeszcze nie  weszła do Magistratu to już zjawił  się Epsztejn w towarzystwie  dzieciaków i począł proponować Komisji  swoje usługi – po czym usiłował chodzić  za Komisją w szkole i pokazywać  zamki i okucia , rzekomo o  złej jakości. Pokazując swoje jako  dobre i tańsze. Kiedy ostatecznie Komisja orzekła rezultat swego dochodzenia i oświadczyła Epsztejnowi, że jego meldunek nie odpowiada prawdzie i że on może odpowiadać za fałszywe wprowadzanie władzy w błąd. Wówczas Epsztejn jak diabeł pod krzyżem spokorniał i odpowiedział, że w  dobrej  wierze z przekonaniem uczynił dla dobra interesów miasta, gdyż jak mu jest  wiadomo, to burmistrz przepłaca ogromne sumy na budowę  szkoły. Komisja Śledcza w  sporządzonym protokole stwierdziła, że zakupiłem tanie okucia z  dobrą jakością i że  w tym wypadku zasługuję na uznanie. Odpis protokołu dostarczono mi na ręce. Spreparowana zemsta za cement Epsztejnów ponownie poniosła klęskę – jednak same przeżycia tych zdarzeń pozostawiło na mnie bardzo przykre wrażenie.     


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (6) | dodaj komentarz

Podbrodzie coraz ładniesze.

czwartek, 01 listopada 2007 19:20

         Muszę nadmienić, że Podbrodzie nie miało planu urbanistycznego rozbudowy miasta oraz że do 1928 roku mieszkańcy miasta rozbudowywali się jak komu się podobało. Ulice były krzywe i ciasne. Domy były budowane nie w jednej linii od ulicy. Niektóre budynki  gospodarcze były budowane przy ulicy, a domy mieszkalne w podwórzu za tymi budynkami. Studnie także budowano na ulicach miasta, tamując  ruch i czyniąc niebezpieczeństwo na tych ulicach. Wygląd ulic był nieestetyczny, a także i całego  miasta. Zachodziła  potrzeba położenia kresu takiemu działaniu budownictwa, co było nie łatwo uczynić, bowiem mieszkańcy nie podporządkowywali się zarządzeniom Magistratu.Trzeba  było  winnych pociągnąć  do odpowiedzialności i do przymusowego rozbierania budowli bez zezwolenia i nie zgodnie z ustawą budowlaną, która już była ogłoszona. Planu urbanistycznego rozwoju miasta za mojej burmistrzowskiej kadencji mnie nie udało  się opracować, a to z powodu tego, że okoliczne osiedle  letniskowe, leżące tuż przy granicach miasta miałem zamiar  włączyć w samo miasto, a wyłączając je z granic gminy wiejskiej Podbrodzia. Sprawa ta przewlekała  się bowiem gmina  wiejska sprzeciwiała  się oddaniu tych osiedli. Miasto Podbrodzie  znajdowało się o 200 metrów nad poziomem morza w  górzystej okolicy i otoczone było  sosnowymi lasami. Przez centrum miasta przepływały dwie rzeki. Tren był wysoki,  zdrowotny. Każdego lata dużo zjeżdżało się wczasowiczów i  zamieszkiwali w wolnych  domkach większych i mniejszych, w lasach dookoła miasta. Dookoła miasta Podbrodzia były lasy parkowe – przeto nosiłem się z  zamiarem w myśl ustawy o uzdrowiskach wystąpić  do Ministerstwa Zdrowia o uznanie miasta Podbrodzia  za teren uzdrowiskowy. Takie uznanie dałoby prawo Magistratowi ubiegania się o przyłączenie potrzebnej powierzchni lasów do Podbrodzia. Po przyłączeniu tych lasów miasto mogłoby budować sanatorium  zdrowotne i inne lecznicze ośrodki. Po zrealizowaniu tego projektu miasto miałoby zapewniony ogromny rozwój. Do tego trzeba  było jednak  większego  czasu i dużo  zabiegów, czego nie  zdołałem uczynić. Po wyjściu Ustawy budowlanej 1928 r. Magistrat począł czynić  starania by nadać miastu  estetyczny wygląd i podnieść stan  sanitarny. Dzięki włożonym pracom i  zabiegom w tym kierunku od 1929 do 1935 roku  dużo  zrobiono. Miasteczko nabrało wyglądu estetycznego, usunięto szpecące budowle, a  znajdujące  się przy ulicach  w centrum miasta Zaprowadzono w mieście  wzorową czystość z podniesieniem  stanu sanitarnego. Większa ilość ulic została uporządkowana – poszerzona- wybrukowana i zasadzona drzewkami dekoracyjnymi. Chodniki na głównych ulicach także zostały ułożone i oświetlone  elektrycznością. Kiedy objąłem burmistrzostwo w 1928 roku, to miasto korzystało z  prądu  elektrycznego z  małego tartaku żydowskiego, z którym to  tartakiem były burmistrz B. Kowalczyk zawarł umowę  na 25 lat za prawo korzystania z prądu elektrycznego po cenie 75 gr. za kilowat. Prąd był taki słaby, że  światło było koloru ciemno żółtego i  całkiem nie nadawało się  do użytku. W umowie była klauzula , że jeżeli prąd będzie słaby, to po wypowiedzeniu dwumiesięcznym Magistrat będzie mógł tą umowę  rozwiązać. Na  wezwanie Magistratu właściciel usiłował  światło poprawić, jednak jemu tego nie udało się uczynić i w dalszym ciągu światło było niemożliwe.            Po wybudowaniu przez hr. Tyszkiewicza elektrowni o mocy wysokiego napięcia od razu do niego zwróciłem  się z propozycją by on dostarczył prądu elektrycznego na potrzeby miasteczka. Hrabia chętnie na to zgodził  się. Wówczas została zawarta umowa na 20 lat z mocą której hrabia zobowiązany był  dostarczyć energii elektrycznej w  wysokim napięciu do oświetlenia mieszkań mieszkańców i oświetlenia ulic po cenie 30 zł. za kilowat przy  zużyciu do 4000 kilowatów, zaś po 25 zł. za kilowat jeżeli użycie prądu będzie  wynosiło ponad 4000 kilowatów. Cena była nader niska. Taką niską cenę mógł hrabia udzielić dzięki temu, że wyprodukowana energia była wodną tj mało kosztowała. Przy tym hrabia do pobudowania  sieci  elektrycznej Magistratowi udzielił bezpłatnych słupów do prądu sieciowego. Magistrat  zakupił  drutu miedzianego z kredytem 3 miesięcznym. Wszystko to dało możność  Magistratowi rozwiązać umowę z tartakiem żydowskim i na mocy umowy zawartej z hrabią oświetlić miasto wspaniałym światłem, najtańszym w woj. wileńskim. Magistrat ustalił opłatę za energię do oświetlenia miasta 60 gr. za kw. 23 pułk Ułanów grodzieńskich z oświetlonymi koszarami i  stajniami po 50 gr. Dla kolei do oświetlenia torów kolejowych i stacji także po 50 g.  za kw. Dzięki takiej umowie zawartej z hrabią Tyszkiewiczem miasto osiągnęło najtańsze dobre  światło elektryczne. Ponadto niemal każdego miesiąca w porze letniej Magistrat osiągał zysku  czystego do 1500 zł. miesięcznie, zaś w porze  zimowej do 3000 zł, rocznie  do 27 000  zł. Hrabia Tyszkiewicz osiągał zysku rocznie za  dostarczana  energię także  do 30 000 zł. Transakcja ta była obopólnie nader korzystna jak dla hrabiego tak i dla magistratu, ponadto ku zadowoleniu  wszystkich mieszkańców miasta Podbrodzia oraz kolei i 23 pułku Ułanów. Był tylko jeden niezadowolony, właściciel tartaku z którym Magistrat zmuszony był rozwiązać umowę. Usiłował on mnie  wręczyć 1000 zł. łapówki, by tylko utrzymać  pełnomocność umowy. Kiedy tej łapówki nie przyjąłem, wówczas on złożył  skargę  do prokuratora na mnie oskarżając mnie o przepłacenie ceny kupna drutu miedzianego do budowy  sieci  elektrycznej. Skarga była  bezpodstawna i  została umorzona. Jednak od tego  czasu pozostał on moim przeciwnikiem i  starał  się różnego rodzaju rzucać na mnie nieuzasadnione paszkwile.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (7) | dodaj komentarz

W Podbrodziu.

niedziela, 28 października 2007 16:43

           Na wszystkich zjazdach i imprezach sportowych i powiatowych jakie były urządzane w  Świecianach lub  w innych miejscowościach powiatu święńciańskiego – Straż Pożarna, jak i Związek Strzelecki  zawsze  zdobywały  pierwsze nagrody. Każdego lata w imieniu Związku  Strzeleckiego i Straży Pożarnej organizowano popisy  sortowe pięcioboju. Na popisy te zapraszane  były z całego powiatu wszelkie organizacje sportowe oraz wojskowe np. 23 pułku Ułanów Grodzieńskich i z Pohulanki przebywających tam wojsk na ćwiczeniach wojskowych letnich. W popisach tych sportowych brali udział panie i osoby w  wieku podeszłym. Ja mając lat 42-45 brałem udział, zdobywając  złotą odznakę sportową.            Zawdzięczając pobytowi w Podgrodziu 23 pułku Ułanów Grodzieńskich miasto rozwijało  się pod  względem gospodarczym  oraz kulturalno -  społecznym. Stosunki moje jako burmistrza z Dowódcą pułku i Korpusem oficerskim i podoficerskim były bardzo dobre i przyjazne. Dzięki czemu wielkie uroczystości były obchodzone  wspólnie, jak 3 – Maja,11 – tego Listopada, podczas których to uroczystości, po nabożeństwie odbywała  się  defilada całego pułku Ułanów, Strażaków, Strzelców- po  czym odbywała  się uroczysta akademia na której  wygłaszałem przemówienie uchwalając jednogłośnie……………..hołdownicze…………Rzeczypospolitej Polski lub I – szemu Marszałkowi Polski Józefowi Piłsudskiemu. Za które to były nadsyłane podziękowania rozdawane o treści następującej:1)       „Prezydent Rzeczypospolitej Polski, dziękuje za życzenia nadesłane                         w Dziesięcioletnią Rocznicę Odzyskania Niepodległości Państwowej  - warszawski  zamek królewski listopad 1928 roku”.2)       „Warszawa 30.11.1928 r. Pan burmistrz Rożnowski „Z polecenia pana Marszalka Józefa Piłsudskiego mam zaszczyt złożyć podziękowanie za nadesłane gratulacje. R. Iłłakowiczówna”.      Rada Miejska w podgrodziu, Dowództwo Pułku, także  śpieszyło miastu w niesieniu pomocy w  zimowej porze, bezrobotnym, biednym. W  związku z czym były powoływane Komitety Miejskie przy udziale przedstawicieli 23 pułku Ułanów. Komitety te organizowały kuchnie do  wydawania obiadów dla biednych – odzieży  dla  dziatwy szkolnej, pomocy lekarskiej itp. W rocznicę  10 – lecia Niepodległości Polski11 listopada 1928 roku Komitet sporzadził150 kompletów ubranek składających  się z mundurków, bucików i czapek dla biednej  dziatwy  szkolnej i takowe  rozdał  bezpłatnie. Kiedy w tym  dniu jechałem  do kościoła na uroczyste nabożeństwo, spostrzegłem jak jedna kobieta zdzierała z płaczącego chłopca ubranie i buciki. Podszedłem do niej i zapytałem dlaczego ona to czyni. Odpowiedziała mi, że w Magistracie  rozdają ubrania  darmo dla  dzieci. Więc jeżeli on zgłosi się w ubraniu i w bucikach to mu nie dadzą. Aczkolwiek już były  sporządzone  spisy biednych  dzieci, którym mają  wydać ubranka powróciłem  do Magistratu i powiedziałem by tej kobiecie nie wydano  ubranka. Później okazało  się, że ta kobieta mieszkała na terenie gminy Podbrodzkiej i codziennie przychodziła  do Magistratu – prosząc i lamentując,  wyprosiła komplet ubranka. Miały miejsce  wypadki, że brane obiady były używane  do karmienia trzody chlewnej. Czynili to chrześcijanie. Z Żydami  nigdy nie mieliśmy podobnych  wypadków, aczkolwiek ludności żydowskiej  było nie mało i to biednej. W 1928 roku hr. Tyszkiewicz rozpoczął budowę fabryki – tekturowni. Do budowy tej fabryki zachodziła potrzeba zbudowania  wjazdu, betonowego o  długości 1,5 km. W związku z czym zatamowana woda w rzece podniosła  by  się o 7 m. wylewając na grunta Ob. Marczewskiego obszarem 30 ha.  ziemi. Za grunta te Marczewski nie  chciał brać żadnego odszkodowania, mając  zamiar  wybudować na tym gruncie wille letniskowe. Czyli usiłował nie dać możliwości hrabiemu pobudowania wjazdu wodnego. Wobec czego hr. Tyszkiewicz zwrócił się do Urzędu Wojewódzkiego o przymusowe  wykupienie tego gruntu, jako potrzebnego pod uruchomienie przemysłu. Kiedy przyjechała Komisja celem oszacowania tego gruntu i oszacowała jeden hektar gruntu na 200 zł., hrabia Tyszkiewicz zwrócił  się do mnie,  abym ja  w jego imieniu  zaproponował ob. Marczewskiemu po 400 zł. za hektar i nakłonił  go do  dobrowolnej sprzedaży tych potrzebnych 30 ha.  ziem. Początkowo Ob. Marczewski upierał  się, jednak  kiedy go przekonałem, że Komisja oszacowała  te grunta o 100% taniej od  sumy proponowanej,  wówczas zgodził  się. Hrabia Tyszkiewicz był bardzo dla mnie  wdzięczny za oddane mu usługi, gdyż nie życzył sobie zabierać tą ziemię taniej, na mocy szacunku Komisyjnego. Po  wybudowaniu tamy  wodnej utworzyło  się przepiękne jezioro długością  do 3 km i  szerokością do 1 km. – nad brzegiem którego rozpoczęto budować wille letniskowe, tym bardziej że to jezioro otaczał las sosnowy o  zdrowym klimacie. Dzięki ujarzmieniu siły  wodnej hr. Tyszkiewicz pobudował fabrykę tekturową, tartak, młyn wodny i  elektrownię.       W czasie wdrożenia tych budowli – kilkaset osób przybyło do Podgrodzia poszukując pracy  zarobkowej, przeważnie z terenów przyfrontowych byłej  wojny, ludzi biednych bez stałego miejsca zamieszkania. Wobec tego, że na  zimę nie mogli znaleźć pomieszczenia – przeto wydzierżawili sobie od mieszczan Podbrodzkich kawałki gruntów pod miastem i poczęli tam wznosić  szopy mieszkalne, oblepiane gliną, bez zezwolenia Magistratu, szopy o  wyglądzie  szkaradnym i o niehigienicznej możliwości zamieszkania. Szopy te w myśl ustawy budowlanej mogłem  zburzyć – czego nie można było  czynić, bo pozostałoby do 500 rodzin bez dachu nad głową na  chłodzie i mrozie. Szopy te okropnie szpeciły miasto swym wyglądem. Trzeba było dołożyć wszelkich starań by je  zlikwidować. Był to okres kiedy Premier Rządu Sławoj – Słodkowski, nie tylko był przeciwnikiem – takich budowli, lecz także żądał by ogrodzenia były  estetycznie  wymalowane.       W porozumieniu  się z panem Wojewodą Raczkiewiczem – szopy te miały być  zlikwidowane  w przeciągu 5 -  ciu lat,  w którym to czasie, mieszkańcy tych  szop zobowiązani będą przebudować takowe na estetyczne mieszkalne domki lub zlikwidować ostatecznie z  widowni. Wobec tego, że właściciele tych  szop zostali przeważnie  zatrudnieni w  fabryce tektury  i tartaku hr. Tyszkiewicz udzielił im kredyt  długoterminowy w  budulcu na budowę tych  domków. Dało to możność na pobudowanie w myśl zezwolenia Magistratu domków estetycznych i  zdrowotnych. Tą  drogą została  zlikwidowana kolonia  szop w Podbrodziu na  nazwę Nowa Kolonia leżącą przy trakcie z Podgrodzia  do Święcian.       Z kolonią tą miałem  ogromne kłopoty, bowiem  w porze  zimowej mieszkańcy tych  szop przeważnie  dzieci, przeziębiały  się  i chorowały nie mając środków na  skuteczne leczenie się, skutkiem czego Magistrat zmuszony był leczyć i pokrywać koszta leczenia tych chorych ponosząc poważne wydatki, również na  wyżywienie niektórych  rodzin. 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (4) | dodaj komentarz

W Podbrodziu.

sobota, 27 października 2007 22:28

Następnego  dnia zaledwie rozpocząłem urzędowanie – pan Starosta Mydlarz, telefonicznie wyraził mi swoje niezadowolenie, dlaczego  go nie powiadomiłem będąc na raucie o tym, że uzyskałem audiencję u pana Marszałka. W odpowiedzi, powiedziałem mu, że już taki sam zarzut otrzymałem od pana Wojewody i że pan Wojewoda był obecny przy wręczaniu Dyplomu. Starosta poprosił mnie abym osobiście przybył  do niego i opowiedział o przebiegu  audiencji u pana Marszałka. Sądzę, że pan Starosta i pan Wojewoda, czuli  się niezadowoleni, że ja pominąłem  drogę  służbową w uzyskaniu  audiencji u pana Marszałka. Prestiż mój wzrósł  jako burmistrza po wręczeniu Dyplomu panu Marszałkowi, bo następnego dnia, we wszystkich  dziennikach wychodzących w Wilnie były zamieszczone obszerne wzmianki o przyjęciu  przez pana Marszałka delegacji z Podbrodzia na czele mnie jako burmistrza i o wręczeniu panu Marszałkowi Dyplomu I- szego honorowego Obywatela miasta Podgrodzia  - oraz o zgłoszonej przeze mnie prośbie w imieniu mieszkańców o pozostawienie 23 pułku Ułanów w  Podgrodziu. Dowództwo pułku Ułanów oraz oficerowie, bardzo byli  zadowoleni z mojej  zgłoszonej prośby do Pana Marszałka o pozostawienie pułku w Podgrodziu. Z  ramienia Dowódcy osobiście  przybył adiutant i dziękował  za tę akcję. Hrabia Tyszkiewicz telefonicznie mnie dziękował także. Natomiast sądzę, że pan Wojewoda nie był zadowolony, bo był  zwolennikiem hrabiego Przeźdźieckiego w Postawach, który usilnie zabiegał o przeniesienie pułku  do Postaw ofiarując bezpłatnie tereny pod budowę koszar. Sądzę, że pan Wojewoda właśnie o tej sprawie szeptał Marszałkowi  do ucha – podczas naszej audiencji u pana Marszałka. Po pewnym czasie także udała się delegacja z Postaw do Warszawy do pana Marszałka celem złożenia prośby o przeniesienie 23 pułku Ułanów do Postaw, gdzie już są tereny bezpłatne pod budowę koszar. Była nie lada  szansa na przeniesienie tam pułku, z uwagi na istnienie bezpłatnego terenu pod  budowę  koszar. Na moją propozycję hrabia Tyszkiewicz także przeznaczył 40 hektarów terenu na budowę koszar i ćwiczeń ułanów. Rozpoczęła  się zabójcza  walka między miastem Podbrodzie, a miastem Postawy. Ja mając  działkę wojskową od Postaw o 30 km także powinienem być  zwolennikiem przeniesienia 23 pułku Ułanów do Postaw, jeżeli chodzi o mój osobisty interes. Jednak jako burmistrz – było moim obowiązkiem bronić interesu  swego miasta i tak  czyniłem. Na święcie pułku Ułanów w 1929 r. był osobiście Wiceminister gen. Konarzewski – przybył także  Starosta z Postaw pan Niedźwiecki. Ja także  byłem jak  zwykle na wszystkich świętach pułku. Podczas wzniesionych toastów na część pułku pan Starosta Postawski – życzył pułkowi aby jak najprędzej być  przeniesiony do Postaw, gdzie pułk jest bardzo oczekiwany przez ludność tamtejszą, zapewniającą największą tam pułkowi przychylność. Toast ten był oklaskiwany bardzo słabo. Natomiast kiedy ja  wzniosłem toast na cześć pułku, życząc mu pozostania nadal w  Podbrodziu – toast mój był rzęsiście oklaskiwany  przez obecnych. Po obiedzie ja razem z hrabią Tyszkiewiczem konferowałem z gen. Konarzewskim w sprawie pozostawienia pułku ułanów  w Podgrodziu.             Pan gen. Konarzewski  zakomunikował, że 23 pułk Ułanów jest  zamierzony już od kilku lat o przeniesienie go bliżej granicy wschodniej, takim miejscem są Postawy, które od granicy leżą bliżej o 100 km.             Po objęciu stanowiska burmistrza – objąłem protektorat nad  Związkiem  Strzelców. W późniejszym czasie zostałem obranym prezesem tego Związku. Związek ten posiadał mały wydzierżawiony lokal. Lokal ten odnowiłem urządzając   świetlicę. Na rozwój prac Związku także urządzałem  imprezy  dochodowe. Za osiągnięte dochody  strzelców umundurowałem i  zakupiłem  aparat radiowy oraz instrumenty muzyczne jak gitary, mandoliny, skrzypce. Świetlicę  zaopatrzono w bibliotekę, niedużą i w  czasopisma – gry rozrywkowe. Strzelców  nauczono grać na instrumentach. Wszystko to  dawało możność kontynuowania prac kulturalno – oświatowych w świetlicy. Młodzież Podgrodzia  chętnie garnęła  się  do świetlicy, gdzie spędzała  czas na rozrywkach godziwych. Prelegentami  oświatowymi, oprócz przyjeżdżających z powiatowego Zarządu Związku Strzeleckiego byli także i miejscowi nauczyciele. Poświecenie i otwarcie świetlicy odbyło się bardzo uroczyście. Na uroczystość przybyli  starosta, senator Abramowicz, hr. Tyszkiewicz, Dowódca 23 pułku Ułanów – oraz  szerokie  społeczeństwo. Po nabożeństwie odbyła  się akademia i koncert na którym  strzelcy  wykonali kilka utworów  muzycznych na  instrumentach  strunowych. Po czym odbył się obiad, a wieczorem  zabawa taneczna  w  świetlicy.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (7) | dodaj komentarz

Marszałek Piłsudski Honorowym Obywatelem Podbrodzia i spotkania z Marszałkiem.

niedziela, 14 października 2007 12:06

Po dokonanym wyborze Zarządu Magistratu i mnie jako burmistrza na  drugim posiedzeniu Rady Miejskiej powzięto jednogłośnie Uchwałę o nadaniu Marszałkowi Polski Józefowi Piłsudskiemu tytułu Pierwszego Honorowego Obywatela. Uchwała była o brzmieniu następującym: ”Pierwsza Rada Miejska miasta Podbrodzia na posiedzeniu w  dniu 10 marca 1929 roku, podnosząc zasługi Pierwszego Marszałka Polski Józefa Piłsudskiego położone  przy budowie Państwa Polskiego oraz  w dowód  wdzięczności za podniesienie Podbrodzia do godności miasta postanowiła jednomyślnie nadać  Wielkiemu Synowi  Ziemi Wileńskiej tytuł I – szego Honorowego miasta Podbrodzia. Podbrodzie  dnia 10 marca 1929 roku. Podpisy: K. Rożnowski- burmistrz oraz 12 podpisów  radnych miejskich. Dyplom Honorowego Obywatela sporządził profesor Uniwersytetu Pan Stefan Giej. Był on umieszczony na okładce wykonanej w stylu …….., obszyty wiejskim płótnem z  wierzchu opartej na barwach ludowo -  wileńskich. Z tym dyplomem specjalnie  wybrana  delegacja w składzie: burmistrza, Dowódcy 23 Pułku Ułanów i  aptekarza w maju 1929 roku udała  się  do  Warszawy celem  dostarczenia  go Marszałkowi.           Delegacja ta miała prosić Marszałka o pozostawienie 23 Pułku Ułanów w Podbrodziu, bowiem Ministerstwo Wojskowe miało ten pułk przenieść. Dla miasta Podgrodzia posiadanie tego pułku miało ogromne  znaczenie pod  względem ekonomicznym jaki kulturalno – oświatowym. Dla korpusu oficerskiego i podoficerskiego również. Lokalizacja pułku w Podbrodziu, niedaleko Wilna było  wielką dogodnością. Po przybyciu  delegacji do Warszawy okazało  się, że Marszałek  wyjechał na  wizytację pułków. Wobec tego, że było naszym życzeniem osobiście dyplom doręczyć  Marszałkowi  -  przeto powróciliśmy z  dyplomem powrotem  do  domu.   W lipcu tego roku, ponownie jeździła  delegacja  do Warszawy, celem wręczenia Marszałkowi dyplomu. Ponownie go nie wręczono. Marszałek był chory. Wiceminister gen. Romaszewski proponował  delegacji by  dyplom  zostawić u niego, a on go  wręczy Marszałkowi. Jednak nie zgodził się prosić w naszym imieniu o pozostawienie pułku Ułanów  w Podbrodziu. Pod tym pozorem powróciliśmy z  dyplomem do  domu.   W dniu 6  sierpnia 1929 r. w Wilnie odbył  się  Zjazd legionistów. Na tym Zjeździe był osobiście Marszałek Polski z  Marszałkową i córkami. Brała  w nim także udział spora liczba wysokich dygnitarzy państwowych i wojskowych. Po nabożeństwie odprawionym przez ks. biskupa  Bandurskiego w  Katedrze odbyła  się  wspaniała defilada legionistów oraz  wojsk garnizonu wileńskiego. Po czym koncerty w sali miejskiej. Na koncercie była marszałkowa Aleksandrowa z córkami w  towarzystwie gen. Rydza – Śmigłego.  Mając zaproszenie na  wszystkie uroczystości tego  Zjazdu brałem także udział  stojąc w  dwuszeregu przed  wejściem  do Katedry, przez który to  dwuszereg  z miał przechodzić  Marszałek  do Katedry. Dwuszereg pod naciskiem masy ludności zawężał  się – przeto wysiłki funkcjonariuszy Policji – jak komisarzy i podkomisarzy, stojących w pierwszym rzędzie były mało  skuteczne. Odpychali oni cisnących  się – wykrzykując i prosząc do tyłu. I tak tą  czynność nieustannie powtarzali. Obok mnie, stojącego osobnika, starszego już pana, komisarz kilkakrotnie popychał, powtarzając – proszę do tyłu. Rozgniewało to popychanie owego osobnika. Wówczas on krzyknął na komisarza mówiąc żeby  zaniechał to popychanie do tyłu. Powiedział, bo jak pchnę pana to pan przez tyłek  wyleci. Po czym wyjął z kieszeni legitymację i pokazał komisarzowi. Komisarz stanął na baczność, przeprosił i odszedł. Okazało  się, że był to jakiś minister.   Wieczorem o godzinie 8.00, w teatrze na Pohulance, Marszałek wygłosił odczyt o naszym Wilnie. Kiedy przybyli zaproszeni na ten odczyt – to dookoła teatru  skupiły się tysięczne rzesze legionistów  przybyłych na  Zjazd. Otoczyli oni  wszystkie  wejścia  do teatru, że dla mnie i  zaproszonych nie można było  wejść  do teatru. Zmuszeni byliśmy stać  na zewnątrz przed drzwiami i czekać na swobodne przejście. Obok mnie stał także przed  drzwiami jakiś  cywil, którego dwaj wyżsi oficerowie, z wesołym humorem usiłowali zepchnąć na bok i zająć jego miejsce – mówiąc, że pan tak  stoi i utrudnia nam wejść. Rozgniewało to ich zachowanie  się, tego  osobnika -  wyjął legitymację i pokazał oficerom. Oficerowie stanęli na baczność salutując, prosząc o przebaczenie. Zażądał  od nich legitymacji służbowych. Okazało  się, że osobnikiem tym był pułkownik Generalnego Sztabu Armii.  Przed godz. 8.00 zaczęli przybywać pod teatr dygnitarze z Warszawy – biorący udział w  Zjeździe. Jednak także nie mogli wejść do teatru. Przybyłego Marszałka wprowadzono zapasowym  wejściem. Kiedy otworzono drzwi teatru, to brać  legionowa i  wojsko wtargnęło do teatru i zajęła wszystkie  siedzące miejsca, łącznie z naszymi, honorowymi – które jednak  zmuszeni byli ustąpić. Ja  dostałem  się na miejsce  siedzące, przy wielkim ścisku na najwyższej  galerii – skąd słuchałem  wygłoszonego odczytu przez Marszałka. Marszałek w swoim odczycie omówił historię  swoich młodych lat z pobytu w ukochanym Wilnie – przebieg nauki, udział w działaniach konspiracyjnych, zesłanie na Sybir - powrót z Syberii, zajęcie Wilna w 1919 roku oraz prace położone nad  historią włączenia Wilna do Polski. Marszałek także omówił o niepomyślnościach czynionych  w jego  wysiłku nad odzyskaniem ukochanego Wilna i objęciu jego granicami Polski -  czynionych przez Antantę w Paryżu, jako też przez rodzimą Endecję, poruszając też o swoich przeciwnikach Endeckich, mieszkających w jego kochanym Wilnie. Mówił o redaktorze Dziennika Wileńskiego Janie Obście – nazywając go opasłą babiną (bowiem był on potężnej postury). Należy nadmienić, że redaktor Obst na łamach Dziennika  Wileńskiego czynił rozmaitego rodzaju zarzuty pod adresem Marszałka i jego pracowników. Odczyt został zakończony przy niemilknących, owacyjnych oklaskach.   Wieczorem odbył się raut w  Pałacu prezydenckim. Wydany został przez Pana Wojewodę Władysława Raczkiewicza na cześć Marszałka Polski i przybyłych  dygnitarzy z  Warszawy. Na raut ten byłem zaproszony razem z żoną. Na podwórzu pałacu odbywało się przyjęcie  dla legionistów przybyłych na Zjazd. Przy rozpalonym ognisku, pod humorem, brać legionistów owacyjnymi krzykami zmusiła Marszałka do kilkakrotnego wyjścia  na balkon i pokazania  się. Na dole, na podwórzu byli z legionistami niżsi oficerowie oraz kilku  wyższych oficerów legionistów, łącznie z gen. Rydzem- Śmigłym. W pałacu na górze, na raucie  była ogromna ilość oficerów, łącznie z generałami. Sale pałacu były udekorowane dystynkcjami państwowymi, społeczeństwem osobistym miasta Wilna i woj. wileńskiego. Marszałek  siedział w sali środkowej w otoczeniu arcybiskupów i niektórych ministrów. Przechodząc przez salę  środkową nasunęła się mnie myśl, by  skorzystać z okazji pobytu Marszałka i  wręczyć mu dyplom Honorowego Obywatela. Zachodziła potrzeba w tym celu uzyskania audiencji u Marszałka,  ale jak ta audiencję uzyskać? Chodziłem  wówczas z sali do  sali zamyślony nad tą  sprawą. W trakcie tego  spaceru zatrzymał mnie brat Marszalka Jan Piłsudski, sędzia Sądu Okręgowego w Wilnie. Zapytał dlaczego jestem taki zamyślony. Opowiedziałem mu o tym, że chciałbym przy okazji pobytu Marszałka wręczyć nadany mu dyplom Honorowy Obywatela miasta Podbrodzia. Przy tym poprosiłem, czy by nie mógł dla mnie uzyskać u Marszałka audiencję  w tym celu.  Zgodził się prosząc żebym na niego zaczekał. Po tym siedzącego Marszałka zaszedł od  tyłu i rozmawiał z nim po cichu. Po czym powrócił  do mnie i  zakomunikował, że Marszałek będzie następnego dnia o godz. 17.00 wieczorem czekał  delegacji  w Inspektoracie Armii, przed górą Zamkową. Podziękowałem  serdecznie panu  sędziemu Piłsudskiemu, za taka cenną oddaną przysługę.   Była godzina 1- sza w  nocy. Pierwszy pociąg do Podgrodzia odchodzi o godz.9.00 rano i powraca do Wilna o godz. 18.00. Wobec czego w  żaden sposób nie mogłem  się udać  do Podbgrodzia po  dyplom i przedstawicieli miasta do delegacji. Postanowiłem wówczas telefonicznie połączyć się z posterunkiem Policji w Podbrodziu lub Urzędem Pocztowym. Udałem  się  do kancelarii p. Wojewody. Tam przy pomocy telefonu usiłowałem połączyć się z Podbrodziem. Niestety w Podgrodziu ani posterunek Policji, ani Urząd Pocztowy telefonu nie odbierał, przez to telefonicznie nie udało  się zorganizować delegacji. Wyszedłem do salonów i tam natknąłem się na hrabiego Tyszkiewicza. Opowiedziałem mu o moim kłopocie, niemożliwości  sprowadzenia delegacji i dyplomu Marszałka  do  wręczenia w  dniu jutrzejszym. Pan hrabia z  uśmiechem na ustach powiedział – ależ panie burmistrzu, bądź pan spokojny,  wybrnie pan i  z tego kłopotu, daję panu  do  dyspozycji  swoje  auto, którym będzie pan mógł sprowadzić delegację i dyplom. Ponownie  serdecznie podziękowałem p. hrabiemu za tak cenną oddana mi pomoc. Potem poprosiłem by auto przysłał mi o godz.9.00 rano  do hotelu Niszkowskiego,  gdzie zatrzymałem  się u siostry tam mieszkającej. Następnego  dnia tym  autem  wysłałem pismo  do swego zastępcy wice burmistrza Łabunia, prosząc by przyjechał tegoż dnia z panem Charkunem aptekarzem i zabrał dyplom ze sobą do wręczenia  go Marszałkowi. Tegoż  dnia o godz.. 17.00 w hotelu przygotowaliśmy się do spełnienia swego obowiązku jako delegacji. O godz. 17.00 udaliśmy  się   autem do Inspektoratu  Armii. Kiedy zajechaliśmy pod  główne   wejście i  zamierzaliśmy  wejść  do  wnętrza  to wojskowi  stojący na warcie skrzyżowali bagnety i nas  zatrzymali. W tym że momencie otwarło się okno nad nami i stamtąd Marszałek rozkazał warcie nas przepuścić. Warta bagnety  cofnęła i my  weszliśmy do holu, gdzie nas  spotkał pan Wojewoda Władysław Raczkiewicz z adiutantem pana Marszałka panem Wegendą. Następnie   zapytał mnie, dlaczego ja nie  zawiadomiłem będąc wczoraj na raucie, że uzyskałem audiencję pana Marszałka i że on o tym nie wiedział do dnia  dzisiejszego. Po czym idąc schodami do sali prosił mnie bym ja najkrócej przemawiał  wręczając dyplom. Po wejściu do sali adiutant Marszałka poprosił nas by nieco  zaczekać, bowiem pan marszałek ma poobiednią drzemkę. Po czym udaliśmy się do przyległego pokoju. Wkrótce otworzyły  się  drzwi,  wyszedł pan Marszałek, za nim pan Wojewoda i  adiutant. Pan Marszałek zatrzymał  się na środku  sali, podeszliśmy  do niego i ja w krótkich  słowach przemówiłem w imieniu mieszkańców Podbrodzia i jednocześnie podziękowałem za nadanie Samorządu Miejskiego dla Podbrodzia. Marszałek po obejrzeniu Dyplomu, patrząc na mnie powiedział – „ a toż  panie burmistrzu my  się  znamy, był pan posłem Sejmu Wileńskiego, jak widzę był pan także legionistą (wskazując palcem na krzyż legionów – wpięty na mojej piersi). Zapytał w jakim pułku byłem, odpowiedziałem że w 5 –tym pułku legionów.   Po tym pan Marszałek zapytał – jak Podbrodzie rozwija  się? Bo on pamięta, jeszcze za czasów kiedy jeżdżąc do gimnazjum w  Wilnie  zatrzymywał  się w  hotelu pani Kac, kiedy Podgrodzie  było jeszcze malutkim miasteczkiem, bowiem jeszcze nie było kolei żelaznej. Kiedy zaś pobudowano kolej żelazną z Petersburga do Warszawy i kiedy on przyjechał na  stację kolejową końmi, to konie przestraszyły  się  gwizdu parowozu i łoskotu – i poczęły sanki  unosić  razem z nim i furmanem. Furman skierował konie w  zaspę  śniegu, gdzie przewróciły  się na  szczęście bez żadnego  szwanku.            Na  zakończenie zapytał jakie  są potrzeby miasta najważniejsze i co Magistrat ma począć  w realizowaniu tych potrzeb. Opowiedziałem Marszałkowi o obecnym stanie i rozwoju m. Podbrodzia. Wspomniałem, że  hotel Kacowej jeszcze istnieje i ze obecnie jest w remoncie, aczkolwiek  zamknąłem  go do czasu przeprowadzenia remontu z powodu  złego  stanu  sanitarnego. Po czym  nadmieniłem, że  życzeniem mieszkańców i Zarządu Miejskiego jest by nadal pozostał w Podbrodziu 23 pułk Ułanów i że koszary mające się budować  dla tego pułku, także były pobudowane w Podbrodziu. Zaledwie to powiedziałem, jak podszedł do pana Marszałka pan Wojewoda i coś mu szepnął  do ucha. Marszałek po wysłuchaniu jego  szeptu powiedział do nas nosowo -  a to już gorzej z pozostawieniem u was 23 pułku Ułanów,  ale jak tak chcecie wojsko to ja  wam przydzielę inną jednostkę  wojskową i koszary pobuduję, jeżeli nie da  się u  was pozostawić 23 pułku Ułanów – po czym pożegnał nas i odszedł z powrotem do pokoju z którego  wyszedł. My zaś pożegnaliśmy się z panem Wojewodą i z  panem adiutantem i odjechaliśmy do hotelu. W hotelu w radosnym nastroju zjedliśmy obiad, po czym odjechaliśmy do  domu pociągiem, dając  sowity napiwek szoferowi hrabiego Tyszkiewicza.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (5) | dodaj komentarz

Szkoła podstawowa w Podbrodziu.

piątek, 05 października 2007 22:19

Rzeźnię pobudowano za 36 000 zł. z pustaków cementowych. W 1929 roku opłaty za ubój z  wydzierżawionej  rzeźni wyniosły 13 000  zł. Z sumy tej zachodziła potrzeba płacić 3 000zł. raty – spłaty pożyczki na budowę tej rzeźni. TaK  więc czysty utarg pozostał z rzeźni -12 000 zł. Zysk z  rzeźni z  rynkiem wynosił już 24 000 zł. osiągnięty w pierwszym roku mego burmistrzowania. Zysk ten był już  z własnego majątku,  stanowiącego  wartość  70 000 zł.            Magistrat nie posiadał własnego odpowiedniego budynku  szkolnego. Co prawda były nie  duże  dwa domki  własne we  wsi B………należące  do miasta w których mieściły  się 4 klasy, na  dwie klasy trzeba  było wynajmować  pomieszczenia. Budynki  własne  były  ciasne i nie odpowiednie na szkołę, przy tym leżały one od miasta za daleko. Gwałtowna była potrzeba pobudowania gmachu szkolnego, odpowiedniego nowoczesnym  wymogom. Wobec czego począłem czynić   starania przygotowawcze  w połowie roku 1928 do pobudowania tej  szkoły. Potrzeba  było uzyskać subsydium ze Skarbu Państwa i  zapowiedzieć o tym Kuratorium. Inspektorat szkolny powiatowy usilnie popierał ten projekt budowy szkoły. Kuratorium  starało się również o przyspieszenie zatwierdzenia projektu i kosztorysu oraz o otrzymanie subsydium. Znałem osobiście Kuratora i naczelników prawie  wszystkich  wydziałów z  czasów  mojej pracy w Tow. Straży Kresowej, kiedy  się przyczyniłem  do uruchomienia wielu początkujących  szkół. Wszyscy oni  zajęli bardzo przychylne  stanowisko w realizacji budowy  szkoły. Szkołę postanowiłem wybudować  wzorową i  nazwać imieniem J. Piłsudskiego. Mocą Uchwały Miejskiej powołano Komitet Honorowy i Komitet  Wykonawczy budowy tej  szkoły. Do Komitetu Honorowego  zaproszono działaczy wybitnych w Polsce. Oba Komitety poważnie przyczyniły się do osiągnięcia z dobrowolnych ofiar ludności funduszu 20 000 zł. na budowę  szkoły. Kosztorys  szkoły  wynosił  300 000 zł. według planu   zatwierdzonego przez Kuratorium. Państwo udzieliło subsydium w 50 % tj. 150 000  zł. pożyczki  długoterminowej, bezprocentowej, 80 000 zł. – Magistrat miał pokryć brakująca  sumę 70 000  zł. Wobec tego, że Magistrat budował tą  szkołę  sposobem gospodarczym,  więc oszczędził na materiale i  wykonaniu budowy 29 000 zł.                    Z  własnych funduszy  pokrył tylko 11 000 zł. oraz przez Komitety uzbieranych 20 000 zł. Ogólny koszt budowy  szkoły wniósł 261  000  zł. Plac pod  budowę  szkoły  został przydzielony  obszarem 1 ha. przez Nadleśnictwo  Wileńskie – bezpłatnie. Leżał przy ulicy Michalskiej, później przemianowanej na Bandurskiego, w miejscu  bardzo malowniczym, na  wzgórzu obok lasku  sosnowego. Akt erekcyjny pod  budowę  szkoły został złożony  w  dniu 11 listopada 1928 roku tj. w  dzień 10 – lecia odzyskania Niepodległości Polski. Budowę  szkoły ukończono i oddano do użytku z początkiem nowego roku szkolnego w 1930 roku. Szkołę tą  nazwano imieniem Marszałka Józefa Piłsudskiego, po  wyrażonej przez niego  zgodzie.            „Starostwo Święciańskie. L.dz.767/VI W.S Święcany dnia 29 czerwca 1929 roku. Do Komitetu Budowy 7 – mio klasowej Publicznej Szkoły Podstawowej im. Pierwszego Marszałka Polski Józefa Piłsudskiego w Podbrodziu. Rada Wojewody Wileńskiego pismem swym z dnia 6 czerwca r.b. L.30.15 powiadomił, że Pan Marszałek Józef Piłsudski, przychylając się do przedłożonej przez Pana Wojewodę prośby tam. Komitetu wyraził  swoją  zgodę na mianowanie jego imieniem budującej  się w mieście Podbrodziu 7 – mio klasowej Publicznej Szkoły Powszechnej. Powyższe podaję Komitetowi Budowy do wiadomości. Podpis ST. Mydlarz – Starosta.             Szkoła  posiadała  duże klasy  wykładowe,  dużą  salę  gimnastyczna, dwie  duże hale, pokój nauczycielski, gabinet kierownika, łazienkę z  natryskami z  dwoma  pomieszczeniami dla woźnych oraz budynki gospodarcze. Ogród  szkolny o powierzchni 1,5 ha. i drzewka z lasu wielkością 1,5 ha. Dzieci do szkoły  uczęszczało ponad siedmiuset. Żona moja była instruktorką robót ręcznych. Wszyscy moi  synowie tą  szkołę ukończyli.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (8) | dodaj komentarz

Hrabia Tyszkiewicz - dobroczyńca Podbrodzia.

piątek, 28 września 2007 19:28

Na odczytach organizowanych przez różne organizacje polityczne i  społeczne w  Wilnie  w 1926-1928 roku często wygłaszał referaty profesor Kot z Uniwersytetu tak lansowanego  z Krakowa. Referaty te były przeważnie na tematy wrogów państwowych. Profesor Kot był demokratą – był zwolennikiem Marszałka Piłsudskiego. Po każdym takim referacie były prowadzone obszerne dyskusje. Endecy – zwykle bronili swoje programy - zwalczali natomiast wszystkie inne  Stronnictwa łącznie Marszałkiem Piłsudskim. Dużo mówców było zwolennikami powstałego Bezpartyjnego Bloku Współpracy z  Rządem, którzy  wypowiadali  się za  naprawą stosunków wewnątrz kraju, z powodu kłótni partyjnych, wprowadzenia rządów  silnej ręki itp. Byłem już  zwolennikiem tego Bloku i  jego programu. Zabierali też głos w dyskusji i  socjaliści na czele z wiceprezydentem m. Wilna Józefem Czyżem, ponadto studenci Uniwersytetu Stefana Batorego o poglądach komunistycznych  między którymi byli Jędrychowski, Dębicki, Putrament i Stachelski. Ci czterej komuniści krytykowali demokratyczny ustrój Polski. Kilkakrotnie z  ramienia B. B. W. R  w  dyskusji  zadzierałem z tymi  studentami nie  zgadzając  się z ich Akcją, jaką dążą do zdobycia władzy. W późniejszym  czasie ci  studenci byli sądzeni  za wywrotową Akcję komunistyczną.  Po objęciu stanowiska Burmistrza zaszła potrzeba niezwłocznie opracowania budżetu. Były burmistrz z nominacji Bolesław Kowalczyk, który był w tym czasie kierownikiem kooperacji spółdzielczo – rolniczej w  Podgrodziu usiłował mi udzielić  swojej rady. Opracowany budżet dla magistratu przez siebie, przedłożył do  zatwierdzenia. Oczywiście tego budżetu, ani jego rad nie przyjąłem. Od tego czasu poczuł  się obrażony i  stał  się moim przeciwnikiem. Budżet opracowałem osobiście. Składał się tylko z  dochodów osiągalnych: podatków od nieruchomości i lokalowych oraz dotacji od podatków  skarbowych. Suma  z tych podatków   wynosiła  do 38 000  zł. rocznie. Były jeszcze   znikome dochody   z opłat………..do 3000 zł. Razem dochodów  było do 41 000 zł. Suma ta zaledwie  wystarczała na pokrycie kosztów administracji Magistratu, świadczeń rocznych dla  szkoły i innych niezbędnych drobnych wydatków. O poważniejszej pracy  samorządowej  dla miasta mowy być nie mogło przy takich dochodach. Zachodziła potrzeba  zdobycia  własnych  dochodów oraz  własnego budynku pod  Magistrat, odpowiedniego lokalu pod  szkołę, własnego terenu pod rynek targowy i bydlęcy. Teren taki był w centrum miasta, ale należał do hrabiego Tyszkiewicza. Został przywłaszczony na korzyść miasta przez byłego burmistrza Kowalczyka. Jednak hrabia go odebrał  sądownie – osądzając   zwrot kosztów  sadowych  do 2000 zł., której to sumy Magistrat nie mógł zapłacić. Uważałem, że z hrabią Tyszkiewiczem zachodziła potrzeba nawiązania stosunków przyjaznych i sąsiedzkich, gdyż pół terenu miasta Podgrodzia znajdowała  się na  jego terenie. Wobec czego udałem  się z  delegacją  miejską  do hrabiego – którą to delegację  bardzo uprzejmie przyjął. Mnie gratulował z okazji  wyboru na Burmistrza. Zapytując powiedział, że ze mną  sądzić się z pewnością nie będzie. Zaproponowałem  wtedy hrabiemu by  dla miasta sprzedał teren pod rynek i gmach  szkolny na tym terenie także. Bardzo  chętnie  się na to zgodził idąc  z pomocą nowej Radzie Miejskiej i mnie burmistrzowi jako  sobie  znajomemu. Rynek z  gmachem  sprzedał za 12 000  zł. płatnych ratami przez cztery lata. Koszty sądowe ciążące na Magistracie  w  wysokości 2000  zł darowuje. Przy tym nadmienił, że mu Żydzi proponują  za inny gmach 25 000  zł. i to płatnych natychmiast  gotówką. Wypadało nam podane warunki z wielkim podziękowaniem przyjąć, gdyż obiekt nabyty był prawie darmo. Zawarcia aktu kupna poleciłem  dokonać  swemu administratorowi Staniewiczowi. Rada Magistracka  także  powzięła  Uchwałę do kupna obiektów upoważniając Zarząd Magistratu do przeprowadzenia tego aktu kupna. Po dokonaniu rejentalnego kupna, Magistrat niezwłocznie  wyrobił  hipotekę na te obiekty i  stał  się właścicielem prawnym majątku o  wartości  co najmniej 40 000 zł. Żydzi Magistratowi także proponowali 25 000 zł. płatnych natychmiast. Jednak na  sprzedaż nie  zgodziłem  się, bo w gmachu tym mieścił  się  cały szwadron techniczny 23 pułku ułanów grodzieńskich i on płacił  dzierżawę za ten gmach do 3000  zł. rocznie, sumę  dość  wysoką. Przy tym zamierzałem w tym  gmachu urządzić siedzibę  Magistratu i halę targową. Rynek nabyty niezwłocznie  wydzierżawiłem, osiągając 12 000 zł. na poczet której to sumy dzierżawca miał pobierać opłatę za  wjazd na rynek.            W 1928 roku Ministerstwo Wewnętrzne Wydział Komunalny przyznało na potrzeby komunalne 100 000 zł. Postanowiłem starać  się o uzyskanie dla Magistratu m. Podgrodzia pożyczkę z tej  sumy na budowę rzeźni za 35 000 zł. Po przychylnym poparciu Starosty St. Mydlarza, jako przewodniczącego Sejmiku, pożyczkę tą przyznano m. Podgrodziu. Niezwłocznie opracowałem projekt budowy rzeźni i takowy  został zatwierdzony. Miasto nie posiadało terenu pod budowę tej rzeźni. Ponownie udałem  się z prośbą do hr. Tyszkiewicza o sprzedanie jednego hektara  ziemi pod budowę rzeźni. Hrabia  chętnie  zgodził  się na  sprzedaż tej  ziemi, ustalając  cenę 1000 zł. za hektar ziemi leżącej tuż  na przedmieściu. Obejrzałem to miejsce pod rzeźnię osobiście z hrabią. Miejsce, które obraliśmy było terenowo dość wysoko położone. Wyraziłem obawę  czy można będzie  wydostać  wodę, potrzebną  w tak  dużej ilości dla rzeźni. Obawę moją uspokoił hrabia, pokazując obok dużego kamienia, stojącą  wodę, mówiąc że deszczu już nie było kilka tygodni,  więc  woda ta na pewno pochodzi ze źródła pod  ziemią – bo wodę przy budowie  studni osiągnięto na głębokości trzech  metrów o ilości niesłychanej. Po  wybraniu terenu pod  rzeźnię – usiedliśmy na  drugim kamieniu i przez  dłuższy czas rozmawialiśmy  z sobą o różnych  dziejach  historycznych, byłej przedrozbiorowej Polsce i o nowej powstałej Polsce. Hrabia  wspominał, iż  wstydzi  się swego tytułu hrabiowskiego i jako potomek magnaterii przedrozbiorowej, która nie mało  przyczyniła  się  do upadku Polski, on obecnie jako pro demokrata jest  zwolennikiem przeprowadzenia  szerokich reform społecznych w Polsce i jest rad, że w obecnej Polsce skasowano  wielkie tytuły hrabiowskie i książęce i że wszyscy są równymi obywatelami. Wspomnieliśmy o naszej  Akcji w Samoobronie  Wileńskiej oraz o dalszych walkach  wyzwoleńczych, o buncie gen. Żeligowskiego o dziejach Litwy Środkowej. Na zakończenie rozmowy hrabia powiedział żebym ja  do niego zwracał  się  w każdej sprawie, w której on będzie w stanie załatwić. Oczywiście, że w wielu  sprawach ekonomicznych zwracałem się  do niego i  zawsze załatwiał  je korzystnie dla miasta. Można go było nazwać  dobroczyńcą miasta Podgrodzia. Bardzo żałuję, że nie nadano mu tytułu honorowego Obywatela  miasta Podbrodzia, na który bardzo  zasługiwał.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (7) | dodaj komentarz

Józef Piłsudski

niedziela, 23 września 2007 17:08

Po wyborach odbył się wspólny obiad w obecności pana Starosty, Inspektora  Samorządowego – mnie jako obranego burmistrza, Dowódcy 23 pułku Ułanów    z  adiutantem, nowo wybranych Radnych miasta i innych  zgromadzonych gości. W czasie obiadu zostały  wygłoszone mowy i toasty życzące mi powodzenia na  stanowisku burmistrza. Wybór mnie na burmistrza został zatwierdzony następującym pismem: ”Wydział Powiatowy Sejmiku Świeńciańskiego l.dz. 407/VI Przedmiot zatwierdzenie burmistrza miasta Podgrodzia. Święciany dn.9 lutego 1928 r. do Pana Kajetana Rożnowskiego zam. M. Podgrodzie. Po rozpatrzeniu Uchwały Rady Miejskiej m. Podgrodzia z  dnia 20.I.1928 r. w  sprawie   wyboru członków Magistratu na podstawie art.45 dekretu w tymczasowej ordynacji powiatowej /Dz. pr z roku 1919 nr 13,poz.141/oraz art. 42 rozp.R.S.Z.W z  dnia 14 .VII.1919 r. o Ustawie miejskiej D.U.Z.C.Z. nr 12, poz. 99/niniejszym zatwierdzam wybór Pana na stanowisko Burmistrza m. Podgrodzia określone przez Radę Miejską w myśl art.40 wzmiaowanego Roz. K.S.Z.W upoważnienie  dla stanowiska Burmistrza ST. Sł. Pacowników Państwowych jednocześnie zatwierdzam. Po przyjęciu spraw Magistratu oraz majątku miejskiego od dotychczasowego burmistrza Pana Henryka Siemaszko- przedłoży mnie Pan raport służbowy – o objęciu urzędowania wraz   z odpisem aktu zdawczo – odbiorczego, podpisanego przez obie strony. Ostateczny termin przyjęcia przez Pana urzędowania, określam do dnia15 lutego r.b. podpisano: St. Mydlarz- Przewodniczący Wydz. Pow. – Starosta    Na skutek tego, że byłem zaangażowany w Akcji wyborczej z  ramienia  Bloku i przebywałem na terenie Wilna, przeto na prośbę Komitetu Wyborczego termin przyjęcia  stanowiska burmistrza został przesunięty na 20 lutego.   Po objęciu urzędowania burmistrza zaszła potrzeba niezwłocznie opracowania budżetu na1928 rok oraz planu pracy. Ukończony kurs pracowników samorządowych przy Urzędzie  Wojewódzkim pod koniec1927 roku bardzo mi  się przydał, ponadto  doświadczenie osiągnięte w Tow. ST. Kresowej przy tych wiadomościach posiadanych z łatwością wykonywałem pracę na  stanowisku burmistrza od  chwili objęcia.  Tu muszę cofnąć się z opisem mojej kontynuowanej pracy społeczno – kulturalnej od 1923 do 1927 roku, co przebiegało, jak następuje: Po uruchomieniu cukierni – piekarni w 1923 roku w  dalszym ciągu brałem udział w pracach  społeczno – oświatowych i ekonomiczno – gospodarczych. W pracach kontynuowanych przez Towarzystwo Straży Kresowej brałem udział czy to w odczytach, zjazdach  i prowadzonych kursach dla Koła Młodzieży Wiejskiej. Także organizowałem te koła na terenie województwa wileńskiego. Pisywałem artykuły do Kuriera Wileńskiego. Na łamach Kuriera Wileńskiego zmuszony byłem odpierać czynione na mnie napaści Endeckie i Dziennika  Wileńskiego. Napaści te były już kontynuowane od 192 roku, tj. od  wyborów do Sejmu Wileńskiego, kiedy to Centralny Komitet Wyborczy Endeków       i Chadecji Chrześcijańskiej usiłował przyciągnąć działaczy Towarzystwa Straży Kresowej, łącznie ze mną na swoją stronę, a kiedy te usiłowania zdemaskowałem od tego czasu, bez przerwy Endecy mnie napastowali różnymi kłamliwymi oszczerstwami. Od 1923 roku byłem  członkiem Ogólnego Komitetu Społeczno – Porządkowego miasta Wilna, którego zadaniem było  współdziałanie z  administracją państwową – szczególnie z Policją – dając jej obywatelską pomoc w utrzymaniu porządku i  czystości, na ulicach na podwórzach i klatkach  schodowych  w  zakładach jak jadłodajniach, restauracjach, sklepach  spożywczych, czuwanie nad  czystością sprzedaży artykułów zdrowych i świeżych itp. Przy każdym Komisariacie Policji były Komitety Dzielnicowe składające  się z 10 osób, których czynnością było kontynuować wymienione prace. Ja byłem przewodniczącym takiego komitetu  dzielnicowego, przy Komisariacie I –szym, w którym Komisarzem był mój  dobry przyjaciel z czasów Milicji Obywatelskiej. Należałem także do komitetu redakcyjnego Dziennika Rolniczego, pod przewodnictwem naczelnego redaktora Pana Więckowicza. Komitet ten  zwoływał  zgromadzenia i  zjazdy działaczy rolniczych z którymi miałem kontakt od 1919 roku, kiedy to już zakładałem Kółka Rolnicze. Na  zjazdach tych miałem pracę przeważnie organizacyjną. W okresie tym także byłem zapraszany jako  działacz  społeczny na różne konferencje, zjazdy i odczyty,  zwoływane przez różne organizacje. Między innymi otrzymałem zaproszenie następującej treści:” Karta  wstępu na podwieczorek, który zaszczyci swoją obecnością Marszałek Polski Józef Piłsudski. Podwieczorek odbędzie  się w  salach Domu Oficera Polskiego ul. Mickiewicza 13, we  czwartek  dnia 23 sierpnia br. o godz. 5 po południu W.P. Kajetan Rożnowski” Podwieczorek ten odbył  się  w 1924 roku. Wileńskie Koło Towarzystwa Wiedzy Wojskowej. Karta wstępu. Dla Pana Kajetana Rożnowskiego na pięć odczytów pt. ”Wyprawa Wileńska w 1919 roku”. które  w dniach 16,17,18,20,21 bm. wygłosi Marszałek Polski Józef Piłsudski w  sali Śniadeckich Uniwersytetu im. Stefana Batorego w Wilnie. Początek odczytów o godz. 18.30. W czasie tych odczytów Marszałek Piłsudski omówił wyprawy w 1919 roku na Wilno i  ziemie  wschodnie. Między innymi powiedział, że kiedy po  zdobyciu Lidy    w marcu 1919 roku pułki piechoty Lidzkie i Grodzieńskie wydały na jego  cześć jako Wodza Naczelnego obiad   w Lidzie. Podczas  wznoszonych  toastów  radosnych, na tym obiedzie z okazji  zdobycia Lidy, na  salę wpadł goniec z  depeszą od Premiera Rządu Polskiego Pana Paderewskiego – w której to  depeszy Premier  wzywa Marszałka, jako Naczelnego Wodza Wojsk Polskich do opuszczenia Lidy i przerwania  pochodu na  ziemie  wschodnie, czego żąda Antanta w Paryżu. Zaledwie Marszałek odczytał  depeszę – jak  wpadł  drugi goniec od pułkownika Beliny P.- który donosił o  zdobyciu Wilna. Po przeczytaniu obu  depesz Marszałek powiedział, „Co zdobyłem, tego nie puszczę. Co zaś  do przerwania  pochodu na  wschód – to nad tą  sprawą  zastanowię się”. Czy na  skutek żądania Antanty w  Paryżu, czy na  osobiste zarządzenie Marszałka, jako  Wodza Wojsk Polskich ofensywa Wojsk Polskich od Wilna i od Lidy na  wschód była  wstrzymana  od  marca  do lipca 1919 roku. Po czym ofensywa została rozpoczęta i prowadzona pomyślnie dla wojsk polskich do 1920 roku. W ofensywie tej, jak przedtem opisywałem brałem udział. Marszałek dalej podczas odczytu wspominał o tym, że gen. Rydzowi – Śmigłemu w  drodze pod jego dowództwem, armaty ugrzęzły w błotach koło Bieniakoń. Z tej przyczyny Gen. Rydz – Śmigły,  zapytywał Marszałka jako Naczelnego Wodza -  co ma  uczynić z ugrzęźniętymi armatami, na  co mu Marszałek miał odpowiedzieć,  wskazując  przy tym na  generała palcem z uśmiechem na twarzy, kiedy generale tak ci było ciężko z tymi  armatami, że aż Naczelny Wódz pomóc przykazał. Generał  zarumienił się, na sali  wybuchły oklaski i śmiech. Dalej Marszałek opisywał przebieg  wojny rosyjsko – japońskiej w latach 1904 –1906, podczas której Japończycy, posiadając  armię mniejszą  od Rosji – w 75% byli u Rosjan  na  wszystkich odcinkach, dzięki umiejętnemu  dowództwu  armią. Marszałek w tych latach osobiście jeździł  do Japonii aby uzyskać broń i pomoc  do powstania w  Polsce, przeciwko  samej Rosji. Początkowo Japonia była  skłonna dopomóc, Jednak później od tego zamiaru odstąpiła na skutek Dmowskiego  działacza narodowego demokracji, który zwalczał wszelkie poczynania spośród nas działaczy niepodległościowych jakim był on J. Piłsudski.  Dmowski przyjechał  do Japonii, gdzie potrafił zniweczyć plany Józefa Piłsudskiego o  wywołaniu powstania w Polsce przeciwko Rosji Carskiej, będącej  wówczas mocno  zaangażowanej w wojnie z Japonią i tłumieniem szerzącej  się rewolucji w  całej Rosji.  Nie jestem w  stanie opisać nawet ogólnikowo całej treści odczytu wygłoszonego w przeciągu 5  dni po  2 godziny  dziennie. Jednak nadmienić  trzeba , że Marszałek swoim odczytem wprost hipnotyzował  słuchaczy – bowiem jako prelegent był czarujący i treść odczytu była nadzwyczaj interesująca jako historyczna. Po skończonym odczycie oficerowie garnizonu wileńskiego wręczyli Marszałkowi w darze jego portret olejny  wielkością do 1.5 m w  złotej ramie – przy burzliwych oklaskach zgromadzonych  słuchaczy.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (7) | dodaj komentarz

Burmistrz Podbrodzia

niedziela, 16 września 2007 22:27

W 1927 roku odbywały  się wybory do Rady Miejskiej  m. Wilna. Między innymi do Akcji  wyborczej wziął udział Bezpartyjny Blok Współpracy z  Rządem – który to Blok powstał w tym roku. Na czele tego Bloku stały dobrze znane mi osoby jak  sędzia Jan Piłsudski, brat Józefa Piłsudskiego – adwokaci Witold Abramowicz, Bronisław Krzyżanowski, rejent Aleksander Rożnowski – mój kuzyn i  szereg innych osób wybitnych mieszkańców Wilna. Wobec tego, że byłem wolnym, przeto zaproponował mi rejent A. Rożnowski, który był skarbnikiem w Komitecie BRW bym ja  przystąpił  do Akcji  wyborczej w  Sekcji Propagandowej  - propozycję jego poparli wszystkie wyżej wymienione osoby – znając mnie z Akcji Towarzystwa Straży Kresowej Litwy Środkowej i Sejmu Wileńskiego. W Komitecie Bloku objąłem Sekcję Propagandową. Na czele Komitetu  stał wybitny  działacz polityczny z Warszawy Pan Stanisław Świderski. Cała Akcja wyborcza była prowadzona pod jego kierownictwem. Mój stosunek pracy z  nim był przyjazny i dobry, darzył mnie  całkowitym  zaufaniem w  mojej Akcji propagandowej. Czasem mnie udzielał bardzo cennych i praktycznych wskazówek. Miasto  Wilno podzieliłem na dziesięć obwodów wyborczych. W każdym obwodzie powołałem lokalne Komitety Wyborcze, zadaniem których było uświadomienie mieszkańców danego obwodu o programie Bez. Bloku Wsp. z Rządem i o zamierzeniach pracy tego Bloku w samorządzie m. Wilna. Komitety te wywiązywały się wyśmienicie z powierzonych im czynności. W każdym takim Komitecie osobiście obsługiwałem kilka zebrań na których przemawiałem namawiając słuchaczy do współpracy z Blokiem Bezpartyjnym Współpracy z Rządem, jako jedynym stronnictwem  bezpartyjnym popierającym realizację prac Rządu.            W Akcji wyborczej Komitet Bezpartyjnego Bloku Współpracy z Rządem  osiągnął 10 radnych na ogólną ilość 36 . Jak na pierwszą Akcję  sukces był  dobry. Polska Partia Socjalistyczna osiągnęła 15 radnych, pozostałych 11 radnych osiągnęli Białorusini i  Żydzi. Po skończonej  Akcji Wyborczej do Rady Miejskiej m. Wilna – mając czas wolny, zgłosiłem  się na kurs działaczy  samorządowych - który był prowadzony przez Urząd Wojewódzki w Wilnie. Kurs ten ukończyłem z dobrym  wynikiem.            Pod koniec 1927 roku rozpocząłem akcję  wyborczą do Sejmu Rzeczpospolitej Polskiej w  Warszawie oraz do Rad miejskich woj. wileńskiego. Do Akcji Wyborczej ponownie zostałem zaangażowany przez Komitet Bezpartyjnego Bloku Współpracy z  Rządem. W czasie mojej działalności wyborczej w ścisłym kontakcie i współpracy z  władzami administracyjnymi i w powiatach starostą powiatowym w  Święcanach był Pan Stefan Mydlarz, były kierownik Towarzystwa Straży Kresowej, z którym kilka lat  pracowałem. Starosta  znając  moje  zdolności organizacyjne,  zaproponował mnie kandydaturę na stanowisko burmistrza miasta Podgrodzia, leżącego w jego powiecie.   Chętnie zgodziłem  się na tą propozycję. Chodziło tylko o to  by mnie  wybrano w  Podgrodziu. Znałem tam osobiście bardzo mało osób,  ale  spośród  znajomych znałem hrabiego Jana Tyszkiewicza – właściciela placów i kilku ulic miasta Podgrodzia, zabudowanych i wydzierżawionych przez mieszkańców tego miasta, właściciela tartaku oraz młyna wodnego w Podgrodziu. Hrabia Jan Tyszkiewicz jako  demokrata, był bardzo lubianym i  szanowanym przez mieszkańców  miasta i  swoją administrację, pracowników tego młyna i tartaku. Przeto zwróciłem się  z prośbą  do hrabiego by poparł moją kandydaturę na  stanowisko burmistrza tego miasta.            Znając mnie dobrze z Akcji Samoobrony Wileńskiej oraz Akcji Litwy Środkowej, kiedy był adiutantem gen. Żeligowskiego – nie tylko  zgodził  się poprzeć  moją kandydaturę,  wyraził  zgodę iż wyda zlecenie  swojej administracji, by czynnie poparli moją kandydaturę w  Akcji wyborczej.            Na terenie miasta Podgrodzia stacjonował 29 pułk ułanów grodzieńskich. Chodziło wówczas o zdobycie poparcia oficerów i podoficerów tego pułku w   wyborach mojej kandydatury na burmistrza. Na skutek mojej prośby ks. biskup Bandurski, także prosił Dowództwo pułku o poparcie. Ponadto ja osobiście miałem kilka wieców z mieszkańcami miasta Podgrodzia, na których to  wiecach dałem się poznać mieszkańcom, tym bardziej, że na tych wiecach wyłuszczałem najżywotniejsze prace, jakie  winny być  podjęte przez Zarząd. Wobec tego, że w tym czasie odbywała  się Akcja  wyborcza do Sejmu w  Warszawie przeto miałem parę  wieców na których omawiałem potrzebę uzdrowienia powaśnionych  stosunków między Stronnictwami politycznymi w Sejmie, na terenie którego zamiast współpracować  z  Rządem, odwrotnie  zwalczano  Rząd. Do uzdrowienia takich stosunków, tak ujemnych podjął się powstały Bezpartyjny Blok Współpracy z Rządem. Przemówienia moje były na  wszystkich  wiecach sążniście oklaskiwane.           Kiedy moja kandydatura na liście Bloku Współpracy z Rządem była  zgłoszona na burmistrza  m. Podgrodzia w  Komisji Wyborczej  i kiedy publicznie  została wywieszona do  wiadomości mieszkańcom m. Podgrodzia, mieszkańcy poczęli mnie bardzo uprzejmie  witać na ulicach  swego miasteczka. Przedstawiciele mieszkańców  Żydów panowie Nester Rajzewski i Charkim aptekarz wraz z rabinem, zaprosili mnie  do siebie, celem poznania moich zapatrywań politycznych w  kwestii  żydowskiej. Zapewniłem ich, że jako demokrata wszystkich obywateli państwa, niezależnie od ich wyznania i narodowości i jeżeli  będę obrany burmistrzem ich miasta, to będę starał  się być  burmistrzem dla  wszystkich obywateli tego miasta. Przyrzekli, że Żydzi oddadzą  swoje głosy na  mnie, co i uczynili. Wobec tego, że moja kandydatura  stała  się tak popularna – przeto inni kandydaci na burmistrza m. Podgrodzia, zaniechali wystawiać swoje kandydatury, a było ich dwóch. Byli to poprzedni burmistrz z  nominacji Bloku Bolesław Koredczyk oraz drugi także były burmistrz z nominacji Stanisław Wiłkojć. Pierwszym burmistrzem z wyboru właśnie ja miałem być zgodnie z nowa Ustawą Samorządową z roku 1927. Po zatwierdzeniu wyborów Radnych do samorządu miejskiego na m. Podgrodzie przez Wydział Prawny w Sejmiku w Święcanach wybory burmistrza zostały wyznaczone na 26  stycznia 1928 roku. Na posiedzeniu Radnych miasta Podbrodzia, w tymże  dniu przyjechał starosta Stefan Mydlarz z towarzyszącym mu inspektorem samorządowym panem Żedlowskim. Posiedzenie Rady Miejskiej miało na porządku dziennym tylko obranie burmistrza oraz członków zarządu tj. zastępcy burmistrza oraz ławnika. Na burmistrza była zgłoszona tylko jedna kandydatura – moja  z ramienia B. B. W z Rz., która jednogłośnie  została  wybrana  przy  entuzjastycznych oklaskach – Radnych i ludności  zebranej. Po czem wybrano  z  listy Bezpartyjnego Bloku członków Zarządu Magistratu w osobach zastępcy burmistrza Józefa Lebiedziewa, ławnika Abrama Rola.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (7) | dodaj komentarz

Zostaję osadnikiem wojskowym i....

niedziela, 02 września 2007 13:37

Na początku 1925 roku przyznano mi przez Ministerstwo  Wojskowe, osadę  rolną za  zasługi bojowe. Osadę tę przyznano w powiecie łódzkim woj. wołyńskiego. Osadę tę w tym powiecie nie przyjąłem, gdyż  teren ten był zamieszkały przez ludność niezbyt przychylnie ustosunkowaną do Polaków, a tym bardziej, że bolszewicy  tam prowadzili  robotę wywrotową. Natomiast  na skutek starań kapitana rezerwy Pana Władysława Kamińskiego – Prezesa Wojewódzkiego Związku Osadników  Wojskowych na  województwo wileńskie -  działka z pow. łódzkiego   została  zamieniona na  działkę  w pow.postawskim woj. wileńskiego. Działka ta była nadana jednemu poznańczykowi z  majątku Nowopole gm. Duniłowickiej, obszarem 24 ha. Jednak wobec tego, że on nie  zamieszkał na tej działce, ale ją  wydzierżawił, wbrew przepisom,  więc mu tą działkę odebrano i mnie nadano. W myśl przepisów  o  osadnictwie wojskowym osoby otrzymujące działkę, w przeciągu roku powinny  działkę  zagospodarować. Początkowo zastanawiałem się czy tą działkę przyjmować, bowiem nigdy na roli nie pracowałem. Poza tym na zagospodarowanie działki potrzeba było poważnego wkładu gotówki, tym bardzie że działka nie posiadała budynków. Jednak po obejrzeniu na miejscu tej działki zadecydowałem ją przyjąć -  gdyż  ziemia  działki była dobra. Działka ta była wykrojona z centrum majątku z  ogrodem do 80  szt. drzew owocowych. Przy tym położenie majątku Nowopole, z którego uczyniono cztery  działki – było bardzo malownicze. Od stacji kolejowej Woropajewo 6 km. Od miasteczka i gminy Duniłowicze o 7 km. Ponadto Nowopole znajdowało się o 3 km. od majątku Jaśniewice Pani Makowieckiej i jej  zięcia Pana Stanisława Bryknera – mego byłego zwierzchnika ze Straży Kresowej i dobrego mego przyjaciela. Wszystkie te okoliczności, zachęciły mnie do przyjęcia tej  działki i stania  się osadnikiem  wojskowym.            Działkę tą przyjąłem w posiadanie w 1925 roku. Pierwotnego  dzierżawcę tej  działki przyjąłem za pomocnika. Umieszczone przez niego zabudowania tj. mały  domek mieszkalny, stodołę odkupiłem od niego  za 700 zł. polskich -  z otrzymanych 800  zł. zasiłku na zagospodarowanie  działki. By można było  zamieszkać  z  rodziną na tej działce zachodziła potrzeba pobudowania odpowiedniego  domu mieszkalnego oraz do prowadzenia gospodarstwa, pobudowania gospodarczych budynków. Ponadto nabyć żywy inwentarz i  martwy. Potrzebne było do tego minimum dziesięć tysięcy  złotych.            W 1926 roku, kiedy budowałem dom mieszkalny – miałem  wynajętych traczy do przetarcia kloców na deski. Tracze ci pochodzili ze wsi Jałce o 7 km. od Nowopola. Byli oni wyznania  starozakonnego – mieli duże zarosty na głowach i brody. W czasie tarcia desek przez tych traczy, był u mnie w gościach Pani Stanisław Brykner z Jasniewic, którego ugaszczałem, po obejrzeniu mojej  działki w  cieniach jabłoni. Pod humorkiem prowadziliśmy rozmowę o przeszłej wojence, o naszej pracy w Straży Kresowe, dziwiąc się, że tak się złożyło, że ja otrzymałem działkę blisko jego majątku, który to już jest własnością jego syna – bowiem Pani Makowicka prababka mu to  dała. Cieszyliśmy  się z tego, że będziemy  sąsiadami i będziemy mogli wspólnie kontynuować prace społeczne i gospodarcze. W trakcie naszej pogawędki posłyszeliśmy przeraźliwy krzyk chłopca, jednocześnie spostrzegliśmy jak jeden z traczy okładał kijem krzyczącego chłopca. Podbiegłem do tego tracza i wyrwałem mu kij z ręki, zapytując go za co on bije kijem chłopca? Tracz odpowiedział mi sprytny baran, wot on tobie sportił jabłoń – odłamał sęk z  jabłkami – przy tym pokazał mi zwisający i odłamany sęk z jabłkami u jabłoni stojącej tuż obok nich. Usiłował nadal bić tego chłopca – jako  syna  swojego – na  co  zapobiegłem, trzymając tego  chłopca. Wówczas ojciec  krzyczał do  syna „całuj barania w  nogi”. Chłopiec rzucił  się  do moich nóg. Podniosłem  go i powiedziałem, żeby  wszystkie jabłka zebrał ze złamanego sęka dla  siebie. Początkowo ociągał  się, jednak na moją zachętę, jabłka obrał i  zapakował do torby od chleba. Ojciec  w dalszym  ciągu usiłował go nakłonić  by całował mi ręce. Kiedy ponownie  byłem w towarzystwie Pana Bryknera to podeszli  do nas tracze, pozdejmowali  czapki i poczęli mówić, że oni bardzo są  zdziwieni, że my osadnicy  wojskowi jesteśmy  dobrymi ludźmi, że oni byli zdumieni, bo im  wmawiają, że my będziemy złymi  sąsiadami, że nas trzeba zwalczać, poczęstowałem ich i powiedziałem, że my będziemy ich przyjaciółmi. Zaciągnięta w ten sposób przyjaźń, w rzeczywistości  była kontynuowana z obu  stron.            Do cukierni zdecydowałem  się przyjąć wspólnika, swego brata  stryjecznego Nikodema Markiewicza z Rakowszczyzny. Od  stycznia 1927 roku każdy  z nas prowadził oddzielnie dwa przedsiębiorstwa. Brat Markiewicz prowadził kasyno – jadłodajnię, ja zaś piekarnię i  cukiernię. Obroty nasze nie były  zbyt dobre. Niedaleko od mojej piekarni  została otwarta duża piekarnia żydowska. Z powodu tego wszystka moja klientela żydowska przeniosła się z zakupami do piekarni żydowskiej. Brat Nikodem nie wywiązywał  się z płacenia podatków, przeto Urząd Skarbowy mnie jako byłego właściciela obciążył podatkami  do pokrycia 2000  zł. Do zapłacenia tej  sumy musieliśmy  sprzedać maszynę  do robienia  czekolady i  ciasta. Piekarnię  swoją prowadziłem do lipca 1927 roku, następnie  sprzedałem ją  za 2000  zł. wekslami mojej  siostrze Elżbiecie Kisiel, która była u mnie w  cukierni w latach 1923 – 1924 i którą   wydałem za mąż.            Załamanie się, poprzednio tak dobrze prosperującego przedsiębiorstwa handlowego nastąpiło na skutek następujących okoliczności: Stabilizacja złotego polskiego spowodowała zmniejszone obroty handlowe, bowiem ludność złote oszczędzała jako monetę trwałą i ustabilizowana, to po pierwsze. Po drugie zbyt  wysokie podatki i wszelkie świadczenia socjalne. Po trzecie wycofałem poważne  sumy na  rozbudowę  działki  wojskowej. Po czwarte – nie było dobrej  zgody małżeńskiej do prowadzenia wspólnego interesu.

     Pod koniec 1927 roku otrzymałem prawomocny rozwód. Dzieci z wyroku  sądowego pozostawiono przy mnie. Jednak by nie pozbawiać w byłej żonie – matki, pozostawiłem przy niej najmłodszego syna Edwarda. Kazika i Zbyszka, zatrzymałem przy  sobie. Kazik uczył  się  w szkole rolniczej, a  Zbyszek w  szkole podstawowej             w  Wilnie. Zamieszkać na  działce w Nowopolu, nie mogłem gdyż  tam  zamieszkała moja była  żona, której pozostawiłem prawo, mieszkać tam do  czasu wypłacenia jej 6 000 zł.-  sumy tej nie posiadałem, by jej natychmiast  wypłacić.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (8) | dodaj komentarz

Na swoim.

sobota, 01 września 2007 19:41

Pracownię piekarską nabyłem naprzeciw mojego lokalu. Wydzierżawiłem ją na  bardzo dogodnych  warunkach, tak  więc nie było już potrzeby budować pieca piekarniczego w lokalu przy ulicy  Wielkiej. Lokal ten składał  się z trzech pokoi. Pierwszy od ulicy  został przeznaczony do sprzedaży  wyrobów cukierniczych i piekarniczych. Następne  dwa pokoje przeznaczone  zostały na użytek gastronomiczny – do spożycia kawy, herbaty itp. Była  jeszcze do tego kuchnia  w małym pokoju  służbowym. Po ostatecznym odremontowaniu lokalu, za pozostałe  500 000 zakupiłem dwa  worki mąki i innych niezbędnych przedmiotów cukierniczych. Po czym wynająłem starego bardzo dobrego piekarza Pana Leona Kozłowskiego- przychodzącego trzy  dni w tygodniu do cukierni. Pierwszego  dnia uruchomienia cukierni- piekarni wszystek towar wyrobiony  został  sprzedany całkowicie już pod  wieczór. Za osiągniętą  sumę zakupiłem trzy  worki mąki i inne potrzebne przedmioty do  wyrobów cukierniczych. Następnego dnia także  zrobiony towar był  rozchwytany. By nie tracić czasu każdego dnia na  zakupy mąki i innych przedmiotów pożyczyłem kilkaset marek u szwagra Bolesława Bujko i od Pani Wieliczko. Za tydzień  czasu istnienia handlu miałem  własnego kapitału obrotowego do 1 miliona i kapitał ten  zwiększał  się każdego  dnia - na  szczęście moje i mojego interesu.Kupcy belgijscy uruchomili młyn w  Wilnie ze  sprzedażą mąki żytniej i pszennej. Mąka ta była  sprzedawana na raty za pokryciem  weksli. Pierwszą transakcję  zawarłem kupując  10  worków po 100 kg. płacąc 25 mil. gotówką, pozostałych 75 mil. w terminach miesięcznych. Nabyta mąka w  przeciągu kilku  dni zdrożała o 100%. Potem nabywałem mąkę po 20 – 40 worków, na której zarabiałem, bez  wypieku 100%. Karkołomnie   zwiększył  się mój kapitał obrotowy, tak że po paru miesiącach istnienia mojej cukierni – piekarni posiadałem kapitału obrotowego 20 mil. Personel piekarniczy zwiększył się o dwóch  stałych piekarzy, jednego terminatora i jednego pracownika fizycznego. Pyza tym przyjąłem jednego stałego  cukiernika, którym był Pan Bernard, były pracownik cukierni u Sztralla. Był on dobrym  cukiernikiem. Do pomocy mu  wziąłem terminatora. Na górze w lokalu sprzedaży i konsumpcji pracowali oprócz mnie i żony, ekspedientka, kelnerka, kucharka i jedna fizyczna pomoc kucharki. Po roku istnienia mego interesu pracowało u mnie już 16 osób. Obroty były  duże. Po dziennym utargu marki  były liczone na  wadze. Byłem miliarderem  marek. Bardzo  dużo  zarabiałem na transakcji przy na bywaniu mąki z młyna francuskiego i od przemysłowców belgijskich. Transakcje te trwały do 1924 roku to jest  do  czasu  zbankrutowania tego młyna. Zbankrutował on tylko dlatego, ze udzielał kredytu na  sprzedawaną mąkę, wówczas kiedy z każdym  dniem, rosły  ceny na  zboże. Potem nabywałem mąkę już u Żydów i to  większymi partiami. Na tej mące także  zarabiałem, bo  ciągle  drożała.

            Cukiernictwo moje poważnie  rozwijało się i  z powodu tego zmuszony byłem korzystać z pracowni innych  cukierników, jak mielenie orzeszków i inne potrzebne  do cukiernictwa czynności za które płaciłem  wysokie opłaty. Z tego powody zmuszony byłem  zamówić w  fabryce w  Warszawie - maszynę  do  wyrobów czekolady itp. oraz maszynę  do robienia  ciasta cukierniczego. Maszyny te kosztowały kilkadziesiąt milionów marek. Mąka do pieczenia chleba, bułek, i  wyrobów  cukierniczych była  składana pierwotnie w pracowni piekarskiej. Z powodu  czego dużo miejsca  zajmowała. Było  ciasno w piekarni. Wobec zmuszony byłem  wybudować w  podwórzu skład na mąkę i na drzewo opałowe. Budowle te pochłonęły kilkadziesiąt milionów  marek. Na górze  w cukierni  i pokoju konsumpcji zmuszony byłem dorobić  ozdobne regały i lady oraz  specjalna kasę. Ponadto podłogę pokryć linoleum, przerobić piec  do ogrzewania. Pochłonęło to także kilkadziesiąt milionów. Wydatki te jeszcze mogłem z  łatwością pokryć, gdyż  osiągnięte  zyski wystarczały na to. Lata 1923 -1924 były bogatymi  dla mojego interesu. Pod koniec 1924 roku nastąpił  zwrot, na  skutek przeprowadzonej przez skarb państwa dewaluacji marki na  złoty polski – oparty na złocie. Ludność zaczęła nową  walutę oszczędzać jako trwałą, a tym mniej czynić  wydatków jak na żywność tak i na inne potrzeby. Z tego powodu we  wszystkich przedsiębiorstwach handlowych zmniejszyły  się obroty, u mnie także, szczególnie na  cukiernictwie. W dodatku jeszcze poczęto jeszcze dokonywać wymiaru podatku obrotowego. Kasa chorych zmusiła  w wszystkich 16 pracowników ubezpieczyć, co pociągnęło także poważne   wydatki. Obroty z każdym  dniem  stawały  się mniejsze, a tym  samym wydatki niepomiernie wzrosły. Wobec  czego  zaszła potrzeba przeprowadź oszczędności w   wydatkach. Pracę cukiernika ograniczyłem  do 3 – 4 dni w tygodniu i to z tego powodu, że obroty w  cukiernictwie zmalały. Personel ekspedycyjny także  zmniejszyłem. Celem zaś osiągnięcia  większych  zarobków uruchomiłem na górze  wydawanie obiadów, gorących kolacji  z  wyszynkiem piwa, wieczorami także muzykę. Obroty zwiększyły  się, jednak  zyski  z tych obrotów  były minimalne, gdyż za  wyszynk piwa i muzykę trzeba było płacić podatki.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (11) | dodaj komentarz

Ponownie zaczynam handlować.

poniedziałek, 27 sierpnia 2007 22:24
Nastąpił rok 1923. Mieszkałem jeszcze w Karpówce – miałem 2 konie i krowy – trzodę chlewną – mogłem wydzierżawić większą ilość ziemi i zająć się gospodarstwem rolnym, ale  wobec tego, że nie pracowałem na roli i nie miałem  doświadczenia w pracach rolnych, przeto postanowiłem zająć  się ponownie handlem w Wilnie. Początkowo myślałem otworzyć sklep papierowy, ale nie miałem dostatecznie na to funduszy, a tym bardziej, że już istniał hurtowy skład papieru  Żakowskiego w Wilnie z którym ja nie mogłem konkurować. Mieszkał podówczas mój  cioteczny brat Arkadiusz Kowszyk porucznik wojsk polskich w Wilnie. Był on już żonaty, miał żonę Jadwigę, bardzo sympatyczna i mądrą kobietkę. Kiedy byłem u nich, to ona doradziła mi otworzyć piekarnię, które w tamtym czasie dobrze prosperowały. Radę tę usłuchałem i zacząłem oglądać  się za odpowiednim lokalem. Lokal taki  znalazłem i  wynająłem na ulicy Wielkiej nr 22, róg zaułka Łotoczek, obok hotelu i restauracji Niszkowskiego, dobrze prosperująca w  Wilnie. Lokal  wynajęty znajdował  się w  dobrym punkcie w samym centrum miasta i  stykających się kilku ulic.   Po wynajęciu lokalu zaszła potrzeba zmobilizowania funduszy na uruchomienie  zakładu, tym bardziej że postanowiłem  łącznie z piekarnią otworzyć i  dział cukierniczy – jako mnie już znany. Stan mój finansowy przedstawiał  się tylko w majątku, jak konie, krowy i trzoda  chlewna oraz meble, biblioteka i dobre  skrzypce. Trzeba było to wszystko sprzedać do osiągnięcia gotówki płynnej, aby uruchomić piekarnię i cukiernie. Nieco  cofnę się w czasie dla  wyjaśnienia przebiegu posiadanego przeze mnie stanu finansowego. Otóż w roku 1920 miałem 17 000 rubli kiereńskich i 50 000 marek polskich  - wówczas kursujących. Za tą sumę mogłem kupić dom murowany przy ulicy Wielkiej nr 14 składający  się z 8 mieszkań. Byłem  wówczas w  wojsku i  domu tego nie kupiłem. Ponadto w tym że  samym  czasie w  Wilnie na Belmoncie generałowa Puszkinowa sprzedawała 10 ha. ziemi z lasem  sosnowym i prosiła za to 100 000 złotych polskich. Do pertraktacji kupna tego obiektu nie przystąpiłem z  właścicielką Puszkinową z powodu tego, że mój fundusz  wynosił tylko 50 000zł. Namawiała  mnie jednak, bym ja do niej  jeszcze przyszedł i że ona trochę ustąpi. Byłem w tym  czasie  wojsku, przeto zrezygnowałem z kupna tej  ziemi. Natomiast radziłem dobremu przyjacielowi Władysławowi Wieliczko, by kupił tą ziemię z lasem. On także zrezygnował z kupna tego obiektu, ze swej strony poradził jednemu piekarzowi. Piekarz z tego skorzystał i wytargował od Puszkinowej tę  ziemię z lasem za 55 000 zł. Po czy  sprzedał 2 ha. lasu  sosnowego i  zarobił na tym 65 000 zł. Pozostało mu 5 ha. ziemi i jeszcze 2 ha. lasu sosnowego. To był  złoty interes, jednak ani ja, ani Wieliczko nie umieliśmy z tego skorzystać.

             Natomiast posiadanych 17 000 rubli w 1921 roku sprzedałem za 47 000 zł. polskich i kupiłem za nie dobrego konia, przed powrotem mojej rodziny z Kalisza do Lendwarowa. Na jesieni 1922 roku sprzedałem tego konia, już  za sumę mniejszą niż  za niego zapłaciłem, przy tym przy sprzedaży tego konia skradziono mi z wozu mego futro zimowe – futro to było więcej  warte od sumy otrzymanej za konia. Tak  więc  otrzymanych 17 000 rubli  za sklep papierniczy nie umiałem,  a raczej nie potrafiłem wykorzystać i takowe zmarnowały  się bez pokrycia. A gdybym kupił dom lub ziemię od Pani Puszkinowej – to bym miał nieruchomość realna i korzyść z  ziemi. Mówi się u nas, że Polak mądry po  czasie. Ale nie było czasu i potrzeby biedować  nad  swoją głupotą, a starać  się nad  sfinansowaniem  swego dobytki i jak najprędzej uruchomić cukiernię – piekarnię. Za sprzedane krowy i konia ulubionego karego z wozem i uprzężą oraz część sprzedanych mebli, bibliotekę i skrzypce osiągnąłem do 3 000 000 marek. Z tej  sumy  wydałem na remont lokalu i pieca piekarniczego 2 500 000 marek.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (8) | dodaj komentarz

Wileńszczyzna w granicach Polski.

sobota, 25 sierpnia 2007 17:59

Po powrocie Sejm na pierwszym swoim posiedzeniu wybrał Komisję do rozpatrzenia  złożonych interpelacji do prowadzenia likwidacji prac  Sejmu po czym Sejm mocą  swojej Uchwały rozwiązał  się. W komisji obranej brałem udział  w jej pracach do czasu przyjęcia władzy nad terytorium Litwy Środkowej w  marcu 1923 roku przez Rząd Warszawski.             W  dniu 20 kwietnia 1922 roku w trzech letnią rocznicę zdobycia  Wilna w 1919 roku przez Naczelnego  Wodza J. Piłsudskiego -  wbrew woli Antanty w  Paryżu, Rząd Polski w pełnym  składzie na  czele z Józefem Piłsudskim przybył  do Wilna celem przejęcia władzy nad Litwą Środkową. Naczelnik państwa Józef Piłsudski, na  czele z  Rządem został powitany przed Ostrą Bramą przez prezydenta m. Wilna Witolda Bankowskiego. Po przywitaniu prezydent Bankowski wręczył Naczelnikowi państwa srebrne klucze od m. Wilna. Po czym o godz.12.00 odbył  się w  gmachu  siedziby Litwy Środkowej Akt przejęcia władzy przez Rząd Polski. Akt ten  został podpisany przez Naczelnika państwa i członków Rządu polskiego oraz ustępującego Rządu Litwy Środkowej na czele z gen. Żeligowskim. Akt ten został także podpisany przez posłów Ziemi  Wileńskiej. O godzinie 18 –tej odbył  się obiad na cześć Naczelnika państwa i przedstawicieli Rządu. Na obiad ten dostałem zaproszenie o treści następującej „ Pan Kajetan Rożnowski, poseł na Sejm Wileński. Dnia 20 kwietnia 1922 roku o godz. 18 –tej w sali Tow. Artystów Plastyków przy ul. A. Mickiewicza 33, wydany będzie przez Radę Miejską m. Wilna obiad na cześć Naczelnika Państwa, Przedstawicieli Rządu i przybyłych gości, na który mam zaszczyt zaprosić W. Pana. Witold Bankowski Prezydent m. Wilna.             Podczas obiadu  zostały wygłoszone przemówienia: Przez Premiera Rządu Polski, ustępującego Prezesa Litwy Środkowej Meysztowicza oraz posłów niektórych Stronnictw Sejmu Wileńskiego. Z ramienia Rad Ludowych przemawiałem ja. Przed zakończeniem obiadu wygłosił dość długie przemówienie Naczelnik Państwa Jozef Piłsudski w którym scharakteryzował przebieg położonych prac nad wskrzeszeniem Państwa Polskiego oraz nad swoimi wysiłkami kładzionymi o  wywalczenie  wolności, wbrew stanowisku Antanty z objęcia terytorialnie granicami państwa Polskiego. Mowę zakończył słowami. Nie było nas - był las, nie będzie nas będzie las. Wieczorem na zakończenie uroczystości objęcia władzy przez Rząd Polski nad Wileńszczyzną odbył  się raut w pałacu biskupim. Na raucie tym byłem z żoną.        Spotkałem tam panią Sztralową, która prowadziła nadzór nad bufetami urządzonymi przez jej  zakład  cukierniczy. Na powyższych uroczystościach Wilno z jego powiatami weszło w skład Państwa Polskiego z ramienia którego Delegatem Rządu polskiego został czasowo Bolesław Roman. Komisja Administracyjna Sejmu wileńskiego z  dniem 22 kwietnia 1922 roku przestała także istnieć. Wszystkie akta  tej Komisji zostały przekazane Delegatowi Rządu polskiego. Napoczęte prace Sejmu Wileńskiego zostały  zakończone  księgą pt.: „Sejm Wileński”.             O tych pracach została  wydana księga, którą pożyczyłem i mnie jej nie  zwrócono. Wobec wyczerpania nakładu takowej nabyć  drugiej nie mogłem. Bardzo  wielka  szkoda, gdyż  księga ta zawierała cała  historię powstania Litwy Środkowej – przebieg pertraktacji z Rządem Kowieńskim oraz opis szczegółowy - obranie Sejmu Wileńskiego, jego prace i Uchwały.        Po załatwieniu problemu Ziemi Wileńskiej z Towarzystwem Straży Kresowej począłem prowadzić Akcję Stronnictwa politycznego jakim były Rady Ludowe – które stawały  się konkurentem Stronnictwa Piast – organu Witosa. Przeto Witos, będąc Premierem Rządu Polskiego spowodował cofnięcie środków finansowych na  utrzymanie Towarzystwa Straży Kresowej – pod motywem, że Tow. Straży Kresowej nie jest nadal potrzebne dla Polski. Wobec czego wszystkim pracownikom wymówiono płatną pracę, ja jednak tą pracę kontynuowałem bezpłatnie do roku 1926.       Zaświadczenie z tej pracy otrzymałem w treści następującej: „Niniejszym zaświadczam, że Pan Kajetan Rożnowski pracował jako instruktor Tow. Straży Kresowej w powiecie wilejskim od września 1919 roku do  dnia 15  sierpnia 1920 roku, jako pełniący obowiązki kierownika prac Towarzystwa w powiecie wileńsko – trockim od  dnia 15 grudnia 1920 roku do  dnia 1 marca 1922 r. Pan Kajetan Rożnowski w pracach odznaczał  się  sumiennością i  wykazał duże  zdolności organizacyjne. Odszedł na  skutek zlikwidowania płatnych stanowisk nie przestając nadal brać  udziału w pracach  społecznych. Mydlarz b. kierownik Okręgu Wilejskiego Tow. Straży Kresowej. W roku 1922 jesienią odbyły  się wybory do Ustawodawczego Sejmu Rzeczpospolitej Polski. Nasze  Stronnictwo Rad Ludowych przystąpiło do akcji  wyborczej. Ja objąłem powiaty  dzieśnieński i  wilejski. Jednak akcja Rad Ludowych była  słabo prowadzona, bowiem po odejściu płatnych pracowników Tow. Straży Kresowej  nie było komu kontynuować akcji wyborczej. Na liście wyborczej Rad Ludowych okręgu Nr 67, do którego  wchodziły powiaty dzieśnieński i wilejski – ja byłem na drugim miejscu, aczkolwiek przy  wyborze kandydatów na posłów zostałem obranym na pierwsze miejsce za byłego  kierownika okręgu Wilejskiego Tow. Straży Kresowej Pana Stefana Mydlarza na  drugie miejsce – ale, wobec tego, że był to mój  zwierzchnik  w Tow. Straży Kresowej zmuszony byłem  dobrowolnie ustąpić pierwsze miejsce na liście  wyborczej. Z całej akcji  wyborczej Rad Ludowych na  całym obszarze wyborczym, gdzie były zgłoszone listy  wyborców – ja tylko  zdołałem w okręgu  wyborczym nr 67 przeprowadzić  jednego posła z pierwszego miejsca po Panu Mydlarzu. Jednak i to miejsce zostało stracone na korzyść Odrodzenia. Ponieważ Endecy unieważnili  wybory  w Komisji  wyborczej. Przy ponownych wyborach ja byłem chory i nie mogłem pojechać  by przeprowadzić ponowną  akcję. Skorzystali z tego  działacze stronnictwa Odrodzenie – przyjechało  ich  sporo osób do ponownych  wyborów i uzyskali na swoją korzyść powiatowy mandat posła – w   wyniku czego Rady Ludowe nie przeprowadziły żadnego posła do Sejmu w  Warszawie. Na powyższym Rady Ludowe zakończyły  swój żywot i przestały istnieć. 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (8) | dodaj komentarz

Uchwała Sejmu Wileńskiego; Józef Piłsudski - spotkanie.

niedziela, 19 sierpnia 2007 12:51

Przemówienia posłów były spokojniejsze – starali się głos zabierać tylko w sprawach Ziemi Wileńskiej i prowadzonych pertraktacji z Litwą Kowieńską, także w sprawie utworzenia federacji. Sejm powołał kilka komisji: 1) do uregulowania wniosków, do zasadniczego plenum, dotyczącego losów Ziemi Wileńskiej tj. Litwy Środkowej, 2) komisję mandatową i inne komisje . Na komisjach tych trwały zebrania dla opracowania prac im powierzonych. Do komisji administracyjnej należałem ja. Ta komisja rozpatrywała sprawy działalności administracji Litwy Środkowej. Sprawy te były mi bardzo dobrze znane z prac w Straży Kresowej, dlatego byłem pożytecznym do wykonywania Uchwał dotyczących usuwania tych niedomogów administracyjnych. Centralny Komitet Wyborczy był przeciwny rozpatrywaniu przez Sejm Wileński jakichkolwiek spraw Litwy Środkowej - wychodząc z założenia, że Sejm Wileński ma tylko podjąć Uchwałę o wcieleniu Ziemi Wileńskiej do Polski i rozwiązać się. Natomiast wszystkie inne Stronnictwa, jak i Rady Ludowe stały na stanowisku, że Sejm Wileński jako suwerenny może wnosić Uchwały dotyczące Litwy Środkowej oraz rozpatrywać interpelacje. Odrodzenie wniosło Sejmowi sporo interpelacji dotyczący różnych zatargów ziemian z włościanami itp. Stronnictwo Partii Socjalistycznej także wniosło kilka interpelacji oskarżając administrację Litwy Środkowej o konfiskatę ich czasopism i pism itp. Interpelacje te częściowo były rozpatrywane, większość została przekazana Sejmowi warszawskiemu po włączeniu się Wileńszczyzny do Polski, na mocy Uchwały Sejmu Wileńskiego. Wobec tego, że Rząd Kowieński propozycję Sejmu Wileńskiego zgłoszoną za pośrednictwem Premiera Belgii o połączeniu federacyjnym – odrzucił i nie szedł na żadne układy jak tylko zwrot Wilna Litwie, bez żadnych zastrzeżeń, przeto wszystkie Stronnictwa Sejmu Wileńskiego poczęły szukać formuły na włączenie Ziemi Wileńskie do Polski. Odrodzenie i Wyzwolenie usiłowały Sejm Wileński zatrzymać tak długo nim nie przeprowadzi się reformy rolnej i innych reform społecznych, po czym powziąć Uchwałą włączenia się do Polski. Wobec tego, że Litwa Środkowa była przeciwna pracom takim przez Sejm Wileński i że reformy społeczne muszą być uchwalone przez Sejm Warszawski dla całej Polski, mającej już w granicach Ziemię Wileńską, przeto Stronnictwo Odrodzenie i inne nie mając większości do przeprowadzenia swych uchwał – zaniechały utrzymywania i trwania nadal Sejmu Wileńskiego. Po uzgodnieniu przez liderów Stronnictw tekstu redakcyjnego generalnej Uchwały Sejmu Wileńskiego – Uchwała brzmiała, że Sejm Wileński, jako zwołany przez Rząd Litwy Środkowej do zadecydowania o losach Ziemi Wileńskiej, Uchwałą na posiedzeniu w dniu 21 lutego 1922 roku, stu głosami, przy 6 wstrzymujących się (PPS) postanowił przyłączyć Ziemię Wileńską do Państwa Polskiego, bez żadnych zastrzeżeń. Sejm zaś Wileński po przyjęciu tej Uchwały, już przez Rząd Polski, ma automatycznie rozwiązać się. Uchwała ta zapadła na uroczystym posiedzeniu przy przepełnionych wszystkich miejscach dla publiczności i w obecności gen. Żeligowskiego i członków Rządu Litwy Środkowej. Po czym Sejm wyruszył procesją do katedry na uroczyste nabożeństwo dziękczynne. Na czele procesji ja niosłem chorągiew Sejmu Wileńskiego. Nabożeństwo było celebrowane przez ks. biskupa Bandurskiego. Po nabożeństwie wszyscy posłowie udali się do teatru Polskiego na uroczyste przedstawienie „Krakowiacy i górale”. Po przedstawieniu odbył się raut w salach pałacu Biskupiego. Raut był wydany przez gen. Żeligowskiego. Należy nadmienić, ze niektórzy włościanie, którzy nigdy nie jedli lodów, podane im lody przez kelnerów zawinęli do chusteczki lub papieru i chowali do kieszeni, celem przewiezienia do domu, lecz te lody ku ich żalowi, roztopiły się im w kieszeniach. Raut był zaopatrzony w napoje i wszelkie łakocie przez cukiernię Sztrala w której pracowałem. Pani Sztralowa, po spotkaniu się ze mną gratulowała mi z powodu wybrania mnie posłem i że ja, jako były jej pracownik, odgrywam w tak historycznym dziele swoją rolę w przyłączeniu ponownym Ziemi Wileńskiej do macierzy polskiej, podkreślając że ona też jest bardzo dumna z tej okazji. Następnego dnia w Sejmie, zostało wybranych 20 posłów do Sejmu Warszawskiego. Skład tych posłów stanowił: 8 posłów z Centralnego Komitetu Wyborczego, 6 posłów z Rad Ludowych, 2 posłów z Odrodzenia, 2 posłów z Wyzwolenia, 1 poseł ze Stronnictwa Demokratycznego i 1 poseł z Polskiej Partii Socjalistycznej. W skład posłów z Rad Ludowych ja także byłem wybrany. Przez kilka następnych dni Sejm Wileński prowadził kontakt z Sejmem Warszawskim, celem ustalenia daty przyjazdu posłów Sejmu Wileńskiego do Warszawy w celu złożenia Rządowi Polskiemu zasadniczej Uchwały o przyłączeniu Ziemi Wileńskiej do Polski. Datę oznaczono na 8 marca 1922 roku. W dniu tym Uchwała przez 20 posłów została złożona Rządowi Polskiemu. Wobec tego, że Uchwała ta obejmowała przyłączenie Ziemi Wileńskie do Polski bez żadnych zastrzeżeń, przeto przedstawiciele Ententy w Paryżu złożyli protest do Rządu Polskiego przeciwko przyłączeniu Ziemi Wileńskiej do Polski, bez zastrzeżeń i zaradzali by dla ziemi Wileńskiej zostały nadane krajowe upoważnienia samorządu terytorialnego. Rząd Polski wraził zgodę na nadanie samorządu terytorialnego. Kiedy doszło do podpisu aktu włączenia, to dziesięciu posłów podpisało ten akt. Akt podpisało 4 posłów z Rad Ludowych, 6 posłów ze Stronnictwa Odrodzenie, Wyzwolenie i PPS. Nie podpisało aktu 8 posłów z Centralnego Komitetu i 2 z Rad Ludowych, jako nie zgadzających się na zadanie samorządu terytorialnego. Należy wyjaśnić, że w nocy przed podpisaniem Aktu liderzy z ks. Łukaszewiczem wezwali , dwóch posłów Jachowicza i Szwabowicza – których zaprowadzili do kościoła i tam zmusili złożyć przysięgę że nie podpiszą Aktu połączenia Wileńszczyzny do Polski – jako stanowiącego 4 – ty rozbiór. Posłowie ci, jako wieśniacy, mało uświadomieni zgodzili się na nie podpisanie Aktu. Wytworzyła się wówczas przykra sytuacja z powodu nie podpisania aktu przez 10 posłów. Wobec czego Uchwały Sejmu Wileńskiego nie można było zrealizować. Pod presją Endeków i Chadecji pod przewodnictwem panikarstwa, Rząd Polski podał się do dymisji i począł prowadzić uzgodnienia między partiami celem obsadzenia nowego Rządu przez przedstawicieli poszczególnych partii. W tym wypadku każda partia domagała się większej ilości posłów. Na tym tle trwałoby niekończące się piekło. Wówczas sporo spraw zawieszono by do czasu wybrania nowego Rządu, który w dwa tygodnie został wybrany. Po przystąpieniu ponownie do sprawy Aktu włączenia Wileńszczyzny do Polski Endecy w dalszym ciągu opierali się samorządom terytorialnym w Akcie. Jednak po bezsensownym uporze, zdecydowano się Akt podpisać z uzupełnieniem dopisku na Akcie, że samorząd terytorialny, zostanie nadany zgodnie z Konstytucją Polski. Akt podpisano zgodnie z Uchwałą Sejmu Wileńskiego i zgodą Sejmu Warszawskiego. Sejm Wileński przybył do Warszawy kiedy jeszcze nie była Uchwała całkowicie podpisana przez 20 posłów. Kiedy Endecy prowadzili warcholską akcję przeciwko Rządowi i Józefowi Piłsudskiemu, czyniąc zarzut, że usiłuje dokonać 4-ty rozbiór Polski, przez nadanie samorządu terytorialnego Wileńszczyźnie. Na dworcu wileńskim, w godzinach rannych, kiedy przybył pociąg z posłami wileńskimi – to kilkuset Endeków, na czele ze studentami powitało posłów z okrzykiem: „Precz z 4 – tym rozbiorem Polski, precz z Rządem, precz z Józefem Piłsudskim! Niech żyją ziemie wcielone do Polski bez żadnych zastrzeżeń!” Przy tych okrzykach studenci przez całe miasto nas przeprowadzili do Sejmu. W Sejmie nas powitał marszałek Tromczyński, podkreślając doniosłość historyczną, zrzeszenie Sejmu Wileńskiego i jego mądrą politykę w wyniesieniu Uchwały o przyłączeniu Wileńszczyzny do Polski. Po wygłoszeniu przemówienia i odśpiewaniu Hymnu Narodowego, uroczystość została zakończona. Kiedy wyszliśmy na miasto – to stwierdziliśmy w dalszym ciągu manifestacje Endeków – pod kościołem św. Aleksandra, tysięczna rzesza ludności, słuchała przemówień wygłaszanych przez Endeków. Treść przemówień była nacechowana nienawiścią przeciwko Józefowi Piłsudskiemu i Rządowi Polskiemu – przypisując im, że nadając samorząd terytorialny dla Wileńszczyzny, tym samym dokonują 4 –ty rozbiór Polski. Kłamliwe oskarżenie, na niczym nie oparte przeciwko J. Piłsudskiemu były tematem przemówień tych studentów. W tym czasie wewnątrz kościoła, było celebrowane nabożeństwo przez arcybiskupa Teodorowicza, błagalne o odwrócenie i niedopuszczenie do czwartego rozbioru Polski. Nabożeństwo to oraz bezczelne przemówienia przed kościołem, wywarły na nas posłach wileńskich przygnębiające i smutne wrażenie. Tymczasem ze słuchaczy przed kościołem nikt nie zaprotestował, przeciwko oszczerczym kłamstwom. Słuchacze stali i biernie przysłuchiwali się tym przemówieniom. By płożyć kres temu obrzydliwemu kłamstwu, podszedłem do grupy przemawiających studentów i oświadczyłem, że jako poseł Sejmu Wileńskiego, chcę przemówić także do zebranych. Nie tylko zgodzili się, lecz okrzykiem oświadczyli, że teraz będzie przemawiał poseł Sejmu Wileńskiego oraz by wszyscy słuchali z uwagą. Swoje przemówienie rozpocząłem krótkim opisem męczeństwa Ziemi Wileńskiej za czasów carskich oraz, że ta ziemia została oswobodzona w 1919 roku przez Józefa Piłsudskiego i stała się składową częścią Polski oraz że te ziemie ponownie zostały zajęte 1920 roku, w miesiącu październiku, przez generała Żeligowskiego, któremu Piłsudski nakazał zbuntować się do zajęcia tej ziemi. Tylko dzięki zasługom J.Piłsudskiego Sejm Wileński mógł podjąć Uchwałę o przyłączeniu tej ziemi do Polski. Dzięki czemu dziś w murach Warszawy gości Sejm Wileński celem włączenia Wileńszczyzny do Polski – ale jakież zdziwienie nas posłów spotkały - wrogie wystąpienia niektórych mieszkańców Warszawy przeciwko J. Piłsudskiemu, jakie miało miejsce na dworcu wileńskim i oto tu obecnie pod kościołem. Zamiast gestu wdzięczności Piłsudskiemu, rzucano na niego kłamliwe, bezczelne oszczerstwa. W tym momencie studenci zaczęli targać mnie za spodnie, żebym przestał przemawiać, ja jednak mówiłem dalej, wśród słuchaczy powstały okrzyki: „ Niech żyje Józef Piłsudski! ; Przecz z Endekami i księżmi!”. Żołnierze, którzy poprzednio słuchali biernie poczęli obecnie studentów rozpędzać i czapki im z głowy zrywać. Spontanicznie cała rzesza słuchaczy, zaczęła krzyczeć: „Niech żyje Józef Piłsudski” rzucając czapki do góry. Ja zaś w dalszym ciągu swego przemówienia nadmieniłem, że tylko tacy uzurpatorzy doprowadzili do warcholstwa, magnateria do rozbiorów Polski, a wy zaś obecnie, także dążycie w swojej bezczelnej akcji do zniweczenia odrodzonej i wyzwolonej Polski dzięki zasługom J. Piłsudskiego. Kiedy spostrzegłem, że przed kościołem rozpoczęła się bójka ze studentami i rosło niezadowolenie masy słuchaczy do Endeków – nawoływano by iść do kościoła i tam rozpędzić księży – przestraszyłem się obrotu takiego nastroju słuchaczy i począłem nawoływać i prosić do zachowania spokoju i opanowania się. Nawoływanie moje poskutkowało, słuchacze uspokoili się. Kiedy zszedłem z krużganka kościoła, pochwycono mnie jak piłkę i poczęto podrzucać do góry z okrzykiem: „Niech żyje poseł wileński”. Zaledwie zdołałem wyzwolić się, podeszli inni posłowie wileńscy i pomogli mnie oswobodzić się. Kiedy nasza grupa posłów wileńskich, skierowała się do Sejmu, wszyscy niemal słuchacze, zaczęli krzyczeć za nami i wznosić okrzyki: ”Niech żyją posłowie wileńscy; Niech żyje syn Ziemi Wileńskiej Józef Piłsudski – Precz z Endekami, warchołami itp.” Nieoczekiwanie wytworzył się pochód i rozrastał się po drodze – zatrzymał się pod Sejmem i po odśpiewaniu I –szej Brygady – rozszedł się. Jak widać mieszkańcy Warszawy byli wielkimi przeciwnikami działalności Endeckiej i Chadeckiej, a zwolennikami J. Piłsudskiego i jego poczynań społecznych dla dobra mieszkańców Polski. Tego samego dnia J. Piłsudski, zaprosił nas 20 posłów do Belwederu do siebie na czarna kawę. Po przywitaniu ze mną powiedział, że kiedy on redagował Robotnika – pismo nielegalnej Polskiej Partii Socjalistycznej – razem z Rożnowskim został aresztowany przez żandarmerię carską i czy ten Rożnowski nie był moim krewnym? Odpowiedziałem, że prawdopodobnie był moim dalekim kuzynem, bowiem był stryjecznym bratem Aleksandra Rożnowskiego w Wilnie, a który jest mego ojca stryjecznym bratem. W trakcie rozmowy z posłami Józef Piłsudski z żartobliwym uśmiechem na twarzy, powiedział – ależ wy kochani narobiliście mi tyle kłopotów i nieprzyjemności, czego mnie nawet bolszewicy tego nie uczynili 1920 roku, gdyż Rząd nie był obalony, a wy po przyjeździe do Warszawy ze swoją Uchwałą - „obalili mi Rząd - zrobili kloakę dwuch zerową i narobili smrodu na cała Polskę”. Zaskoczeni takim zarzutem, nie mogliśmy domyślić się jakim sposobem stworzyli kloakę 2 –ch zerową – Wówczas adwokat Bronisław Krzyżanowski zapytał jaką mu kloakę uczyniliśmy? Z uśmiechem mu Piłsudski odpowiedział o taką otóż - 10 posłów z pośród was, podpisało Uchwałę z czego wynikło jedno 0, drugich dziesięciu posłów nie podpisało z czego wynikło drugie zero, i tym samym stworzyli kloakę dwu zerową – która zmusiła Rząd podać się do dymisji i tyle wywołało żaru Chadeków i wśród Endeków. Podczas dalszej rozmowy Piłsudski powiedział, że jego życzeniem było utworzyć Unię federacyjną z Litwą Kowieńską na wzór byłej Unii Lubelskiej – by przez to, stworzyć Polskę silną, odporną przed bolszewizmem. Ale kiedy Rząd Kowieński stał uporem, na nieprzejednanym stanowisku zwrotu im Wileńszczyzny, bez jakichkolwiek układów z Polską, to innej rady niema jak tylko przyłączyć Wileńszczyznę do Polski, na mocy waszej Sejmowej Uchwały. Następnego dnia, w prasie Endeckiej, zostały zamieszczone wzmianki – że ja jako komunista usiłowałem podburzyć modlącą się ludność przy kościele św. Aleksandra oraz także zakłócałem uroczyste nabożeństwo celebrowane w kościele przez arcybiskupa Fedorowicza. O poniesionej swojej warcholskiej porażce, ani słowem nie wspomnieli. Natomiast w innych pismach, obszernie był opisany przebieg wydarzeń przed kościołem św. Aleksandra – o pochodzie tysięcy rzeszy ludności na ulicy Wiejskiej. Zaś w Klubie Rad Ludowych, byłem obiektem pochwały i bohaterem zadania klęski Endekom. Byłem z tego bardzo dumny i zadowolony. Po pobycie Sejmu Wileńskiego przez kilka dni w Warszawie i po ostatecznym podpisaniu Aktu włączenia Ziemi Wileńskiej do Polski i powstaniu nowego Rządu Polskiego, Sejm Wileński powrócił do Wilna już jak do ziemi wchodzącej do części terytorium Polski.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (6) | dodaj komentarz

Zdjęcia w galeriach.


środa, 22 lutego 2017

Licznik odwiedzin:  67 886  

Kalendarz

« luty »
pn wt śr cz pt sb nd
  0102030405
06070809101112
13141516171819
20212223242526
2728     

O mnie

O moim bloogu

Życie i walka na kresach Rzeczpospolitej.

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:


http://blogroku.pl/_d/zestaw4/zestaw4_19.jpg Zagłosuj na mnie w konkursie Wiadomości24.pl!@import url("http://www.moikrewni

Więcej w serwisach WP

Pytamy.pl

Pytamy.pl